Jan M. Fijor

Jan M. Fijor ”Żądza władzy”

Posłowie prawicowej opozycji PiS, wspierani przez liberalny obóz rządzący PO-PSL domagają się wprowadzenia zakazu palenia tytoniu w miejscach publicznych. Powód? No, właśnie…

Zdrowie

Oficjalnie powodem proponowanego rozwiązania – zdaniem posła prawicy Tadeusza Cymańskiego, jednego z głównych promotorów ustawy zakazującej palenia tytoniu w miejscach publicznych – jest troska o zdrowie Polaków. Papierosy szkodzą, fakt, wie to każde dziecko. Jednakże na liście światowej organizacji zdrowia (WHO) czynników najbardziej skracających życie, tytoń zajmuje dopiero miejsce szóste. Przed nim jest: stres, otyłość, cholesterol, narkotyki i coś tak jeszcze. Jeśli zatem chcemy najtańszym kosztem poprawić zdrowotność Polaków, dlaczego nie skupić się raczej na czynnikach najgroźniejszych. Przecież można by na początek nakazać ograniczenie spożycia wieprzowiny, jaj, masła i innych produktów tłuszczowych w miejscach publicznych. Jeśli i to by nie pomogło, można by wprowadzić taki zakaz również we własnym domu, a później zakaz produkcji wyrobów powodujących otyłość oraz wzrost poziomu cholesterolu. To oczywiście utopia. Człowiek musi coś jeść nawet wtedy, gdy to coś mu szkodzi. Jedzenia nie możemy z życia wyeliminować. Co innego z papierosami. Bez papierosów można żyć. Zamiast więc ograniczać palenie papierosów stopniowo, można zakazać produkcji i sprzedaży wyrobów tytoniowych od razu i w ogóle. Tym bardziej, że palenie nie tylko niszczy zdrowie palących, szkodzi także osobom towarzyszącym, powoduje straty materialne (pożary) i wywołuje nałóg. Zastanówmy się zatem, dlaczego posłowie nie postulują całkowitej likwidacji tytoniu? Toż to dopiero Polacy byliby zdrowi!

Podatki

Paczka „Marlboro” w detalu kosztuje mniej więcej 7 złotych, w hurcie nieco ponad 1,50 zł. Różnica ponad 5 złotych, na które składa się zarobek pośredników, dystrybutorów i podatek. Podatek stanowi, co najmniej połowę ceny papierosów. Okrągło licząc 1 euro na paczce. Każde takie euro przechodzi przez ręce polityka. Na palcach palaczy pozostaje brązowawy osad tytoniu, w palcach polityka kilka centów z każdego euro. Całkowity zakaz palenia tytoniu oznacza przepadek tych milionów euro, które nasi reprezentanci w rządzie inkasują „dla naszego dobra”. Likwidacja wyrobów tytoniowych oznaczałaby obcięcie politykom kasy, przy pomocy której nami rządzą. Im mniej kasy, tym mniej władzy.
Dlaczego mimo to politycy godzą się na ograniczanie palenia? Przecież każdy zakaz palenia, czy to w biurze, w miejscach publicznych, a tym bardziej w domu, o co właśnie dobijają się posłowie, to spadek konsumpcji papierosów. Palacz ma okazję zastanowić się nad sensem, a właściwie bezsensem swego nałogu i palenie rzucić. Dochody polityków tym samym spadną. Czy nie ma tu sprzeczności? Czy wprowadzając zakazy politycy nie strzelają sobie przypadkiem w stopy?

Szlachetni dobroczyńcy

Nie, oni strzelają do nas.
Po pierwsze, politycy nie wierzą w to, że przestaniemy palić, a jeśli nawet, to im wcale nie chodzi o nasze zdrowie. Walcząc o to byśmy przestali palić chcą zdobyć nasze zaufanie. Chcą pokazać swemu elektoratowi, że o niego dbają i w ten sposób zyskać zaufanie potrzebne im do reelekcji i uderzenia nas kolejnymi podatkami w jakieś inne czułe miejsce. Traktując nas jak dzieci, które sobie bez nich nie poradzą, uzasadniają sens swojego działania.
Faceci, którzy na ogół nie potrafią się sami utrzymać i bez budżetu pomarliby z głodu, uważają, że ja czy Wy nie wiemy, co nam służy, a co nie, albo jak należycie zadbać o siebie. Odbierają nam wolność i władzę nad samym sobą, dzięki czemu mają nie tylko okazję zarobić, ale także porządzić sobie. Z tego m.in. powodu hamują prywatyzację służby zdrowia i szkolnictwa, utrzymują państwowe kopalnie, koleje i drogi, utrudniają prowadzenie biznesu i każdej innej działalności gospodarczej prowadzącej do uniezależnienia się jednostki od rządu i państwa. Krok po kroku zabierają nam cząstkę suwerenności, Im mniej wolności mamy my, tym bardziej oni mogą nami rządzić.
Pociecha w tym, że każda regulacja, zakaz, ustawa kosztują. Wkrótce może się okazać, że…

Raport czeski

Mniej więcej 10 lat temu, na zlecenie rządu w Pradze, eksperci z koncernu tytoniowego J.C. Reynolds wyliczyli, że na każdym nałogowym palaczu tytoniu, Republika Czeska…zarabia 1250 dol. Tyle oszczędza państwo z tytułu zaoszczędzonych emerytur, wydatków zdrowotnych na ludzi starych, pomocy społecznej i innych świadczeń, jakie pociąga za sobą powszechny system emerytalny. Człowiek palący żyje statystycznie o siedem lat krócej, niż niepalący. Gdyby pan Havranek nie palił, dożyłby – jak pan Nedomansky – do 75 roku życia. Ponieważ palił zszedł w wieku 68 lat. Havranek otrzymywał więc świadczenia emerytalne przez 3 lata, podczas gdy Nedomansky aż lat 10. Na tej różnicy zarabia państwo. Z raportu widać więc, że dla dobra publicznego nie tylko nie należy ludzi do papierosów zniechęcać, lecz wręcz ich do palenia nakłaniać, a w szczególnych przypadkach nawet zmuszać. Nie dość, że polityk będzie się wtedy miał lepiej, to i ludzie poczują się wolniejsi i szczęśliwsi.

Jan M. Fijor
26.02.2008
***
Tekst był wcześniej opublikowany na stronie Jana M. Fijora

5 comments

  1. LUDzik

    Bardzo ciekawy ostatni akapit, pomimo że kontrowersyjny .

    Ciekawa sprawa – nie palę nałogowo, nie paliłem i nie będę palił. Mimo to – palenie publiczne mi nie przeszkadza! Nawet bierne ( nielicząc wyjątków). Kto chce ten pali. Kto nie chce nie pali. Żadna organizacja, a już w szczególności państwo nic do tego mieć nie powinno.

  2. Maciej Piechotka

    Papierosy to dla mnie dosyć kontrowersyjna sprawa. W przypadku własności prywatnej[1] sprawa jest oczywiście jasna (tzn. dla ‚nas’).
    Mamy jednak przestrzeń publiczną. Tutaj skłonny byłbym do przyzwolenia palenia pod warunkiem, że jest się pewnym że w obrębie dymu nie ma osoby, która sobie tego nie życzy. Być może to, że mam dostatecznie dużo problemów z płucami bez papierosów wpływa na mój pogląd ale jest to dla mnie rozwinięcie Świętych Praw Własności. ‚Śmieci’ dostają się do mojej własności (tzn. płuc) – a ja tego sobie nie rzyczę – sytłacja podobna do przerzucania śmieci przez płot (nawet przekraczając ulicę – tzn. przestrzeń publiczną).

    Co do kosztów to należy pamiętać, że ludzie palący chorują więc wydaki słuzby zdrowia są większe. Mogą być również mniej(lub bardziej) sprawni w pracy etc. Oczywiście pytanie jest czy zależy nam tylko na produkcie narodowym – bo samo palenie jest dla nich użyteczne w sensie ekonomicznym.

    [1] Przestrzeń publiczna tutaj jest dowolną przestrzenią mającą właściciela

  3. Apfelbaum

    Za wyjątkiem przystanków palacze mi nie przeszkadzają, ale jest to raczej kwestia dobrego wychowania, a nie regulacji prawnych. Tymczasem jestem za akcyzą na papierosy gdyż dzięki niej część ludzi płaci niższe podatki. Niestety w Polsce są one nadal horrendalnie wysokie i nawet Krzywa Laffera nie przekonuje rządu by je obniżyć.

  4. Myslacy

    Pytanie dla mnie jest tylko co uznają za „miejsce publiczne”?
    Nie mam nic przeciwko paleniu w knajpach – choć sam nigdy nie paliłem – bo liczę na to że pojawią się takie, które reklamują się jako dla niepalących. Uznaję ich prawo do zażywania czego sobie tylko zażyczą.

    Najbardziej przeszkadzają mi palacze poprzez:
    – palenie w windzie (po prostu nie idzie później do niej wsiąść)
    – rzucanie „petów” gdzie popadnie
    – palenie na przystankach (choć tutaj bym się tak nie upierał bardzo bo zawsze można znaleźć miejsce gdzie tego dymu nie czuć – niemniej jest to zawsze „atak na moje prawo do oddychania tym czym chcę” :P)

  5. smootnyclown

    Sprawa jest akurat – IMHO – prosta. Wystarczy, że zwrócimy uwagę na to, że ostatecznym właścicielem wszystkiego na określonym terytorium jest państwo (byt cokolwiek mętny, ale przyjmijmy, że państwo, jako niezależna „siła” istnieje). Jeżeli tak jest, to wystarczy pociągnąć tutaj ideę libertariańską. Każdy właściciel ma prawo ustalać zasady na swoim terenie. I tyle:)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *