Aldous Huxley

Aldous Huxley: „Nowy wspaniały świat”, Wstęp do wydania z roku 1946

Wszyscy moraliści zgadzają się, że chroniczne wyrzuty sumienia to bardzo niepożądane odczucie. Jeżeli postąpiłeś źle, żałuj, napraw to, co potrafisz i zatroszcz się, żeby następnym razem postąpić lepiej. W żadnym wypadku nie rozpamiętuj swojego błędu. Tarzanie się w brudzie to nie najlepsza metoda, żeby stać się czystym.

Sztuka także ma swoją moralność i wiele tych samych, albo przynajmniej analogicznych zasad moralnych, co najzwyczajniejsza etyka. Wyrzuty sumienia na przykład są tak samo niepożądane w odniesieniu do złej sztuki, jak do złego postępowania. Błędy powinno się wskazać, przyznać się do nich i, jeśli to możliwe, unikać ich w przyszłości. Ślęczenie nad literackimi niedociągnięciami sprzed dwudziestu lat, próby łatania wadliwego dzieła, doprowadzenia go do perfekcji, której nie udało się osiągnąć za pierwszym razem, spędzanie wieku średniego na próbach naprawienia artystycznych grzechów popełnionych i odziedziczonych po tym, kim było się w młodości – wszystko to na nic. Właśnie dlatego to wydanie Nowego wspaniałego świata niczym nie różni się od starego. Jego wady jako dzieła sztuki są poważne. Żeby je naprawić, powinienem napisać książkę od nowa i w trakcie pisania, jako starszy, inny człowiek, prawdopodobnie pozbyłbym się nie tylko niektórych wad, ale także tych zalet, które książka posiadała pierwotnie. A zatem, opierając się pokusie pogrążania się w artystycznych wyrzutach sumienia, wolę zostawić to, co dobre i to, co złe i zastanowić się nad czymś innym.

Warta wzmianki wydaje się jednak przynajmniej najpoważniejsza wada powieści, która przedstawia się następująco: Dzikus ma tylko dwie możliwości – albo szalone życie w Utopii, albo życie w prymitywnej indiańskiej wiosce – pod pewnymi względami bardziej ludzkie, ale pod innymi – nie mniej dziwne i nienormalne. W trakcie, gdy pisałem Nowy wspaniały świat, myśl, że ludzie zostają obdarzeni wolną wolą po to, by wybrać między obłąkaniem a szaleństwem, wydawała mi się zabawna i uważałem ją za całkiem prawdopodobną. Jednak aby uzyskać efekt dramatyczny, często pozwalałem Dzikusowi mówić bardziej racjonalnie, niż uzasadniałoby to jego dorastanie wśród osób praktykujących religię, będącą w połowie kultem płodności, a w połowie żarliwą Penitente. Nawet jego znajomość Szekspira nie usprawiedliwiałaby takich wypowiedzi. Pod koniec Dzikus zostaje zmuszony do wycofania się z racjonalnego postępowania. Jego wrodzony Penitentyzm opanowuje go na nowo. Życie Dzikusa kończy się szaleńczą samoudręką i rozpaczliwym samobójstwem. „I nie żyli długo i szczęśliwie” – ku otusze zadowolonego pyrronicznego estety, autora bajki.

Dziś nie chcę dowodzić, że pozostawanie przy zdrowych zmysłach jest niemożliwe. Przeciwnie – chociaż mam nie mniejszą niż w przeszłości smutną pewność, że rozsądek jest rzadko spotykanym zjawiskiem, jestem przekonany, że da się go osiągnąć i chciałbym widzieć go więcej. Za powiedzenie tego w kilku moich ostatnich książkach i, nade wszystko, za zebranie antologii tego, co zdrowi na umyśle powiedzieli o zdrowym rozsądku i sposobach, jakimi można go osiągnąć, wybitny krytyk akademicki powiedział mi, że jestem smutnym objawem upadku klasy intelektualnej w czasie kryzysu. Była w tym, jak sądzę, zawarta sugestia, że ów profesor i jego koledzy odnieśli przykładny sukces. Dobroczyńcy ludzkości zasługują na należny szacunek i upamiętnienie. Wznieśmy profesorom Panteon. Powinien zostać umieszczony wśród ruin jednego ze zniszczonych miast Europy lub Japonii. Nad wejściem do miejsca pochówku wypisałbym wysokimi na sześć lub siedem stóp literami proste słowa: POŚWIĘCONE PAMIĘCI WYCHOWAWCÓW ŚWIATA. SI MONUMENTUM REQUIRIS CIRCUMSPICE..

Ale, wracając do przyszłości… Jeżeli miałbym teraz napisać Nowy wspaniały świat na nowo, dałbym Dzikusowi trzecią możliwość. Pomiędzy skrajnościami utopii i życia prymitywnego, istniałoby rozwiązanie rozsądne – rozwiązanie już urzeczywistnione, w pewnym stopniu, w społeczności wygnańców i uchodźców z Nowego Wspaniałego Świata, żyjących w granicach Rezerwatu. W tej wspólnocie gospodarka byłaby zdecentralizowana, oparta na koncepcjach Henry’ego George’a, polityka zaś na ideach Kropotkina i wzajemnej współpracy. Naukę i technologię wykorzystywano by jak gdyby, niczym Szabat, zostały ustanowione dla człowieka, nie zaś (jak widzimy to dziś, a jeszcze wyraźniej w Nowym Wspaniałym Świecie), jak gdyby człowiek miał się do nich dostosować i stać się ich niewolnikiem. Religia byłaby świadomym i rozumnym poszukiwaniem Ostatecznego Celu człowieka, wspólnym poznaniem immanentnego Tao lub Logosu, transcendentnego Bóstwa lub Bramina. Dominującą postawą życiową byłby rodzaj Wysokiego Utylitaryzmu, w którym zasada Największego Szczęścia ustąpiłaby pierwszeństwa zasadzie Ostatecznego Celu – pierwsze pytanie, które zadawano by i na które udzielano by odpowiedzi we wszystkich okolicznościach życiowych, brzmiałoby: „W jaki sposób moja myśl czy działanie pomoże (lub przeszkodzi) w osiągnięciu przeze mnie oraz przez możliwie największą liczbę innych ludzi Ostatecznego Celu człowieka?”.

Wychowany wśród ludzi prymitywnych Dzikus (w hipotetycznej, nowej wersji książki) nie zostałby przetransportowany do Utopii, dopóki nie miałby sposobności dowiedzenia się czegoś na własną rękę o naturze społeczeństwa, złożonego z dobrowolnie współpracujących osób, zaangażowanych w poszukiwanie zdrowego rozsądku. Zmieniony w ten sposób Nowy wspaniały świat stanowiłby artystyczną i (jeśli można użyć tak wielkiego słowa w odniesieniu do dzieła beletrystycznego) filozoficzną całość, której wyraźnie brakuje powieści w jej obecnym kształcie.

Ale Nowy wspaniały świat to książka o przyszłości, i jakich tylko artystycznych czy filozoficznych zalet by nie miała, książka dotycząca przyszłości może nas zainteresować tylko, jeżeli odnosimy wrażenie, że zawarte w niej proroctwa mogą się spełnić. Z dzisiejszego punktu widzenia, po piętnastu latach równi pochyłej, jaką była najnowsza historia, jak wiarygodne wydają się zawarte w powieści prognozy? Co wydarzyło się w tym bolesnym okresie, co potwierdzałoby przewidywania z roku 1931, a co by im zaprzeczało?

Jeden wielki i oczywisty błąd w prognozach widać od razu. Nowy wspaniały świat nie zawiera żadnego odniesienia do rozszczepienia jądra atomowego. To dosyć dziwne, bo możliwości związane z energią atomową były popularnym tematem rozmów przez lata zanim napisałem powieść. Mój wieloletni przyjaciel, Robert Nichols, napisał nawet udaną sztukę na ten temat i przypominam sobie, że sam mimochodem wspomniałem o energii atomowej w powieści opublikowanej pod koniec lat dwudziestych. Wydaje się więc bardzo dziwne, że rakiety i helikoptery z siódmego wieku Pana Naszego Forda nie są napędzane energią jądrową. To przeoczenie jest być może niewybaczalne; ale przynajmniej można je łatwo wytłumaczyć. Tematem Nowego wspaniałego świata nie jest postęp naukowy sam w sobie; jest nim postęp naukowy i jego wpływ na człowieka. Triumf fizyki, chemii i inżynierii jest milcząco wzięty za pewnik. Jedyne postępy w nauce, które opisano dokładnie, dotyczą zastosowania na ludziach wyników przyszłych badań w dziedzinach biologii, fizjologii i psychologii. Tylko dzięki naukom dotyczącym życia, jego jakość może zostać radykalnie zmieniona. Nauki dotyczące materii mogą zostać zastosowane w taki sposób, że zniszczą życie albo uczynią je niemożliwie skomplikowanym i niewygodnym. Jeżeli nie zostaną użyte przez biologów i psychologów jako instrumenty, nie mogą zrobić nic, aby zmienić naturalne formy i sposoby wyrażania życia. Uwolnienie energii atomowej oznacza w ludzkiej historii wielką rewolucję, ale nie ostateczną i nie najgłębszą rewolucję (chyba że wysadzimy się w powietrze i w ten sposób dokonamy zakończenia historii).

Prawdziwie rewolucyjną rewolucję można osiągnąć nie w świecie zewnętrznym, ale w duszach i ciałach ludzkich. Żyjący w epoce rewolucyjnej markiz de Sade w naturalny sposób użył tej teorii, aby usprawiedliwić swój szczególny rodzaj szaleństwa. Robespierre osiągnął najbardziej powierzchowny rodzaj rewolucji – rewolucję polityczną. Babeuf posunął się nieco dalej i próbował dokonać rewolucji ekonomicznej. De Sade uważał siebie za apostoła prawdziwie rewolucyjnej rewolucji, wykraczającej poza granice polityki i gospodarki – rewolucji dokonującej się wewnątrz poszczególnych ludzi – mężczyzn, kobiet, dzieci; ich ciała miały się odtąd stać wspólną własnością seksualną, a umysły zostać oczyszczone z wszystkich naturalnych dobrych obyczajów, wszystkich z trudem nabytych hamulców tradycyjnej cywilizacji. Pomiędzy sadyzmem a prawdziwie rewolucyjną rewolucją nie ma oczywiście koniecznego ani nieuniknionego związku. De Sade był człowiekiem obłąkanym, a mniej lub bardziej świadomy cel jego rewolucji stanowił powszechny chaos i destrukcja. Ludzie, którzy rządzą Nowym Wspaniałym Światem nie są być może zdrowi na umyśle (w ścisłym znaczeniu tego słowa), ale to nie wariaci; ich cel to nie anarchia, ale stabilność społeczna. To w celu osiągnięcia stabilności przeprowadzają oni, używając środków naukowych, ostateczną, osobową, prawdziwie rewolucyjną rewolucję.

Ale tymczasem jesteśmy w pierwszej fazie tego, co być może stanowi przedostatnią rewolucję. Jej kolejnym stadium może okazać się wojna atomowa – w tym przypadku nie musimy się już kłopotać proroctwami na temat przyszłości. Ale może wystarczy nam rozsądku – jeżeli nie na tyle, żeby zaprzestać toczenia wojen w ogóle – przynajmniej na tyle, żeby zachować się tak racjonalnie jak nasi osiemnastowieczni przodkowie. Niewyobrażalne okrucieństwa wojny trzydziestoletniej faktycznie czegoś ludzi nauczyły. Przez ponad sto lat europejscy politycy i generałowie świadomie opierali się pokusie wykorzystywania całej niszczycielskiej siły posiadanych środków militarnych lub (w większości konfliktów) do kontynuowania walki, aż do całkowitego wyniszczenia przeciwnika. Byli oni oczywiście agresorami, chciwymi zysku i chwały, ale jednocześnie konserwatystami, zdeterminowanymi i nieustannie zastroskanymi, aby ich świat pozostał nienaruszony. Przez ostatnie trzydzieści lat istnieli wyłącznie nacjonalistyczni radykałowie z prawicy i nacjonalistyczni radykałowie z lewicy. Ostatnim konserwatywnym politykiem był Piąty Markiz Lansdowne. Gdy napisał do „The Times” list, w którym zasugerował, żeby zakończyć I wojnę światową kompromisem, tak jak większość wojen w osiemnastym wieku, redaktor tego niegdyś konserwatywnego pisma odmówił druku. Nacjonalistyczni radykałowie mieli swój czas. Konsekwencje wszyscy znamy: bolszewizm, faszyzm, inflacja, kryzysy, Hitler, II wojna światowa, zrujnowana Europa i wszystko oprócz powszechnej klęski głodu.

Zakładając zatem, że jesteśmy zdolni do nauczenia się tyle z Hiroszimy, ile nasi przodkowie z Magdeburga, możemy z niecierpliwością czekać na czas, może nie całkowitego pokoju, ale ograniczonych i nieco tylko niszczących działań wojennych. Można założyć, że w tym okresie energia atomowa zostanie zaprzęgnięta do użytku przemysłowego. Nietrudno przewidzieć, że rezultatem tego będzie seria ekonomicznych i społecznych zmian o bezprecendensowej szybkości i bezprecedensowym zasięgu. Wszystkie istniejące wzorce życia ludzkiego zostaną zakłócone i trzeba będzie na poczekaniu stworzyć nowe, stojące w zgodzie z nie-ludzkim zjawiskiem energii atomowej. Współczesny Damastes – naukowiec zajmujący się energią nuklearną – przygotuje łoże, na którym musi się położyć człowiek; jeżeli nie będzie pasował – cóż, tym gorzej dla niego. Trzeba będzie trochę go rozciągnąć, co nieco amputować – jak działo się to od momentu gdy nauki stosowane odnalazły swój właściwy rytm; tylko tym razem zabiegi okażą się o wiele drastyczniejsze niż w przeszłości. Tymi bolesnymi operacjami pokierują silnie scentralizowane, totalitarne rządy. To nieuniknione, ponieważ najbliższa przyszłość będzie prawdopodobnie przypominać niedaleką przeszłość; a w niedalekiej przeszłości błyskawiczne zmiany technologiczne, zachodzące w gospodarce nastawionej na masową produkcję i wśród ludzi w większości pozbawionych własności, zazwyczaj wywoływały gospodarczy i społeczny zamęt. Aby poradzić sobie z zamieszaniem, władza została scentralizowana a rządowa kontrola zwiększona. Jest prawdopodobne, że wszystkie rządy na świecie będą w większym lub mniejszym stopniu totalitarne nawet przed okiełznaniem energii atomowej; to, że staną się totalitarne w trakcie jej opanowywania i po nim, wydaje się pewne. Jedynie powszechne i działające na dużą skalę ugrupowanie wspierające decentralizację i samodzielność może zahamować obecne tendencje etatystyczne. Nic jednak dziś nie wskazuje, że taki ruch zaistnieje.

Nie ma oczywiście powodu, dla którego nowe totalitaryzmy miałyby przypominać stare. Rządy sprawowane za pomocą pałek i plutonów egzekucyjnych, sztucznie wywoływanego głodu, masowych aresztowań i deportacji są nie tylko nieludzkie (obecnie mało kto się tym przejmuje); są w sposób oczywisty nieskuteczne – a w epoce zaawansowanej technologii nieskuteczność to grzech przeciw Duchowi Świętemu. Naprawdę skuteczne państwo totalitarne to takie, w którym wszechpotężna egzekutywa politycznych przywódców oraz ich armia menadżerów kontroluje populację niewolników, których nie potrzeba do niczego zmuszać, ponieważ kochają swoją niewolę. We współczesnych państwach totalitarnych zadanie skłaniania ludzi do pokochania niewoli wyznaczono ministerstwom propagandy, redaktorom gazet i szkolnym nauczycielom. Ale ich metody są wciąż prymitywne i nienaukowe. Stara przechwałka jezuitów, którzy twierdzili, że – jeśli powierzyć im nauczanie dziecka – mogą ręczyć za jego poglądy religijne, to pobożne życzenia. Współczesny pedagog jest raczej mniej skuteczny w warunkowaniu odruchów swoich uczniów niż wielebni ojcowie, którzy kształcili Woltera. Największe triumfy propagandy osiągnięto nie przez dokonanie czegoś, ale przez powstrzymanie się od działań. Prawda jest wielka, ale z praktycznego punktu widzenia jeszcze większe jest milczenie o niej. Przez zwykłe przemilczanie pewnych tematów, przez opuszczanie tego, co pan Churchill nazywa „żelazną kurtyną” pomiędzy masami a faktami i argumentami, które zdaniem lokalnych przywódców politycznych są niepożądane, totalitarni propagandyści wpłynęli na opinię publiczną znacznie skuteczniej niż mogliby to uczynić przez najbardziej elokwentne słowa potępienia, czy najbardziej przekonującą krytykę. Ale samo milczenie nie wystarcza. Jeśli mamy uniknąć prześladowań, likwidacji i innych objawów tarć społecznych, trzeba uczynić pozytywne aspekty propagandy tak efektywnymi, jak negatywne. Najważniejszymi Projektami Manhattan przyszłości będą zakrojone na szeroką skalę, sponsorowane przez rząd badania nad tym, co politycy i naukowcy nazwą „problemem szczęścia” – innymi słowy, kwestią tego, jak spowodować, żeby ludzie pokochali swoją niewolę. Bez ekonomicznego bezpieczeństwa umiłowanie niewoli nie może zaistnieć. Ujmując rzecz krótko, zakładam, że wszechpotężnej egzekutywie i jej menadżerom uda się rozwiązać kwestię trwałego bezpieczeństwa. Ale bezpieczeństwo bardzo szybko zaczyna być brane za pewnik. Osiągnięcie go to tylko powierzchowna, zewnętrzna rewolucja. Umiłowania niewoli nie da się wprowadzić, jeżeli nie będzie ono rezultatem głębokiej, osobowej rewolucji w ludzkich umysłach i ciałach. Aby doprowadzić do tej rewolucji, potrzebujemy, między innymi, następujących odkryć i wynalazków. Po pierwsze, bardzo ulepszonej techniki sugestii – przez warunkowanie dzieci, a następnie z pomocą narkotyków, takich jak skopolamina. Po drugie, w pełni rozwiniętej nauki dotyczącej różnic między ludźmi, która umożliwi rządowym menadżerom przydzielenie każdego bez wyjątku człowieka na właściwe mu miejsce w społecznej i ekonomicznej hierarchii. (Okrągłe kołki w kwadratowych otworach mają zazwyczaj niebezpieczne myśli na temat systemu społecznego i zarażają innych swoim niezadowoleniem.) Po trzecie (ponieważ rzeczywistość, chociaż utopijna, jest czymś, od czego ludzie dosyć często czują potrzebę zrobić sobie wakacje), substytutu alkoholu i innych substancji uzależniających, czegoś jednocześnie mniej szkodliwego i dającego więcej przyjemności niż gin lub heroina. I wreszcie po czwarte (choć byłby to długoterminowy projekt, którego zrealizowanie wymagałoby pokoleń totalitarnej kontroli), niezawodnego systemu eugeniki, zaprojektowanego, aby zestandaryzować produkt ludzki i w ten sposób ułatwić menadżerom zadanie. W Nowym wspaniałym świecie standaryzacja produktu ludzkiego została doprowadzona do fantastystycznych, choć prawdopodobnie możliwych, granic. Technicznie i ideologicznie wciąż mamy jeszcze przed sobą daleką drogę do butelkowanych dzieci i półkretynów z grup Bokanovskiego. Ale do Roku 600 Pana Naszego Forda, kto wie, co się może zdarzyć? Tymczasem inne charakterystyczne cechy tego szczęśliwszego i stabilniejszego świata – odpowiedniki somy, hipnopedii i opracowanego naukowo systemu kast – staną się faktem nie później niż za trzy lub cztery pokolenia. Przedstawiona w Nowym wspaniałym świecie rozwiązłość seksualna także nie wydaje się zbyt odległa. Już teraz w niektórych amerykańskich miastach liczba rozwodów równa się liczbie zawieranych małżeństw. Niewątpliwie w przeciągu kilku lat zaświadczenia o małżeństwie będą sprzedawane jak zaświadczenia o opłaceniu podatku za psa – ważne przez 12 miesięcy, bez prawa zabraniającego zmieniania psów albo trzymania więcej niż jednego zwierzęcia naraz. W miarę jak kurczy się wolność polityczna i gospodarcza, swoboda seksualna – niejako w ramach rekompensaty – rozszerza się. A dyktator (chyba że potrzebuje mięsa armatniego i rodzin, za pomocą których skolonizuje niezamieszkałe lub podbite terytoria) zrobi dobrze, jeśli będzie do tej swobody zachęcał. W połączeniu ze swobodą pogrążania się w marzeniach pod wpływem narkotyków, filmów i radia, pomoże ona jego poddanym pogodzić się z niewolą, która jest ich przeznaczeniem.

Biorąc to wszystko pod uwagę, wydaje się, że jest nam do Utopii o wiele bliżej, niż ktokolwiek mógł sobie wyobrazić zaledwie piętnaście lat temu. Wtedy przewidywałem jej powstanie na sześćset lat w przyszłość. Obecnie wydaje się całkiem możliwe, że ta przerażająca wizja może się spełnić w ciągu jednego stulecia. Rzecz jasna, pod warunkiem, że tymczasem nie wysadzimy się w powietrze. Jeżeli nie postawimy na decentralizację i nie użyjemy nauk stosowanych nie jako celu, do którego środkiem mają być uczynieni ludzie, ale środka do stworzenia rasy wolnych ludzi, mamy do wyboru tylko dwie możliwości: albo pewną liczbę nacjonalistycznych, zmilitaryzowanych państw totalitarnych, opartych na groźbie użycia bomby atomowej i w konsekwencji zniszczenia cywilizacji (lub, jeśli działania wojenne będą ograniczone, utrwalaniem militaryzmu); albo jedno ponadnarodowe państwo totalitarne, powołane do życia wskutek społecznego chaosu będącego rezultatem błyskawicznego rozwoju technologicznego w ogólności, a rewolucji atomowej w szczególności, i ewoluującego, wskutek potrzeby skuteczności i stabilności, w kierunku utopijnej tyranii państwa opiekuńczego. Wybór należy do ciebie.

_______

Tłumaczenie na podstawie:
Aldous Huxley, Brave New World, London 1994, Foreword from the 1946 edition
Łukasz Kowalski


Oryginalna wersja tekstu jest dostępna także tutaj:
http://www.wealthandwant.com/auth/Huxley.html

4 comments

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *