Czemu nie to i w takim razie, co?
Wkroczyliśmy w czasy, w których nie możemy już tłumaczyć faktu, że mamy tak gówniany ustrój polityczny brakiem realnej alternatywy. Nie sposób już mówić, że to brak możliwości technicznych każe nam oddać najważniejsze decyzje w ręce wąskiej grupy ludzi. Nie jesteśmy już w stanie wmawiać sobie, że koszty dopuszczenia do głosu większej ilości obywateli są wyższe niż straty związane z tym, że ta wąska grupa ludzi wydaje nasze pieniądze wedle własnego widzimisię. Wkroczyliśmy w czasy, w których powinniśmy jasno opowiedzieć się za demokracją lub oligarchią [1].
Scharakteryzuję po krótce model podejmowania decyzji przyjęty w naszym państwie. Jeśli chcemy mieć nieco większy wpływ na swoje życie niż stawianie kroków na drodze, którą ktoś inny nam wyznacza, musimy albo wejść w konflikt z prawem, albo w mniejszym lub większym stopniu zaangażować się w politykę państwa. Pierwsze rozwiązanie polecam zgłębić samodzielnie, na drugim zaś skupię się w niniejszym artykule.
Wpływać na politykę możemy na dwa sposoby: pośredni i bezpośredni. Pośredni polega na tym, że zapoznajemy się z programem politycznym osób, które pretendują do tego, by wpływać na politykę bezpośrednio. Program polityczny to wizja naszego kraju, z jaką dana osoba chce być utożsamiana. Ma on przyciągnąć jak największe grono sympatyków danego kandydata i wywołać w nich wrażenie, że ów kandydat wprowadzi tę wizję w życie. Idealna wizja musi zatem zachować odpowiednie proporcje między kuszącą fantazją a realistycznym planem. Sporym ułatwieniem dla kandydatów jest fakt, że nic nie zobowiązuje ich do wprowadzenia danej wizji w życie, a jedyne ryzyko, jakie ponoszą, mamiąc potencjalnych sympatyków swoją wizją, to ewentualny brak poparcia w wyborach. Sami wyborcy tracą kontrolę nad losami krajowej polityki z chwilą udzielenia poparcia danemu kandydatowi. Wtedy wszystko już zależy od zwycięskiego kandydata bądź kandydatów. Jak widać, pośrednie wpływanie na politykę różni się od realnego wpływania na politykę tym, czym przeglądanie pisma motoryzacyjnego od kupowania samochodu.
Jeśli chcemy wpływać na politykę bezpośrednio, musimy sobie na to zasłużyć. Musimy uzyskać odpowiednie poparcie wyborców. Jeśli mamy konkretne pomysły i dobre zamiary, być może przyjdzie nam konkurować z politykami, którzy będą mamić wyborców fantastyczną, choć nierealną wizją. Ustrój nasz jest skonstruowany w taki sposób, że o możliwości decydowania o polityce państwa bardziej niż właściwe kompetencje decydują zdolności akwizytorskie. Nieuczciwi ludzie mogą tak wiele zyskać na kierowaniu państwem, że są w stanie zaangażować się w gigantyczne kampanie promocyjne, żeby osiągnąć swój cel. Jeśli chcemy z nimi konkurować, musimy być gotowi na podobne poświęcenie. Okazuje się, że jeśli chcemy decydować w nieco większym stopniu o kształcie swojego życia, musimy podporządkować swoje życie temu celowi. Czyli właściwie już przegraliśmy.
Nic więc dziwnego, że rządzą nami nieuczciwi ludzie. Niewielu z tych, którzy chcą się bezinteresownie zaangażować w politykę, jest zdolnych na tak duże poświęcenie. Poza tym, nieuczciwi politycy mogą obiecywać różnym grupom interesu część zdobytego w przyszłości łupu (np. nieuczciwe przetargi), dzięki czemu zgromadzą większe środki na promocję swojej kandydatury niż nawet najbardziej oddani i zaangażowani uczciwi politycy. W ten sposób tzw. demokracja pośrednia pcha nas właśnie w to gówno (nie wiem jak to inaczej nazwać), w które cały czas się wgłębiamy.
Co ciekawe, większość rozsądnych, zdawałoby się, ludzi, zdając sobie sprawę, że wkopujemy się w coraz większe gówno, unika poważnej refleksji nad przyczynami tego stanu rzeczy. Powtarzają, że potrzebni są uczciwsi politycy, nie przejmując się tym, że demokracja pośrednia takowych nie dostarcza. Pragną kilku kosmetycznych zmian, ignorując fakt, że nieuczciwi politycy nawet takich nie przeprowadzą. W końcu machają ręką, oświadczając, że obecny ustrój to najmniejsze możliwe zło, co jest już właściwie bezczelnością. A demokracja pośrednia niezmiennie wystawia nam coraz wyższe rachunki za to, że reguluje niemal każdą dziedzinę naszego życia. Wysokie podatki. Zakazy. Nakazy. Obietnice. Śmierć z ręki policjanta. Śmierć w kolejce na operację medyczną. Więzienie za brak posłuszeństwa.
Pomysł na usprawnienie naszego systemu politycznego jest prosty. Wkroczyliśmy bowiem w czasy, w których możemy sobie pozwolić na demokrację bezpośrednią. Zdaję sobie sprawę z tego, że nie jest to ustrój idealny. Nie jest wymarzoną sytuacja, w której wola większości może zadecydować o swobodach jednostki lub o tym, co stanie się z owocami jej pracy; a już na pewno daleki od ideału jest pomysł, by 40 mln ludzi wdrożyło na ogromnym terenie jedno rozwiązanie prawno-polityczne, zamiast rozbić się na mniejsze frakcje, dając wolność wyboru tym, którzy są w stanie przeprowadzić się w bardziej odpowiednie dla nich miejsce, i zwiększając konkurencyjność, dzięki czemu najlepsze rozwiązania będą wygrywać niejako „w praniu”. Ale dobra, powoli. Mały krok też jest dobry. To wciąż o niebo lepszy pomysł niż pozwolenie kilku setkom ludzi decydować o tych czterdziestu milionach – demokracja pośrednia to oligarchia z nieco milszym PR-em.
Demokracja bezpośrednia? A komu się będzie chciało codziennie głosować nad każdą ustawą?
Demokracja bezpośrednia, a przynajmniej model, który proponuję, w niczym nie jest gorsza od pośredniej. Model ten zawiera zalety demokracji pośredniej, nie powielając większości wad. Podstawą pomysłu jest założenie, że każdy pełnoletni obywatel posiada jeden głos. Prawo to nie jest jednak tak ograniczone jak obecnie – tzn. głos ten nie ma służyć jedynie do wyboru najlepszej wizji, której i tak nikt nie wprowadzi w życie, ale do podejmowania realnych decyzji, takich, jakie obecnie zarezerwowane są dla parlamentarzystów. Głos swój można jednak scedować na kogoś innego, a więc, odpowiadając na pytanie postawione w tytule rozdziału, jeśli komuś nie chce się głosować nad każdą ustawą, lecz z drugiej strony woli nie wstrzymywać się od głosu, bo ma mądrzejszego znajomego lub zaufał jakiemuś politykowi, może na czas określony lub nieokreślony przekazać swój głos w wybrane ręce. W praktyce działa to tak: osoba A i osoba B mają po jednym głosie. Osoba A przekazuje osobie B swój głos i nie ma już w danym czasie bezpośredniego wpływu na politykę, natomiast głos osoby B liczy się podwójnie. Proste.
Dalej załóżmy, że osoba C publikuje swój program i wyraża chęć przejmowania głosów innych ludzi. Popierają ją 534 osoby. W tym momencie osoba C ma 535 głosów – swój + wszystkich osób, które ją poparły.
Każda sprawa, która spotka się z wystarczająco dużym zainteresowaniem (decydować może ilość podpisów poparcia nad projektem ustawy) jest poddawana pod głosowanie. Przez jakiś czas można rejestrować swoje głosy (z odpowiednim mnożnikiem uwzględniającym głosy scedowane na daną osobę) za lub przeciw w formie elektronicznej. Można korzystać z dowolnego połączenia internetowego lub oficjalnych, skomputeryzowanych lokali wyborczych. Głosowania powinny być jawne – zapewni to odpowiednią przejrzystość i umożliwi kontrolę w celu uniknięcia malwersacji. Dodam, że oddanie głosu to duża odpowiedzialność i nikt, kto się jej podejmie, nie powinien się wstydzić dokonanego wyboru. Gdy mija okres głosowania nad daną ustawą głosy są zliczane i wola ludu wchodzi w życie.
Jak widać, pomysł ten nie różni się diametralnie od obecnego systemu, zmieniamy tylko fundamenty. Całe ciało ustawodawcze zamienia się w jedną izbę złożoną ze wszystkich dorosłych obywateli. Politycy to gnijąca podstawa i nic solidnego na nich nie spocznie – lepiej rozłożyć ciężar na całe społeczeństwo.
Ludziom nie powinno się powierzać ważnych decyzji. Lepsze są rządy eksperckie.
Jeśli powyższe stwierdzenie jest prawdziwe, to czemu nie doczekaliśmy się jeszcze rządów eksperckich? Czemu rządzą nami ludzie pazerni lub/i głupi, a nie eksperci? Napisałem już, że nasz system sprzyja nieuczciwym politykom. O rządach eksperckich można marzyć, ale to, czego moim zdaniem brakuje naszemu systemowi, to kontrola poczynań polityków. Ona kończy się wraz z powierzeniem urnie karty do głosowania.
Mój pomysł wychodzi naprzeciw marzeniom o rządach eksperckich. Możemy oddawać swoje głosy na czas nieokreślony zaufanym ludziom i na bieżąco ich kontrolować. Zabranie głosu osobie, której przyznaliśmy go na czas nieokreślony, nie powinno być obwarowane żadnymi ograniczeniami. Gdy ktoś nie spełni obietnicy, będzie głosował zbyt rzadko lub w inny sposób zawiedzie nasze oczekiwania, straci nasz głos. Jeśli ten model nie zapewni nam rządów eksperckich, to z pewnością nie doczekamy się ich w obecnym ustroju. Jeśli boimy się woli ludu i dlatego nie chcemy demokracji bezpośredniej, to w czym pośrednia jest lepsza? Jeśli ludzie nie są w stanie trafnie podjąć skomplikowanych decyzji, to skąd pomysł, że będą potrafili wedle obecnego systemu wybrać odpowiednich ludzi, którzy ich w tym zastąpią? Przecież obecny system dostarcza jedynie wad w porównaniu z demokracją bezpośrednią. Opiera się na woli tych samych ludzi, co w demokracji bezpośredniej, a potem na kilka lat skazuje ich na pastwę tego błędnego wyboru. Proponowany przeze mnie system jest o wiele bardziej dynamiczny. Błędne decyzje można cofnąć, odbierając poparcie nieodpowiednim kandydatom. Ponadto, inteligentni ludzie, którzy nie mają talentu akwizytorskiego lub nie chcą podporządkowywać w tak dużym stopniu swojego życia polityce nie tracą głosu na rzecz nieuczciwych polityków i mogą uformować silną frakcję.
Jeśli nie ufamy woli ludu, powinniśmy zrezygnować całkowicie z demokracji – z takim postawieniem sprawy mogę się zgodzić (pisałem, że ten pomysł ma być drobnym usprawnieniem, nie idealnym rozwiązaniem). Ale nie bronić demokracji pośredniej!
To rozwiązanie jest zbyt drogie.
Zgadzam się, że to rozwiązanie musi się wiązać z pewnymi kosztami. Dzięki niemu rezygnujemy jednak ze wszystkich kosztów związanych z tradycyjnymi wyborami. Nie drukujemy kart do głosowania, nie płacimy nikomu żeby ich liczył. Nie finansujemy partii z budżetu państwa. Znacznie kurczy się klasa polityków utrzymywanych przez podatnika. Teraz w większym stopniu polityką zajmują się ochotnicy. Jeśli chcą na tym zarabiać, muszą liczyć na darowizny (co też powinno wpłynąć pozytywnie na ich rzetelność i uczciwość).
A to dopiero początek. Prawdziwe zyski pojawiają się tam, gdzie zaczyna się sprawniej działający aparat państwowy, a kończą lewe przetargi. Prawdziwym zyskiem może być odzyskanie ważnej swobody obywatelskiej lub zmniejszenie biurokracji. Prawdziwym zyskiem jest realny wpływ na politykę. To nie jest normalne, że płacisz tak wysokie podatki i prawie nic z tego nie masz. Przekazanie głosu samym zainteresowanym może tylko polepszyć sytuację.
To kiedy zaczynamy?
Na pewno politykom nie zależy na wprowadzeniu tego rozwiązania. Na pewno nie zagłosują za własnym bezrobociem. Przyjęcie mojej propozycji oznacza, że będą musieli znaleźć sobie uczciwą pracę.
Liczę jednak na to, że większości ludzi spodoba się mój pomysł. Gdy zbierze się nas wystarczająca ilość, możemy postawić politykom ultimatum. Wtedy przekonamy się, czy demokracja jest dla nich rzeczywiście wartością, czy tylko PR-ową maską dla oligarchii. Zmusimy ich do jednoznacznej odpowiedzi, po której mogą całkowicie stracić nasze zaufanie. Wtedy sami wprowadzimy ten pomysł w życie.
Bartek Dziewa
19.09.2010
[1] – Oczywiście zdaję sobie sprawę z tego, że istnieją alternatywy dla obydwu wyżej wymienionych form sprawowania władzy. Nie będę tu jednak pisał o idealnym ustroju czy konkretnej opcji politycznej. Rozwiązanie, które chcę zaproponować to tylko proste usprawnienie obecnego systemu, które powinno przynieść spore korzyści uczciwym obywatelom.