Karl Hess

Karl Hess “Zmierzch Polityki”

Ten tekst był po raz pierwszy opublikowany w marcowym wydaniu Playboya z 1969. Jest on również częścią autobiografii Karla Hessa, dostępnej w Laissez Faire Books. Do tej internetowej edycji dołączone zostały listy czytelników dotyczące tego listu, opublikowane w Playboyu z czerwca 1969.

Nie nadszedł czas radykalizmu i rewolucji. Jeszcze nie. Pomijając kwestie publicznego niezadowolenia i nieposłuszeństwa, dzisiejsza polityka jest reakcyjna. Zarówno lewica, jak i prawica stoją po stronie reakcji i autorytaryzmu. Innymi słowy: obie są polityczne. Obie chcą jedynie reformować istniejące metody zdobywania i używania władzy politycznej. Ruchy radykalne i rewolucyjne nie chcą reformować. Chcą obalać. Ich cel jest oczywisty – polityka sama w sobie.

Oczy radykałów były zwrócone ku polityce od dłuższego czasu. Rządy upadają na całym świecie, miliony ludzi uświadamiają sobie, że państwo nigdy nie było i nigdy nie będzie w stanie efektywnie i humanitarnie zarządzać ludzkimi sprawami. Sama nieudolność rządu powoli staje się podstawą prawdziwie radykalnego ruchu rewolucyjnego. Tymczasem zalążki owego ruchu stanowią odosobnioną pozycję. Zarówno lewica, jak i prawica boją się ich i ich nienawidzą – choć obie muszą z nich czerpać by przetrwać. Ową radykalną pozycją jest libertarianizm, a jego socjoekonomiczną formą – kapitalizm wolnorynkowy.

Libertarianizm to wiara w to, że każdy człowiek jest absolutnym władcą swojego życia i może czynić z nim, co uważa za stosowne, że wszystkie jego społeczne działania powinny być dobrowolne, że szacunek dla podobnej władzy innych ludzi nad samymi sobą i, konsekwentnie, nad owocami ich pracy, jest podstawą etyczną humanitarnego, otwartego społeczeństwa. Według tego poglądu, jedyną – powtarzam, jedyną – funkcją państwa czy prawa jest zapewnianie takiej ochrony przed przemocą, którą jednostka sama by sobie zapewniła, gdyby była wystarczająco silna.

Gdyby nie to, że libertarianizm zapewnia prawo do dobrowolnego tworzenia społeczności i państw bazując na tych samych przesłankach etycznych, można by nazwać go anarchią.

Wolnorynkowy kapitalizm, czy też anarchokapitalizm, jest po prostu ekonomiczną manifestacją etyki libertariańskiej. Zakłada on, że ludzie powinni wymieniać się dobrami i usługami na nieregulowanym rynku, na podstawie jedynie wartości samej w sobie. Usługi charytatywne i kolektywne organizacje są dobrowolnymi elementami tej samej filozofii. Taki system byłby zwykłą wymianą barterową, uzupełnioną jedynie o podział pracy, urzeczywistniony przez dobrowolne użycie nośników wartości takich, jak gotówka czy kredyt. Ekonomicznie, system ten zakłada anarchię – i czyni to z dumą.

Libertarianizm odrzuca dzisiejsza lewica – apologeci indywidualizmu na usługach kolektywizmu. Kapitalizm odrzuca dzisiejsza prawica – samozwańczy sojusznicy przedsiębiorców, którzy praktykują protekcjonizm. Libertariańska wiara w potęgę ludzkiego umysłu jest odrzucana przez klerykałów, którzy wierzą jedynie w ludzki grzech. Libertariańskie przekonanie, że człowiek winien być wolny – by budować tak wieżowce ze stali, jak i szklane domy – jest odrzucana przez hippisów, uwielbiających naturę, lecz pogardzających tworzeniem. Libertariańskie przekonanie, że każdy człowiek jest niepodległą wyspą wolności, lojalny przede wszystkim względem siebie samego, jest odrzucana przez patriotów, którzy śpiewają pieśni wolności, lecz również wznoszą okrzyki o sztandarach i granicach. Nie ma w dzisiejszym świecie aktywnego ruchu opartego o libertariańską filozofię. Gdyby istniał, byłby w niespotykanej pozycji używania władzy politycznej, by pozbyć się władzy politycznej.

Być może powstanie zorganizowany ruch polityczny, będący w stanie przezwyciężyć tę anomalię. Choć może trudno w to uwierzyć, istniała duża szansa na to w kampanii Barry’ego Goldwatera z 1964. Pod agresywnymi sloganami, Goldwater atakował tak czysto polityczne struktury, jak pobór, powszechne opodatkowanie, cenzurę, nacjonalizm, prawnie narzucony konformizm, polityczne ustalanie norm społecznych czy wojnę jako instrument polityki zagranicznej.

To prawda, że, w typowo politycznie paradoksalny sposób, Goldwater – który był generałem dywizji (Major General) w Rezerwie Sił Lotniczych – mówił o zmniejszaniu siły państwa, jednocześnie popierając jej zwiększenie na potrzeby Zimnej Wojny. Nie jest pacyfistą. Uważa, że wojna jest dopuszczalnym działaniem państwa. Dla niego Zimna Wojna nie wiąże się w żaden sposób z amerykańskim imperializmem, lecz jest rezultatem imperializmu sowieckiego. Wielokrotnie jednak powtarzał, że nacisk ekonomiczny, dyplomacja i propaganda („wojna kulturowa”) są zawsze lepszymi rozwiązaniami niż przemoc. Mówił również, że wrogie ideologie „mogą być pokonane tylko przez lepsze idee, nigdy przez pociski.”

Nie można jednak posuwać się za daleko w obronie Goldwatera. Jego libertariańskie przekonania w sferze polityki wewnętrznej nie przekładają się na jego idee dotyczące polityki zewnętrznej. Libertarianizm w czystej postaci jest stanowczo izolacjonistyczny w swoim całkowitym sprzeciwie wobec instytucji państwa narodowego, które są obecnie jedynymi agencjami na świecie zdolnymi toczyć wojny i interweniować w sprawy zewnętrzne.

W innych kwestiach jednak zabarwienie libertariańskie kampanii Goldwatera było bardziej wyraźne. To, że zaatakował wprost nieodpowiedzialność fiskalną Social Security przed podstarzałą publicznością i skrytykował Tennessee Valley Authority w Tennessee nie było przykładem nieznajomości realiów politycznych. Pokazywało po prostu pogardę Goldwatera dla polityki, ładnie podsumowaną w jego wypowiedzi, iż powinno się mówić wyborcom „co potrzebują słyszeć, nie co chcą słyszeć”.

W kampanii Eugene’a McCarthy dało się wyczuć nutkę libertarianizmu, szczególnie w jego celnej krytyce siły prezydenta. Jego niejednoznaczna, lecz dostrzegalna obrona władzy rządu jako takiego dyskwalifikowała go jednak. W kampaniach i wypowiedziach żadnych innych polityków z zeszłego roku nie było praktycznie żadnego śladu libertarianizmu.

Pisałem przemówienia dla Goldwatera w 1964. Pamiętam, że w czasie kampanii pewnego razu, podczas konferencji, która miała określić „strategię rolniczą”, pewien bardzo szacowny i bardzo konserwatywny Senator wstał i powiedział: „Barry, musisz jasno orzec, że uważasz, że każdy amerykański rolnik ma prawo do godziwego zarobku.”

Senator Goldwater odparł, z typową dla niego uprzejmością: „Ale on nie ma takiego prawa. Ja też nie. Mamy jedynie prawo próbować”. I to było na tyle w tej sprawie.

A teraz, dla kontrastu, weźmy takiego Toma Haydena z Students for a Democratic Society. W „The Radical Papers” napisał, że jego „rewolucja” chce ustanowić „instytucje poza istniejącym porządkiem”. Jedną z takich instytucji miałyby być „publiczne organizacje do walki z biedą walczące o Federalne fundusze”.

Z tych dwóch polityków, który jest radykałem, rewolucjonistą? Hayden de facto oświadcza, że zamierza wbić się do wewnątrz establishmentu. Goldwater twierdzi, że chce obalić establishment, by na zawsze zniszczyć jego moc pomagania czy szkodzenia komukolwiek.

Celem nie jest obrona kampanii Goldwatera jako libertariańskiej, lecz wskazanie, że zawierała ona zdrową dozę tego typu radykalizmu. Poza tym jednak, kampania służyła utrzymywaniu typowych partyjnych interesów, wizerunków, mitów i manier.

Szczególnie w sprawach polityki zagranicznej istnieje bariera, przeszkadzająca libertariańskiemu skrzydłu w wyłonieniu się w którejś z głównych partii. Domagający się zniesienia państwowego autorytetu w każdej innej sprawie utrzymują, że powinien on służyć, by budować machinę wojenną, przy pomocy której można trzymać komunistów na odległość. Dopiero niedawno logiczne rozumowanie – oraz rozwój sił antypaństwowych w Europie Wschodniej – sprawiły, że odpowiedź na pytanie, czy państwo militarne wymagane do kontynuowania Zimnej Wojny nie byłoby gorsze niż zagrożenie, przed którym ma nas chronić, nie jest już taka oczywista. Goldwater nigdy nie podjął tego toku rozumowania i możliwe, że nigdy nie podejmie, ale spośród zwolenników Zimnej Wojny jest jednym z bardziej skłonnych do rewizjonizmu, dzięki jego podatności na libertariańskie idee.

To nie jest jedynie dygresja na rzecz figury politycznej (albo wręcz antypolitycznej), wobec której żywię ogromny szacunek. Chcę jedynie podkreślić bezużyteczność tradycyjnych, popularnych sposobów rozumowania w ocenie reakcyjnej natury dzisiejszej polityki i poznaniu prawdziwej natury rewolucyjnej antypolityki. Partie polityczne i politycy – wszystkie partie, wszyscy politycy – spierają się jedynie o sposób, w jaki będą wyrażać swoją wiarę w kontrolowanie żyć innych. Władza, a w szczególności większościowa – kolektywna – władza (tzn. siła elit wykorzystywana w imieniu mas), jest ubóstwiana przez każdego nowoczesnego liberała. Jedyna rzeczywista zmiana, jaka zaszła w ostatnich czasach, to sugestia, by rozwodnić elity przymusowym członkostwem przedstawicieli mas. Tę fazę nazywa się „demokracją uczestniczącą.”

Jak władza jest bogiem współczesnego liberała, tak Bóg jest autorytetem współczesnego konserwatysty. Rządzenie się w wykonaniu liberałów jest po prostu rządzeniem się. Władza konserwatystów jest, nieco bardziej pokrętnie, objawiona. Objawienie, rządzenie się – to wszystko ostatecznie sprowadza się do polityki.

Największym problemem konserwatyzmu jest głęboka dziura, w którą wpadają wszystkie mowy o wolności, i gdzie są ukamieniowywane głazami autorytaryzmu. Konserwatyści martwią się, że państwo ma zbyt dużą władzę nad człowiekiem. Ale to oni dali państwu tą władzę. To konserwatyści, bardzo podobni do dzisiejszych, dali państwu władzę do zaprowadzania nie tylko po prostu porządku w społeczności, lecz także pewnego konkretnego rodzaju porządku.

To europejscy konserwatyści, w strachu przed otwartością Rewolucji Przemysłowej (każdy mógł stać się bogaty! Cóż za niedorzeczność!), wyprowadzili pierwsze ciosy przeciw kapitalizmowi przez wspieranie i przyzwalanie na prawa, które pozwalały uczynić zakłócenia powodowane przez innowację rzadszymi oraz sprowadzili gospodarkę na tory ciemnych interesów kartelizacji.

Wielki biznes w Ameryce jest dziś już od paru lat w stanie otwartej wojny przeciw konkurencji, a więc przeciw wolnorynkowemu kapitalizmowi. Korporacje wspierają rodzaj kapitalizmu państwowego, w którym mają być partnerami rządu. Zdecydowanie więcej krytyków tej etatystycznej tendencji w biznesie pochodzi z lewicy niż z prawicy w dzisiejszych czasach, co dodatkowo utrudnia wyróżnienie stron konfliktu. John Kenneth Galbraith, na przykład, ostatnio zaatakował biznes za jego antykonkurencyjną mentalność. Tymczasem prawica radośnie broni korporacje tak, jakby nie stawały się tak samo biurokratyczną i autorytarną siłą, jak ta, którą prawicowcy instynktownie atakują, gdy leży w rękach rządu.

Ataki lewicy na kapitalizm korporacyjny jest, gdy się dobrze przyjrzeć, skierowany przeciwko zjawiskom ekonomicznym możliwym tylko dzięki układom między autorytarnym rządem a zbiurokratyzowanym, nieprzedsiębiorczym biznesem. To niefortunne, że wielu ludzi z Nowej Lewicy bezkrytycznie przyjmują tą przesłankę za dowód na to, że wszystkie formy kapitalizmu są złe i że oddanie całej własności w ręce państwa jest jedyną alternatywą. Ten sposób myślenia znajduje swoją dokładną odwrotność wśród prawicy.

Przykładowo amerykańscy konserwatyści jako jedni z pierwszych przerwali walkę z państwowymi licencjami i regulacjami i wsparli rządowe przywileje, by się na nich wzbogacić. Dzisiejsi konserwatyści ubóstwiają państwo jako instrument wprowadzania dyscypliny, w tym samym czasie odrzucając je jako instrument zaprowadzania dobrobytu. Konserwatysta, który popiera autoryzowaną federalnie modlitwę w szkołach, jest tym samym konserwatystą, który sprzeciwia się autoryzowanym federalnie podręcznikom.

Murray Rothbard w „Ramparts”, podsumował ten typ zbłądzonego konserwatyzmu pisząc o „nowej generacji młodych prawicowców, ‘konserwatystów’ (…) którzy uważali, że prawdziwy problem współczesnego świata to nic tak ideologicznego jak państwo contra wolność jednostki albo interwencjonizm contra wolny rynek; istota problemu, deklarowali, leży w obronie tradycji, porządku, Chrześcijaństwa i dobrych manier przed grzechami nowoczesności – rozumem, permisywizmem, ateizmem i plebejstwem.

Reakcyjność tak liberałów, jak I konserwatystów przejawia się w dość jasny sposób w ich gotowości na danie państwu I społeczeństwu siły pozwalającej na zdecydowanie więcej niż ochronę wolności przed przemocą. Z różnych powodów uważają państwo za instrument nie ochrony wolności jednostki, lecz determinowania albo ograniczania tego, jak ta wolność ma zostać użyta.

Gdy władza dana społeczności staje się w jakimkolwiek sensie normatywna i przestaje być jedynie ochronną, ciężko wytyczyć linię ograniczającą dalsze ograniczenia wolności. W gruncie rzeczy taka linia nie została nigdy wytyczona i nigdy nie zostanie wytyczona przez partie, które interesują jedynie koszty programów i instytucji ustanowionych dzięki sile państwa. Można to zrobić tylko poprzez krytycyzm wobec władzy samej w sobie i dzięki libertariańskiej wizji człowieka jako istoty potrafiącej roić swoje bez całego ciążącego bagażu praw i polityki, które nie tylko bronią prawa do życia istoty ludzkiej, ale też chcą jej pokazać, jak ma ona to życie wieść.

Zmorą wielu konserwatystów, która wprowadza zamęt w ich spokojne życie i poglądy polityczne (które można streścić jako „prawo i porządek” w dzisiejszych czasach), jest wizja zamieszek. Z tego, co wiem, nie ma rzeczy, na jaką konserwatyści nie pozwoliliby państwu, by stłumić zamieszki.

Oczywiście nawet w społeczeństwie wolnorynkowym prawo do samoobrony musiałoby być powszechnie uznane. Można łatwo sobie wyobrazić system obrony własnej oparty o działalność poszczególnych społeczności. Taki system zawsze ograniczałby się do obrony. Konserwatyści łatwo wierzą, że państwo powinno podejmować działania ofensywne, by zapobiec przyszłym problemom. Zwykle mówi się o „byciu twardym”. Nie chodzi tu tylko o bycie twardym w stosunku do protestujących. Ludzie przejawiający całą gamę różnych zachowań mają poczuć ową twardość: długie włosy mają zostać przycięte, ludzie w parkach wyrzuceni za noszenie ukrytych gitar, każdy nie dający się po wyglądzie zidentyfikować jako burżuj zatrzymany i przepytany, nieudolni biedacy wysłani do wojska żeby ich podbudować, kina i księgarnie oczyszczone z plugastwa i, przede wszystkim, „ci” ludzie usadzeni na ich miejscu. Konserwatysta zwykle widzi dwie możliwości: ogólnospołeczny konformizm albo chaos.

Nawet gdyby to były jedyne alternatywy – a rzecz jasna nie są – z wielu powodów można preferować chaos nad konformizm. Osobiście uważam, że miałbym większą szansę przetrwania – a moje wartości zdecydowanie miałyby większą szansę przetrwania – gdyby Watts, Chicago, Detroit albo Waszyngton stanęły w płomieniach niż gdyby cały naród wpakowany został w jeden wielki garnizon.

Zamieszki w Stanach Zjednoczonych trzeba rozumieć jako złożone z wielu elementów. Nie zawsze sprowadzają się do grabieży i przemocy. Są też kierowane przeciw wszechogarniającej przemocy państwa – temu rodzajowi publicznego nacisku, który pozwala policji na stałe monitorowanie codziennego życia w niektórych dzielnicach, prawa i regulacje upośledzające wolną wymianę dóbr, szkoły publiczne służące wizjom biurokratów, nie preferencjom różnych ludzi. Jest też przemoc tych, którzy chcą po prostu powystrzelać tych, którzy odmawiają im należnej im władzy. Rozwiązaniem konserwatystów jest większa władza policji. Rozwiązaniem liberałów jest większa władza w rozdzielaniu państwowych przywilejów. Władza, władza, władza.

Pomijając zwykłych rabusiów – których trzeba powstrzymać jak każdego innego złodzieja – do problem zamieszek trzeba podejść z innej strony. Trzeba zarzucić, a nie rozszerzać, władzę państwa – władzę, która uciska, która kusi. By podać mocny przykład: sklepy białych w afroamerykańskich dzielnicach, o których się mówi, że są źródłem niezadowolenia i zazdrości, mają ukrytego sojusznika we władzy państwowej. Choć w bardzo biednej dzielnicy może być wielu naturalnie uzdolnionych do otwarcia sklepu, znacznie mniej prawdopodobną jest ich umiejętność poradzenia sobie ze wszystkimi państwowymi i lokalnymi regulacjami, zarządzającymi wszystkim od czystości po księgowość, które nierzadko stanowią być albo nie być młodych firm. W wolnorynkowym społeczeństwie lokalny przedsiębiorca, z którym mieszkańcy osiedla mogliby chcieć handlować, mógłby otwarcie wejść na rynek – sprzedając marihuanę, whiskey, losy, sadzonki, książki, jedzenie i poradniki medyczne z bagażnika samochodu. Mógłby zapomnieć o aktach, formularzach i raportach i zająć się biznesem, nie biurokracją. Pozwolenie mieszkańcom ‘gett’ na konkurowanie na ich warunkach, nie czyichś innych powinno być znacznie lepszym rozwiązaniem problemów ‘gett’ niż rajdy czy restrykcje.

Libertariańskie odrzucenie władzy i autorytetu, charakteryzujące kampanię Goldwatera było atakowane z lewej strony jako “nostalgiczne tęsknoty za prostszym światem.” (całkiem podobne do tęsknot za prostotą hippisów, których lewica toleruje, jednocześnie anatemizując Goldwatera). Libertarianizm Goldwatera napadnięto z prawicy – jego poparcie wśród wielkiego biznesu było znikome – jako reprezentujący politykę prowadzącą do nieregulowanej konkurencji, handlu międzynarodowego, a co gorsza, osłabienia bardzo specjalnej pozycji, jaką zajmuje wielki biznes dzięki Wielkiemu Państwu.

Najbardziej niesamowicie poplątaną w myśleniu każącym krytykować Goldwatera jako reakcjonistę, którym nie jest, a nie radykała, którym jest, jest sprawa broni jądrowej. Przeklinano go za ośmielenie się zaproponować dzielenie się kontrolą nad nią, lub wręcz całkowite jej oddelegowanie w ręce NATO, jako alternatywę dla osobistego nią dysponowania przez Prezydenta Stanów Zjednoczonych.

Pytam się: kto jest reakcyjny, kto radykalny? Ci, którzy chcą jądrowego króla usadzonego na tronie Waszyngtonu, czy ktoś proponujący, by święte prawo zniszczenia było mniej święte, a bardziej rozciągnięte? Do niedawna ulubioną rozrywką przy koktajlu były dywagacje, jak wyglądałaby wojna w Wietnamie pod dowództwem „uratujmy-świat-przed-Goldwaterem” Johnsona, a jak pod dzikim Barrym, który, bazując na wszystkim, co mówił w czasie kampanii, byłby zobowiązany podzielić się decyzją (i samą walką) z NATO, zamiast unilateralnie pchać się do przodu.

Ale wracając do tematu: Kluczowe pytanie dotyczące polityki – nie w polityce – jest podobnego rodzaju, co to zaprzątające głowy Chrześcijan. Z pozoru sprawa chrześcijańska sprowadza się do tego, jaki typ religii wybrać. Ale de facto, chodzi o to, czy jakiekolwiek irracjonalne czy mistyczne siły mogą istnieć jako siła organizująca społeczeństwo w świecie, który przejawia coraz więcej możliwości i chęci bycia racjonalnym. Polityczną wersja tego pytania można ująć tak: Czy ludzie będą nadal poddawać się rządzonym przez politykę, która zawsze oznaczała władzę jednych nad drugimi, czy jesteśmy gotowi na społeczne wyfrunięcie z kolektywnego gniazda, w dobrowolnych społeczeństwach, w świecie bardziej ekonomicznym i kulturalnym niż politycznym, tak jak niektórzy są gotowi na metafizyczną samotność w świecie bardziej rozumnym niż religijnym?

Radykalna odpowiedź na to pytanie, reprezentowana w leseferystycznej pozycji libertariańskiej nie jest do końca anarchią. Środowisko libertariańskie jest w gruncie rzeczy, choć niektórych może to zawstydzać, ruchem na rzecz praw obywatelskich. Jest jednak antypolityczne, gromadząc zróżnicowane siły by móc się bronić przed rządem, by nawet pozbyć się rządu w dużym stopniu, a nie szukając siły mogącej chronić rząd albo wypełnić jakąś specjalną funkcję społeczną.

Jest to ruch na rzecz praw i wolności obywatelskich, gdyż chce ustanowienia ich dla każdego, takich, jakie zostały zdefiniowane w XIX w. przez jednego z pierwszych profesorów nauk społecznych i politycznychYale, Williama Grahama Sumnera. Jak to ujął Sumner: „Wolność obywatelska to stan człowieka, któremu prawo i instytucje społeczne zapewniają możliwość użycia wszystkich środków przezeń dysponowanych do polepszenia własnego bytu.”

Współcześni liberałowie oczywiście nazwaliby to samolubstwem i to by się zgadzało ze szczególnym naciskiem na samość. Wielu konserwatystów stwierdziłoby, że się z Sumnerem zgadzają. Myliliby się. Nazywający siebie konserwatystami zajmujący się większymi przedsiębiorstwami poświęcają sporo czasu, a także niebagatelne pieniądze, walcząc z rządowymi dotacjami dla związków zawodowych (w formie preferencyjnego traktowania w sprawach podatkowych i prawnych). Nie sprzeciwiają się bezpośrednimi subsydiami dla gałęzi gospodarki – takich jak transport, rolnictwo czy uniwersytety. W skrócie, nie wierzą w prawo każdego człowieka do używania dostępnych mu środków do polepszenia własnego bytu, bo popierają opodatkowywanie sporej części tych środków, by polepszyć byt innych ludzi.

Należy dodać, iż, przy całym teoretycznym hałasie wzburzanym czasem przez przemysłową prawicę, z dużą dozą pewności można uznać ogromne siły, jakimi rozporządza państwo, by regulować przemysł, za nie tylko mające wsparcie u biznesmenów, ale wręcz za zainicjowane na ich żądanie. Cieszą się oni z nieekonomicznych kosztów usług pocztowych, mogąc z nich czerpać zyski. Interesującym jest, że zdają się nie być zainteresowanymi oczywistą możliwością przekształcenia poczty z biura w firmę. Firma, oczywiście, domagałaby się zapłaty proporcjonalnej do kosztów przesyłania, nie takiej, jaką klientom jest wygodnie zapłacić.

Tytani biznesu, właściciele największych firm medialnych nie są znani z proponowania rozwiązania leseferystycznego, jakim jest otwarta i nieregulowana rywalizacja o publiczność i kanały. W rezultacie, rzecz jasna, wielkie sieci dostają tyle rządowej kontroli, na ile sobie zasłużyły, ciesząc się z tego niezmiernie gdyż, choć są poddane cenzurze, objęte są też ochroną przed konkurencją. Wartym zanotowania jest to, że najcięższe armaty przeciw płatnej telewizji (która w kapitalizmie byłaby codziennością) wytoczono nie w Daily Worker, lecz w Reader’s Digest, domniemanym bastionie konserwatyzmu. W gruncie rzeczy Reader’s Digest jest właśnie bastionem konserwatyzmu. Zdaje się wierzyć w boskie prawo rządu do czynienia ludzi moralnymi – w „Judeo-Chrześcijańskim” sensie, rzecz jasna. Pogardza, jak żadne inne wydawnictwo oprócz może National Review Buckley’a, tupetem tych niemytych, którzy tak często rzucają wyzwanie autorytetowi państwa.

By nie przedłużać, nie ma cokolwiek żadnego dowodu na to, że współcześni konserwatyści wyznają tę filozofię „twoje życie jest twoim własnym”, na której bazuje libertarianizm. Dobrze ilustruje to, że konserwatyzm nie tylko jest z libertarianizmem sprzeczny, lecz także wobec niego wrogi, fakt, że najbardziej znana dziś libertariańska autorka, panna Ayn Rand, ledwie ustępuje jedynie Breżniewowi, jeśli mu nie dorównuje, w ilości ciskanych w nią przez National Review gromów. Jest ona szczególnie nienawidzona na prawicy ze względu na to, że jest ateistką, ośmielającą się nie wyznawać przekonania, że ze względu na jego złą naturę (wynikającą z grzechu pierworodnego), człowiek musi być trzymany na smyczy przez silny porządek oparty na autorytecie.

Barry Goldwater w swojej kampanii z 1964 wielokrotnie mówił, że „rząd, który jest wystarczająco silny, by dać ci, co chcesz, jest wystarczająco silny, by wszystko ci odebrać.” Konserwatyści zapomnieli, albo postanowili zignorować fakt, że to dotyczy także siły pozwalającej rządowi na stworzenie silnego porządku społecznego. Jeśli rząd potrafi narzucać normy społeczny, albo nawet chrześcijańskie wartości, może je również wykorzystać dla swoich celów albo ich zabronić.

Summa summarum: Konserwatyści tęsknią do państwa, albo „przywództwem” mającego moc przywrócenia porządku i ustawienia rzeczy – i ludzi – z powrotem na ich miejsca. Chcą władzy politycznej. Liberałowie tęsknią do państwa zabierającego bogatym i rozdającego biednym. Oni też chcą władzy politycznej. Libertarianie tęsknią do państwa, które nie może, bez miejsca na wyjątki, rozdawać przywilejów; państwa nie mającego prawa przymuszać kogokolwiek do czegokolwiek w miejsce innych działań, w relacjach pomiędzy jednostkami bądź grupami, jedynie zapobiegającego użyciu siły.

Jedynym celem takiego państwa (utrzymywanego prawdopodobnie jedynie z podatków użytkowych albo cen usługowych) byłoby zapewnianie systemu rozwiązywania sporów (sądy), ochrona obywateli przed agresją (policja), utrzymywanie waluty w jakiejś formie dla ułatwienia wymiany oraz, tak długo jak to by było konieczne ze względu na istnienie granic i sporów między narodami, obrony narodowej. W międzyczasie libertarianie powinni dążyć do pozbycia się całego pomysłu państwa narodowego. Ważnym jest to, że libertarianie nie pokładają wielkich nadziei w usługach publicznych, mając we krwi pogląd, że zawsze istnieje ktoś w świecie prywatnych jednostek, kto może znaleźć rozwiązanie problemu, które nie wymaga przydzielania komuś władzy, która nie została zdobyta na drodze dobrowolnej wymiany.

W gruncie rzeczy to właśnie w sprawach najważniejszych dla interesu publicznego – jak sądy i ochrona przed przemocą – państwo często dziś objawia swoją niekompetencję. To wynika z typowo biurokratycznej tendencji do zajmowania się sprawami najmniejszej wagi – o niskim ryzyku – i unikania pełnienia usług koniecznych, lecz o wysokim stopniu odpowiedzialności. Sądy są pozapychane ponad ludzkie wyobrażenie. Policja, zamiast ochraniać obywateli, zajmuje się doglądaniem ich moralności. Szczególnie w czarnych dzielnicach policja służy za niechcianych i nienawidzonych arbitrów codziennego życia.

Jeśli Czytelnik w ostatnich kilku akapitach znajduje jakiekolwiek punkty wspólne z programem Komunistycznej Partii Związku Radzieckiego albo National Association of Manufacturers, zrobiłby dobrze, gdyby przeczytał je raz jeszcze. Nie ma miejsca na kompromis. Nie ma też miejsca na kompromis w odniesieniu do „nowej polityki” i „starej polityki”. Stare czy nowe, poglądy, które afiszują się tymi tytułami, to nadal polityka i, jak róże, wszystkie pachną tak samo. Radykalni politycy – antypolitycy, jak kto woli – powinni nie napotkać większych trudności w wywęszeniu ich.

Konkretnymi sprawami, które ilustrują te różnice, są między innymi pobór, marihuana, monopole, cenzura, izolacjonizm-internacjonalizm, stosunki międzyrasowe i sprawy miejskie, by wyróżnić kilka.

W swojej porzuconej kampanii prezydenckiej, Nelson Rockefeller wyłożył swoje stanowisko na temat poboru. W szczególności zdystansował się od pozycji Nixona w tej sprawie, nazywając ją „starą polityką”, w przeciwieństwie do jego „nowej polityki”. Rockefeller proponował przebudowanie poboru tu i ówdzie, nie proponując nic, co zmieniałoby jego naturę – niewolnictwo, narzucone i niedobrowolne. Rockefeller skrytykował Nixona za stwierdzenie, że w bliżej nieokreślonej przyszłości pobór mógłby zostać zastąpiony systemem ochotniczym – co Republikanie od wieków obiecywali.

Nowy polityk zadowolił się stwierdzeniem, że system Nixona nigdy by nie działał, ponieważ nigdy nie działał wcześniej. O tym, że ten kraj nigdy nie oferował żołnierzom żołdu, który mógłby ich przyciągnąć, Rockefeller nie wspomniał. Nie przeszła mu też najwyraźniej przez głowę myśl, że naród, który nie jest w stanie przyciągnąć wystarczająco wielu ochotników, by zapewnić mu dobrowolną ochronę, jest też prawdopodobnie narodem, którego, z definicji, nie warto bronić.

Stary polityk, z drugiej strony, nie prezentował pozycji tak jasnej i prostej, jak próbował to przedstawić nowy polityk. Choć teoretycznie zwolennik wojska ochotniczego, Nixon – podobnie jak, zdaje się, jeszcze bardziej konserwatywny Ronald Reagan – był przeciwny wypróbowywaniu wojska dobrowolnego przed końcem wojny w Wietnamie. W całym spektrum różnych poglądów konserwatywnych nie widać odstępstw od tej pozycji. Wolność jest w porządku – ale trzeba ją zawiesić dopóki trzeba toczyć Zimną Wojnę albo jakąś inną, gorącą.

Wnioski z tego typu rozumowania powinny wstrząsnąć każdym. Implikuje ono, że ludzie wolni nie mają w sobie na tyle inteligencji, by móc bronić samych siebie przed agresją sami nie stając się jednocześnie agresywnymi – nie tylko wobec wroga, lecz także wobec samych siebie i swoich wolności. Jeśli nasza wolność jest tak krucha, że musimy jej ciągle bronić pozbywając się jej, to mamy duży problem. I w gruncie rzeczy, podążając całkiem podobną drogą, sprawiliśmy sobie bardzo duży problem w Azji Południowo-Wschodniej. Wojna Johnsona została rozpoczęta właśnie bazując na przesłance, że wolność Południowych Wietnamczyków może być zapewniona poprzez narzucenie im takiej formy rządów, jaką powinni mieć – choćby i z dnia na dzień – i przez bronienie jej przed Północnymi Wietnamczykami dewastując południowe wioski.

Tak w polityce zagranicznej, jak i w sprawach miejscowych, starzy i nowi politycy ramię w ramię głoszą stare, zakurzone doktryny przymusu i sprzeczności. Radykalną, libertariańską nauką, antypolityczną nauką, jest to, że jak długo bezsens wojny między narodami pozostaje możliwością, wolne narody powinny bronić się w wojnach przynajmniej przez wynajmowanie ochotników, nie przez niszczenie ochotnictwa.

Jeden z najbardziej fascynujących umysłów XX wieku, wywodzący się z okolic Wieków Ciemnych, ten należący do Lewisa Hersheya, zarządzającego Selective Service System, ujął ten obraz nędzy i rozpaczy w idealną perspektywę, w jego pamiętnej mowie na zebraniu Nationl Press Club: „drżę na myśl o dniu, w którym moje wnuki byłyby bronione przez ochotników.” Oto właśnie przykład, z najbardziej odrażających, jakie można znaleźć, tego, co czyni z człowiekiem polityka i władza, autorytet i artretyczny tradycjonalizm. Dyrektorowi Hersheyowi został oszczędzony los postaci komicznej dzięki dość oczywistemu faktowi – będąc współodpowiedzialnym za śmierć tak wielu niewinnych ludzi, za uwięzienie tak wielu innych, jest on postacią tragiczną, lub przynajmniej uczestnikiem tragedii. Nie ma żadnej nowej i starej polityki jeśli chodzi o pobór. Pobór jest instrumentem polityki. Armia ochotnicza to instrument biznesu. I właśnie pomiędzy polityką a handlem ten, kto chce stać się częścią rewolucyjnego ruchu, musi nieustannie wybierać.

Dobrym przykładem jest marihuana. W wolnym społeczeństwie, nie mogłyby istnieć instytucje zajmujące się ochroną ludzi przed samymi sobą. Przed innymi (bandytami), tak. Ale nie przed sobą samym. Marihuana to roślina. Ci, którzy ją palą nie robią tego, bo są zmuszani przez fizjologiczne uzależnienie czy instytucję władzy. Czynią to dobrowolnie. Znajdują osobę, która dobrowolnie hoduje trawę. Uzgadniają cenę. Jedna strona sprzedaje, druga kupuje. Jeden zdobywa kapitał, drugi, euforyczne przeżycie, które, jego zdaniem, jest warte poświęcenia części dostępnych mu środków.

W całym przykładzie nie ma żadnego punktu, w którym sąsiedzi, czy jakaś grupa sąsiadów, przedstawiająca się jako księża czy społeczeństwo, mieliby najmniejszy racjonalny powód, by interweniować. Ta wymiana nie przeszkodziła nikomu w „użyciu wszystkich środków przezeń dysponowanych do polepszenia własnego bytu.”

Dzisiejsze prawa dotyczące marihuany, kompletnie ignorujące samą jej naturę, są świetnym przykładem użycia władzy politycznej. To właśnie ta władza, która pozwala państwu na delegalizację marihuany albo na aresztowanie Lenny Bruce’a, umożliwia mu wyciąganie podatków z kieszeni jednych by wypychać nimi kieszenie drugich. Cel może wydawać się inny, ale w rzeczywistości taki nie jest. Używania marihuany trzeba zabronić, by ochronić ludzi przed oddaniem się szaleństwu w jej oparach i uczynieniu jakiejś szkody społeczności. Biedę trzeba zlikwidować z takich samych powodów. Biedni, jeśli nie uczyni się ich niebiednymi, powstaną i zaszkodzą społeczeństwu. Jak to zwykle bywa z polityką, cele i władza przenicowują i wspierają się nawzajem.

“Twarde” narkotyki trzeba poddać temu samemu testowi, co marihuanę w kontekście polityki i antypolityki. One także są wymienialnymi towarami, z tą różnicą, że nieostrożne korzystanie z nich może uczynić użytkownika nie całkiem sprawnym. (Dodaję to tylko dlatego, że, w moim rozumieniu, na każdym poziomie uzależnienia istnieje szansa przełamania nawyku albo odzyskania kontroli. To by sugerowało, że jednostka ma możliwość wyboru – może być ostrożna lub nie.)

Nieostrożne użycie narkotyków, tak jak nieostrożne użycie politycznie usankcjonowanych używek, jak alkohol czy tytoń, stawia daną osobę w pozycji nie do pozazdroszczenia, może nawet ją zabić. To jest, racjonalnie rzecz biorąc, jego sprawa, dopóki swoimi działaniami nie narusza niczyjego prawa do niezażywania narkotyków, do pomocy uzależnionym, czy ich ignorowania. Ale i z lewej, i z prawej strony, słychać, że prawdziwy problem jest powszechny i społeczny – że wysoka cena używek popycha uzależnionego do kradzieży i morderstwa (pozycja prawicowa), a uczynienie z nich sprawy publicznej i poddanie ich dyspozycji klinicznej wyeliminowałoby przyczyny tych przestępstw (pozycja lewicowa).

Obie opinie są przesiąknięte polityką i całkowicie bezużyteczne w społeczeństwie, w którym granica pomiędzy poszerzaniem świadomości przy pomocy kawy i LSD jest sprawą techniczną. Antypolityczny libertarianin wybiera jednak ekonomiczne i kulturalne podejście i odpiera – sprzedajcie dalej. Konkurencja obniży ceny. Kulturalne zakorzenienie się etyki nienaruszalności życia człowieka i jego własności uzasadniłoby obronę przed jakąkolwiek przemocą, jaka mogłaby wykształcić się u boku uzależnienia u innych. I co ma tu „społeczeństwo” do powiedzenia? Absolutnie nic – oprócz decyzji, każdego z osobna, czy warto ryzykować uzależnienie, czy unikać używek. Rodzice oczywiście trzymają rękę na kieszeniach swoich pociech, przez co mają pewną kontrolę, ale tylko jako jednostki, nie kolektywnie.

Do tego nietrudno sobie wyobrazić, że gdyby pozostawić narkotyki kulturze i gospodarce i odebrać je polityce, naukowcy szybko znaleźliby sposób na zapewnianie pożądanych efektów narkotyków bez niemocy uzależnienia. W tej i innych sprawach – jak w przypadku nieregulowanej konkurencji, przed którą, uważa się, trzeba ludzi chronić – technologia przynosi znacznie lepsze efekty niż polityka.

Monopole są kolejnym przykładem. By sugerować, że ktokolwiek potrzebuje państwowej ochrony przed powstawanie monopoli trzeba przyjąć dwa założenia: że monopole są naturalnym wynikiem działania wolnego rynku oraz że technologia stoi w miejscu. Oba są, oczywiście, nieprawdziwe. Ośrodki silnej koncentracji władzy ekonomicznej, które się nazywa dziś monopolami, nie rosły pomimo rządowej gotowości do zwalczania ich na każdym kroku. Ich wzrost był spowodowany głównie działaniami rządu, takimi, jak te czyniące przyłączanie się do wielkich spółek bardziej opłacalnym dla małych firm niż samodzielne borykanie się z kodem podatkowym. Ponadto federalna polityka fiskalna i kredytowa oraz rządowe dotacje i kontrakty zdecydowanie wykazują preferencję dla większych, statecznych firm, niż mniejszych, potencjalnie bardziej konkurencyjnych. Przemysł samochodowy otrzymał największe subsydia w postaci systemu autostrad, dzięki którym się rozwija, a za który nie zapłacił więcej, niż ktokolwiek inny. Linie lotnicze otrzymują takie dotacje i regulacje ochronne, że nowicjusze nie mają najmniejszych szans. Koncesje Federal Communications Commission, które nie pozwalają żółtodziobom na wejście na rynek od dawna zdominowany przez starych wyjadaczy, wyświadczają ogromną przysługę sieciom telewizyjnym. Nawet w rolnictwie najwięcej pieniędzy dostają już ustatkowani farmerzy – nie ci mniejsi, którzy chcą z nimi konkurować. Do tego prawa wyłączające związki zawodowe spod działalności antytrustowej przyczyniły się do szerzenia monopolistycznej mentalności. No i, oczywiście, w celu szerzenia „publicznego dobra” i „publicznego transportu” stworzono za rządowym przyzwoleniem monopole na rynkach energetyki, komunikacji i transportu miejskiego. To wszystko nie oznacza, że ekonomiczna siła jest zła. Nie jest, jeśli wynika z efektywności ekonomicznej. Ale jest taką, jeśli jest efektem układów z siłami politycznymi. Nie jestem w stanie wymyślić żadnego monopolu w dzisiejszym świecie, który nie mógłby zostać poważnie zagrożony przez siły konkurencji, gdyby tylko pozbyć się jakiejś formy rządowej ochronnej licencji, cła, subsydium czy regulacji. Nie ma w dodatku najmniejszego śladu dowodu sugerującego, że nieregulowany biznes grawituje w kierunku monopolu. W istocie, zdaje się, że trend zmierza w odwrotnym kierunku, ku zróżnicowaniu i decentralizacji.

Równie ważny jest aspekt technologiczny. Monopole nie mogą się wykształcić, gdzie technologia pozostaje dynamiczna, a dziś zdecydowanie taką jest. Żadna korporacja nie jest tak wielka, by kontrolować wszystkie możliwe umysły – oprócz, rzecz jasna, państwa korporacyjnego. Dopóki istnieje jeden umysł poza zasięgiem, jest szansa na innowację i konkurencję. Nie ma żadnych monopoli, jest jedynie chwilowa przewaga. Technologiczny przełom nie zawsze zależy od dostępności środków, a tam, gdzie zależy, nie musi opierać się o pojedyncze źródło finansowania – chyba, że tylko państwo ma potrzebne środki. Bez totalnej kontroli państwa, zakładając twórcze umysły w społeczności oraz kapitał do budowy nawet skromnych zakładów badawczych, niewielu stwierdziłoby wprost, że postęp mógłby zostać zahamowany jedynie ze względu na tymczasowy „monopol” jednego źródła na dany produkt czy usługę. Wyjątkiem, powtarzam, są zawsze rządy. Rządy mogą być – i zwykle są – monopolistyczne. Na przykład nie jest dziś nieekonomicznym kierować prywatnym zakładem pocztowym. Jest to jedynie nielegalne. Państwowcy mają legalny monopol – i właśnie ścigają co najmniej jednego przedsiębiorcę, który zapewniał usługi pocztowe lepsze i tańsze niż oni.

Nie potrzeba rządu, by zapobiegać monopolom. Jedynym, czego trzeba jest nieregulowany, nieograniczony leseferystyczny kapitalizm. Przy okazji zapewniłby miejsca pracy, podniósłby jakość życia, ulepszyłby towary i tak dalej. Sukces działalności komercyjnej, nieregulowanej i niedotowanej, zależałby jedynie od jednego czynnika – zadowolenia klienta.

Cenzura to inny przykład sytuacji, gdzie polityka i politycy stoją konsumentowi na drodze do szczęścia. Miarą jest tu nie to, czy klient jest zadowolony, lecz czy polityk (pojedynczo lub jako trybun „ludu”) jest zadowolony. To dotyczy tak „publicznej” ochrony przed niepopularnymi poglądami politycznymi, jak do ochrony przed pornografią. Konserwatyści przynajmniej wykazują spójność w tej sprawie. Uważają, że państwo (czasem nazywane przez nich „narodem”) może i musi chronić lud przed grzesznymi myślami. Nie trzeba wyjaśniać, kto definiuje grzech: wodzowie polityczni – lub, jak kto woli, narodowi.

Prawdopodobnie najbardziej ironiczną ze wszystkich manifestacji konserwatywnej potrzeby czystomyślenia dotyczy późniejszego Lenny’ego Bruce’a. Ten nie przebierał w słowach. Dlatego też był ulubionym celem konserwatystów. Do tego otwarcie i, myślę, skutecznie, bronił kapitalizmu. Opisując komunizm jako śmiertelnie nudny („jak jedna wielka firma telekomunikacyjna”), Bruce wyraźnie podkreślił swoją preferencję – kapitalizm („Daje ci wybór, złotko, i o to właśnie chodzi”). Żaden konserwatysta nie jest godzien rozwiązać rzemyka u sandałów Bruce’a, jeśli chodzi o przywiązanie do indywidualizmu. Często zdarzało mu się używać słowa, które wielu konserwatystów uważa za najplugawsze ze wszystkich: Kapitalizm. Kiedy ostatnim razem National Assosaition of Manufacturers zrobiło choćby coś podobnego?

Lenny Bruce nie był jedynym człowiekiem, któremu do zniechęcenia do siebie konserwatystów wystarczyło otwarcie ust. W 1964, Barry Goldwater zniechęcił całe hordy Południowych konserwatystów gdy, odpowiadając na pytanie kluczowe w regionie – czy komunistom powinno się pozwalać na przemawianie na terenie państwowych uniwersytetów – odpowiedział wprost: „Oczywiście, że się powinno.”

Nawet antykomuniści wśród libertarian muszą przyznać, że państwo nie ma żadnego prawa do uciskania komunistów. Tak samo libertarianie, których odrzuca to, co uważają za pornografię po prostu jej nie kupują, zostawiając jej całkowicie nieregulowaną sprzedaż producentowi, konsumentowi i nikomu poza tym. Jednak, powtórzmy, zainterweniować mógłby rodzic – lecz tylko przez powstrzymanie pojedynczego, zależnego nabywcy, nigdy poprzez przeszkadzanie w rozprowadzaniu przedsiębiorcy, którego prawo do sprzedawania pornografii dla zysku, i dla żadnego innego społecznego celu, jest nienaruszalne. Zdenerwowany rodzic próbujący wypędzić rozprowadzającego różne sprośności, w gruncie rzeczy, powinien zostać pozwany, nie pochwalony.

Stosunek liberałów do cenzury nie jest jasny. Zresztą nie musi być. Liberałowie praktykują ją, choć jej nie promują. Przerażająca władza Federal Communications Commision, by zmuszać media do służenia społecznej sprawie jest pomysłem liberałów i aktem cenzury. Według przykazań FCC, sprawa społeczna jest definiowana tak, że stacja dostaje punkty za dawanie jakiemuś kaznodziei czasu na antenie, ale żadnych punktów – lub nawet ujemne – za podobny prezent dla ateisty.

Częściowo również na antenie pojawiają się różnice pomiędzy lewicowymi/prawicowymi politykami a libertariańskimi antypolitykami dotyczące nacjonalizmu. Podczas gdy dzisiejszego konserwatystę wyróżnia szowinizm dotyczący starych narodów, liberał jest fanatycznym obrońcą nowych narodów. Skłonność nowoczesnych liberałów do wspierania pomysłu zbrojnej interwencji przeciw Republice Południowej Afryki, przy jednoczesnym ignorowaniu, nawet jeśli chodzi o ekspozycję w mediach, rzezi w Nigerii i Sudanie, uwidacznia zainteresowanie jedynie polityką – i konkretnymi osobami – a nie ludzkim życiem samym w sobie.

Rzecz jasna konserwatyści stosują podobnie podwójny standard względem antykomunistycznych rzezi i antykomunistycznych dyktatur. Choć nie tak zmienne w nastroju jak liberalne przerażenie czy radość w obliczu różnych krwawych strać, konserwatywne podejście ma równie tragiczne skutki. Źródła silnego prądu antysemityzmu, który w oczywisty sposób podszywa wiele ruchów konserwatywnych, można odnaleźć w przerażającym założeniu, że antykomunizm Adolfa Hitlera zmywa z niego inne, relatywnie niewielkie, grzechy. W jakiś sposób antykomunizm otwiera drogę dla antysemityzmu.

Swego czasu spotkałem wielu antykomunistów, którzy byli przekonani, że komunizm był marionetką w rękach Żydów planujących przejąć władzę nad światem. Osobna struktura w John Birch Society przeznaczona dla żydowskich członków jest quasikomiczną pozostałością starego dobrego białego anglosaksońskiego protestanckiego antysemityzmu. Szeroko znane uwielbienie dla Hitlera, żywione przez czołowego działacza prawicowego Liberty Lobby jest prawdopodobnie pozostałością sposobu myślenia typu „potrzeba silnej ręki, by odeprzeć bezbożny komunizm.” Istnieją, oczywiście, prominentni żydowscy antykomuniści. I jest wielu antykomunistów potępiających antysemityzm. Ale najważniejszą kwestią dla większości pełnoetatowych antykomunistów, jakich spotkałem jest: Czy jesteś antykomunistą? Bycie przy okazji antysemitą nie znaczy automatycznej dyskwalifikacji na prawicy, choć na lewicy zwykle znaczy.

Zarówno konserwatyści, jak i liberałowie wspólnie wierzą w mistyczną właściwość narodów jako czegoś znaczącego, prawdopodobnie niezmiennego. Oba obozy przypisują wytyczonym na mapach – albo na piasku czy w powietrzu – liniom moc magicznego tworzenia ludzkich społeczności, wymagających rozpoznania i niezależności. Konserwatysta przeżywa to w egzaltacji w obliczu flagi USA. Liberał z akademicką pewnością oznajmia to, uznając, że radzieckie granice muszą być „zagwarantowane”, by zapobiec nerwowości komunistów. W dzisiejszych czasach całkowitego zagubienia są ludzie, którzy uważają, że radzieckie linie, wytyczone krwią, są lepsze niż te wytyczone, również krwią, przez amerykańską politykę zagraniczną. Politycy po prostu myślą w taki sposób.

Radykalny, rewolucyjny pogląd na przyszłość narodów jest taki, że tej przyszłości nie ma, jest jedynie przeszłość – nierzadko ekscytująca i zwykle historycznie bardzo ważna na jakimś etapie. Ale linie na mapie, na ziemi czy w stratosferze mnie są wystarczający, by zagwarantować ludzkości przyszłość.

Ponownie, to technologia pozwala kontemplować przyszłość, w której polityka narodowościowa jest równie martwa, co polityka władzy i partyjnego szowinizmu. Po pierwsze, jest na świecie wystarczająco dużo informacji i bogactwa, by zapewnić wszystkim ludziom wyżywienie, bez wymordowywania jednych by położyć ręce na własności drugich. Po drugie, i tak nie ma już możliwości, by ochronić cokolwiek lub kogokolwiek za państwową granicą.

Nawet Związkowi Radzieckiemu, który, jak obawiają się konserwatyści, dzierży „nieograniczoną” władzę nad swoimi poddanymi, nie udało się powstrzymać napływowi przewrotowych idei, muzyki, poezji, tańca, towarów, pożądań. Jeśli pierwszorzędne państwo policyjne na świecie (my albo oni, zależy od punktu widzenia) jest niezdolne do całkowitego schronienia się za swoimi granicami, jak możemy trwać w wierze w granice?

Można się spodziewać, że tak konserwatyści, jak i liberałowie reagują na pomysł końca narodowości bardzo podobnymi okrzykami potępienia i spazmami niedowierzania. Konserwatysta twierdzi, że tak nie może być. Zawsze będzie Inspektor Celny Stanów Zjednoczonych i krzyżyk mu na drogę. Liberał oznajmia, że wcale nie chce zakończyć narodowość, że chce ją rozszerzyć, uczynić ją ogólnoświatową, stworzyć setki mini- i mikronacji w imię zachowania odrębności kulturalnej i etnicznej i wznieść ogromną superbiurokrację, by kontrolowała wszystkie pomniejsze biurokracje.

Jak Linus, ani liberał, ani konserwatysta nie może znieść myśli o oddaniu koca – porzuceniu rządu i podążaniu dalej samotnie, jako mieszkańcy planety, nie mieszkańcy państwa. Zwolennicy izolacjonizmu (choć dla niektórych, fakt, jest on jedynie taktyką) wpadają w paradoks. Nie tylko polega on na narodowości, lecz ją umacnia. Istnieje kategoria izolacjonizmu, która próbuje tego uniknąć oświadczając, że wspiera jedynie militarny izolacjonizm, użycie siły jedynie w obronie własnej. Nawet to jednak wymaga politycznej definicji obrony narodowej w tej epoce pocisków, baz, bombowców i wywiadu.

Tak długo, jak istnieją rządy o sile wystarczającej, by utrzymywać granice i pojedynki na narodowe miny, będziemy mieli do czynienia z absolutnym ryzykiem, jeśli nie pewnością, że dojdzie do wojny. Sama możliwość wojny zdaje się być zbyt katastroficzną, by choćby brać pod uwagę w świecie przesiąkniętym technologią i potencjałem rozwoju, zawierającym nawet ziarno eksploracji kosmosu. Przemoc i te instytucje, które same z siebie mogą stać się jej źródłem powinny stać się zbędnymi.

Rządy toczą wojny. Moc dawania życia, jaką mogą sobie przypisywać przez prowadzenie szpitali czy żywienie biednych stanowi jedynie lustrzane odbicie ich mocy siania śmierci – wypełniania tych szpitali rannymi i niszczenia ziemi, dzięki której można by tworzyć żywność. „Ale człowiek jest agresywny,” nawołują z lewa i z prawa pełnią swego pesymizmu. I w istocie, taki jest. Ale gdyby go zostawiono samemu sobie, gdyby nie wpychano go w struktury i państwa, czy jego agresja nie skierowałaby się ku podbojowi środowiska, nie bliźniego?

Na innym polu bitwy, to wybór agresji, nie tyle względem innych ludzi, co względem politycznie uformowanego środowiska, charakteryzuje konflikty rasowe w dzisiejszej Ameryce. Konserwatyści, swoim ulubionym skokiem w rozumowaniu – prawami stanów – wyhodowali dzisiejszy rasizm poprzez wspieranie praw, szczególnie w stanach Południa, dających rządom moc zmuszania biznesmenów do budowy segregowanych ośrodków. (Wielu biznesmenów z pewnością chciało być „zmuszanymi” – to pozwalało usprawiedliwić ich własny rasizm.) Skokiem w przypadku praw stanów jest to, że konserwatyści, którzy odmawiają rządowi federalnemu pewnego stopnia kontroli nad obywatelami, chętnie przyznają go mniejszym jednostkom administracyjnym. Twierdzą, że mniejsze jednostki są bardziej efektywne. Oznacza to, że konserwatyści popierają przymus użyty w najbardziej efektywny sposób. To wcale nie znaczy, że sprzeciwiają się przymusowi. Przez niesprzeciwianie się stanowym prawom dotyczącym segregacji i międzyrasowych małżeństw, przez niesprzeciwianie się prawom decydującym o nierównym wydawaniu pieniędzy z podatków, tylko dlatego, że prawa te zostały ustanowione przez stany, konserwatyści pokazują, że nie zamierzają walczyć z biurokracją, którą, jak twierdzą, nienawidzą – i to na poziomie, na którym mogliby uczynić to najłatwiej.

Rasizm w tym kraju wspierano nie pomimo, lecz przez, siłę rządu i politykę. Rasizm na odwrót, czyli przekonanie, że państwo powinno zajmować się zmuszaniem ludzi do zgody, tak jak kiedyś zmuszało ich do segregacji, jest równie polityczny i równie destruktywny. Po prostu nie działa. Jego skutkami była nienawiść, nie braterstwo. Braterstwo nigdy nie mogłoby być skutkiem polityki. Jest ono wyłącznie osobiste. W sprawach rasy, tak jak we wszystkich innych sprawach dotyczących jednostek, brak ingerencji państwa może przynieść jedynie korzyści. Co tak naprawdę może rząd zrobić dla czarnych w Ameryce, czego oni sami nie mogliby zrobić, gdyby dano im taką możliwość? Nie przychodzi mi nic na myśl.

Praca? Usankcjonowane przez państwo i polityków związki zawodowe czynią więcej, by odmówić czarnym dostępu do dobrych miejsc pracy niż wszyscy Bullowie Connor z Południa. Domy, szkoły i ochrona? Żywo w mojej pamięci zapisał się komentarz na ten temat Roya Innis, dyrektora szczebla państwowego Congress of Racial Equality. Mówił o typowo liberalnej gotowości Burmistrza Johna Lindsaya do rozdawania pieniędzy czarnym, rozpieszczania ich – lub uciszania. Innis stwierdził, że tej jednej rzeczy, której czarni chcą, Burmistrz Lindsay nigdy by im nie dał: siły politycznej. Chodziło mu o to, że społeczność czarnych w Harlem, przykładowo, zamiast bycia bombardowaną pieniędzmi, wolałaby być obdarowana samym Harlem. Jest to społeczność. Dlaczego nie miałaby rządzić sama sobą, lub przynajmniej żyć bez zewnętrznej ingerencji, nie być baronią polityki dzielnicowej Nowego Jorku? Sprzeciwiam się jednak pomysłowi po prostu skonstruowania w Harlem struktury politycznej podobnej do tej Miasta Nowy Jork, tylko osobnej. I możliwe, że czynię panu Innis, nadzwyczajnemu człowiekowi, krzywdę przez samą sugestię, że to miał na myśli.

Poza tym jednym przykładem, niezwykle ekscytujące prądy myśli czarnej siły w tym kraju są podszyte równie ekscytującą możliwością rozwinięcia się w otwartą rewolucję przeciw samej polityce. Mogłaby ona stanąć po stronie znacznie mniej ustrukturyzowanych społeczności, o znacznie bardziej dobrowolnych instytucjach. Nie ma moim zdaniem wątpliwości, że ten i inne ruchy odkryją, że laissez faire jest sposobem stworzenia prawdziwych społeczności opartych na dobrej woli. Laissez faire to jedyny system społeczno-ekonomicznej organizacji, który tolerowałby, a nawet udzielił błogosławieństwa kibucowi w samym środku Harlemu, hippisowi sprzedającemu haszysz dalej wzdłuż ulicy i firmie inżynierów pracujących w Detroit przy użyciu taniego pojazdu napędzanego energią atomową kilka bloków dalej.

Kibuc byłby zatem przykładem dobrowolnego socjalizmu – czy wolni ludzie mogliby tolerować jakąkolwiek inną formę? Sprzedawca haszu reprezentowałby zinstytucjonalizowane, ale dobrowolne, sny na jawie, inżynierowie – nieregulowaną kreatywność. Wszystkie trzy to wolnorynkowy kapitalizm w akcji i żadne nie potrzebowałoby ani jednego biurokraty do pomocy, przeszkadzania, cywilizowania czy stymulacji. I, po prostu żyjąc na swój, idiosynkratyczny sposób, mieszkańcy społeczności, tak długo, jak inni uczestniczyliby w dobrowolnej wymianie z nimi, rozwiązaliby „miejski” problem w jedyny sposób, w jaki da się go rozwiązać, tzn. przez eliminację polityki, która sama stworzyła ten problem.

Jeśli miasta nie potrafią utrzymywać się z umiejętności, energii i kreatywności ich mieszkańców, pracowników czy inwestorów, nie powinni na nie łożyć ludzie, którzy w nich nie mieszkają. W skrócie, każda społeczności powinna być oparta o dobrą wolę, żyć dla i dzięki ludziom, z jakich się składa i nie zmuszać innych do opłacania jej rachunków. Społeczności nie powinno wyłączać się spod prawa dostępnego wszystkim ludziom – wyłączności na używanie ich sił do zaspokajania swoich potrzeb. Nikt nie powinien ci służyć i także ty nie powinieneś służyć nikomu innemu. Społeczności powinny istnieć nie będąc zapewnianymi i nie zapewniając niedobrowolnej pomocy innym społecznościom.

Studentom uczestniczącym w protestach wydaje się, że przebili mur i odkryli nowe prawdy i nowe pomysły polityczny, gdy domagają się odpowiedzialności przed oczekiwaniami studentów i mieszkańców od uniwersytetów i społeczności. Większość z nich igra jednak głównie ze starą polityką. Gdy zdadzą sobie z tego sprawę, gdy ich gniew zwróci się przeciw sile politycznej i autorytaryzmowi i przestaną walczyć o to, by sami przejąć władzę – wtedy w ruchu tym może się obudzić potencjał drzemiący w intelekcie tak wielu z jego przedstawicieli. Dlatego też aktywistów studenckich na całym świecie, walczących przeciw władzy politycznej, nie o swój udział w tej władzy, nie powinno się krytykować za brak alternatywnego programu, tzn. za niezdefiniowanie, jaki system polityczny powinien wyłonić się z ich rewolucji. Tym, co ma się wyłonić jest to, co domyślnie proponują: brak systemu politycznego.

Styl Students for a Democratic Society zdaje się być najbardziej obiecującym. Jest to luźno związana organizacja, wewnętrznie antyautorytarna, zewnętrznie rewolucyjna. Wolność również szuka takich studentów, którzy zamiast wykrzykiwać slogany przeciw establishmentowi, porzucą go całkowicie, założą własne, prosperujące szkoły i wezmą udział w świadomej, zdeterminowanej rewolcie przeciw politycznym regulacjom i władzy, która dzisiaj sankcjonuje szkoły – publiczne i prywatne – które potrzebują konkurencji ze strony nowych szkół z nowymi pomysłami.

Patrząc wstecz, ten tryb myślenia dominował również w aktach obywatelskiego nieposłuszeństwa wobec segregacji na Południu. Skoro wrogiem były także stanowe prawa narzucające osobne instytucje, dlaczego nie miałby być dobrą taktyką sprzeciw wobec tych praw przez budowę wspólnej stołówki i bronienie jej własną piersią? To sprawa, za którą każdy libertarianin mógłby się opowiedzieć.

Podobnie w sprawie szkół. Znajdź kogoś, kto występuje przeciw prawom publicznej edukacji i znajdziesz prawdziwego rebelianta. Znajdź kogoś, kto nawija o wpychaniu liberałów albo konserwatystów do zarządu szkoły i znalazłeś politycznego jaskiniowca – rebelianta z plastiku. Albo poszukaj w najczarniejszej dzielnicy hydraulika, który zagra na nosie licencjom i certyfikatom z ratusza i znajdziesz bojownika o wolność znacznie ważniejszego niż młodzik wyżywający się na oknach.

Władza, autorytet, jako substytuty dla umiejętności i racjonalnego myślenia to widma, jakie krążą po dzisiejszym świecie. To duchy bojaźliwej i przesądnej przeszłości. Ich manifestacją – polityka. Ona to, przez całą historię ludzkości instytucjonalnie odmawiała człowiekowi umiejętności przetrwania dzięki użyciu jego własnych sił dla jego własnych celów. To ona przez całą historię ludzkości istniała tylko dzięki środkom, które udało jej się wyssać ludziom kreatywnym, produktywnym, którym, w imię różnych kodów moralności, odmawiała dążenia do własnych celów własnymi sposobami.

Ostatecznie może to oznaczać tyle, że polityka zaprzecza racjonalnej naturze człowieka. Ostatecznie oznacza to tyle, że polityka należy do resztek magii w społeczeństwie – poglądem, że coś może powstać z niczego; że można coś komuś dać za darmo nie odbierając tego innym; że środkami, jakich człowiek używa, by przetrwać, dysponuje on jedynie wolą przypadku lub Boga, nigdy dzięki zwykłej pomysłowości i pracy.

Polityka zawsze była zinstytucjonalizowanym i ustabilizowanym sposobem, w jaki jedni rościli sobie prawo do życia z produktywności innych. Lecz nawet w świecie tak zmuszonym do ślepego posłuszeństwa, człowiek nie musi pasożytować na innych ludziach.

Polityka to pasożytnictwo. Świat laissez faire przyniósłby wolność. I właśnie tego typu wolności słońce być może budzi się na horyzoncie. Nie przyjdzie ono dziś ani jutro, świateł racjonalizmu nie zapalono w pośpiechu i nie rozgorzały jeszcze one pełnią swego blasku. Lecz przyjdzie – musi przyjść. W burzliwym wszechświecie tylko używając rozumu człowiek może przetrwać. Jego kciuki, paznokcie, jego mięśnie i jego mistycyzm nie wystarczą, by utrzymać go przy życiu.

____________________________

Wyrazy uznania dla Karla Hessa, który powraca z lewicy, by napisać Zmierzch Polityki (PLAYBOY, Marzec) – świeży powiew rozumu w zakurzonych piwnicach. Wyrazy uznania również dla PLAYBOYA za odwagę wobec gniewu wysoko usadzonych i żądnych władzy za opublikowanie artykułu.
Morgan Eiland
Los Angeles, California

Zmierzch Polityki to najlepszy artykuł, jaki kiedykolwiek przeczytałem w PLAYBOYU i mam nadzieję, że będzie takich więcej. Libertarianizm Karla Hessa idzie ramię w ramię z filozofią obopólnej zgody między jednostkami, jakiej hołduje PLAYBOY.
Bill Sheppard
University of Arizona
Tuscon, Arizona

Artykuł Karla Hessa znajduję interesującym, choć nie zgadzam się z większością tego, co napisał. Jego odkurzenie tradycyjnych, przestarzałych amerykańskich ideałów – indywidualizmu i wolnorynkowego kapitalizmu – które, jak twierdzi, są jedynymi prawdziwie rewolucyjnymi pozycjami, jakie można zajmować, wydaje się być po prostu reakcyjnym. Być może jest to kolejny przykład ilustrujący wyraźną granicę między rewolucją a reakcją, ale obnaża on także fundamentalny błąd w myśli Hessa. Wszystkie szczere ruchy reformistyczne w historii USA odniosły sukces tylko do tego stopnia, do jakiego próbowały zerwać ze starymi ideałami – jak wolny rynek i indywidualizm – i zastąpić je bardziej nowoczesnymi doktrynami, jak odpowiedzialność zbiorowa i rządowa regulacja. Współczesna industrialna gospodarka stała się tak uwikłana w sieć zależności, że stare prawa klasycznej ekonomii – takie ja wolna konkurencja – przestały jej dotyczyć. Myślę, że Hess lepiej spędziłby swój czas, gdyby zajął się poprawianiem stanu polityki, a nie wytykaniem sprzeczności lewo i prawo.
Douglas F. Watt
Harvard University
Cambridge, Massachusetts

No, tym razem się Wam udało. Dzięki Zmierzchowi Polityki ta jedna idea, która działa została ujęta w najbardziej przełomowym artykule, jakie został kiedykolwiek opublikowany. Przez dobre kilka lat odnosiłem się z szacunkiem do podobnych pomysłów Ludwiga von Mises, Toma Paine i innych, ale nigdy przedtem nie zmiażdżono idei archaicznych współczesnych rządów w jednym krótkim artykule. Nawet bardziej interesujące współczesne osobowości – wszyscy ci Kennedy, Goldwater, McCarthy – są uwiązani w swojej politycznej beznadziei. Uczepili się swojej polityki. I, jak to ujmuje Hess, jak Linus – nie chcą zamierzają oddać koca. Koc polityki, przez większość współczesnej historii, niszczył społeczeństwo, mimo optymizmu, kreatywności i produktywności większości istot ludzkich.
Peter Fleming
Los Angeles, California

Dzięki za artykuł Karla Hessa. Ujął doskonale, o czym wielu z nas myślało od wielu lat. Paru Kalifornijczyków ostatnio podjęło próbę urzeczywistnienia libertariańskich zasad zakładając całkowicie nową partię polityczną nazwaną Peace and Freedom Party. To smutne, że niedługo później radykałowie z Nowej Lewicy przejęli kontrolę i pozarządzali partię w zapomnienie. Nasza republika zdaje się zmierzać ku katastrofie. Jedyną alternatywą zdaje się być stworzenie nowej ogólnokrajowej partii politycznej bazującej na libertarianizmie i wolnorynkowym kapitalizmie. Ów nowy ruch mógłby uczynić jedną z dwóch głównych partii zbędną; sami wybierzcie którą, są takie same.
Ed Wills
La Mesa, California

Jako produkt zarówno University of California w Berkeley i Harvard Law School, miałem kontakt z tym, co Karl Hess nazwałby polityką zarówno radykalną, jak i reakcyjną. Jak Hess, skonstruowałem filozofię sięgającą po elementy myśli Barry’ego Goldwatera, Ayn Rand, Normana Mailera i Lenny’ego Bruce’a. Niestety moja edukacja, której wielu by mi pozazdrościło, przyczyniła się do mojej izolacji i frustracji, zagubienia i zniewolenia. Zmierzywszy się z jedyną społecznie dozwoloną w dzisiejszej Ameryce polaryzacją polityki na lewicę i prawicę, nie byłem w stanie poskładać w jedną filozofię wszystkie te dotąd porozrzucane w mojej głowie elementy. Skłamałbym, gdyby powiedział, że Berkeley i Harvard przygotowały mnie do komunikacji moich idei. Na szczęście Hess zrobił to za mnie. A więc, wszyscy moi przyjaciele, po lewej i prawej: czytajcie Hessa. Wtedy będziemy mogli rozumować razem.
Marc P. Fairman
Harvard Law School
Cambridge, Massachusetts

Hess może nie ma odpowiedzi na wszystkie pytania, ale przynajmniej zadeklarował swoją niezależność od pełnych hipokryzji truizmów lewicy i prawicy, które od zawsze czynią mnie fizycznie chorym za każdym razem, gdy czytam najnowsze ich odświeżenie przez jakiegoś Williama Buckley’a czy Toma Haydena. Świat wiele by zyskał, gdyby Hess i ludzie podobne do nie go myślący mieli się stać podstawą nowego ruchu politycznego.
John J. Pierce
The Daily Advocate
Dover, New Jersey

Przeczytawszy długi łańcuch kolektywistycznych artykułów w PLAYBOYU, z radością witam świeży powiew, jakim jest Zmierzch Polityki. Zgadzam się z wieloma przekonującymi argumentami Hessa, choć nie popieram jego odrzucenia akcji politycznej. Wierząc w rząd o dokładnie zdefiniowanych ograniczeniach, wierzę w rząd i w to, że ma unikalną rolę stwarzania uporządkowanego środowiska, w którym wolni ludzie mogą żyć. Co za tym idzie, nie wspieram autora, gdy ten domaga się dekonstrukcji państwa narodowego.

Hess, przez swój godny podziwu entuzjazm dla idei wolności, szuka sprzymierzeńców tam, gdzie ich nie ma. Znajduje nadzieję w Students for a Democratic Society, choć jest oczywistym, że jest to autorytarna organizacja. SDS odrzuca wolnorynkowy kapitalizm, proponując w zamian rozmaite rodzaje socjalizmu. Pomijając nawet tą kluczową różnicę w poglądach SDS i Hessa, organizacja ta, jak wielokrotnie i jednoznacznie pokazywały wydarzenia na uniwersytetach, nie wzbrania się od użycia przymusu wobec jednostek i instytucji, z którymi się nie zgadza. Niezadowolenie Hessa z establishmentu, które dzieli wielu libertariańskich i nie bardzo libertariańskich konserwatystów, każe mu szukać rewolucjonistów i, przywiódłszy go do SDS, daje mu poczucie zadowolenia. Ale SDS wcale nie jest rewolucyjne. Popiera ono, otwarcie lub w praktyce, większą siłę rządu; poszerzenie współczesnego liberalizmu, etatyzm, którym Hess tak się brzydzi.

Jako redaktor naczelny The New Guard, pisma Young Conservatives for Freedom, mam stały kontakt z tymi konserwatystami, których Hess ocenia jako autorytarnych i pełnych hipokryzji. Bill Buckley, wspomniany w artykule, zaczynał swój atak na establishment 20 lat temu. Istnieją fałszywi konserwatywni biznesmeni czy biali antysemiccy konserwatyści; z artykułu Hessa można by jednak wyciągnąć wniosek, że dominują. Ich wpływy w ruchy konserwatywnym są minimalne. Przykładowo ankieta wśród członków YAF pokazała, że George Wallace nie cieszy się prawie żadnym poparciem. YAF może i nie pozuje na rewolucjonistów, ponieważ nie zajmujemy się niszczeniem własności prywatnej (jak SDS) ani innymi aktami przemocy i przymusu. Takiemu otwartemu antyestablishmentarianinowi jak Hess sugeruję jednak, że YAF jest, w gruncie rzeczy, rewolucyjną falą przyszłości. To YAF, nie SDS, od lat wspiera dobrowolną służbę wojskową. To „Sharon Statement” YAFu, nie „Port Huron Statement” SDSu otwarcie wspiera wolnorynkowy kapitalizm.
Arnold Steinberg, Editor
The New Guard
Washington, D.C.

Karle Hess oświadcza, że “Ostatecznie (…) polityka zaprzecza racjonalnej naturze człowieka.” Nonsens. Gdy racjonalni obywatele szanowali i uczestniczyli w polityce, społeczeństwo kwitło: w Grecji przez pewien czas i okresie tworzenia się naszego własnego kraju. Problemów, z jakimi musimy się dziś zmierzyć, nie rozwiążemy pozbywając się polityki. Można je przezwyciężyć jedynie przez docenienie wagi polityki w tej epoce broni atomowej. Hess ma rację, gdy mówi, że „W burzliwym wszechświecie tylko używając rozumu człowiek może przetrwać.” Myli się nie zauważając, że przetrwanie polega na oddaniu się naprawie, nie destrukcji, polityki, przez największe umysły.
Harold Willens, Prezydent
Factory Equipment Supply Corporation
Los Angeles, California
Willens jest jednym z prezesów Business Executives Move for Vietnam Peace, ugrupowania, któremu przypisuje się wpływ na decyzję Lyndona Johnsona o deeskalacji wojny i rezygnacji z kandydowania do reelekcji.

Założenia Hessa dotyczące ludzkiej agresji są podejrzane. Może dobrze by uczynił, gdyby przypomniał sobie słowa francuskiego anarchisty Proudhona: „Wolność – matką, nie córką porządku.” Jeśli Hessowi naprawdę zależy na wolnym świecie, musi przestać wymiękać i bawić się w „rządy tylko do obrony.” W końcu, doprowadzając jego argumenty do ich logicznej konkluzji, rząd zdolny obronić wszystko, co posiadasz jest też zdolny ci to odebrać. Nadszedł czas, by oddać przyszłość świata w całości w ręce człowieka.
Lowell Ponte
Los Angeles, California
Ponte jest Libertariańskim anarchistą i komentatorem radiowym z Los Angeles

____________________________
Tłumaczenie: Jędrzej Kuskowski
na podstawie:
Karl Hess, The Death of Politics
http://fare.tunes.org/books/Hess/dop.html

1 comment

  1. Pingback: “Anarchia, Agora, Akcja” – wywiad z Samem E. Konkinem 3 | Liberalis

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *