Tags:
Jacek Sierpiński

Jacek Sierpiński “Senator Szyszkowska dziwi się światu”

Niedawno portal internetowy Wirtualna Polska przeprowadził wśród internautów ankietę, pytając ich, czy należy zalegalizować prostytucję. 69 procent ankietowanych odpowiedziało „tak”, 28 procent „nie”, a 3 procent „nie mam zdania”. Następnie dziennikarka portalu przeprowadziła wywiad z panią senator Marią Szyszkowską z SLD, która stwierdziła, że „zalegalizowanie prostytucji jest w naszym kraju koniecznością„. Jednocześnie pani senator przytoczyła zdanie pytanych przez siebie prostytutek. Okazało się ono być całkowicie odmienne: „Ku mojemu zdziwieniu okazało się, że one zalegalizowania swego zawodu wcale nie chcą. Powiedziały mi, że teraz mają nad sobą sutenerów, którym muszą płacić. Później takim sutenerem byłoby państwo i one są przekonane, że to o wiele gorsze rozwiązanie„.

Zdziwienie pani senator (z tytułem profesora zresztą) jest warte przeanalizowania. Pokazuje bowiem, jak na świat patrzą etatyści.

Dla etatysty tak naprawdę legalne jest jedynie to, co jest uregulowane państwowymi przepisami. „Legalizacja” w jego ustach jest synonimem regulacji. Oficjalnie może on głosić zasadę „wszystko, co nie jest zabronione, jest dozwolone”, ale w głębi duszy skłania się ku poglądowi przeciwnemu. Co nie jest uregulowane szczególnymi przepisami, nie jest dla etatysty w pełni legalne – mieści się co najwyżej w szarej strefie półlegalności.

W rzeczywistości – o czym wiedzą, jak sądzę, przynajmniej senatorowie i profesorowie – prostytucja w Polsce jest jak najbardziej legalna. Nie jest przestępstwem. Jest dozwolona przez prawo. Również korzystanie z usług prostytutek (inaczej niż np. w Szwecji) nie jest zabronione. Zabronione jest jedynie czerpanie korzyści majątkowych z prostytucji oraz nakłanianie do niej i jej ułatwianie – w celu osiągnięcia takich korzyści. No i oczywiście zabronione jest zwabianie i uprowadzanie osób w celu uprawiania prostytucji za granicą.

Prostytucja jest natomiast zawodem nieuregulowanym. Nie ma żadnych szczególnych przepisów określających zasady wykonywania zawodu prostytutki. Do pracy w tym zawodzie „na własny rachunek” nie jest wymagane pozwolenie na działalność gospodarczą i wpis do rejestru, REGON i kasa fiskalna. Ba, państwo jest tak uprzejme, że nie wymaga od samozatrudnionych prostytutek płacenia podatku dochodowego ani VAT.

(Z tego co wiem, to nawet jeśli jakaś prostytutka by chciała, nie zostanie zarejestrowana jako podmiot gospodarczy. Swego czasu (osiem lat temu) głośna była historia pewnego pana, który chciał zarejestrować działalność gospodarczą polegającą na świadczeniu usług erotycznych, ale mu odmówiono).

Oczywiście, prostytutki oficjalnie pracujące w agencjach towarzyskich podlegają ogólnym przepisom. Ale nie żadnym szczególnym… no i oficjalnie to nie są prostytutki, tylko damy do towarzystwa.

Ogólnie rzecz biorąc, prostytucja jest więc zawodem uprzywilejowanym. Nie ma żadnego innego zawodu, gdzie nie trzeba płacić żadnych podatków. Rzecz jasna, zakaz czerpania korzyści z nierządu trochę ten przywilej skaża – sutenerstwem zajmują się siłą rzeczy przestępcy.

Mimo to, jak widać, jest to i tak sytuacja na tyle korzystna dla samych prostytutek, że nie chcą żadnej ‚legalizacji” – czyli regulacji – swego zawodu. Racjonalnie oceniają, że lepiej płacić tylko sutenerowi – choćby i nielegalnemu – niż oddawać lwią część zarobków państwu. I nie powinno być w tym nic dziwnego… chyba że patrzy się z punktu widzenia etatysty.

Dla etatysty coś, co nie jest uregulowane przez państwo nie tylko jest tak naprawdę nielegalne, ale również nie może prawidłowo funkcjonować. Jak powiedział jeden z bohaterów powieści Heinleina, oczekuje on „pisanego prawa na wszystkie okoliczności„. Żyje w głębokim przekonaniu, że gdyby nie szczegółowe normy, procedury i przepisy ustanawiane przez państwo, ludzie nie potrafiliby zrobić nic sensownego. Dlatego nie potrafi pojść, jak bezpośrednio zainteresowani mogą odrzucić ofertę uregulowania – w jego języku „legalizacji” – ich działalności. Musi to wywołać jego zdziwienie.

I oczywiście, nie należy sądzić, że taki sprzeciw bezpośrednio zainteresowanych powstrzyma etatystę przed forsowaniem swoich zamiarów. On wie lepiej. Dlatego pani senator Szyszkowska, wysłuchawszy opinii prostytutek, stwierdziła, że „legalizacja” – regulacja – jest i tak konieczna, choć nieuniknionym efektem jej wprowadzenia będzie to, że prostytutki będą się ukrywać. To, że takie ukrywające się prostytutki będą stanowić rzeczywiście nielegalną „szarą strefę” i w razie wykrycia będą ścigane za naprawdę poważne rzeczy, czyli przestępstwa skarbowe, jakoś nie wzruszyło pani senator gromko potępiającej – zresztą słusznie – zdarzające się obecnie nękanie prostytutek przez policję…

Niestety etatyści zdają się święcić triumfy przynajmniej jeśli chodzi o przemycanie swojego rozumienia „legalności” do potocznie używanego języka. Słowa „legalizacja” w znaczeniu regulacji używa nie tylko p. senator Szyszkowska. Jak można zauważyć, autorzy ankiety Wirtualnej Polski również użyli tego słowa w takim znaczeniu. No i co najmniej te 69% ankietowanych, którzy odpowiedzieli „tak” również zdaje się tym zgadzać. Ci, którzy powiedzieli „nie” zresztą chyba w większości też…

Ostatnio można było poczytać też wiele dyskusji na temat „legalizacji” związków homoseksualnych – jak wiadomo, wspólne życie dwóch homoseksualistów nie jest przecież zakazane. Rzecz jasna, przedmiotem sporu było uregulowanie tych związków na wzór małżeństw.

Skoro więc słowo „legalizacja” nabrało już takiego znaczenia w języku, może… rzucić hasło powszechnej delegalizacji?

Nie legalizować prostytucji. Zamiast tego – zdelegalizować resztę gospodarki. Tak, by wszyscy cieszyli się, wykonując swój zawód, takimi swobodami jak prostytutki.

Niech państwo przestanie być sutenerem nas wszystkich!

Jacek Sierpiński

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *