Robert Gwiazdowski

Robert Gwiazdowski: Tribute to Mises

Oczywiście Friedman ma większe zasługi jako obrońca wolności na polu ekonomii, niż jako obrońca wartości pieniądza. Jeszcze bardziej niż „Austriacy” krytykował Friedmana George Gilder w imieniu szkoły podażowej – o znaczeniu której w upowszechnianiu nowego-starego paradygmatu ekonomicznego już parokrotnie pisałem. Gdy Friedman bardzo pochlebnie wyraził się o nowej szkole, „podażowy” zarzucili mu zbytnie zaabsorbowanie tymi samymi elementami ekonomii, które służyły za główny instrument keynesistom. „W swym zafascynowaniu inflacją i deflacją – pisał Gilder – monetaryści i keynesiści łączyli swe siły także wówczas, gdy walczyli. Gromadząc się na dwóch końcach równania teorii ilościowej (MV=PT czyli pieniądz razy szybkość jego obiegu = wysokość cen razy ilość dokonywanych transakcji), wyobrażali sobie, że przeciągają intelektualną linę na centralnej arenie myśli ekonomicznej. Monetaryści uczepili się strony podaży pieniądza (MV), zaś keynesiści trwali uparcie przy globalnym popycie (PT) /…/ Przy całej gorączkowości ich konfliktu, byli oni tak mocno przywiązani do tego samego równania, że niewielu spostrzegło, iż ono samo ma znikome znaczenie dla większości zasadniczych problemów ekonomii”.

Ale skoro wzmianki o Friedmanie mają oznaczać, że się jest jego zagorzałym, dozgonnym i bezkrytycznym wyznawcą, to dla równowagi przepiszę tu kilka ciepłych słów na temat Misesa z mojego wstępu do Jego Wspomnień wydanych przez Fijor Publishing.

A mam ku temu dobry powód, gdyż od lektury „Austriaków” zaczęła się moja „wolnościowa” przygoda. W czasach stanu wojennego, gdy byłem studentem Wydziału Prawa Uniwersytetu Warszawskiego i sposobiłem się do kolejnej krucjaty antykomunistycznej, mój ówczesny opiekun naukowy, nieżyjący już, niestety, Wiktor Suchecki, podsunął mi do przeczytania książkę Friedricha Augusta von Hayeka The road to serfdom . Spojrzawszy na tytuł myślałem, że oto dostaję do ręki opis mechanizmów zniewolenia jednostki w państwach komunistycznych, choć takie inspirowanie „rozpalonej głowy” nie pasowało mi do osoby bardzo dostojnego Pana Docenta. Intelektualną prowokację z Jego strony zrozumiałem, gdy zacząłem czytać o niebezpieczeństwach ekonomicznego planowania i wadach interwencjonizmu. Uświadomiłem sobie wówczas, że spór o wolność jednostki nie przebiega tylko i wyłącznie pomiędzy komunizmem i kapitalizmem; że kapitalistyczny świat nie musi być oazą wolności, w której żadne dla niej zagrożenia nie istnieją; że dla niektórych filozofów politycznych Zachodu o wiele poważniejszym, bo bardziej realnym, zagrożeniem od sowieckich czołgów może być… interwencjonizm państwa i progresja podatkowa, której towarzyszy coraz szerszy zakres inwigilacji organów podatkowych w życie osobiste podatnika. Z ówczesnej polskiej perspektywy zagrożenia dla wolności indywidualnej ze strony organów podatkowych w zestawieniu z faktem zarekwirowania koledze samochodu, w którym znaleziono „książki zakazane”, wydawały się groteskowe. Jednak punkt widzenia, jak zawsze, zależy od punktu siedzenia. Gdy również w Polsce zaczęło być można mówić i pisać wszystko, pojawiły się inne zagrożenia dla wolności indywidualnej. I dlatego warto wrócić do dorobku twórców „Szkoły Austriackiej”, którzy na przełomie lat trzydziestych i czterdziestych ubiegłego wieku, gdy w Stanach Zjednoczonych triumfy święciły interwencjonistyczne poglądy Johna Keynesa, wzięli na siebie ciężar walki z etatyzmem, którego smak zdążyli poznać na własnej skórze.

Najbardziej istotnym elementem myśli Keynesa było wskazanie celowości znacznego poszerzenia zakresu oddziaływania państwa na gospodarkę i jej kontrolowania przez administrację publiczną oraz odrzucenie prawa Saya i oparcie teorii ekonomii na, uznanej za jedną z „pierwszych zasad” ekonomii, zasadzie efektywnego popytu. Jednakże dla uzyskania odpowiedniego efektu, Keynes prawo Saya najpierw zniekształcił, żeby móc je łatwiej „odrzucić”. Jak pisze Nelson Hultberg „zmajstrował kukłę, którą potem znokautował”. Say głosił, że produkcja jest przyczyną konsumpcji, a nie na odwrót, w tym sensie, że najpierw muszę coś wyprodukować bym mógł stać się konsumentem innych towarów o wartości równej tych wyprodukowanych przeze mnie. Jeśli jestem producentem zboża, to wartość wyprodukowanego przeze mnie zboża określa mają „wartość” jako konsumenta usług transportowych, ubrań, czy rozrywki. Prawo to rozpatrywane łącznie z teorią pieniądza i kredytu von Misesa ujawnia, że rozumowanie Keynesa o możliwości wywoływania wzrostu gospodarczego poprzez wpompowywanie w gospodarkę pieniądza, którego ilość przekracza wzrost siły nabywczej ludzi, jest całkowicie błędne, gdyż ceny towarów i usług wzrosną proporcjonalnie do wzrostu podaży pieniądza, co skutecznie zneutralizuje efekt zwiększenia ilości pieniędzy w obiegu. Ale Keynes w roku 1914 jako redaktor naczelny Economic Journal rozprawił się krytycznie z wydanym dwa lata wcześniej w Niemczech Traktatem o pieniądzu i kredycie von Misesa nie znając istoty tej książki (sic!!!) Dopiero po latach przyznał bowiem, że „po niemiecku rozumiem dobrze tylko to, co już wiem, dlatego nowe idee przedstawiane w tym języku są mi raczej niedostępne, ze względu na barierę językową”. A jako że idee von Misesa były nowe, to Keynes dyskredytował je, choć „były mu raczej niedostępne z uwagi na barierę językową”. W taki oto, dość hucpiarski sposób wykuwała się nowa teoria, która miała jednak duży popyt ze strony polityków marzących o zwiększeniu zakresu własnej władzy oraz makro ekonomistów, którzy, podobnie jak Keynes szybko zrozumieli, że za jej sprawą będą mogli się łatwiej dostać na salony władzy. Tym pierwszym trudno się zresztą dziwić. Dzięki niej mogli zawłaszczyć nowy obszar aktywności, wejść na pole dotąd dla działalności państwa, a więc i ich samych, zastrzeżone. W ten sposób rozszerzał się zakres ich uprawnień i możliwości. Działania, które kiedyś musiałyby spotkać się z naganą otrzymały powszechne przyzwolenie. Dla większości polityków nowa teoria okazała się przysłowiową „gwiazdką z nieba”. Ekonomiści także poczuli się bardziej potrzebni. Wolny rynek mógł bowiem obejść się bez ich wielkiego udziału. Interwencjonizm, z natury o wiele bardziej skomplikowany, stwarzał większe możliwości budowania nowych modeli, tabel i wykresów. Ich biegłość w manipulowaniu globalnym popytem była politykom tak samo potrzebna jak afrykańskim wodzom potrzebni byli czarownicy – zaklinacze deszczu.

Ciężar walki z interwencjonizmem państwowym wzięli wówczas na siebie właśnie von Mises – z którego pracami tak nieelegancko obszedł się Keynes – i Hayek. George H. Nash utrzymuje, że ich emigracja z Europy Środkowej była rozstrzygającym wydarzeniem w intelektualnej historii naszych czasów. Wypada zgodzić się z tym twierdzeniem, gdyż wkładu, jaki wnieśli oni w rozwój liberalnej filozofii wolności rzeczywiście nie sposób przecenić. W roku 1949 ukazała się książka Mises’a, Human Action. Seymour E. Harris nazwał ją „Manifestem Kapitalistycznym”.

Zdaniem Misesa „interwencjonizm nie jest systemem ekonomicznym, to znaczy nie jest metodą umożliwiającą ludziom osiąganie celów gospodarczych. Jest on zaledwie zbiorem procedur utrudniających funkcjonowanie gospodarki rynkowej, a w rezultacie niszczących ją. Przeszkadza on produkcji i ogranicza możliwości zaspokajania potrzeb. Nie czyni on ludzi bogatszymi, lecz biedniejszymi”. Oczywiście, działania interwencjonistyczne państwa mogą poprawić na jakiś czas sytuację wybranej grupy społecznej, jednak zawsze dzieje się to kosztem innych grup i jednostek. Wbrew twierdzeniom zwolenników interwencjonizmu, to nie partykularne interesy różnych grup społecznych wymagają gospodarki wolnorynkowej, ale dobro ogółu. To nie prawda, że zwolennicy gospodarki wolnorynkowej są obrońcami egoistycznych interesów bogatych. To właśnie partykularne interesy przedsiębiorców nie dających sobie rady z zaspakajaniem potrzeb konsumentów, domagają się interwencjonizmu w obronie przed konkurencją bardziej wydajnych i aktywnych ludzi. Gdyby działania interwencyjne państwa nie kończyły się korektą cen rynkowych, cały ten interwencjonizm nie miałby najmniejszego sensu. Jest on podejmowany po to właśnie, aby skorygować rezultaty rynkowego prawa popytu i podaży i poprawić pozycję tych, którym działanie tego prawa nie przynosi satysfakcjonujących rezultatów. Zostają oni w jakiś sposób przez państwo uprzywilejowani. A przecież różne przywileje mają wartość tylko wtedy, gdy przynoszą korzyść jakiejś mniejszości, a tracą ją, gdy stają się ogólnodostępne. Poszczególne działania interwencjonistyczne są więc korzystne dla wąskich grup beneficjantów. Dlatego państwo musi podejmować dużo działań interwencjonistycznych, żeby zaspokoić interesy jak najwięcej grup. Każda z tych grup coś zyskuje w wyniku jakiegoś działania państwa, lecz traci w wyniku innych działań, które uprzywilejowują inne grupy.

Mises rozpatrywał poczynania interwencjonistyczne nie tylko z punktu widzenia ich skutków ekonomicznych dla gospodarki, ale także z punktu widzenia ich skutków politycznych dla demokracji. „Według idei tkwiącej u podstaw władzy reprezentacyjnej, członkowie parlamentu mają reprezentować cały naród, a nie poszczególne regiony, czy partykularne interesy grup wyborców”. Jednak „parlamenty krajów interwencjonistycznych całkowicie odbiegają od tego ideału (…) Każda zaproponowana ustawa i każdy przedsięwzięty krok wykonawczy osądzane są przez polityków jedną miarą: co to daje moim wyborcom i grupom nacisku, od których zależę?” W ten sposób „interwencjonizm przeistoczył rząd parlamentarny w rząd lobbystyczny”. Mises twierdził także, że podejmowanie działań interwencjonistycznych w imię utrzymania stałego poziomu zatrudnienia dla podtrzymania niezbędnego poziomu popytu jest bezsensowne ekonomicznie. Wydatki rządowe mogą co najmniej stworzyć „inne” miejsca pracy, ale nie „dodatkowe” miejsca pracy, gdyż rząd dostarczając funduszy potrzebnych do stworzenia jakichś miejsc pracy poprzez opodatkowanie obywateli lub pożyczki publiczne „z jednej strony znosi tyle miejsc pracy, ile tworzy z drugiej”. Mises uważał, że „interwencjoniści nie podchodzą do studiów nad sprawami ekonomicznymi z naukową bezstronnością. Większość z nich kieruje się zawistnym oburzeniem na tych, których dochody są większe niż ich własne. Ta stronniczość uniemożliwia im dostrzeżenie spraw takimi, jakimi one naprawdę są. (…) W oczach interwencjonistów już samo istnienie zysków jest godne potępienia. Mówią o zysku, ale nie zajmują się wcale jego niezbędnym przeciwieństwem, czyli stratą. Nie potrafią zrozumieć, że zyski i straty to instrumenty, dzięki którym konsumenci trzymają mocno w ryzach wszystkie działania przedsiębiorców”. To właśnie mechanizm zysku i strat ponoszonych przez przedsiębiorców czyni z konsumentów, których rynek nie może zmusić do wybierania dóbr i usług dostarczanych przez określonego przedsiębiorcę, najwyższym arbitrem w stosunku do tych przedsiębiorców. Jednocześnie mechanizm zysku i straty „odbiera materialne czynniki produkcji z rąk niewydajnych i oddaje je w ręce bardziej wydajnych”.

Wobec takiej potęgi faktów zastanawiające jest, zdaniem Misesa, dlaczego zwolennicy interwencjonizmu z takim uporem tkwią przy swoich przekonaniach. Odpowiedzi na to pytanie szukał autor Human Action w ludzkiej psychice. Podkreślał, że źródłem cierpienia wielu ludzi jest to, iż sprawy nie zawsze toczą się po ich myśli. Człowiek rodzi się jako aspołeczne, egoistyczne stworzenie i dopiero z czasem uczy się, że jego wola i potrzeby nie są jedynymi na świecie i by zaspakajać swoje zachcianki musi budować consnesus z innymi ludźmi. Niektórym to się jednak bardzo nie podoba. Uważają oni, że zasługują na więcej niż otrzymują. Społeczeństwo nie spełnia ich oczekiwań. Każdy dzień przynosi takiemu „zarozumialcowi” kolejne rozczarowania. W ich efekcie ucieka on w marzenia o świecie, w którym liczy się tylko jego własna wola. „W tym sekretnym świecie neurotyk staje się dyktatorem”. W swoim umyśle uzurpuje sobie prawo bycia władcą absolutnym i decydowania o wyborach innych ludzi. „Psychiatrzy określiliby jego stan jako megalomanię”. Oczywiście w państwie demokratycznego kapitalizmu, które kieruje się zasadami gospodarki rynkowej, wola takiego neurotyka nie ma szans na realizację. Stąd jego poparcie dla państwa – dyktatora, które zrealizować ma jego neurotyczne marzenia o świecie ułożonym według jego własnego planu. Opozycja wobec wolnego rynku „nie jest więc rezultatem rozumowania, ale patologicznego nastawienia umysłowego – urazy i neurotycznego zaburzenia, które można nazwać kompleksem Fouriera”. Zwolennicy interwencjonizmu to ludzie, którym się nie powiodło w świecie konkurencji wolnorynkowej, tak, jakby sobie tego życzyli. Uciekają więc do „zbawczego kłamstwa” interwencjonizmu, które pociesza ich za przeszłe niepowodzenia i tworzy iluzje przyszłych sukcesów. Dzięki niemu znajdują uzasadnienie swoich niepowodzeń, za które mogą obwinić niedoskonałe społeczeństwo. „Neurotyk nie odstępuje więc od swojego „zbawczego kłamstwa” i kiedy musi wybierać między nim i logiką, woli poświęcić logikę”.

Znamienne wydaje się, że przed intelektualnym dorobkiem Misesa głowę pochylali także Jego ideowi przeciwnicy. Zdaniem Oskara Lange, nawet „socjaliści powinni być wdzięczni profesorowi Misesowi, który w ich sprawie odegrał rolę advocatus diaboli. Wyzwaniem swoim zmusił ich bowiem do zrozumienia całej doniosłości zagadnienia rachunku ekonomicznego w gospodarce socjalistycznej (…) W wielkiej hali Centralnego Urzędu Planowania w państwie socjalistycznym posąg profesora Misesa powinien stanąć jako dowód wdzięczności za wyświadczoną przez niego wielką przysługę (…) Obawiam się tylko, że profesor Mises byłby niezbyt zachwycony tego rodzaju dowodem należnej mu słusznie wdzięczności”.

Dzisiejsi wyznawcy Misesa lubują się w podkreślaniu Jego przewag nad Adamem Smithem. Ale to trochę tak, jakby dzisiejsi fizycy dziwowali się, że Newton nie zbudował od razu rakiety. Choć liczne spostrzeżenia Misesa wydają się bardziej dojrzałe od tych, które wcześniej wygłaszał autor Bogactwa narodów, to zaryzykuję tezę, iż bez prac Genialnego Szkota, jak nazywają Smitha niektórzy historycy, mogłoby nie być tak znamienitych prac Genialnego Austriaka – jak należy nazwać Misesa.

Ale czy ten hołd, który z pewnością należy sie Misesowi, ma oznaczać, że nowemu ministrowi finansów powinniśmy radzić, żeby przeszedł na parytet złota? Od 1 stycznia 2008? Czy może raczej sugerować, że dopóki będziemy tkwić w systemie pieniądza papierowego (nie tracąc nadziei, że kiedyś może to się zmieni), powinien stosować zasady monetary rule? Jeśli pieniądz pozostanie papierowy, to czy „mikstura” Friedmana zaszkodzi? Czy może troszkę pomoże?

Robert Gwiazdowski
08.11.2007
***
Tekst był wcześniej opublikowany na blogu Roberta Gwiazdowskiego

1 comment

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *