Roderick T. Long

Roderick T. Long “Zostawiając Szefów w Tyle”

Ochrona przed Biznesem w Wolnym Kraju

Wstęp

Jak wyglądałoby życie w społeczeństwie libertariańskim – społeczeństwie z całkowicie nieregulowanym, laissez-faire, rynkiem? Jedną z bolączek wielu krytyków jest to, że bez różnych państwowych regulacji mających na celu ochronę słabych przed wyzyskiem ze strony silnych, konsumenci byliby na łasce producentów, pracownicy pracodawców, dłużnicy wierzycieli, a najemcy czynszownikom.

Niektórych, bardziej prawicowych, libertarian ten problem nie rusza, gdyż uważają, że dzisiejsze regulacje dają nieuczciwą przewagę konsumentom, pracownikom, dłużnikom i najemcom. Zniesienie tych regulacji ustanowiłoby po prostu równość wobec prawa. Tego typu libertarianie odrzucają lewicową ideę interesów biznesu jako potężnej i być może niebezpiecznej siły we współczesnym społeczeństwie; zgadzają się z kolei zwykle z określeniem Wielkiego Biznesu przez Ayn Rand jako „uciskanej mniejszości.” (Rand określała do tego kompleks militarno-przemysłowy jako „mit, w najlepszym wypadku.”) Dla lewicowców takie ignorowanie potęgi biznesu jest tak rozstrajające, że zwykle wrzucają libertarian do worka z innymi apologetami na rzecz klasy rządzącej.

Ale libertarianie nie zawsze są równie przyjaźni interesom biznesu. Adam Smith grzmiał przeciw temu, co nazywał „interesom kupiectwa”; bliżej naszych czasów, autorzy tacy, jak Karl Hess, Paul Weaver i Mary Ruwart ganili złowieszcze działania wielkiego biznesu. (Nawet Ayn Rand była wrażliwa na ten problem w swoich powieściach, choć z jakiegoś powodu w innych pracach nie)

Wierzę, że mamy okazję być świadkami początków odrodzenia się w ruchu libertariańskim egalitarnego, współczującego, „serce-na-ramieniu” libertarianizmu, który charakteryzował ruch przez większą część jego historii, od siedemnastowiecznych Lewelerów po anarchoindywidualistów z 19go wieku. Gdy nasi przeciwnicy oskarżają nas o elitaryzm i brak serca, w większej części się mylą (więcej o tym dlaczego się mylą w moim „Who’s the Scrooge? Libertarians and Compassion,” w Formulations, t. I, nr 2 Zima 1993-94) – ale jest w tym niewygodne ziarno prawdy. Wielu libertarian w tym stuleciu nie było, w moim odczuciu, wystarczająco wrażliwymi na losy biednych, robotników, kobiet, mniejszości. Ale uważam to za historyczne wynaturzenie, spowodowane dwoma czynnikami: a) triumfalny pochód socjalizmu pchnął libertarian w ramiona konserwatystów i pewne arystokratyczne, patriarchalne, nielibertariańskie zachowania okazały się zaraźliwe; i b) gdy libertarianie w końcu wyłonili się z ruchu konserwatywnego w ostatnim kwartale tego stulecia, byli pod wpływem Randowskiej etyki twardego indywidualizmu. Ale te zniekształcające czynniki zaczynają, jak mi się wydaje, niknąć i nadchodzi era „milszego, życzliwszego,” niewinnego libertarianizmu, bliższemu swoich korzeni.

Nowy libertarianizm musi więc bliżej przyjrzeć się dylematom lewicy, gdyż na wiele sposobów to są także jego własne dylematy. Ale w jaki sposób może je rozwiązać?

Konsumenci i Producenci

Czy w wolnym społeczeństwie konsumenci będą na łasce producentów? Czy przy nieobecności agend rządowych monitorujących jakość, ograniczających windowanie cen, i tym podobne, nie będzie łatwiej wyzyskiwać klientów?

Wręcz przeciwnie, myślę, że będzie to mniej łatwe. Największym zagrożeniem dla takich wyzyskiwaczy jest konkurencja. Im więcej przedsiębiorstw konkuruje o konsumenta, tym trudniej będzie któremuś bezkarnie wykorzystać swoich klientów.

Zastanówmy się: im łatwiej jest założyć firmę, tym więcej będzie nowych firm. A co decyduje o tym, jak trudno jest założyć nową firmę? Da czynniki: wewnętrzne koszty transakcji i regulacje rządowe.

Regulacje rządowe mają taki sam efekt na gospodarkę, jak melasa na silnik: wszystko spowalnia. Im więcej płotków trzeba przeskoczyć, zanim zacznie się coś nowego – pozwoleń, licencji, podatków, opłat, licencji, kodów budowlanych, regulacji przestrzennych, co tylko przyjdzie do głowy – tym mniej będzie nowych przedsięwzięć. A najbardziej ucierpią ci po złej stronie piramidy bogactwa. Najbogatsze korporacje mogą sobie pozwolić na skakanie przez płotki – mają pieniądze na wszystkie opłaty i prawników, by wymanewrowali regulacje. Mniejsze przedsiębiorstwa mają gorzej i są na przegranej pozycji. Dla biednych, założenie firmy jest praktycznie niemożliwe. Tak więc system faworyzuje bogatych wobec klasy średniej, a klasę średnią wobec biednych.

Dla porównania, w wolnym społeczeństwie, nowe przedsiębiorstwa będą wyskakiwały spod ziemi w tempie, jakie ledwo możemy sobie wyobrazić i byłyby głównie własnością biednych i klasy średniej. Żadna firma nie mogłaby sobie pozwolić na traktowanie klientów jak śmieci, tak jak dziś to czyni wiele firm, ponieważ byłoby o tyle łatwiej założyć konkurencyjną firmę, traktującą klientów lepiej.

Jeśli chodzi o drugą zmienną oddziałującą na trudność wejścia na rynek, to znaczy koszty transakcji, nowoczesne technologie komunikacyjne drastycznie obniżą te koszty – dopóki rząd powstrzyma się (a w wolnym społeczeństwie się powstrzyma) przed grzebaniem w sieciach jak Internet. Ponadto dzięki sieciom komputerowym o wiele łatwiej jest zorganizować i skoordynować bojkot przeciw naprzykrzającej się firmie.

Wiele ludzi zarówno na lewicy, jak i na prawicy boi się wolnego handlu, gdyż, choć przyznają, że wolny handel obniża ceny i w ten sposób jest korzystny dla obywateli jako konsumentów, obawiają się, że tę korzyść może równoważyć strata przychodów przez tych samych obywateli w ich roli jako producentów.

Dla przykładu, załóżmy, że duże korporacje zdecydują się obniżyć koszty i skorzystać z tanich części i siły roboczej z zagranicy. Kieszenie pracowników i producentów w kraju ucierpią na tym, gdyż ceny ich dóbr i usług zostaną obniżone przez zagraniczną konkurencję. Ach, ale czyż ta strata nie zostanie zrekompensowana przez niższe ceny? Cóż, to zakłada, że korzyści z oszczędności korporacji przejdą na konsumentów. Czy tak się stanie?

To zależy. Jeśli konkurencja w kraju jest silna, to gdy MegaCorp spróbuje zachować oszczędności dla siebie, inna firma wepchnie się na rynek, wykupi te same zagraniczne części i usługi i zaoferuje niższe ceny. A później wejdzie kolejna, by podkopać poprzednią. Jakiekolwiek oszczędności nieprzekazane konsumentowi działają jak wielki magnes na przedsiębiorców. Taka konkurencja zapewni szybki transfer tych oszczędności od MegaCorp do jej konsumentów.

A co jeśli rynek krajowy jest ściśle regulowany i MegaCorp jest w większości chroniony przed efektami konkurencji? Może wtedy zawłaszczać oszczędności dla siebie. Obywatele będą otrzymywać mniejsze wynagrodzenia jako producenci, jednocześnie bez możliwości skorzystania z równoważnego spadku cen jako konsumenci. W takim wypadku rzeczywiście protekcjoniści są bliscy prawdzie mówiąc, że wolny handel jest redystrybucją majątku od małych producentów do wielkich korporacji. Ale problem leży nie w wolnym handlu (konkurencji zagranicznej) ale w regulacji (braku konkurencji wewnętrznej).

Konsumenci mogliby również korzystać z większej prywatności w wolnym społeczeństwie. Możnaby oczekiwać, że firmy prywatne na wolnym rynku, pozbawione dostępu do zaawansowanych metod policyjnych państwa, ale z większą swobodą korzystania z własnych sił policyjnych, żądaliby więcej od swoich konsumentów rzeczy typu dowody, czeki, ubezpieczenia itd. Ale wydaje się, że jest dokładnie odwrotnie: w czasach, gdy państwo było na krótszej uwięzi, a prywatne firmy na dłuższej, wymagały one od swoich klientów mniej tego typu rzeczy niż obecnie. Wraz ze wzrostem natarczywości państwa, wzrosła również natarczywość prywatnych firm. Zdaje się, że wzrost władzy państwa prowadzi do szerzenia się pewnego rodzaju kultury autorytaryzmu, która przenika całe społeczeństwo. Ludzie przyzwyczajeni do bycia identyfikowanymi, pieczątkowanymi i podleganymi inspekcji przez rząd nie będą się buntować przeciw podobnemu traktowaniu przez sklep lub bank – szczególnie gdy, dzięki państwowemu ograniczeniu konkurencji, nie mają żadnej alternatywy.

Pracownicy i Pracodawcy

Czy w wolnym społeczeństwie pracownicy byliby na łasce pracodawców? Gdzie indziej („Good and Bad Collective Action,” Formulations, t. III, nr I (Jesień 1995)) zająłem się kwestią dyskryminacji rasowej i seksualnej, więc pozwolę sobie skoncentrować się tu na tym, jak pracownicy są traktowani, gdy już są zatrudnieni. Według obecnego prawa, często nie wolno pracodawcom wypłacać pensji niższych od pewnego poziomu; żądać, by pracownicy pracowali w niebezpiecznych warunkach (albo przespali się z szefem); albo wyrzucać z pracy bez powodu i uprzedzenia. Co się stanie z pracownikami, gdy zostaną pozbawieni tych środków ochronnych?

Nie muszę chyba tłumaczyć czytelnikom tej publikacji, dlaczego płace minimalne szkodzą biednym. Tak czy inaczej, wraz ze wzrostem ilości firm konkurujących o pracowników (tak jak będą konkurować o konsumentów), rosnąć będą płace. Więcej pracowników stanie się zresztą pracodawcami. A sami pracodawcy będą mogli wypłacać nowe, wyższe płace, gdyż gospodarka będzie się szybciej rozwijała.

Pracodawcom będzie nominalnie wolno domagać się czegokolwiek od swoich pracowników. Będą mogli ich molestować seksualnie, kazać im pracować w niebezpiecznych warunkach, wyrzucać ich bez uprzedzenia i tak dalej. Ale układ sił zmieni się na korzyść pracownika. Biorąc pod uwagę to, że rozwijające się gospodarki zwykle prowadzą do wzrostu ilości nowych przedsięwzięć gospodarczych oraz do spadku liczby urodzeń, to miejsca pracy będą szukać pracowników, nie na odwrót. Pracownicy nie będą czuli się zmuszeni do akceptowania złych warunków, bo znalezienie nowej pracy będzie o tyle łatwiejsze. Będą mieli lepszą pozycję negocjacyjną, by domagać się przy zatrudnieniu takiego kontraktu, który zabrania pewnego traktowania, wymaga rozsądnego uprzedzenia przed zwolnieniem, zakłada urlop rodzicielski, cokolwiek. A horyzontalna koordynacja możliwa dzięki telekomunikacji sieciowej otwiera możliwość skutecznych w kolektywnych negocjacjach związków zawodowych, nie muszących poddawać się żadnemu szefowi związkowemu.

Jedną z korzyści konkurencyjnej gospodarki byłoby osłabienie wielu małych tyranii świata korporacyjnego. Wiele miejsc pracy przypomina komiks „Dilbert,” w którym szefowie próbują zarządzać procesami, których nie rozumieją. Kiedyś zetknąłem się z firmą, w której kserokopiarki były celowo spowolnione, a pracownicy mogli kserować tylko trzy strony naraz; teoria była taka, by zmniejszyć ilość niepotrzebnego kserowania. Ale większość tego kserowania była potrzebna, więc pracownicy musieli tracić czas na ciągłe stawanie na końcu kolejki.

Jeden członek mojej rodziny pracował dla firmy prawniczej, w której urzędnicy pracowali w dwóch budynkach, a prawnicy tylko w jednym. W budynku bez prawników, nadzór nad urzędnikami był bardzo niewielki: mogli oni ustalać własne priorytety, dzielić się obowiązkami według potrzeb i tak dalej. W rezultacie pracowali oni znacznie szybciej i wydajniej niż w drugim budynku, gdzie urzędnicy byli nadzorowani przez prawników. Tego typu zarządzanie jest nieefektywne, ale dzięki temu, że konkurencja jest niewielka, menedżerowie mogą sobie pozwolić na odrobinę nieefektywności by zaspokoić własną potrzebę władzy. Wydaje mi się, że większa siła negocjacyjna pracowników doprowadzi do zmiany struktury przeciętnego miejsca pracy – pracownicy będą mieli większą władzę nad swoimi zadaniami.

Dłużnicy i Wierzyciele

Czy w wolnym społeczeństwie dłużnicy byliby zdani na łaskę lub niełaskę wierzycieli? Rząd dziś chroni dłużników ograniczając stopień, w jakim wierzyciele mogą się im naprzykrzać (żadnych telefonów do miejsca pracy dłużnika, żadnych telefonów w środku nocy), ograniczając stopień, w jakim wierzyciele mogą się zabezpieczać o dochody dłużników, domagając się oddalenia złej oceny zdolności kredytowej po pewnym czasie oraz oferując przygniecionym ciężkim jarzmem długu szansę ucieczki poprzez bankructwo. Jak dłużnicy przeżyliby bez tej ochrony?

Cóż, przede wszystkim w wolnym społeczeństwie byłoby mniej dłużników. Dzięki większemu wzrostowi gospodarczemu łatwiej będzie ludziom spłacać zobowiązania. Szanse, że odmawiający spłaty długu czyni to nie tyle z braku szczęścia, co z nieuczciwości, byłyby znacznie wyższe niż dziś.

Ale byłoby wciąż wielu szczerych dłużników w tarapatach. Jak możnaby im pomóc?

Po pierwsze, myślę, że libertariański system prawa rozpoznawałby pewne ograniczenia zabezpieczania długu o dochody. Nawet jeśli A ma pewne prawo do własności w posiadaniu B, są granice szkody, jaką może wyrządzić A korzystając z tego prawa. Jeśli połkniesz mój diamentowy pierścień, nie mam prawa rozciąć ci brzuch, by go wydobyć, prawdopodobnie zabijając cię albo zadając ci ogromne rany. Jeśli bezprawnie wszedłeś na mój teren, nie mam prawa wyrzucić cię z mojego trawnika na ulicę w dokładnie tym samym momencie, w którym nadjeżdża ciężarówka, która by cię przejechała. Myślę, że podobny tok rozumowania doprowadziłby do ograniczenia części dochodu biednej osoby, którą bogaty wierzyciel może zawłaszczyć. W dodatku firmy o nieludzkich metodach wymuszania spłaty mogłyby być bojkotowane.

Jeśli chodzi o pomoc dla zadłużonych, wraz z eksplozją dobrobytu, jaką przewiduje libertariańska teoria ekonomii w wolnym społeczeństwie (a jeśli libertariańska teoria ekonomii jest błędna, nasz ruch jest i tak skazany na zagładę), działalność charytatywna i pomoc wzajemna doznałyby ogromnego wzrostu. Dłużnicy więc mogliby z czasem wydostać się z dołka w sposób, który (w przeciwieństwie do bankructwa) przyniósłby korzyść zarówno dłużnikowi, jak i wierzycielowi.

Najemcy i Czynszownicy

Czy w wolnym społeczeństwie najemcy będą na łasce czynszowników? Państwo oferuje dziś najemcom duży stopień ochrony – czasem bardzo dużym kosztem dla czynszownika (film Pacific Heights przedstawia bardzo niemiły przykład). Ale to, co z pozoru czyni te prawa koniecznymi jest lepsza pozycja negocjacyjna, jaką zwykle dysponują czynszownicy w zmaganiach z najemcami. To, tak jak w poprzednio omawianych przypadkach, jest winą słabej konkurencji i spowolnionej gospodarki. Tak więc państwo „pomaga” najemcom za sprawą regulacji najmu i jednocześnie „pomaga” czynszownikom regulacjami, które zduszają konkurencję na rynku nieruchomości. Typowe zachowanie rządu: zatrujemy was, a później zaczniemy rozdawać odtrutki.

W libertariańskim społeczeństwie, czynszownicy mieliby większą wolność, ale musieliby bardziej zawzięcie konkurować o klientów i mieliby więcej motywacji, by zaspokajać ich potrzeby. Umowy najmu nie byłyby tak korzystne dla jednej strony jak dziś. Czynszownicy może i mieliby prawo wyrzucać na bruk wedle woli (pomijając restrykcje a’la „połknąłem twój pierścień”), ale mogliby zostać zmuszeni przez prawa popytu i podaży, by podpisując kontrakty rezygnować z tego prawa.

Zostawić Szefów w Tyle

W całej naszej gospodarce układy ekonomiczne poddały się autorytarnemu modelowi podobnemu do dominującego państwowego paradygmatu. Korporacje budują się na kształt armii; supermarkety wpychają ludzi w długie kolejki po przywilej kupowania ich żywności; pracodawcy oraz czynszownicy są coraz bardziej wścibscy i mają coraz większą kontrolę. Ale firmy działają w ten sposób z tego samego powodu, dla którego czyni to rząd: brak konkurencji. Gospodarka wolnego społeczeństwa, zdaje się, stanie się świadkiem całkowitej przebudowy typowych związków komercyjnych. Te związki staną się umowami pomiędzy równymi, nie między nadzorcą a poddanym. Pracownicy będą traktowani jak niezależni producenci, nie jak słudzy – i tak dalej. Struktury władzy staną się poziome, nie pionowe; komunikacja i wpływ na decyzje będzie obustronny, nie jednostronny. Koncepcja szefa stanie na drodze do wyginięcia.

___________________________
Tłumaczenie: Jędrzej Kuskowski
na podstawie:
Roderick Long, Beyond the Boss
Oryginał opublikowany w magazynie Formulations
http://libertariannation.org/a/f41l2.html

17 comments

  1. Lewak

    A skąd ta naiwna wiara, że pracodawcy będą się zadzaać na warunki pracowników?? Przecież nie będzie cały czas dużego popytu na pracę. I skąd te wnioski, że w „wolnościowym” świecie instytucja szefa zacznie podupadać?? Przeciez w wolnym kapitalizmie to szef będzie zupełnie dowolnie decydował o życiu pracowników.
    Precz z kapitalizmem.

  2. smootnyclown

    A skąd ta naiwna wiara, że pracodawcy będą się zadzaać na warunki pracowników??

    W końcu to jemu zależy na znalezieniu pracowników.

    Przecież nie będzie cały czas dużego popytu na pracę

    no tak, człowiek ma skończone potrzeby…. A na poważnie – człowiek zawsze chce więcej, niż ma. Człowiek zawsze chce mieć więcej, niż może. Popyt na dobra będzie zawsze. A jak jest popyt, to będzie i podaż.

    I skąd te wnioski, że w “wolnościowym” świecie instytucja szefa zacznie podupadać

    Bo 1) pracownikowi będzie łatwiej znaleźć pracę -> konkurencja o pracowników,
    2) człowiek nie będzie zdany na łaskę szefa, bo będzie mógł bez przeszkód sam zostać „szefem”, zakładając własną firmę.

    Przeciez w wolnym kapitalizmie to szef będzie zupełnie dowolnie decydował o życiu pracowników.

    J/w.

  3. kuskowski

    Uściślając komentarz Filipa, chodzi o to, że sytuacja na wolnym rynku będzie o tyle się różniła od dzisiejszej, że dziś rynek pracodawców jest utrzymywanym przez państwo oligopolem, dzięki któremu to pracownikom zależy na znalezieniu pracodawcy, a nie na odwrót – o czym pisze Long w artykule. Jeśli zniesiemy te probiznesowe regulacje, rynek kredytów zostanie zdemonopolizowany, no i jeśli technologia dalej będzie rozwijać formy gromadzenia kapitału typu peer-to-peer (a szczególnie jak wolne społeczności zdecydują się np. na jakąś własność użytkową zamiast własności prywatnej ), możliwe że szefowie i ich podzielą los dinozaurów. (vide artykuł Kevina Carsona na ten temat i inne rzeczy autorstwa Carsona ogólnie)

    A i nie zgodzę się Filipie, że człowiek zawsze chce więcej niż ma – człowiek zwykle chce lepiej, niż ma, co nie zawsze oznacza więcej rzeczy (produkowanych przez pracę), bo rzeczy mają swoje malejące krańcowe użyteczności oraz rosnące krańcowe nieużyteczności. Myślę, że dla większości ludzi trzeci Mercedes byłby bardziej ciężarem niż korzyścią 😉

  4. kuskowski

    Chodzi o mutualistyczny typ własności bazujący na użytkowaniu ziemi a’la Carson, Tucker, Proudhon, et. al. – tzn. własność w ziemi zależałaby od ciągłego jej użytkowania. To prowadziłoby na dłuższą metę do mniejszego zmonopolizowania kapitału, a monopolizacja kapitału jest potencjalnie dużym źródłem nierówności między pracownikami a pracodawcami. Bo mamy zasadniczo trzy środki produkcji: ziemię, pracę i kapitał. Praca nie jest zmonopolizowana z oczywistych względów, a kapitał jest wtórny w stosunku do ziemi i pracy. Tak więc brak monopolizacji ziemi na dłuższą metę prowadziłby do braku monopolizacji środków produkcji ogólnie.

    Nie mówię jednoznacznie, że jestem za tym, ale myślę, że to na tyle ciekawy pomysł, że warto się nad nim zastanowić.

  5. smootnyclown

    A i nie zgodzę się Filipie, że człowiek zawsze chce więcej niż ma – człowiek zwykle chce lepiej, niż ma, co nie zawsze oznacza więcej rzeczy (produkowanych przez pracę), bo rzeczy mają swoje malejące krańcowe użyteczności oraz rosnące krańcowe nieużyteczności. Myślę, że dla większości ludzi trzeci Mercedes byłby bardziej ciężarem niż korzyścią

    fakt, trochę nieściśle się wyraziłem…:D

  6. qatryk

    Musze o tym coś więcej poczytać ale już na wstepie mi coś tu nie gra – na jakiej podstawie ocenianio by czy ziemia jest użytkowana? Co więcej kto miałby to oceniać? No i jeżeli ktos miałby lepiej uzytkowac jakis kawałek ziemi to czy mógłby pozbawić ją tego kto uzytkuje ją w sposób nieefektywny/nieudolny. Kto do cholery miałby to stwierdzać?
    No ale dobra nie atakuje dalej – poczytam troche o tym.

  7. kuskowski

    „No i jeżeli ktos miałby lepiej uzytkowac jakis kawałek ziemi to czy mógłby pozbawić ją tego kto uzytkuje ją w sposób nieefektywny/nieudolny.”
    Nie.

    „na jakiej podstawie ocenianio by czy ziemia jest użytkowana? Co więcej kto miałby to oceniać?”
    Podobny problem masz z każdym systemem własności – np. we własności prywatnej na jakiej podstawie ocenianoby czy ziemia została poprawnie zagospodarowana, czy nie została komuś ukradziona etc.? I kto miałby to oceniać? Instytucja odpowiadająca za prawo na danym terenie – czy prywatna firma ochrony, czy jakieś instytucje kolektywne. Tak jak byłyby pewne skodyfikowane zasady rządzące własnością prywatną – tzn. czy zbudowanie płotu wokół kawałka ziemi stanowi już o własności, czy jeszcze nie – tak samo musiałyby być jakieś zasady decydujące o tym, co stanowi porzucenie. Lepszego pomysłu nie mam. Tak czy owak, może jest różnica ilościowa pod tym względem, ale nie jakościowa.
    Tak jak kiedyś quasibill zauważył, zasadniczą różnicą pomiędzy różnymi reżimami własności jest długość okresu nieużytkowania potrzebnego do uznania porzucenia. We własności prywatnej okresy te są długie, liczone w dziesiątkach lat, we własności użytkowej krótsze, np. rok; w przypadku komunizmu porzucenie jest natychmiastowe.

    I tak wszystko ostatecznie zależy od danej społeczności i tego, na jaki rodzaj własności się zdecyduje. Panarchia i te sprawy.

  8. Timur

    Oho! Duet Jędrzej @ Quatryk wrócili na forum 🙂
    Jak miło.

    „A i nie zgodzę się Filipie, że człowiek zawsze chce więcej niż ma – człowiek zwykle chce lepiej, niż ma, co nie zawsze oznacza więcej rzeczy (produkowanych przez pracę), bo rzeczy mają swoje malejące krańcowe użyteczności oraz rosnące krańcowe nieużyteczności. Myślę, że dla większości ludzi trzeci Mercedes byłby bardziej ciężarem niż korzyścią”

    Czy nie lepiej założyć że ludzie są różni?
    Trzeci mercedes? Jeśli to model zabytkowy a gościu zabytki motoryzacji kolekcjonuje męką nie będzie. Tak jak kolejny klaser dla filatelisty. A dla zwykłego człowieka to prawda. Trzeci merol to męka.

    @ Quatryk!

    Dobre pytanie o „nienależytość” użytkowania ziemi.
    A przecież niektórzy ( tak jak ja ) lubią zdziczałe ogrody.
    A te wymuskane ( i jeszcze z krasnalem ogrodowym na dokładkę ) budzą we mnie niechęć by nie rzec obrzydzenie.

    A najbardziej to mi się marzy kawałek świeżego boru. Z kawałkiem zagajnika gdzie rosną maślaki, ze zdziczałą polanką ze świerkami i młodymi osikami pełne koźlaków i rydzy ( byle nie toruńskimi ) no i gdzieniegdzie dorodna czeremcha.
    No i jak tu oszacować „jakość użytkowania”?

    No i co z tymi co chcieliby założyć abortetum, które kojarzy się ze wszystkim co chcecie tylko NIE z rolnictwem intensywnym typu amerykańskiego?

    To na razie tyle.

    Pozdro,

  9. kuskowski

    „Czy nie lepiej założyć że ludzie są różni?”
    A widzisz drogi Timurze, dlatego napisałem „większości” 🙂

    „A przecież niektórzy ( tak jak ja ) lubią zdziczałe ogrody.”
    Podzielam preferencję 😉

    „( byle nie toruńskimi )”
    Jakieś wąty do mojej ojczyzny, hm? :>

  10. jaś skoczowski

    Lewak:”A skąd ta naiwna wiara, że pracodawcy będą się zadzaać na warunki pracowników?? Przecież nie będzie cały czas dużego popytu na pracę. I skąd te wnioski, że w “wolnościowym” świecie instytucja szefa zacznie podupadać?? Przeciez w wolnym kapitalizmie to szef będzie zupełnie dowolnie decydował o życiu pracowników.
    Precz z kapitalizmem.”

    myślę, że to nie wiara, tylko hipoteza. opierająca się na założeniu, że obecnie konkurencja między pracodawcami o pracowników jest ograniczona przez państwo. ja się nie wypowiadam, czy to prawda. ale wiarą bym tego nie nazwał.

    nikt nigdy nie ma swobodnej decyzji. decyzje podejmujemy opierając się o nasze sposoby prognozowania przyszłości – a te prywatne nie są. bez regulacji organizacji związkowych, bez dużych monopoli przemocy trzymających je w ryzach, związki zawodowe byłyby dużo mniej przewidywalne. jak bardzo może to przerażać, wystarczy poczytać o tzw. rajdach Palmera – wtedy „społeczeństwo” miało do dyspozycji monopol przemocy. w przypadku opisanym powyżej tak by nie było. może więc pracodawcy jednak byliby skłonni słuchać związkowców bardziej, za cenę spokoju? oczywiście może… 🙂

  11. Pingback: Program spotkań na jesień. | Stowarzyszenie Liberalis

  12. Kamil

    Trza by zrozic jakas „reedycje” tekstow Longa, zeby krytycy libertarianizmu przestali powtarzac jak mantre te same oklepane zarzuty.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *