Rafał M. Trzeciakowski

Rafał M. Trzeciakowski: Kim jest John Galt?

Niekiedy niewinne dziecięce pytania są najbardziej niepokorne. Być może filozofia Ayn Rand miała swój początek w jednym z nich. „Dlaczego zawsze nas uczą, że robienie tego co się pragnie, jest łatwe i złe, i że potrzeba dyscypliny, by się przed tym powstrzymać?”

Mało znanym faktem jest, że teoria walki klas Karola Marksa ma swoje źródło we wcześniejszych liberalnych koncepcjach, które wypaczyła. Do tego stopnia, że słynny początek „Manifestu komunistycznego” o konflikcie pomiędzy „wolnymi a niewolnikami, patrycjuszami a plebejuszami, panami feudalnymi a chłopami”, był wyraźnie wzorowany na akapicie historii myśli ekonomicznej Adolfa Blanqui, ucznia samego Jana Baptysty Saya.

Różnica jest jednak zasadnicza. Say pisał o konflikcie pomiędzy producentami i „nie-producentami”, a także tymi producentami którzy wykorzystują przywileje państwowe do wyzyskiwania innych. Uczniowie Saya ze szkoły industrialnej rozwijali tę myśl i stworzyli nawet na jej podstawie własną teorię historii.

Spór między tymi, którzy podatki płacą, a tymi którzy je konsumują, był zresztą wyraźnie akcentowany w myśli liberalnej przez cały XIX wiek. Nic dziwnego, pamięć feudalnego społeczeństwa klasowego była wtedy jeszcze świeża i każdy jego nawrót był w nowym społeczeństwie kontraktowym wyczuwalny.

Richard Cobden, forsując w Zjednoczonym Królestwie wolny handel, wskazywał jak arystokraci posiadający majątki ziemskie i wpływy polityczne, zarabiają na cłach zbożowych wyzyskując resztę społeczeństwa. Jego wieloletni sprzymierzeniec, John Bright, traktował brytyjskie imperium kolonialne wręcz jako formę państwa opiekuńczego dla arystokracji. W końcu to ona znajdowała wygodne posady w jego administracji. Ktoś musiał zarządzać równoległym indyjskim rządem chociażby.

Najmniejszą mniejszością jest jednostka

Historycy gospodarczy zaznaczają, że rewolucja przemysłowa nie polegała na pojawieniu się wynalazków z powietrza, lecz na powstaniu warunków dla ich wykorzystania. Nie zawsze jednak doceniają warunek najważniejszy.

Jedną z kluczowych innowacji była przędzarka Jenny. Kiedy istnienie maszyny wyszło na jaw, tłum tradycyjnych tkaczy wdarł się do domu jej wynalazcy i ją zniszczył. Sam twórca przeżył, ale musiał uciekać z miasta. Jednak przeżył i pracował dalej. W przeciwieństwie do niezliczonych zastępów wynalazców, którzy zginęli z rąk ludzi broniących leniwej rutyny swych dni. W XVIII wieku wynalazcy przestali ginąć. Zaczęły być respektowane prawa naturalne, a przymus cechowy jął odchodzić w zapomnienie. Grupa straciła kontrolę nad jednostką. Historia ruszyła z miejsca.

Rozprzestrzenianie idei kolektywistycznych nigdy jej nie zatrzymało. Zdołało ją jednak spowolnić. Pod koniec XIX wieku, wybitny socjolog z Uniwersytetu Yale, William Graham Sumner, był już zmuszony przypominać, że „(…) państwo nie może dostać ani centa dla kogokolwiek bez zabrania go komuś innemu, tym kimś musi być człowiek który go wyprodukował i zaoszczędził. On jest Zapomnianym Człowiekiem.” Pojęcie Zapomnianego Człowieka zostało całkowicie wypaczone w retoryce Prezydenta Franklina Delano Roosevelta i wykorzystane do krzewienia idei przeciwnych jego oryginalnemu autorowi. Zaczęło oznaczać everymana z dna drabiny społecznej stając się symbolicznym początkiem epoki, w której przeciętność była traktowana jak cnota.

Wszystko co ludzkie jest rozumne

Wiek XIX zapisał się w historii jako wiek postępu. Niestety wiek XX znany jest już z totalitaryzmu i masowych mordów. Jednak to właśnie w jego najgorszych latach, gdy kolektywizm zdawał się rozprzestrzeniać we wszystkich kierunkach, pisarka i filozof, Ayn Rand, ujrzała człowieka racjonalnego, heroicznego, o nieskończonym potencjale i zakwestionowała dogmat, jakim jest etyka oparta na poświęceniu.

Wielu ateistów, negując duszę, zrównuje człowieka ze zwierzętami. Rand nigdy takiego zrównania nie poczyniła. Dla niej, człowieka z reszty natury wyróżnia racjonalność. Jak zauważyła bohaterka jej powieści, egzystencja wszystkiego co nieantropologiczne jest cykliczna, zależna od pór roku chociażby. Linia prosta jest natomiast pewną abstrakcją geometryczną właściwą jedynie ludziom. Dla człowieka wszystko jest linearne, posiadające początek i koniec, każde działanie musi posiadać swój cel.

Jeśli człowiek potrzebuje racjonalnego umysłu by żyć, to podstawowym wymogiem staje się niezależność. Bez rozumu, nie posiadając szpon, kłów czy pancerza, człowiek staje się bezbronny. Prawa nie są darem istoty nadprzyrodzonej ani społeczeństwa. Nie są też oczywistością o której pisał Tomasz Jefferson w „Deklaracji Niepodległości”. Prawa wynikają z konieczności eliminacji przemocy ze stosunków międzyludzkich, co umożliwia przetrwanie człowieka jako istoty rozumnej. Są obiektywne, w sensie w jakim wypływają z rzeczywistości i zostały racjonalnie odkryte.

Stopień respektowania praw jednostki jest wyznacznikiem poziomu cywilizacyjnego społeczności. Starożytny Rzym nie był imperium dzięki sile legionów. Tym, co Rzym miał do zaoferowania podbitym ludom, była ochrona rzymskiego prawa. Ostatnią instancją obywatela rzymskiego był sam Cezar. Doskonale widać to w Biblii, kiedy najpierw legioniści, a później namiestnik rzymski, chronią Pawła, jako rzymskiego obywatela, przed fanatycznymi wrogami. Gdy ten wzywa przed namiestnikiem Cezara, odpowiedź brzmi „odwołałeś się do Cezara – do Cezara się udasz”.

Poprzez etykę poświęcenia Rand rozumiała zarówno altruizm, świecki oraz religijny, jak i nietzscheański egoizm. Pierwszy wymaga poświęcenia siebie dla innych. Drugi odwraca jedynie kolejność, ale szczęśliwie nikt go nie traktuje poważnie.

Niekiedy popełnia się błąd utożsamiania Rand z darwinizmem społecznym czy Nietzschem. Błąd, bo występując przeciwko socjalistycznym stereotypom, twierdziła iż kapitalizm jest najlepszym systemem także dla mniej zdolnych. Żyjąc w społeczeństwie, każdy zyskuje dzięki dokonaniom innych umysłów. Ten, który dokonał najmniej, korzysta w takim systemie najwięcej. W jego interesie jest, by nikt nie przeszkadzał zdolniejszym od niego tworzyć bogactwa. On także z niego skorzysta kupując telefony komórkowe jakich jeszcze parę lat temu nie było nawet na rynku za kilkakrotnie niższą cenę.

Poza tym Rand odrzuciła determinizm zarówno boski, jak i genetyczny. Na tym gruncie Rand sformułowała przyjmowany ze zdziwieniem w kręgach liberalnych pogląd, iż homoseksualizm jest irracjonalny, ergo niemoralny. Być może właśnie to, pokazuje najlepiej jak bardzo ważne w jej filozofii jest założenie, że każdy posiada wybór i nie jest przez nic zdeterminowany do określonego zachowania. Może dokonać irracjonalnego wyboru, ale będzie to wbrew jego rozumnej naturze i nie przyniesie mu właściwego mu szczęścia.

Sprawdzać każdą przesłankę

Słownik języka polskiego PWN definiuje altruizm jako „bezinteresowną troskę o dobro innych ludzi, przeciwieństwo egoizmu”. Zatem dobro altruistyczne osiągane jest poprzez drugiego człowieka. Altruista nie mógłby być dobry gdyby mieszkał na bezludnej wyspie. Powszechnie przyjmowany system etyczny czyni z zależności cnotę.

Jak wszystko, fakt ten nie pozostaje bez konsekwencji. Skoro celem jest uszczęśliwianie innych, to trzeba wiedzieć co jest dla nich dobre. Co łatwo przewidzieć, zdarzają się nieporozumienia w tej kwestii. W takim wypadku pozostaje albo zrezygnować z najważniejszego celu moralnego, jakim jest uszczęśliwianie, albo zacząć uszczęśliwiać na siłę. I tutaj pokusy, od szerzenia wiary i cywilizacyjnych misji imperiów, poprzez obowiązkowe ubezpieczenia, po zakazy palenia i nakaz zapinania pasów w samochodzie, wydają się nie mieć końca.

Samopoświęcenie może ładnie brzmieć, ale wcale nie jest ani samodoskonaleniem, ani byciem sympatycznym dla innych ludzi. Dla Rand poświęcenie jednoznacznie oznacza wyrzeczenie się wartości ważniejszej na rzecz mniej ważnej. Inaczej byłoby nazywane tym złym i wulgarnym pojęciem – zyskiem.

Co powinien człowiek poświęcić? Nieważne co – odpowiada altruizm, ale im ważniejsza jest to rzecz, tym lepsza osoba. Co jest najważniejszym mieniem człowieka? Czyż nie są to jego ideały, niezależność myśli, poszanowanie siebie? Nie ma w tym niczego zaskakującego, że altruistycznego ideału nie da się osiągnąć za życia, a nieodłącznym jego elementem jest mitologizacja cierpienia.

Poświęciliście szczęście na rzecz obowiązku

Alternatywą Rand jest racjonalny egoizm, rozwijany w stworzonej przez nią filozofii Obiektywizmu. Jego zadaniem nie jest bronienie człowieka przed samym sobą, ani usprawiedliwianie irracjonalnego emocjonalizmu, jakim jest hedonizm, lecz odkrycie drogi do szczęśliwego życia. Ta fundamentalna funkcja etyki jest dzisiaj tak zafałszowana, że potocznie uznaje się kradzież, kłamstwo, czy zdradę za korzystne dla je popełniającego. Czy korzystnym jest nie móc rano spojrzeć w lustro? Czy korzystnym jest musieć ukrywać prawdę do końca życia?

Hedonizm czyni ze szczęścia nie tylko cel, ale i standard moralności, tzn. głosi, iż człowiek ma robić cokolwiek, co sprawia mu przyjemność. Z przyjemności ma wynika przyjemność. Niczego taki pogląd w istocie nie mówi. Daje jedynie licencję na pogoń za przypadkowymi zachciankami, zarzucając próby racjonalnego osiągnięcia szczęścia i sprowadzając człowieka do poziomu egzystencji bliższego raczej zwierzętom.

Czym jest zatem szczęście? Stanem wynikającym z realizacji własnych wartości, odpowiedziała Rand. Więcej, „moralność, która ośmiela się nakazywać wam znajdowanie szczęścia w wyrzeczeniu się go – każe wychwalać klęskę swoich wartości – jest bezczelną negacją moralności.” Duma jest więcej niż cnotą, duma jest sumą wszystkich cnót. Jej osiągnięcie jest konieczne dla odczuwania szczęścia właściwego istocie ludzkiej.

Podobnie jak szczęście, każde inne uczucie również ma swoją przyczynę i można je racjonalnie wyjaśnić. W szczególności nie może być mowy o bezinteresownej, bezprzyczynowej miłości. Gdyby była bezinteresowna to dlaczego miałaby dotyczyć konkretnej osoby, a nie pierwszej z brzegu? Od wieków omija się ten problem uznając miłość za irracjonalną. Dla Rand miłość to odpowiedź na odnalezienie własnych wartości w drugiej osobie. Prawdziwa natura miłości to „cześć, i uwielbienie, i chwała, i patrzenie w górę – całkowita namiętność do niezmierzonej wielkości”.

Obiektywizm opiera się na czterech fundamentach. W metafizyce na istnieniu obiektywnej rzeczywistości, jako absolutu niezależnego od ludzkich życzeń, uczuć czy nadziei. W epistemologii na rozumie, jako jedynym sposobie poznania rzeczywistości. W etyce na prymacie interesu własnego, jako zastosowaniu idei, że każdy człowiek jest celem samym w sobie, a nie środkiem do celów innych ludzi. W polityce na leseferystycznym kapitalizmie, jako jedynym systemie społecznym, nie wymagającym by jeden człowiek żył dla drugiego, systemie, którego przewodnią zasadą jest sprawiedliwość. W ten sposób idzie pod prąd większości współczesnej filozofii głoszącej, że rozum jest ułomny, że wszystko jest subiektywne, więc rzeczywistość znajduje się poza obszarem ludzkiego poznania.

Tam gdzie jest poświęcenie…

Od czasu Adama Smitha kapitalizm uzasadniany jest tym, że egoistyczne zachowania jednostek skutkują dobrobytem ogółu. To jednak musi być niezwykle nieprzyjemne dla altruisty, jeśli mówi mu się, że powinien najpierw być zły, żeby w efekcie wyszło dobrze. Prowadzi to do nierozwiązywalnych konfliktów i frustracji. Wprowadza pewnego rodzaju dychotomię pomiędzy tym co moralne a tym, co praktyczne.

Jeśli służba innym jest ideałem moralnym to zwolennicy wolnego społeczeństwa stopniowo przegrywają. Politycznym zastosowaniem altruizmu jest kolektywizm. Wymaga by jednostka żyła dla grupy. Prawa pozytywne, które wprowadza, nie zwiększają wolności, chyba że mówimy o „wolności” elit politycznych czynienia z obywatelami co im się tylko podoba.

Jeśli przyjąć założenie, że jakaś osoba żyje dla innej, to logicznym następstwem będzie np. indyjski zwyczaj palenia wdów. Esencją wizji Ayn Rand jest sprzeciw wobec postrzegania człowieka jako zwierzęcia ofiarnego. „Nie chodzi o to czy powinniście dać dziesięciocentówkę żebrakowi na ulicy. Chodzi o to, czy macie prawo do istnienia bez dawania mu tej dziesięciocentówki. Chodzi o to, czy musicie kupować swoje życie, dziesięciocentówka za dziesięciocentówką, od każdego żebraka, który mógłby zdecydować się do was podejść.”

Kim jest John Galt? Człowiekiem, o którym jest magnum opus Ayn Rand, powieść „Atlas Zbuntowany”. Człowiekiem, który kochał życie. Kochał je tak bardzo, że odmówił poświęcenia go. Człowiekiem, który pokazał, czym byłby świat bez jednostek działających dla realizacji własnych osobistych interesów. Światem bez umysłu.

Rafał M. Trzeciakowski
***
Ważniejsze źródła (poza wieloma dziełami Rand):

Classical Liberal Roots of the Marxist Doctrine of Classes
Ralph Raico
http://www.mises.org/story/2217

The Forgotten Man
William Graham Sumner
http://mises.org/story/2485

The God of the Machine
Isabel Paterson
http://books.google.pl/books?id=1uFiVBbM7gMC

Biblia
Dz 25,11
http://online.biblia.pl/rozdzial.php?id=402#P1
***
Wcześniejsza wersja artykułu była publikowana w Niezależnym Miesięczniku Studentów SGH „Magiel

45 comments

  1. Kamszo666

    Nawet interesująca eseistyka (czy jak to się nazywa, bo nie znam tych polonisttycznych rozróżnień na gatunki literackie?).

  2. butters

    Poważnie rozśmieszył mnie ten akapit:
    „Mało znanym faktem jest, że teoria walki klas Karola Marksa ma swoje źródło we wcześniejszych liberalnych koncepcjach, które wypaczyła.”

    Piszę „poważnie”, bo nie ma w tym złośliwości. Po prostu, urzekło mnie stwierdzenie, że przetworzenie jakiejś idei (czy może inspirowanie się nią) jest „wypaczeniem”.

    Kolejne:
    „Pojęcie Zapomnianego Człowieka zostało całkowicie wypaczone w retoryce Prezydenta Franklina Delano Roosevelta”

    ;D jezu, skąd wiadomo, że Roosevelt w ogóle znał to wcześniejsze pojęcie?

    „Wiek XIX zapisał się w historii jako wiek postępu. Niestety wiek XX znany jest już z totalitaryzmu i masowych mordów. ”

    Autor, jak widzę bardzo sprawnie pomija, że wiek XX wykazał się jeszcze większym postępem 🙂

    Akapit „najmniejszą mniejszością jest jednostka” autor potraktował jako atak na całą ideę działania wspólnotowego… oczywiście w tym celu wspierając się wiejską legendą o działaniach luddystów. Brawo 🙂 Niezwykle szeroka analiza społeczna i ostateczna odpowiedź na pytanie, „czemu zawdzięczamy postęp i dlaczego jest to kapitalizm?”.

    „Ayn Rand, ujrzała człowieka racjonalnego, heroicznego, o nieskończonym potencjale i zakwestionowała dogmat, jakim jest etyka oparta na poświęceniu.”

    Czyli jak nic zerżnęła ze Stirnera i Nietzschego (zresztą nieudolnie :)), jednocześnie powielając błędy tych pierwszych: nie zastanawiając się dłużej nad stroną negatywną ich filozofii od razu zaczęła tworzyć pozytywną – co by nie powiedzieć – w duchu raczej heglowskim 🙂 Cholera, ona nie tylko przełożyła Hegla na swój malutki rozumek, ale też spaliła się dla jego sławnej triady…
    Z tego Nietzschego to był jednak porządny chopok.

    „W ten sposób idzie pod prąd większości współczesnej filozofii głoszącej, że rozum jest ułomny, że wszystko jest subiektywne, więc rzeczywistość znajduje się poza obszarem ludzkiego poznania.”

    Kolejna zbieżność z Heglem 🙂 Nie, nie – nie chodzi o ten prymat rozumu (bo jednak w logice heglowskiej było szersze spojrzenie, choć strasznie podobne), a o to, że oboje CAŁKOWICIE ZIGNOROWALI Kanta przy tworzeniu swoich systemów 🙂 I o ile u Hegla można to tłumaczyć jego pruską megalomanią, to w przypadku Rand musiało to być zwyczajne ograniczenie umysłowe.
    Żal, panowie, że takimi rzeczami się zajmujecie, ale jak widać dla pierwszego komentatora (rzekomo związanego z filozofią;)) Rand była niedocenianym geniuszem.

    Na szczęście nikt jej dzisiaj poważnie nie traktuje.

  3. Kamszo666

    Nie jest „wszystkimi” więc wypowiadaj się wyłącznie za siebie.

    Ja popieram Rand? Kurwa mać, nie mierz wszystkich swoją miarą zakłamany hipokryto, który każdemu wytyka ten zarzut, choć sam go stosuje nagminnie.
    Po prostu w przeciwieństwie do Ciebie nie jestem zacietrzewiony ideologicznie na wszystko, co jest „nielibertariańskie” lub „nietomistyczne”.
    Nie wiem, czy to jest randyzm, nie zdążyłem się wczytać, ale stwierdziłem, że dobrze się to czyta, jak Tobie tamten Wallenstein czy jak mu tam było.

    >Piszę “poważnie”, bo nie ma w tym złośliwości. Po prostu, urzekło mnie stwierdzenie, że przetworzenie jakiejś idei (czy może inspirowanie się nią) jest “wypaczeniem”.

    Jak słodko.

    >Autor, jak widzę bardzo sprawnie pomija, że wiek XX wykazał się jeszcze większym postępem 🙂

    … Który był niczym wobec holocaustów, wojen na masową skalę.. kwestia spojrzenia, ale przesadzasz z tym, że autor cokolwiek tutaj ignoruje.

    >Czyli jak nic zerżnęła ze Stirnera i Nietzschego (zresztą nieudolnie 🙂 ), jednocześnie powielając błędy tych pierwszych: nie zastanawiając się dłużej nad stroną negatywną ich filozofii od razu zaczęła tworzyć pozytywną – co by nie powiedzieć – w duchu raczej heglowskim 🙂 Cholera, ona nie tylko przełożyła Hegla na swój malutki rozumek, ale też spaliła się dla jego sławnej triady…
    Z tego Nietzschego to był jednak porządny chopok.

    Moglbys przyblizyc zagadnienie wplywu Hegla na Rand?

  4. butters

    „Nie jest “wszystkimi” więc wypowiadaj się wyłącznie za siebie.”

    ;D Ja się tylko odwdzięczyłem za twój komentarz z dyskusji pod Wallersteinem. Nie sądziłem, że aż tak cię to urazi.

    „Moglbys przyblizyc zagadnienie wplywu Hegla na Rand?”

    Nie wiem, czy był tu jakiś wpływ. Raczej chodzi o pewną zbieżność – oboje uznawali, że istnieją obiektywne prawa ludzkiego istnienia, oboje uznawali, że można je odkryć rozumowo, na drodze pojęć i racjonalnego języka (wiadomo, że to niekoniecznie akurat Hegel, ale chciałem zasygnalizować, że niektórzy libertarianie są bliżej Hegla niż sądzą). Oboje mieli straszny tupet, by pomijać epistemologię i a wnioski praktyczne wysuwać z ontologii (którą Rand się chyba nawet poważnie nie zajęła… w przeciwieństwie do Hegla, który arbitralnie stwierdził, że myśl jest przed rzeczą i chuj). Oboje wreszcie ze swoich odkryć uczynili „ostateczne rozwiązanie” dialektyki (jak randowski przykład z altruistą). Jedyna różnica to taka, że Rand przerzuca ciężar swojej filozofii z ducha na rozum (choć Geist znaczy chyba i rozum i ducha, nie?), a heglowski hiperkolektywizm zastępuje hiperindywidualizmem. Oba podejścia są zamordystyczne w swojej wymowie.
    Co zaś do spalania się dla tezy, anty- i syntezy (w sumie to są chyba pojęcia Fichtego, a nie Hegla), to po prostu jej filozofia doskonale ukazuje taki proces dialektyczny jak opisywał Hegel – w dodatku proces ten idzie zgodnie z wolą Hegla. Rand obala Boga i boską etykę (teza) ateizmem i czymś na wzór materializmu (antyteza), z czego wywodzi, że etyka owszem istnieje, ale jako forma rozumu, czyli w zasadzie czegoś nawet nad Bogiem (synteza). Oczywiście Hegel pewnie, wzorem Stalina, znalazłby kolejny proces, w którym wywiedziony z tego hiperindywidualizm zostanie zastąpiony hiperkolektywizmem i tak aż do samoświadomości ducha, która nastąpi, gdy ludzie zauważą, że są trybikami w maszynie indywidualistycznego kapitalizmu. Czyli z indywidualizmu wyjdzie kolektywizm, a raczej zespolą się w jedno tak, że nie będzie widać między nimi żadnej różnicy. I tak dalej i dalej, aż do najmniejszych gówienek, które wkrótce odkryją całość bytu (a nie, przepraszam – absolutu). AAAAAAAAAMEN.

    „… Który był niczym wobec holocaustów, wojen na masową skalę..”

    Nie przeczę 🙂 Ja tylko chcę pokazać, że niekoniecznie wolność=postęp, a brak wolności=brak postępu.

    Uwagi kashmira nie skomentuję, bo jeżeli ktoś nie uznaje wynalazku bomby atomowej, lotów w kosmos itd. za technologiczny postęp, to znaczy, że nie za bardzo troszczy się o zasadę życzliwości, która jest podstawą wszelkiej wymiany informacji.

  5. kashmir

    jeżeli ktoś nie uznaje wynalazku bomby atomowej, lotów w kosmos itd. za technologiczny postęp, to znaczy, że nie za bardzo troszczy się o zasadę życzliwości, która jest podstawą wszelkiej wymiany informacji.

    Postęp ‚technologiczny’ jest całkowicie uwarunkowany postępem naukowym, zatem przez samo puste słowo ‚postęp’ raczej należy domniemywać właśnie ów postęp naukowy.
    Co więcej, wymienione przez Ciebie przykłady to raczej przykłady postępu ‚technicznego’, który od ‚technologicznego’ różni się tym, że jest w zasadzie konsekwencją wyłącznie ilości zaangażowanego kapitału – inaczej niż technologie, a zwłaszcza nauka. Sama technologia może pozostać bardzo długo na papierze, jej wykonanie może być drogie, kłopotliwe, skomplikowane – wymagające właśnie doskonalenia techniki poprzez zaangażowanie przede wszystkim kapitału.

    Postęp naukowy nie dokonuje się poprzez realizację celów (czasem występują takie, nieco ‚przypadkowe’ relacje, kiedy poprzez realizację pewnych celów angażuje się spory kapitał w rozwój technik, które potem służą nauce niejako ‚przy okazji’), choć wielu ludzi, zwłaszcza wpływowych typu bogacze czy politycy, często tak sądzi. Postęp techniczny zaś dokonuje się w ten sposób w zasadzie w 100%.

    XX wiek pod względem postępu naukowego ratują jako tako jeszcze jego wczesne lata, kiedy krystalizowały się pewne (zapoczątkowane w XIX wieku) ważne odkrycia w dziedzinie fizyki. Sama fizyka jądrowa zyskała również w drugiej połowie XX wieku dzięki zjawisku opisanym w poprzednim akapicie w nawiasie.

    Wszystko to jednak jest niczym wobec właściwie skończonych podstaw naukowych i technologicznych dla wymienionych przez Ciebie rzeczy, a także wielu innych kluczowych w dzisiejszej cywilizacji (elektronika, silniki spalinowe, technologie wytwearzania energii, oczyszczania wód…), które powstały głównie w XIX wieku (niektóre nawet wcześniej) – termodynamika, teoria ewolucji, elektrodynamika, podstawy fizyki jądrowej…

    Reasumując – XX wiek jest, owszem, wiekiem postępu TECHNICZNEGO, który jednak wymaga wyłącznie dwóch rzeczy – podstaw naukowych i pieniędzy. Ogromna większość podstaw naukowych dla techniki XX wieku powstała w wieku XIX.

    XIX wiek to jest wiek naukowych przełomów. To cywilizacyjny skok bez precedensu.
    XX wiek to już zastój i degeneracja nauki, a poza tym postępujące jej upolitycznienie.

  6. butters

    ;D
    Oczywiście dwie rewolucyjne zmiany paradygmatu w fizyce, to degeneracja nauki 😉 Postępująca komputeryzacja i rozwój informatyki w latach 70-80 to również nic nie znaczące pierdolenie. Cała masa innych odkryć w dziedzinie biologii i medycyny… ech… no ale ty wiesz lepiej.
    Za słaby jesteś, kochany, żeby rozprawiać o historii nauki 🙂

    A może jeszcze wspomnieć o rozwoju neurobiologii i neurolingwistyki, odkryciach Chomsky’ego na przykład? Czy może z zasady uważasz Chomsky’ego za kłamliwego anarchistę? 😉

  7. kashmir

    @butters

    Powstrzymałem się w poprzednim komentarzu od złośliwości, bo uważam, że każdy ma prawo popełnić błąd poprzez złudny obraz, jaki mu się maluje w wyniku jego niepełnej wiedzy. Dlaczego jednak nie dość, że brniesz, to jeszcze mnie prowokujesz?

  8. butters

    Bo to co napisałeś się kupy nie trzyma, kochanie. Nikt nie przeczy, że w XIX w. powstało wiele teorii, ale nie rozumiem, dlaczego sądzisz, że w XX nie powstała żadna (doprawdy coś takiego właśnie się wyłania z twojego… ekhm… pierdolenia).

  9. Kamszo666

    >Nie przeczę 🙂 Ja tylko chcę pokazać, że niekoniecznie wolność=postęp, a brak wolności=brak postępu.

    Nie zauwazylem, aby autor sugerowal podobna teze.

  10. Kamszo666

    Tylko to skomentuję:

    >Postęp ‘technologiczny’ jest całkowicie uwarunkowany postępem naukowym, zatem przez samo puste słowo ‘postęp’ raczej należy domniemywać właśnie ów postęp naukowy.

    Nieprawda, to znaczy, nie ma takiej jednoznacznej koincydencji, ale też zależy od tego, co rozumiesz przez „postęp naukowy” – czy ogrom danych zebranych, dzięki doświadczeniom, co nierówna się samej nauce; czy stopień zbliżenia się do prawdy o świecie; czy coś może jeszcze innego – bo tworzenie nowych wynalazków, to nie samo, co zrozumienie lub odkrycie zjawisk, dzięki którym dany wynalazek funkcjonuje lub „ułatwia życie”.

  11. kashmir

    Bo to co napisałeś się kupy nie trzyma, kochanie. Nikt nie przeczy, że w XIX w. powstało wiele teorii, ale nie rozumiem, dlaczego sądzisz, że w XX nie powstała żadna

    Po 1. Nie napisałem, że w XX wieku nie powstała żadna, kłamczuszku, wręcz napisałem, ze powstało wiele kluczowych
    Po 2. Spór nie był o to, czy „w XIX w. powstało wiele teorii”. Twierdziłeś, że w XX wieku był WIĘKSZY postęp niż XIX. Co jest bzdurą, jak wykazałem.

    Uciekasz się do prymitywnych manipulacji i przekłamań – zabiegi erystyczne na poziomie 15-latka. Jestem coraz bardziej zażenowany.

    Gwoli wyjaśnienia – „zastój” nie oznaczał zastoju totalnego, że nauka rozwija się w tempie zerowym. Chcesz się czepiać słówek? O ‚zastoju’ nauki można by było mówić nawet wtedy, kiedy szybkość jej rozwoju w XX wieku była taka sama jak w XIX wieku – bo od średniowiecza, po początkowym zastoju niezmienne wzrastał nie tylko postęp, ale i szybkość tego wzrostu. A ona w XX wieku była (i wciąż jest) coraz mniejsza.

  12. kashmir

    @Kamszo666

    Jasne, że stosuję pewne uproszczenia. Gdyby nie stosowanie uproszczeń, zaszłyby dwa zjawiska:
    1. Komentarze zajmowałyby mnóstwo miejsca a ich pisanie zabierało mnóstwo czasu (no i znów ten CO2 niszczący planetę…)
    2. Butters nie miałby się czego rozpaczliwie czepiać.

  13. Kamszo666

    1. Ja nie wiem jak inni, ale buttersowi, Dykordianowi, czy nawet czasem Qatrykowi to nie przeszkadza za bardzo, a pomaga, bo likwiduje klotnie o bzdury.

  14. butters

    @kashmir
    Czyli mam rozumieć, że wymyśliłeś sobie swoje znaczenie słowa „postęp” i „zastój” (co jeszcze samo w sobie nie jest niczym złym), a teraz usiłujesz udowodnić, że jest ono znaczeniem obiektywnym i niepodważalnym, a każdy kto przyjmie inne kryterium postępu (np. częstotliwość zmian paradygmatów w nauce, postępującą technicyzację życia i generalnie olbrzymią zmianę w stosunkach międzyludzkich oraz masę wynalazków, szczepionek itd.) ten jest piętnastolatkiem, który nie zna twoich i najtwojszych prawd objawionych?
    Więc jak to jest z tym postępem? Kiedy twoim zdaniem mamy do czynienia z postępem naukowym, a kiedy z degradacją nauki? Konkretne kryterium, kochanie.

  15. Timur

    „Jego wieloletni sprzymierzeniec, John Bright, traktował brytyjskie imperium kolonialne wręcz jako formę państwa opiekuńczego dla arystokracji.”

    I niechaj każdy herbowy antysocjalista powiesi to sobie nad łóżkiem.

  16. Relaxed man

    „Jedną z kluczowych innowacji była przędzarka Jenny. Kiedy istnienie maszyny wyszło na jaw, tłum tradycyjnych tkaczy wdarł się do domu jej wynalazcy i ją zniszczył. Sam twórca przeżył, ale musiał uciekać z miasta. Jednak przeżył i pracował dalej. W przeciwieństwie do niezliczonych zastępów wynalazców, którzy zginęli z rąk ludzi broniących leniwej rutyny swych dni. W XVIII wieku wynalazcy przestali ginąć. Zaczęły być respektowane prawa naturalne, a przymus cechowy jął odchodzić w zapomnienie. Grupa straciła kontrolę nad jednostką. Historia ruszyła z miejsca.”

    A co jeśli ktoś zamiast zysku woli rutynę i święty spokój ? Może już się napracowali ? Co jesli ktos nie ma weny, nie jest twórcą jak Galt, Dagny czy Roark ? To nie przychodzi na zawolanie. Obiektywizm wychwala kreatywność i produktywność. OK ale nie zapominajmy że produkcja i praca bez kosumpcji to idiotyzm niczym oszczedzanie i nie wydawanie aż do śmierci. Czytająć Rand można dość do wniosku że zastąpiła poświęcenie dla innych poświęceniem dla własnej pracy. Emocje te same ale kierunek inny. Niczym lewacy ktorzy mysleli ze zniszczyli religie a tak naprawde zmienili obiekt kultu. Nie przecze tutaj przeciw prywatnej inicjatywie ale mysle ze Rand sie troche zagalopowala. Brakuje mi w jej powiesciach ludzkich elementów. Nie ma Roarka – jest tylko architekt. Nie ma Galta – jest inzynier. Czy zycie musi oznaczac tylko prace ?

  17. Dagny

    Każdy pisarz kreuje charaktery, tworząc hierarchię wartości. Kompletuje konkretny zestaw przesłanek, które kierują postacią, i wyodrębnia te „cechy”, które będą miały największy wpływ na akcję, treść książki. Roark jest architektem, a architektura jest w powieści symbolem. Podobnie, Galt jest inżynierem, a zagadnienie „wynalazca zmuszony do niszczenia tego, czego pragnie i tego, co sam stworzył” jest jednym z motywów literackich książki. Rand, konstruując opowieść, wychodziła z absolutnie abstrakcyjnych założeń, idei, co oznacza, że odczytuje się to wszystko na płaszczyźnie alegorii. Pojawia się jeszcze kwestia estetyki; piszesz Relaxed Man, że w Jej pracach brakuje ludzkich elementów. Jakie to są „ludzkie elementy” ? Dominique spacerowała wieczorami po mieście – piękna, samotna kobieta, którą wstrząsają nieznane myśli. To ludzkie. Niepewność, pewien rodzaj desperacji, pewien rodzaj neurotycznego opętania. Howard Roark wzorowany był na konkretnym profilu psychologicznym, który uwzględnia zachowania aspołeczne, obojętność na głód, i silne, świadome skupienie wyłącznie na pracy. Nie chodzi więc Rand o to, że Ty, który spokojnie wykonasz swoje zlecenia, otrzymasz odpowiednią zapłatę, i legniesz wieczorem przed telewizorem, nie myśląc już o zajęciach – jesteś „niewystarczająco” produktywny. Chodzi raczej o to, że praca jest pierwszym filarem w życiu człowieka, że praca to ekspresja potencjału, który w człowieku tkwi, że jest nienaturalnym stać bezczynnie, że działanie wymaga uczciwości – najpierw wobec siebie, potem wobec innych -, że powinno się robić, to co uważa się za słuszne, że praca niesie rodzaj zmysłowej przyjemności, która nazywa się „poczucie skuteczności”, itd, itp. Życie bohaterów Rand jest wyidealizowane, jest sensualne, jest zjawiskowe. Wszystkie wydarzenia, które mają miejsce – są wskazówkami. Parafrazując samą pisarkę; nie chodzi o to, jakim człowiek jest – chodzi o to, jakim być powinien. Jeżeli „elementy ludzkie”, jak się spodziewam, oznaczają, że wymagasz od pisarki, by jej bohaterowie wychodzili do toalety, by prowadzili pełne żalu, melodramatyczne monologi – to tak, jakbyś wymagał o rzeźbiarza, żeby jego rzeźba nie przedstawiała tancerki w uniesieniu, ale żeby przedstawiała …zgarbionego, pooranego głupotą pijaka z poważnymi ubytkami w uśmiechu. Tego chcesz ?
    Tu nie chodzi o produkcję i pracę bez konsumpcji. Tu chodzi o wierność raz powziętej decyzji, wierność sobie to raz. A dwa – w odniesieniu do Twojej wypowiedzi – chodzi o to, że człowiek sprawiedliwy wie, że nie może konsumować więcej, niż wyprodukuje.
    A życie oznacza pracę. Z pracy wynikają wartości. Z pracy wynika skuteczność. Z pracy wynika to, czy jesteś zadowolony ze swojego dnia, czy czujesz się spełniony. Kiedy te wartości są ustanowione, możesz pograć w piłkę z synkiem, albo udawać lalkę na podwieczorku z córeczką, i wiesz, że to coś znaczy. Wolisz kobietę, która nie potrafi powołać marzeń do życia, czy tę, która jest przedsiębiorcza, energiczna, żywiołowa, która ma zasady i się ich trzyma ?
    Tak wygląda cała sprawa. Pytaj siebie, co wolisz. To, co wyda Ci się atrakcyjne, to, o co chciałoby się walczyć, do czego można się uśmiechnąć – czy odwrotnie. Wybór jest taki prosty !

  18. DysKordian

    @Dagny

    człowiek sprawiedliwy wie, że nie może konsumować więcej, niż wyprodukuje

    To zależy, jaką koncepcję sprawiedliwości przyjąć.

    A życie oznacza pracę.

    Co rozumiesz przez pracę?

  19. Cyberius

    „Dla niej, człowieka z reszty natury wyróżnia racjonalność”
    gdzie to Rand wyczytała?
    -jest chyba odwrotnie, to człowieka w przeciwieństwie do zwierząt wyróżnia irrajonalizm

  20. Dagny

    @DysKordian
    Koncepcje, konwencje, teorie…
    Nie bierzesz więcej, niż tyle, na ile zapracowałeś, i to jest Sprawiedliwość. A jeśli jest jakaś inna, to ja jej nie mam zamiaru podlegać.
    Praca to, jak już napisałam, wykorzystanie potencjału.
    @Cyberius
    Tu rozum, tam instynkt. Rand się nie pomyliła. Tyle, że zwierzę jest podporządkowane pod swój „zew”, który podpowiada co należy zrobić. Człowiek – może korzystać z umysłu, ale nie musi. Można nie myśleć. Można myśleć, ale myślenie czynić celem. Można udawać, że się myśli. Słowem, można sobie czynić taki ferment z własnego mózgu; za pomocą iluzji, za pomocą błahych zachcianek, fanatyzmów, nieuczciwości, niegodziwości, gier – zabawa na całego ! Tyle, że taka impreza daleka jest od spokoju. W każdym sensie.

  21. butters

    Czytać Rand i jeszcze się nią zachwycać… no, ludzie… naprawdę, nie zawsze underground to jest wyższy poziom (ale zdanie, kurde ;))

  22. Cyberius

    @Dagny
    jeśli widzisz u czlowieka rozum to gratuluje świetnego towarzystwa
    Może na początku dwudzistego wieku tak byo

    -ja teraz za wiele w ludzkim działaniu rozumu nie widzę
    wręcz przeciwnie

  23. Cyberius

    @butters
    ja tam w Randowej nic nowego nie widzę
    taki tomizm bez Boga

    -swoją drogą dobrze jest przypominać dzisiejszej zwariowanej ludzkości że jednostka
    jest podstwą wszelkiego działania, bo jak człowiek ma działać jak nie przez siebie
    a i odrobina egoizmu nigdy nie zaszkodzi
    i za to jej chwała

  24. Dagny

    @butters
    Co miałeś na myśli ?

    @Cyberius

    A w swoim działaniu widzisz ? Zdradzę Ci, że to wystarczy. A sytuacja kryzysowa jest, to prawda.

  25. butters

    @dagny
    Było tylu pisarzy, którzy wnikali głębiej w człowieka, że dziwię się jak na taką Rand jeszcze komuś starcza czasu.
    Nie była ani ciekawym filozofem (po Stirnerze powinna się schować w ziemiance), ani ciekawą pisarką.

  26. Dagny

    @ Cyberius
    “Zdradzę Ci, że to wystarczy.”
    -chciałbym wierzyć .że to prawda
    —————–
    Przykro mi, jeśli nie potrafisz, choć to nawet nie jest prawda „ustanowiona” – nikt jej nie wykuł na kamiennych tablicach, nie trzeba w nią wierzyć. Dopóki zna się własny mechanizm, przyczynę i skutek, pytanie i odpowiedź, dopóki określa się kierunek celem – to oczywiste. Ponieważ, jak sam napisałeś, dookoła niewiele pozostało rozsądku – został on zastąpiony głupotą przyjmowania iluzji za fakt, wszystko zależy od tego na jakim stopniu świadomości podchodzisz do życia. Ktoś Ci jest potrzebny do potwierdzenia, że żyjesz ? Martwię się, że niebawem wprowadzone zostaną obowiązkowe badania kontrolne pola świadomości. Póki natężenie turbulencji nie będzie wystarczająco deformowało Twojego odbierania, powiedzą Ci, że jesteś w stanie „przedśmiertnym”. Ale do tego, żeby wiedzieć, że jest się w stanie stabilnym, nie potrzeba innych.
    Faktu nie sposób udowodnić (trzeba zbiegać o uznanie istnienia jakichkolwiek faktów !), a kłamstwa nie sposób wykazać. Pewność w tym, co wewnątrz, jeśli to, co na zewnątrz razi.

    @butters

    „Było tylu pisarzy, którzy wnikali głębiej w człowieka, że dziwię się jak na taką Rand jeszcze komuś starcza czasu.”

    Świetnie ! Listę pozycji do przeczytania mam wprawdzie zarezerwowaną na najbliższy rok, ale bardzo chętnie ją uzupełnię. Czy mógłbyś mi podać tytuły i autorów szczególnie wartych uwagi ? Nie poznałam do tej pory twórczości żadnego innego pisarza, który dokonałby tak dokładnej analizy charakteru człowieka, na wielu płaszczyznach w formie zbeletryzowanej, więcej – uczynił tego typu rozważania motywem i pośrednią tematyką w tym samym stopniu – co Rand, a niczego innego nie pragnę !

    „Nie była ani ciekawym filozofem (po Stirnerze powinna się schować w ziemiance), ani ciekawą pisarką.”

    Nie czytałam Stirnera, książka czeka na swoją kolej, także tego zagadnienia w konfrontacji się nie podejmę. Dlaczego jednak uważasz, że nie była ciekawą pisarką ? Oczekuję przynajmniej szkicu argumentacji i przynajmniej dwu czy trzech konkretnych powodów zdania, ponieważ sama, jak pewnie zdążyłeś zauważyć, mam odmienne 🙂 Dając odpowiedź na pytanie o istotę własnej opinii, powinno się jasno przedstawić przesłanki nią kierujące. Inaczej albo oznacza to nieodpowiedzialność za słowa, albo niezrozumienie własnych słów, albo zwyczajne lekceważenie rozmówcy. Przy czym dodam, że Rand tego właśnie błędu, jako nieliczna z całej plejady (znanych mi) autorów co ambitniejszej prozy o profilu quasi sensacyjnym; konsekwentnie nie popełniała. Jeśli ktoś mówi, że Rand pisała tylko o maszynach – to śmiało dodaję, że stworzyła prototyp idealnej maszyny literackiej – maszyny, która nie pozostawia pytań, bez odpowiedzi.

    – nawiasem, w nieprzyjemny sposób określasz emocje. nie uważam, żeby zdolność do odczuwania podziwu, czy umiejętność oszacowania geniuszu, była powodem do …chowania się ? uciekania ? Doświadczenie innego pięknego umysłu (tak trudne) powinno raczej powodować szalony, radosny pościg za czyimś osiągnięciem.

  27. butters

    Jej, ale z ciebie kwiatek… (swoją drogą, kobieta na liberalis? myślałem, że faszyzm jest obcy płci pięknej ;))
    Krótko, bo rzeczywiście na temat Rand mi się nie chce rozmawiać. Nie chodzi o to, że jest nieciekawa w sensie, że nieciekawie się ją czyta. Nie do tego piję.
    Nie cierpię tendencyjności jej książek (jasnego podziału na dobro i zło, zresztą takiego, który kompletnie nie zgadza się z moją wrażliwością, a pretenduje do miana obiektywnego), nie cierpię jej jednowymiarowych i papierowych bohaterów, rodem z bajek o Leninie, nie cierpię teoretyczności jej bohaterów (ma się wrażenie, że postaci z „Atlasa zbuntowanego” to chodzące idee… taki np. Hemingway również przedstawiał bohaterów o mocnych poglądach, dużej ostrości politycznej, ale przy tym przedstawiał ich jako ludzi, a nie pionki w grze, której reguły zostały odkryte przez autora/autorkę). Nie cierpię tej iluzji wielkości człowieka, która paradoksalnie jest jego pomniejszeniem (niech tu za kontrprzykład posłuży cała trylogia samotności Kafki, której kolejni bohaterowie, choć przytłoczeni nieznanym światem pozostają kimś głęboko przepojonym humanizmem), wreszcie NIENAWIDZĘ Randowskiego logocentryzmu i idącego za nim fallocentryzmu (Derrida pisał, że te dwa paradygmaty są ze sobą powiązane i chyba miał rację). Ale najbardziej irytuje mnie fakt, że tak jawnie propagandowa, tak jawnie wspierająca nadbudowę (i jednocześnie ABSOLUTNIE głucha na całą krytykę kapitalizmu od Marksa począwszy), tak jawnie olewająca wszelką krytykę epistemologii (już mówiłem, że Rand chyba nie za bardzo zrozumiała Nietzschego?) twórczość może być jeszcze czytana, gdy obok leżą tomy Faulknera, Steinbecka, Hemingwaya, Caldwella, Fitzgeralda i wielu, wielu innych późniejszych amerykańskich pisarzy z takim Updike’em, czy Rothem na czele, których już jedno opowiadanie zawiera więcej pytań, niejednoznaczności i głębokości niż cała twórczość Rand.
    Co do odpowiedzi, to ja już dawno stwierdziłem, że nie po to jest literatura, to po pierwsze, a po drugie – w ogóle zastanawiam się, czym niby taka „odpowiedź” jest. Bo jeśli przyjmiemy, że jakakolwiek odpowiedź poszerza nasze poznanie, to w przypadku Rand nie można mówić o jakiejkolwiek odpowiedzi, lecz o samych ograniczeniach, zamknięciach, o interpretacyjnym despotyzmie wobec świata.
    Tak właśnie.

  28. butters

    Właśnie przeczytałem „Hymn”. No nie ma, kurwa, bardziej pretensjonalnego i tendencyjnego tekstu na kuli ziemskiej.

  29. Dagny

    Zaczynasz od potępienia zjawiska rzekomej popularności Rand – z czym się nie zgadzam, bo zarówno nie dostrzegam świadectw szczególnego zainteresowania Jej twórczością, i zarazem uważam, że to twórczość wielce pożyteczna, spełniająca funkcję jaką Rand chciała jej nadać i nadała – na tle ideologiczno-literackim. Kończysz na równie niejasnym i nie wiedzieć do kogo skierowanym oskarżeniu, że sięga się po Rand, a nie po tego a tego wielkiego pisarza. Kulą w płot, Butters. Starasz się dowieść jakiejś nieokreślonej wyższości osiągnięć, wspominając przy tym, że „Co do odpowiedzi, to ja już dawno stwierdziłem, że nie po to jest literatura…” Jeśli tak, to nie posiada ona jasnych standardów, określonej prawidłowości metod i narzędzi ? „Tak” to w tym wypadku „nie” dla Twojego werdyktu dot. Rand. Wymienionym tragicznym uchybieniom w Jej pracy [nawiasem – rozmawiamy o zagadnieniu prozy czy o ogólnych działaniach pisarki ?] nie mogę zaprzeczyć, bo podajesz mi interpretację jako stwierdzenie absolutne. Wykładem czy jakąkolwiek akademicką analizą nie zranię Twojej wrażliwości. Wrażliwość w tej kwestii okazuje się zwykle wielką odpornością.

    Ja nie staram się dowieść wyższości, lecz słuszności literackiej metody Rand. Polecam lekturę „The Romantic Manifesto”, powinno wiele wyjaśnić.
    Jeśli rzeczywiście mam posłużyć się bardzo ogólnym, emocjonalnym określeniem różnic – pomiędzy dla przykładu twórczością Kafki, a Rand : Pamiętam jedno wydanie niszowego amerykańskiego pisma fantastycznego „Famous Fantastic Mysteries”, w którym pojawiło się opowiadanie Kafki („Metamorfoza” – nie sposób tego kawałka zapomnieć) i Hymn Rand. Okładka przedstawiała bohatera tego drugiego utworu, jak młodego półboga, z klamrami zerwanych już pęt okalającymi nadgarstki, ale ze strzelistymi promieniami symbolizującymi wynalazek i obiecującymi przyszłość, dzierżonymi w pięści. Różnica Kafka/Rand jest taka, że bohaterowie Kafki pozostają obciążeni kajdanami – jeśli nie „dyktatury”, to własnego zwątpienia czy bezsilności. To, co WRAŻLIWIE odczuwam po lekturze „Procesu” to rozpacz, otępiająca, ale pozbawiona celu determinacja, czyli bezsens. To, co WRAŻLIWIE odczuwam po lekturze „Źródła” – to uzasadnione nadzieje i gotowość wyzwania. I, dla różnicy, co odczuwam po przeczytaniu „My, żyjący” to zrozumienie, nie bezsens. Wszechogarniająca bohaterów Kafki iluzja, senny majak, jakkolwiek to nazwać, powtarzające się wnikliwe stadium upadku, kiedy człowiek całą siłę lokuje w beznadziejnych, ślepych próbach, obarczony w dodatku niejasnym poczuciem winy. Jaki jest w tym humanizm ?
    To są jednak interpretacje. Nie określają słuszności metody literackiej, ale związek przekonań opowieść/odbiorca i „wiarę estetyczną”. Wyraz przyczyny i celu można zobrazować, często nawet z niesamowitym efektem poprzez odwrócenie wartości i hiperbolę. Zabieg charakterystyczny dla mrocznej odmiany sf, od razu nasuwa mi się genialny tytuł Burgessa – Mechaniczna Pomarańcza.
    Co jednak, jeśli przyczyna i cel nie zostaną przedstawione ? Co jeśli nic nie spina kompozycji, a konflikt jest trywialny ?
    Niepisane prawidło literatury brzmi, że jest ona manifestem logiki. Steinbecka poznałam nieszczęśliwie w.z. z Tortilla Flat. Nie wyrażała ona ani niezbędnej kompleksowości myślenia, ani nienaruszalnej podstawy fabularnej. Uznałam tę książkę za dobry przykład religijnej obrzędowości wobec czegoś, co jest ułomne, co nie ma większego znaczenia niż rozbita nieopatrznie butelka kiepskiego wina.
    Steinbeck był godny podziwu względem sposobów kreacji postaci, ale marny fabularnie.
    Potem natomiast jednym krótkim rozdziałem książki „Grona Gniewu” zdołał oświecić mnie w kwestii kompozycji literackiej i tła narracji sytuacyjnej ! „Grona Gniewu” są o tyle cudownie skomponowane, że istotnie odczuwa się porażający gniew związany z losem tych szczerych w zamiarach i niewinnych w czynach bohaterów. Poza tym jednak, uważam, że to nie jest elementarnie książka o walce klasy pracującej i uciskanej z gromadą opasłych burżujów w lśniących autach – ale, odnosząc się do Wiktora Hugo (Tematy Gron Gniewu i Nędzników nie mijają się), głuchy bunt nędzy przeciwko bogactwu. A takie ujęcie sprawy jest już niewybaczalne. Niektóre z rozwiązań tragicznie tendencyjne i przesadnie melodramatyczne.
    Fitzgeralda czytałam ostatnio pewnej rezolutnej młodej damie ! nie chciała usnąć, co jest niechybną rekomendacją 🙂
    Słuszność metody literackiej to czy jest ona osadzona w rzeczywistości. Jeśli jest – otrzymasz rzecz kompletną i zrozumiałą począwszy od fundamentu po sklepienie. „Wrażliwym” powinno się być na porządek, nie na chaos. W żadnej formie pisanej nie chodzi o mylenie poszlak (modlę się, żeby przestano to praktykować), ale o dawanie wskazówek. Selekcja istotnych zagadnień, ukazywanie ich przez szkło powiększające – to co robiła Rand, i z autorów, których wymieniłeś, a których znam (Updika nie czytałam, Cadwella kojarzę jako reportera, a shop talk czeka na półce od dawna) , każdy robił to samo.
    Moja osobista preferencja jest taka, że opowieść ma inspirować, natchnąć, rzucić światło na radość istnienia, albo ma wagę istnienia.
    Nawiasem – Hemingway jest jednym z moich ulubionych pisarzy – nazywam go Howardem Roarkiem konstrukcji literackiej 😀

  30. butters

    Zadałaś wiele pytań, więc postaram się odpowiedzieć.
    Przede wszystkim nie narzekałem na popularność Rand (a mogłem, bo w USA była i jest chętniej czytana niż większość wymienionych przeze mnie pisarzy – razem wziętych), ale wyrażam zdziwienie, że znajdując się na samym środku morza wartościowej literatury można się Rand poważnie interesować.
    Druga sprawa, że nigdy nie twierdziłem, by się Rand nie udało osiągnąć zaplanowanego celu. Swoją drogą, to ciekawy zwrot i dość zręczna manipulacja, gdy określasz jej działania jako zachodzące w sferze literacko-ideologicznej. W zasadzie każde pole literackie jest też polem ideologicznym i na odwrót, sęk w tym, że o ile jedne teksty będą wyzywały ideologię na pojedynek, drugie będą betonowały tę „jedyną słuszną”. W jednych będzie dialog międzyideologiczny (jak u Dostojewskiego, by się tu tym sztandarowym, bachtinowskim przykładem posłużyć), w innych totalitaryzm, cenzura (jak u Rand). Przy czym słowo, cenzura w przypadku Rand nie jest jedynie retorycznym porównaniem. Cała kontekstowość jej twórczości (i tu zwłaszcza piję do linków między Nietzschem a Rand, również między Tekstem kapitalizmu i Tekstem antykapitalizmu) obnaża właśnie takie obrzydliwe działanie Hymnu. Trzeba powiedzieć, że nawet Tołstoj przy Rand jest mocno polifoniczny.

    I w tym właśnie, w pewnej analizie, a nie w interpretacji (umówmy się, że te dwa terminy rozróżniam trochę wbrew sobie; analiza jest tylko racjonalizowaniem interpretacji, szukaniem przyczyn jej obrotu) upatruję słabość Rand. Nie mówię też o niesłuszności jej metody literackiej (w ogóle jestem daleki od takich obiektywnych stwierdzeń), lecz o jej wyjątkowo nieetycznej, niedemokratycznej stronie. Pokusiłbym się o tezę, że wiele dzieł socrealizmu było w pewien sposób mniej uzależnione od dyskursu władzy. Różnica była taka, że teksty socrealizmu były świadome, przez co traciły siłę przebicia, a Rand jest w swej głuchocie zupełnie nieświadoma – dlatego radykalne postawy z jej tekstów, siłę bohaterów uważa się za coś indywidualnego, antykolektywistycznego.
    Tym samym przechodzimy do największej iluzji, jaka dotyka ludzi nie tylko przy odczytywaniu Rand, ale też przy odczytywaniu obiektywizmu i libertarianizmu. Otóż, teksty Rand są w rzeczywistości bardzo silnie kolektywistyczne i niestety jest to kolektywizm niewolnościowy (co wynika z wcześniej wspomnianej nieświadomości). Z jakiego powodu? Z takiego z jakiego wszelki logocentryzm jest kolektywistyczny, bezdyskusyjny, totalitarny. Zauważ, że semantyka dzieł Rand jest bardzo jasna i poskładana. Prawdopodobnie, gdyby przeprowadzić porządną analizę semantyczną, zauważylibyśmy, że pewne pojęcia tkwią wciąż w jednym znaczeniu, że nie ma tam przejść między jednym znaczeniem, a drugim. Wszelkie zaś odstępstwa od tej reguły czytalibyśmy raczej jako błędy warsztatowe, nie jak Joyce’a, nie jak Prousta. Wychodzi tu kolejna nitka, która dość jasno sugeruje, że teksty Rand cenzurują nie tylko wcześniej wspomnianych krytyków logocentryzmu, ale też jego patrona – Hegla. Co by nie powiedzieć, Hegel był jednak uczciwy, gdy stwierdził, że ustanowienie władzy pojęcia jest w rzeczywistości ustanowieniem władzy Ducha – hiperkolektywizmu.
    Zarzutów jest więcej, ale proszę, nie traćmy czasu na Rand. Zresztą wątpię, byśmy się mogli dogadać, skoro twierdzisz, że literatura jest niepisanym manifestem logiki. Cóż, dla mnie taka literatura to fałsz, logocentryczny bełkot służący wszelkiej maści totalitaryzmom (tym myślowym i tym rzeczywistym). Powieść, czy opowiadanie powinno zrywać wszystkie maski, rozbrajać narzędzia poznawcze, negocjować dyskursy i dekonstruować logikę. I wbrew temu co mówisz, Kafka właśnie dzięki temu jest bardzo humanistyczny (zwłaszcza, gdy go jeszcze czytamy przez Camusa), a Grona gniewu wykraczają poza analizę klasową i poza, jak to stwierdziłaś, anonimowy wrzask biedy. Wykraczają już od przytoczonej na wstępie przyśpiewki robotników, oraz dekonstruują w niemal całej strukturze fabularnej samą taką analizę, sam wrzask, nie mówiąc o tym jak mocno poddają w wątpliwość pojęcia (Bank, Prawo, Bóg). Rand kłamie (gdy idzie o bohaterów i człowieka… przypomina się Girarda „Kłamstwo romantyczne…”), cenzuruje i narzuca wizję świata. Dla mnie to wystarczy, by tekst odradzać z całą stanowczością.
    A swoją drogą, kapitalistom wszelkiej maści:

    Widziałem przyjście Pana
    płaszcz chwały go owiewał
    i szedł z takiej winnicy
    co rodzi grona gniewu

    🙂

    PS. A Hemingway rządzi. Jak to możliwe, Dagny, że po Hemingwayu możesz uznawać Rand za godną uwagi?

  31. RMT

    Kashmir i Dagny odniesli sie juz w zasadzie do konkretnych zarzutow, a dyskusja przeszla do literatury jako takiej, gdzie sie nie poczuwam do roli eksperta, wiec tylko krotko jako autor wyjasnie jedna drobna kwestie.

    „;D jezu, skąd wiadomo, że Roosevelt w ogóle znał to wcześniejsze pojęcie?”

    Pewnie nie znal, natomiast facet ktory napisal to przemowienie radiowe (to jedno z bardziej znaczacych przemowien Roosevelta) znal pojecie, ale nie mogl sobie przypomniec skad. Wykorzystal je wiec w taki sposob, jak mu sie wydawalo. Wiadomo, bo pozniej go pytano o to w wywiadach, co wiem z ktoregostam z nagran wykladow Amity Shlaes.

  32. Dagny

    @ Butters : – W zasadzie każde pole literackie jest też polem ideologicznym i na odwrót. –
    …A każda bryłka rzeźbą, a każdy dźwięk symfonią, i każda myśl czynem, tak ? Nie zgadzam się. Sensem największej bzdury może być wykazanie zbrodni głupoty u podstaw, operacja odwrócenia wartości o której wspomniałam nie jest pozbawiona siły przekazu. Ale z kolei nie można jej nie odmówić całym bibliotekom, których półki uginają się pod ciężarem totalnie niepotrzebnych, wyssanych z palca i pretendujących do miana arcydzieł, historyjek ! Tych ulissesów, zalegającej makulatury schematu nie sposób usprawiedliwić.
    Mnie cieszy morze wartościowej literatury, do której na równych prawach zaliczam Rand, ale i przeraża potop tragicznych nieporozumień. Mam styczność z tym, co ludzie robią ze słowem, i co uważają za słuszne, ze współczesną manierą odrzucania fabularności na przykład. Tu butters nie chodzi o to, że czyjaś bezkompromisowa ideologia godzi w Twoją wrażliwość, ale o to, że jej nie ma wcale ! Czy z tym się zgadzasz ? To dopiero żądanie – zaprzestania myślenia ! U Rand dialog między-ideologiczny występuje w każdej historii, oddziaływanie jest wyłożone klarownie. Tak rozumiem ów „dialog”; i w tej dyskusji autor powieści powinien mieć w garści ostateczny argument, i zająć jasne stanowisko. Natomiast od widowiskowych potyczek, rozważań stron, analizy, równań jest forma „publicystyczna”, m.in. dlatego znacznie trudniejsza warsztatowo. Fikcja=sztuka=szkło powiększające-wybrany punkt widzenia=zewnętrzna projekcja wewnętrznego. Różnica między opowiadaniem a materiałem prasowym jest taka, że w opowiadaniu masz obowiązek wydać werdykt, w tym drugim przypadku nie wolno Ci tego robić. Nie wiem, co dokładnie masz na myśli, pisząc „dialog”, mógłbyś zobrazować ?
    Inna sprawa. Weźmy tu jakiś jaskrawy przykład. Pisałeś, że jasne rozróżnienie dobra i zła jest sprzeczne z Twoim postrzeganiem sztuki. Jeśli będę robiła komiks w konwencji super-bohaterskiej. Mój bohater zatrzymuje złodzieja. I co, jeśli Ty kontynuujesz tę historię – złodziej zamiast odejść z powykręcanymi rączkami, zatrzymuje herosa słowami : „Hej, to nie ja reprezentuję bezprawie, ale ty ! Teraz ty uciekasz ! No, hultaju, już cię tu nie ma !” I co, łowca łotrów bierze nogi zapas ?
    Domyślam się, że to, czemu tak hołdujesz w literaturze to postać o dobrodusznym podejściu, ale popełniająca błędy, umęczona głosem sumienia, przyznająca się do występku czy nie, czasem żałująca, czasem lekceważąca, Jekyll&Hyde, albo taka, która „wiecznie czyniąc zło, czyni dobro”. Jest mnóstwo pięknych, wzruszających charakterów w światowej prozie, opartych na tym założeniu i są to kreacje ważne, o ile nie wynikają z konsekwencji autora.
    „Cenzura” w sztuce. Butters, dziś tego rodzaju „cenzury” [ co zwie się w istocie spójnością u Rand ], o którym piszesz nie ma ! Artyści wybrali alternatywę, którą im proponujesz. Cenzurują sobie umysły. I nie mów mi, że „błogosławiona otwartość”, że „szachowanie ułaskawieniami dla postaci literackich”, że „niezbędna elastyczność”. Nie uznaję tego, bo to właśnie jest ucisk, ograniczenie, i ślepota.
    Wszyscy piszą o wszystkich, pisarz trzyma sznurki do bohatera, i jest mu obojętne czy ta marionetka przybierze pozę niechlujną, czy elegancką. Najlepiej sprzedaje się sensacja i horror.
    Co do Hymnu, odgórnym zamierzeniem, które można odczytać w spark notes, była właśnie stylizacja biblijna. Taka kpina, garścią piachu po oczach.
    Co to jest „racjonalizowanie” interpretacji ? Jak to się robi ? Gdzie leży Rand nieetyczna, niedemokratyczna strona ? Gdzie leży etyka demokracji ? „W pewien sposób” – „trochę wbrew sobie” – „pokusiłabym się o tezę” – że w naiwności. A etyką naiwności jest odmowa podejmowania decyzji.
    Twórczość Rand – nie myl tekstu zaangażowanego „psychologicznie” i „filozoficznie” od tekstu zaangażowanego „politycznie”. Jeśli cechę tego drugiego – dyplomację – określasz mianem „świadomej”; to ja cechy tych pierwszych – radykalizm – określam mianem „uczciwych”. I tu się mijamy. Mamy zupełnie różne założenia estetyczne.
    —————————————————————————————————
    „Tym samym przechodzimy do największej iluzji…”
    Wolność równa się brak prawidłowości, tj. interpretacja ? Wolność sama w sobie jest prawem jako pojęcie abstrakcyjne. I jako takie ma zastosowanie w sztuce – nie jest narzędziem, ale materiałem. Gdyby iść tropem „wolność jako narzędzie, a nie materiał” w sztuce otrzymywałbyś absolutnie nieforemne, niezłożone, niekompleksowe prace. To jakby agregat energii miał służyć za przewód ! Instalacja spalona.
    Nawiasem, ten postulat „wolność jako środek” dokonuje strasznych spustoszeń w sztuce. Idziesz na wystawę prac [absolutnie genialny młody talent – musisz to zobaczyć !] i oglądasz sto jeden adaptacji wzoru koszuli więziennej pośród szeptów zachwytu.
    Jak już zwróciłeś uwagę, nie ma szans żebyśmy się dogadali.
    ——————————
    „Prawdopodobnie, gdyby przeprowadzić porządną analizę semantyczną, zauważylibyśmy, że pewne pojęcia tkwią wciąż w jednym znaczeniu”.
    Cieszę się, że potrafiłeś to dostrzec 🙂 Mało tego, po rozłożeniu Atlasa na czynniki pierwsze i przeglądaniu krok po kroku mechanizmu budowy, otrzymujesz niezmiennie tę samą zależność pojęć, która jest po prostu skróconym zapisem motywu tej powieści. Jak nie traktować Rand poważnie ?! Czy zdajesz sobie sprawę, jak zdyscyplinowanego umysłu wymagało stworzenie takiej bezbłędnej konstrukcji ? Ja nie mówię o technice słowa, ale o technice kompozycji. Rand nie narzuca, Rand pokazuje. Rand nie cenzoruje, tylko buduje od podstaw, opierając się jedynie na uniwersalnym prawie „logicznej grawitacji”. Są, owszem, niedopatrzenia na płaszczyźnie kreacji.
    ———————–
    Logocentryzm.
    To ty uważasz, że zadaniem artysty jest nie „dać wyraz”, ale dostarczyć materiału do dyskusji ?!
    Jest w twoim oburzeniu „logocentryzmem” pewna nieścisłość. Piszesz, że „powieść, czy opowiadanie” powinno „zrywać wszystkie maski”. [Pomijając, że uważam, iż Rand właśnie tak czyni] – Co kiedy już je zerwie i zobaczysz twarz, istotę, treść, prawdę. Treść jest niepodważalna, bezdyskusyjna. Wtedy; idąc tropem Twojego wcześniejszego wywodu, spodziewam się, że i tę twarz nazwiesz maską.
    „Rozbrajać narzędzia poznawcze”. Jak to się robi ? To znaczy, że pisarz nie może nawet zadawać pytań ? Podawać czegoś w wątpliwość, czy groteskę ?
    ——————————-
    Camus – mistrz metafory tła i alegorycznej dekoracji. I co ty od niego chcesz, butters ?
    ——————————-
    „PS. A Hemingway rządzi. Jak to możliwe, Dagny, że po Hemingwayu możesz uznawać Rand za godną uwagi?”

    Haha. „Sprawdź przesłanki. Sprzeczności nie istnieją”. Hemingway jest absolutnie niepokonany jeśli chodzi o konstrukcję literacką. Wystrzegasz się jasności, Butters, a nie przeszkadzają Ci u niego czytelne, uwypuklone kontrasty ? Howard Roark miał zasadę „formę definiuje funkcja”. Hemingway jest tu bezbłędny. Potem tło. Warstwy historii nałożone tak, że widać każdy odcień; o to chodzi ? Raz rzuca światło tam, raz tam. Dla mnie prawdziwa maestria „przejścia znaczeń” tkwi w operowaniu kontrastem u podstaw – to nie daje sprzeczności, ale cudowną spójność. Kontrast „funkcja” definiuje znaczenie „formę”. Słyszałam, że Hemingway jest prostacki. Ja uważam, że jest liryczny. Roark działał praktyczne cuda w tworzywach technologicznie niepozornych. Funkcja, modernizm, niski koszt, idealna skuteczność, itd. Hemingway robił to samo. Co zabawne w.z z Twoim uwielbieniem do Jego twórczości, butters – kompozycje Hemingwaya pojęciowo są zamknięte. Jego opowieści nie można nic odjąć.

  33. butters

    Dagny, widzisz literaturę w bardzo smutny sposób.
    Odniosę się później, bo dziś nie mam czasu.

  34. Dagny

    Rzuciło mi się w oczy :
    „O ile nie wynikają z konsekwencji” – błąd. Powinno być z „niekonsekwencji”.

  35. butters

    Zacznę może od „dialogu”. Przez dialog rozumiem właśnie zdystansowanie się autora (rozumianego nie jako fizyczny autor, ale jako autor tekstu, jeśli czujesz, co mam na myśli) od ideologicznej walki toczonej w jądrze powieści. Zresztą całkiem konkretnie powołuję się tu na Bachtina. I tak np. powieść tendencyjną uważam za totalitarną (podobnie jak poezję, czy filozofię), zaś już powieść hmmm… modernistyczną (bo tam wolę zaliczyć Dostojewskiego) i postmodernistyczną, jako że istnieje w nich ciągłe ścieranie się tezy i antytezy, ciągły proces dialektyczny, uważam właśnie za demokratyczną. I nie wnikam tu specjalnie w odczucia estetyczne powodowane jednym i drugim (śmiem jednak twierdzić, że jednostronność literatury, semantyczna spójność wyzwala odczucie zażenowania). Nie chodzi o to, że Rand kłóci się z moją wizją literatury, ale że kłóci się raczej z moją stroną. A moja strona jest taka, że w dialektyce idę z jej (samej dialektyki) sztandarem, zaś Rand pod czujnym okiem tezy. Teza to obrona status quo, nic więcej.
    Dlatego, kiedy podajesz przykład komiksu z superbohaterem, to ja raczej bym się sprzeczał, czy to jest dobre rozwiązanie. Zamiast po stronie tezy, sytuacja taka stoi po stronie antytezy; choć w jakiejś takiej przestrzeni intertekstualnej, zdecydowanie uruchamia ona machinę dialektyczną w przeciwieństwie do powieści a’la scooby-doo, w której złoczyńcę zawsze spotyka kara. Choć to oczywiście zależy, bo jeśli tekstowy autor (to, co sprawia, że znamy „zdanie” tekstu) jednoznacznie staje po stronie złodzieja, to tym samym osłabia antytezę i może wzmacniać tezę (na przykład, gdy o słuszności złodziejskiego czynu odwoła się do chrześcijańskiej moralności… przy czym rozumiem tu „chrześcijańską moralność” jako dziedzictwo kulturowe; jak najbardziej obowiązujące Rand, choćby temu nie wiadomo jak przeczyła). Tak czy inaczej, ani teza, ani antyteza nie posuwają niczego do przodu (ciekawe stwierdzenie w sumie).
    Nie hołduję żadnym postaciom literackim.

    „Nie uznaję tego, bo to właśnie jest ucisk, ograniczenie, i ślepota.”

    Zastanawiające są te erystyczne sztuczki, które mają wykazać, że niewola jest lepsza od wolności, bo do wolności też można zmusić.
    Jeżeli zestawiając ze sobą międzyideologiczny dialog w powieści, burzę semantyczną ze „spójnością” i monologiem ideowym, uznajesz, że to pierwsze jest ograniczeniem, to zaczynam się zastanawiać, czy oboje mówimy w języku polskim. Czy oboje w ogóle mówimy w jakimkolwiek języku, którego zasady rozumiemy.

    Wolność.
    Nie domagam się wolności, tylko walki. Nie chodzi mi o to, by pojęcia fruwały w przestrzeni, ale żeby się ścierały, a nie tkwiły w bezruchu, po prostu dlatego, że tego wymaga ideologiczna opresja (czy będą to wytyczne pierwszego sekretarza, czy etosu pierwszych osadników i kapitalizmu).

    „Czy zdajesz sobie sprawę, jak zdyscyplinowanego umysłu wymagało stworzenie takiej bezbłędnej konstrukcji?”

    Mam to gdzieś. Steve Vay zajebiście gra na gitarze, a artystą jest jednak marnym. Widzę tekst, nie autora. A dyscyplina w semantyce zdecydowanie nie służy literaturze, tak jak dyscyplina muzyczna często nie służy muzyce.

    „Rand nie narzuca, Rand pokazuje. Rand nie cenzoruje, tylko buduje od podstaw, opierając się jedynie na uniwersalnym prawie “logicznej grawitacji”.”

    Ale to jest właśnie mój główny zarzut. Rand się wydaje, że pokazuje, gdy narzuca. Cenzuruje, gdy wydaje się jej, że coś buduje od podstaw. Literatura niczego nie pokazuje, tylko stwarza. Bardzo cenię wszelkie mimesis (choć nawet monolog Molly Bloom jest porażką naśladownictwa), ale wiem, że to utopia.
    A rzeczywistość powieściowa to metafora metafory metafory rzeczywistości. Nie mówiąc już o tym, że pojęcia są wystarczającym oddaleniem się od rzeczywistości, próbą jej zrozumienia, ale nie przeniesieniem. Literatura zawsze kłamie – i to jest podstawa, którą trzeba rozumieć, by w ogóle o niej rozmawiać.

    Logocentryzm
    Większość napisałem wyżej. Masz rację, że nie była to dobra metafora, bo dla mnie pod każdą maską jest kolejna maska. Nie ma żadnej prawdy i żadnej treści. Prawda zespala się z relatywnym językiem, treść bez formy nie istnieje.
    Zaś rozbrajanie narzędzi poznawczych to właśnie zadawanie pytań. Choć może nie w ścisłym tego słowa znaczeniu. Literatura jednak w dużej mierze odwołuje się do innego poznania, a raczej powinna się odwoływać. Im więcej jest pytań przedjęzykowych, tym powieść bardziej wymyka się logocentryzmowi.

    Camus jest jednak bardzo dialektyczny 🙂 żeby tu tylko Obcego przywołać, powieść jakby zrywającą z dziedzictwem kulturowym, etyką…

    U Hemingwaya, gdy mu się bliżej przyjrzeć, właśnie tych ostrych rozróżnień nie ma. Istnieją pozornie. Oczywiście fabularnie i kompozycyjnie Hemingway jest bardzo spójny, nie przeczę – to jednak nic złego. „Komu bije dzwon” to całkiem niezły przykład dialogu międzyideologicznego.

  36. Dagny

    Widzę, że jedno drugiego nie przekona o niczym w najmniejszym nawet stopniu.
    Do wolności (tu – autora) nie można zmusić (wolność jest zresztą nierozłącznie związana z realizmem), a kłamstwa (jako wyjściowej zasady literackiej) nie można uznać i w jakikolwiek sposób się na nim opierać (a przy okazji, kłamstwa pojęciowo nie sposób zrozumieć. sprzeczność z rzeczywistością jest zawsze niezrozumiała i ma tragiczne konsekwencje. działanie o mylnej przesłance) . Nie możemy ze sobą dyskutować, argumenty wymykają się względem fundamentalnych różnic w stanowiskach. Przy czym, pozwolę sobie zauważyć, że swoją wiedzę przekazujesz w sposób chaotyczny, a ja z kolei o teorii literatury pojęcie mam kiepskie (Bachtina znam powierzchownie, nigdy jego problemów literatury i estetyki nie studiowałam).
    Rand ( która „chrześcijańskiemu dziedzictwu kulturalnemu” nie przeczyła, a wręcz je podkreślała) się wydaje, u Hemingwaya rozróżnienia istnieją pozornie – literatura jako lucid dream. Przepraszam za skrót myślowy, ale po przeczytaniu posta podsumowałam go takim zdziwieniem: Czy istnieje „doświadczenie” bez „świadomości/moralności” [ „”literatura stwarza”/”nie ma żadnej prawdy i żadnej treści”/] ?
    Zastanawia mnie, czy jeżeli pisarz prowadzi kreację tak, jak Ty to przedstawiasz, to czy prowadzi ją na wysokim czy na niskim poziomie świadomości.

  37. butters

    „Czy istnieje “doświadczenie” bez “świadomości/moralności” [ „”literatura stwarza”/”nie ma żadnej prawdy i żadnej treści”/] ?”

    O, bardzo fajne pytanie. Istnieje?

    „wolność jest zresztą nierozłącznie związana z realizmem”

    A to dlaczego? Co prawda, najbardziej właśnie lubię realizm (a raczej jego współczesne wariacje – Roth, Updike itd.), ale dlaczego to on ma być związany z wolnością? Twoim zdaniem realizm odsłania „prawdę”, czy co? No i czy „prawda” jest jakoś zespolona z wolnością?

    „Zastanawia mnie, czy jeżeli pisarz prowadzi kreację tak, jak Ty to przedstawiasz, to czy prowadzi ją na wysokim czy na niskim poziomie świadomości.”

    A to już zależy, co rozumiesz przez wysoki i niski poziom świadomości.

    No i przepraszam za chaos. Jak zaczynam dyskusję o literaturze, to zawsze tak piszę. Za dużo Derridy 🙂

  38. Pingback: Kuźniar o UE « Blog SKN Spraw Zagranicznych

  39. Pingback: Coś o mężczyznach « Dobrze Urodzony Blog

  40. Pingback: Rafał M. Trzeciakowski: Kim jest John Galt? | Liberalis | Obiektywizm.pl

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *