Państwo, prawo i instytucje

Robert Gwiazdowski: Deficyty & władza

W cztery miesiące rząd „wyrobił” prawie 85% planowanego na cały rok deficytu budżetowego. Skąd się bierze ten deficyt? Ano stąd, że rząd – i to nie tylko ten, bo wszystkie robią to samo – stara się przekupić wyborców, rozdając im więcej niż wcześniej zabrał. Potem i tak im musi zabrać, żeby oddać bankom to, co wcześniej od nich pożyczył na rozdawanie wyborcom. Ma jednak nadzieję, że się oni w tym procederze nie zorientują. Banki chętnie pożyczają, bo doskonale wiedzą, że rząd ma komu zabrać, żeby oddać im.

Bandyci żądają okupu za „ochronę” grożąc przykrymi konsekwencjami w przypadku niepodporządkowania się ich „propozycji”. Rząd zabiera nam średnio połowę dochodu pod postacią różnych podatków, przymusowych „składek” i opłat, proponując w zamian „ochronę”: policji, wojska, społecznej służby zdrowia oraz „darmową oświatę”. Czym rząd różni się od bandytów? Jest mniej uczciwy i mniej skuteczny! Bandyci nie twierdzą przynajmniej, że to, co robią, robią dla naszego dobra. Za to gdy się im opłacamy mamy przynajmniej święty spokój. Natomiast płacąc regularnie podatki nie możemy liczyć na policję; wojsko ma podobno amunicji na trzy dni walki i chyba jedną eskadrę myśliwców zdolną do działań bojowych – a więc gorzej niż we wrześniu 1939 roku. W wielu państwowych szpitalach łatwiej umrzeć niż się wyleczyć, a w tych, w których poziom opieki medycznej jest wyższy nie można się leczyć, gdyż Narodowy Fundusz Zdrowia odmawia im przekazania pieniędzy bo leczą zbyt wielu pacjentów.

Jacek Żakowski we wczorajszej Gazecie Wyborczej krytykując (i słusznie, tylko z innych powodów) pomysł Ministerstwa Zdrowia wprowadzenia dodatkowego prywatnego ubezpieczenia zdrowotnego, którego koszt można byłoby odpisać od podatku cytuje dr. Adama Kozierkiewicza, eksperta od ubezpieczeń zdrowotnych, który (też słusznie) zauważa, że firmy ubezpieczeniowe przeznaczają na leczenie średnio około 40% składki. 60% idzie na administrację, reklamę, marketing, zyski i rezerwy. Do systemu trafi więc około 40 zł. z każdych 100 zł. odpisu podatkowego.

Nie ma w tym nic dziwnego. Można to nazwać „Regułą Friedmana”, który w latach 70-tych zaobserwował, że z każdego dolara pomocy społecznej do potrzebujących trafia nie więcej niż 40 centów. 60 centów pochłania „obsługa programu”. Dlatego nie bardzo zrozumiałem konkluzję Pana Jacka, że „jeżeli rząd boi się podnoszenia składki, a budżet stać na to, by dać dodatkowo ubezpieczającym się prawo do odpisu, dużo lepiej by było przelać tę kwotę wprost do NFZ, a resztę pieniędzy zostawić w kieszeniach podatników, zamiast nakłaniać ich do płacenia kolejnego oprócz OFE haraczu na rzecz nowych nieefektywnych molochów sektora finansowego”. Bo choć uwaga o „kolejnych po OFE molochach sektora finansowego” jest ze wszech miar słuszna, to przecież NFZ jest równie nieefektywny. Spośród miliona pracowników służby zdrowia tylko około 400 tys. zajmuje się chorymi (100.000 lekarzy, 20.000 stomatologów oraz 270.000 pielęgniarek i położnych). Czyli znowu 40:60!

W innych obszarach jest tylko trochę lepiej. Wśród 850.000 zatrudnionych w sektorze edukacji państwowej jest niespełna 400.000 nauczycieli! Reszta zajmuje się ustalaniem listy lektur obowiązkowych. A robi to tak, że posyłając dzieci do uspołecznionych „placówek oświatowych” musimy stale pamiętać o przykazaniu Jacka Londona: „nigdy nie dopuściłem do tego aby szkoła przeszkadzała mi w kształceniu się.” W Polsce niestety przeszkadza. Ale za to państwowa edukacja pozwala państwu na wpajanie całemu społeczeństwu wspólnej ideologii, co byłoby niemożliwe w szkołach prywatnych, prowadzonych przez jednostki mające różne punkty widzenia i konkurujących o klientów.

Po co to wszystko? Rząd zapewnia sobie masową lojalność wyborców dając im wrażenie, że jest „ich” rządem, że dba o nich i dostarcza im darmowych usług, których inaczej by nie otrzymali. Robi to w imię pomocy biednym i potrzebującym. Ale czy mamy wspierać dokonywaną przez złodzieja „redystrybucję” majątku dlatego, że chce on kupić rower dziecku, a nie wydać na wódkę? Jaka jest różnica, gdy rząd robi to na masową skalę, przekazując nasze pieniądze każdemu, kogo ogłosi potrzebującym?

Gwoli sprawiedliwości trzeba jednak dodać, że to nie biedni ściągają podatki od bogatych. Robi to rząd. To urzędnicy zyskują na podatkach bardziej niż biedni (60:40). Jeśli prawdziwą intencją polityków i urzędników byłoby pomaganie biednym, to najlepszą formą pomocy byłoby dawanie im gotówki. Zmuszanie wszystkich, bogatych i biednych, do płacenia podatków i składek na dostarczenie przez państwo obywatelom „darmowych” usług służy aparatowi urzędniczemu, a nie biednym. Skutki oczywiście są odwrotne od zamierzonych. No chyba, że są one właśnie zamierzone. Państwowy monopol na dostarczanie ludziom różnych usług daje przecież urzędnikom władzę nad tymi ludzi.

19.05.2009
Robert Gwiazdowski
***
Tekst pochodzi z bloga autora.