Adam Duda

Adam Duda: Jak się drukuje pieniądze?

To jest zastanawiające że jeszcze 100 lat temu wiedzieliśmy o pieniądzu wszystko, a dziś nie zastanawiamy się nad tym co to jest i skąd pochodzi. Jednak, trzymając w ręku banknot, trudno nie zadać sobie pytania, co właściwie sprawia, że jest on coś warty. Te rozważania już podejmowałem przy pomocy pierwszego rozdziału książki Rothbarda „Co rząd zrobił z naszym pieniądzem” oraz wpisu o prawie własności i F&F.

Chciałem tu jeszcze opisać pewien rys historyczny psucia pieniądza, ale nagłe przyspieszenie wydarzeń w USA, sprawia, że może być za późno na tete a tete z filozofią pieniądza i trzeba dojść do sedna. A proces psucia pieniądza, czyli zwiększania jego podaży, leży u podstaw tego, co się dzisiaj dzieje w USA.

Zatem dziś odpowiedź na pytanie:

Jak się drukuje pieniądze ?

Często można się spotkać z takim stwierdzeniem, jak „drukowanie pieniądza”, „pompowanie kasy”, „dostarczanie płynności”. Piszą o tym na różnych portalach, jak i na forach. Często jednak kończy się to na takim pustym stwierdzeniu, a jak się człowiek chce dowiedzieć, jak to jest w ogóle możliwe, to z reguły pozostajemy bez odpowiedzi. Otóż mało ludzi to rozumie, a wiele powtarza. Jest to niestety wynik naszej obecnej kultury. Kultury informacji i klikania, a nie wiedzy i myślenia. A wystarczy zaparzyć sobie herbatę, usiąść w kuchni i porządnie się nad tym zastanowić, a sami znajdziemy odpowiedź.
No więc zastanówmy się.

Wyjść musimy od fundamentu działania naszego obecnego systemu monetarnego. A jest nim proces kreacji pieniądza przez banki. Proces ten doskonale ilustruje animowany filmik publikowany przez Narodowy Bank Polski.
Animowany film o kreacji pieniądza – kliknij aby odtworzyć

I widzimy jak Pan Jan wpłaca 1000 złotych do banku, a system bankowy generuje 27 571 złotych dodatkowego pieniądza. Podaż pieniądza wynosi 28 571 złotych, dokładnie tyle, ile Pan Jan ma na koncie i banki wykreowały kredytu, który znajduje się na saldach depozytowych tych, którzy zostali tym kredytem opłaceni. Stąd stwierdzenie, że pieniądz jest długiem.

Ok. teraz czas na kluczowe obserwacje.

Zauważmy, że od każdego depozytu bank musi odprowadzić do banku centralnego 3,5 procent pieniędzy. Ten procent nazywa się stopą rezerw obowiązkowych.
Wykonajmy jednak pewne dalsze obliczenia na boku. Dla uproszczenia rachunków załóżmy, ze stopa rezerw obowiązkowych wynosi 10 procent.
Co się stanie, gdy zmniejszymy stopę rezerw obowiązkowych do 5 procent ?

Przy zmniejszeniu stopy rezerw obowiązkowych, podaż pieniądza wzrosła dwukrotnie…
Zwróćmy uwagę, że poziom rezerw w banku centralnym nie zmienił się, mimo zmniejszenia stopy rezerw obowiązkowych.
Ok. idźmy dalej. Co się stanie gdy stopę obniżymy do poziomu 2 procent albo 0,01 procent?




Podaż pieniądza wzrosła odpowiednio do 50 000 złotych i 1 000 000 złotych przy pierwotnym tysiącu! Poziom rezerw w banku centralnym we wszystkich przypadkach pozostaje ten sam.
No dobrze, ale czy jest jakaś granica tworzenia pieniądza?
Nie ma. Bank Centralny ma możliwość zwiększania podaży pieniądza w nieskończoność. Ilustruje to poniższa tabelka:


Im mniejszy poziom stóp rezerw obowiązkowych, tym Bank Centralny może generować więcej pieniędzy w systemie. A przy stopie równej 0 w systemie będzie nieskończona ilość pieniędzy. Wszyscy będziemy niewyobrażalnie bogaci ;)

Po tym wprowadzeniu, czas na metodologię druku pieniądza. Druk pieniądza polega na zwiększaniu masy pieniądza w gospodarce, a więc na zwiększaniu podaży pieniądza (niekoniecznie w banknotach).
Metodologia

Druk pieniądza – metoda I – obniżanie stopy rezerw obowiązkowych.

W zasadzie metoda już omówiona i najprostsza. Banki otrzymując depozyt, który de facto pochodzi z czyjegoś kredytu, może większą jego część pożyczyć dalej. Zwiększa się ilość pieniądza, bo zwiększa się poziom sald na kontach całego społeczeństwa. Czyjś kredyt, jest Twoim depozytem i odwrotnie.

Druk pieniądza – metoda II – zakup aktywów przez Bank Centralny.

Bank Centralny, zakupując jakiekolwiek aktywo na rynku, wykorzystując pieniądze ze swojej rezerwy, wprowadza pierwotne pieniądze na rynek. Co się dzieje? Załóżmy, że bank kupuje, wykorzystując pieniądze z rezerwy, dom od Kowalskiego. Kowalski otrzymuje 500 000 a Bank Centralny dom. 500 000 Kowalski wpłaca do banku, banki tworzą z tego nowe pieniądze wykorzystując mechanizm kreacji. Co ciekawe to 500 000 wraca do Banku Centralnego w postaci rezerw cząstkowych od udzielanych kredytów. Bank ma i dom i z powrotem swoje rezerwy. Żyć nie umierać.
Oczywiście jest tu jeden aspekt. Banki komercyjne mają teraz więcej rezerw zdeponowanych w Banku Centralnym, a Bank Centralny ma na ich pokrycie teraz 500 000 rezerw, które wpłynęło z kreacji nowego pieniądza, oraz dom. W przypadku wycofywania rezerw z Banku Centralnego (BC), może się zdążyć, że BC będzie musiał upłynnić ten dom, czyli sprzedać go na wolnym rynku. W ten sposób zmniejszy podaż pieniądza, czyli pieniądz zamiast druku ulegnie destrukcji. Jednak konstrukcja systemu wymusza na BC ciągłe zwiększanie podaży pieniądza – o czym później

Druk pieniądza – metoda III – zakup obligacji przez Bank Centralny.

Jeżeli Bank komercyjny kupi od Skarbu Państwa obligacje to nie ma to wpływu na podaż pieniądza (przynajmniej na tym poziomie rozważań). Bank od tego momentu ma w swoich aktywach zamiast gotówki obligacje. Ale ta gotówka nie znika! Rząd nie chowa pieniędzy uzyskanych ze sprzedaży obligacji do skarpety, ale redystrybucje je do swoich jednostek budżetowych, czy daje je np. stoczni szczecińskiej. I te pieniądze znajduję się oczywiście na kontach bankowych, gdzie służą do kreacji pieniądza przez system.
I teraz. Bank posiada obligacje ale chce również udzielać kredytów pieniężnych. Może sprzedać te obligacje innemu bankowi komercyjnemu, co jednak nie wpływa na ogólną podaż pieniądza. Co się jednak stanie, gdy BC, wykorzystując pieniądze ze swojej rezerwy, kupi od banku komercyjnego te obligacje? Ano, „wpompuje pieniądze” w system tak samo, jak przy zakupie domu. Nowe pieniądze znowu ulegają procesowi kreacji przez system bankowy przy pomocy mnożnika pieniądza (1/stopa rezerw obowiązkowych). Bank ma z powrotem swoje rezerwy plus nowe, ale w postaci obligacji, a nie samego pieniądza.

Druk pieniądza – metoda IV – pożyczanie pieniędzy od Banku Centralnego.

Bank komercyjny ma klientów, ale ze struktury jego aktywów wynika, że nie może już udzielać kredytów, bo nie ma wystarczającej ilości depozytów. Bank jednak nigdy nie powie, że nie może udzielić kredytu, bo skończyły mu się pieniądze :). Taki bank może pożyczyć pieniądze na rynku międzybankowym, co w sumie nie ma znaczącego wpływu na podaż pieniądza. Jednak zasadniczy wpływ na podaż ma taka pożyczka od BC. Bank centralny pożyczy po stopie redyskontowej swoje rezerwy, wskutek czego pojawia się nowy pieniądz w systemie bankowym podlegający dalszej kreacji pieniądza.

Druk pieniądza – metoda V – kwotowe zmniejszanie rezerw obowiązkowych w Bank Centralnym

Można zmniejszyć procentowo kwotę rezerw obowiązkowych, ale również i kwotowo, tak jak w artykule 39a ustawy o NBP. Mniejsza kwota rezerw obowiązkowych to oczywiście zwiększone możliwości kredytowe banku, a co za tym idzie zwiększona kreacja pieniądza.

Druk pieniądza – metoda VI – metoda „na chama”

Bank Centralny po prostu dopisuje sobie cyferki do swojej rezerwy. To nie jest narzędzie obecnie wykorzystywane i legalne. Jest w odwodzie, jak inne instrumenty zawiodą i będzie potrzebny „plan ratowania gospodarki”. Z drugiej strony czort wie, jak jest finansowana wojna w Iraku, skoro większość wydatków jest tajna i „pozabudżetowa”.

W terminologii oficjalnej, nazywają się te działania instrumentami prowadzenia polityki pieniężnej, a nie druk pieniądza. Oczywiście patrząc na te metody, to możemy dojść do całkiem słusznego wniosku, że Bank Centralny tak samo jak drukować pieniądze, może je również i niszczyć. A to poprzez podwyższanie stopy rezerw obowiązkowych, sprzedaż aktywów na rynku, sprzedaż obligacji czy pożyczania pieniędzy od banków. Otóż, technicznie ma taką możliwość, lecz w praktyce jest zmuszony do drukowania nowych pieniędzy. Z czego to wynika? Z panicznej obawy przed deflacją. Kreowanie nowych pieniędzy to nic innego jak kreowanie inflacji, destrukcja pieniędzy to kreowanie deflacji. Dlaczego deflacja jest taka groźna dla systemu pustego pieniądza? (mimo, że jest naturalna w systemie wolnego pieniądza).

Jeżeli Bank Centralny chciałby doprowadzić do deflacji poprzez destrukcje pieniądza (mechanizmy opisane), to tym samym, zmniejszyłby popyt na kredyt. Mniej kredytu to mniej pieniądza, co łatwo może doprowadzić do spirali, która anihiluje cały system. Warto jednak zauważyć, że żeby nastąpiła deflacja, najpierw musi nastąpić inflacja.

Natomiast, jeżeli spojrzymy na system bankowy jako całość, to dojdziemy do wniosku, że jest on kompletnie niewypłacalny. Banki w swoich aktywach mają bardzo mało fizycznej gotówki (wymienianej w NBP na banknoty), gdyż ona po prostu nie zarabia i starają się jak najwięcej trzymać w zarabiających kredytach. Zwiększona, niż normalnie wypłata gotówki z banku (obojętnie czy robi to BC, czy ludzie, wyciągając gotówkę z systemu), zmusiłaby bank do upłynnienia swoich kredytów (wypowiedzenia umów kredytowych lub nie udzielania następnych kredytów – jeżeli by to wystarczyło). Nastąpiłaby destrukcja pieniądza poprzez wycofanie pieniądza z systemu bankowego. Jeżeli liczba kredytów się zmniejszy, to liczba pieniądza się zmniejszy. Nastąpi efekt spirali i może się zdarzyć, gdy jeden bank utraci płynność i odmówi wypłat, że większość z nas ruszy na banki po swoje pieniądze. Jednak pusty pieniądz jest długiem i jeżeli nie ma długu, to nie ma pieniądza. Następuje implozja systemu finansowego i banki zostają zamknięte, wraz z naszymi znikającymi pieniędzmi.

Kiedy taki run na banki może nastąpić? Być może niedługo w USA, gdzie system bankowy jest bardzo mocno zalewarowany (duży mianownik w mnożniku pieniądza) nastąpi upłynnianie nierentownych inwestycji. Kiedy nastąpi taki moment… tego nie wiadomo, ale wydaje się, że jesteśmy bardzo blisko.

Bank Centralny, stara się oczywiście nie dopuścić do run’u na banki. Wiąże się to z automatyczną recesją. Dlatego następuje „pompowanie pieniędzy”, „dostarczanie płynności”, czyli po prostu druk – zwiększanie podaży pieniądza. Jednakże tym samym powoduje większą dźwignię w systemie bankowym (mniejsze rezerwy w BC od depozytów), coraz bardziej destabilizując cały system oraz oczywiście większą inflację.
Zastanów się, jaką rolę w tym systemie pełni stopa oprocentowania kredytów i co z tym związane, dlaczego banki w USA cierpią na problem „braku płynności”?
Czy boom napędzany zwiększaniem podaży pieniądza jest boom’em, czy iluzją czekającą na korektę w postaci recesji?

Mami się ludzi różnym stwierdzeniami. A to, że bank prowadzi operacje otwartego rynku, a to zmiana stopy referencyjnej, a to redyskontowej, a to zmiany rezerw obowiązkowych. W ostateczności jednak efekt jest w postaci zwiększenia podaży pieniądza, a nie jego destrukcji.
Dlatego, Bank Centralny ustanawia sobie cel inflacyjny na poziomie na przykład 2,5 procent i „walczy” z inflacją. A tak naprawdę to walczy ze zjawiskiem, które sam tworzy. Zastanów się, dlaczego nie mamy celu inflacyjnego równego 0 procent?

Podaż pieniądza mierzy się poprzez agregaty pieniężne. Popatrzmy jak to się dzieje w przypadku polskiego NBP. Mimo całej gadaniny o restrykcyjnej polityce, czy luźnej i tak w ostateczności mieliśmy ruch tylko w jedną stronę… w stronę zwiększania podaży pieniądza, a więc inflacji. Obserwując wykres można zauważyć przyspieszenie w roku 2003 w zwiększaniu podaży pieniądza. Obniżono wtedy stopę rezerw obowiązkowych z 4,5 % do 3,5%.

USA od marca 2006 roku nie publikują danych o swojej podaży pieniądza (konkretnie agregatu M3). Zgodnie z zasadą, że skoro jestem chory, to najłatwiej zbić termometr. Co z oczu, to z serca i pewnie kredytująca USA zagranica się lepiej z tym czuje… ale to już temat na inny wpis.
Jak się przedstawiała podaż pieniądza w USA? Efekty polityki pieniężnej na wykresie.


Jak widzimy znowu ruch jest tylko w jedną stronę.
Nie dziwmy się zatem, że kiedyś dolar był zdefiniowany jak 1/20 uncji złota, a w systemie pustego pieniądza, dziś, rynkowa wartość dolara to 1/900 uncji złota.

Wróćmy jeszcze na koniec do naszego Pana Jana i filmiku ze strony Narodowego Banku Polskiego. Filmik sugeruje, że dzięki kredytowi i systemu bankowemu wyprodukowano tyle pożytecznych dóbr i tyle rzeczy można było nabyć. Jednak czy system bankowy był do tego potrzebny? Czy to dzięki systemowi nastąpiła ta produkcja? Zobaczmy co Pan Jan trzyma na samym początku w ręku i co to jest… i ile to jest warte?
Zaparz herbatę, usiądź w kuchni i myśl, myśl, myśl….. aż Cię głowa rozboli. Bo myślenie ma kolosalną przyszłość :)

……………………………………………………………………………………


Metody są to oczywiście nie wszystkie, ale najprostsze. Inne to kompilacje tych opisanych. Fed jednak ciągle wymyśla jakieś innowacje w tym temacie:)

Temat oczywiście jest rozwojowy. Wpływ zagranicy, który trzyma dług, wpływ na kursy walutowe. Jak to możliwe, że Amerykanie, którzy mają ujemna stopę oszczędności, mogą posiadać jakieś pieniądze?
Plus ekonomiczne skutki inflacji, jak i szczegóły spirali deflacji, kontrakcji kredytu.
Jednak nie wszystko naraz…

***

Tekst pierwotnie ukazał się tutaj, na stronie domowej autora: http://adamduda.wordpress.com/

32 comments

  1. Pingback: ZaDiS » Przeciwdziałanie inflacji - barter

  2. ignorant

    A ja bym poprosił tak dla _ignoranta_ wyłuszczenie tej drugiej strony.
    To w jaki sposób jest tworzony pieniądz jest dla mnie jasne ale nie widzę w jaki sposób miałoby to wpływać na zwiększanie się ilości pieniądza w dłuższym okresie (bez uruchamiania prasy drukarskiej).
    Pan A ma 1000 (w gotówce), wpłaca na konto z tego jest generowane 20000 (przy 5% rezerwie). Fizycznie jest jednak tylko 1000 gotówki i bez dodrukowania nie przeskoczymy tych 20000 (przy ustalonej rezerwie). Prawdą jest że jeżeli pan A zdecyduje się wyciągnąć trochę gotówki – bo nie wszyscy obsługują karty płatnicze – to ilość pieniądza będzie musiała się zmniejszyć (przy dużej ilości pieniądza da się pewnie to załatwić nie udzielając nowych kredytów i przeczekać aż zaczną się spłacać stare i wynikające z tego wahania procentu rezerwy są małe).
    W przypadku gdy wszyscy będą się posługiwać kartami to nigdy nie wypłynie z systemu ani złotówka (w gotówce) i będzie cały czas 20000. W jaki niby sposób miałoby się to zwiększyć bez dodrukowania?

    A co do celu inflacyjnego 2.5%. To mówiąc szczerze nie widzę przeciwwskazań by było to 0% (ale tak jak napisałem – chyba ktoś mi musi wyłuszczyć lepiej ten proces zwijania się). Natomiast słyszałem taki argument za tym by był niezerowy:

    W obecnej sytuacji jest praktycznie niemożliwe by komuś obniżyć pensję – nawet jak zakład ma coraz mniejszą produktywność lub przynosi straty. Ta banda (zwana związkami zawodowymi) na to nie pozwoli. Zatem aby uniknąć rozrób po prostu trzyma się się w takich przypadkach stałą pensję, która efektywnie jest obniżką pensji. Natomiast normalnie funkcjonujące przedsiębiorstwa po prostu dają podwyżki swoim pracownikom – albo w skali występującej inflacji jeżeli się przedsiębiorstwo nie rozwija albo wyżej jeżeli produktywność/efektywny zysk rośnie.

  3. liberator

    Artykuł bardzo kształcący. Doskonale ilustruje kamuflaż, w jakim funkcjonuje współczesny system finansowy, który finansuje nie tylko nasze pralki i telewizory ale przede wszystkim bomby i wojny. Właśnie dlatego nic o nim nie wolno nam wiedzieć.

  4. penczek

    Na jakiej podstawie BC emituje banknoty, i kiedy to sie przykladowo dzieje. Bede bardzo wdzieczny za odp.

  5. smootnyclown Post author

    Tak? W ustawie o NBP jest tylko o minimalnej rezerwie obowiązkowej od konkretnych depozytów. Choć z tego co wiem to i tak jest z tym coś nie tak.

  6. penczek

    W Polsce jest tak ze kazda zlotowka wyemitowana przez NBP ma pokrycie albo w zlocie albo walutach obcych. Wynika to z ich bilansu. Dlatego to drukowanie kiedy sie chce mi nie pasuje.

  7. Czytelnik

    Tak było ale przed II wojną światową 🙂 Radzę koledze doczytać tu i ówdzie bo widać że ma problemy ze zrozumieniem aktualnego systemu. Dzisiaj to waluta emitowana przez NBP jest bazą monetarną na której rozwija się akcja kredytowa. Pokrycia w złocie nie ma już od ponad 40 lat kiedy to upadł system z Bretton Woods , zaś co do pokrycia w walutach obcych to fachowo taki model nazywa „currency board” i obowiązuje np. w Hongkongu.

  8. penczek

    Troche mnie zle zrozumiales. Nie napisalem ze NBP wymienia po stalym kursie zlotowki na zloto badz waluty obce. Jak spojrzysz na aktywna strone bilansu NBP to tam sie wlasnie znajduje i zloto i waluty obce, ktore w pewnym sensie sa pokryciem wartosci zlotowki.
    Chcialem sie dowiedziec kiedy NBP emituje PLNy, i od czego to zalezy.

  9. smootnyclown Post author

    „W Polsce jest tak ze kazda zlotowka wyemitowana przez NBP ma pokrycie albo w zlocie albo walutach obcych”
    ” złoto i waluty obce, ktore w pewnym sensie sa pokryciem wartosci zlotowki”

    doprawdy? Ilość złota w NBP nie zmieniła się oficjalnie od niepamiętnych czasów. Głowę daję, że nieoficjalnie tego złota już tam nie ma. Tymczasem rezerwy w walutach zagranicznych wzrosły między 1996 a 2007 rokiem 3,05 raza. Z kolei baza M3 w tym samym okresie wzrosła niemal 4-krotnie. Więc, jeśli możesz, wyjaśnij mi, o co chodzi i w jaki sposób ma pokrycie? Tym bardziej, że bilans między rezerwami walutowymi a M3 złotówki wynosi jakieś 1:4..

  10. penczek

    Nie pytam o M3 tylko o M0. Interesuje mnie faktyczne drukowanie pieniedzy ( drukowanie banknotow i bicie monety).
    „Tym bardziej, że bilans między rezerwami walutowymi a M3 złotówki wynosi jakieś 1:4..” – pokrycie maja banknoty wyemitowany przez NBP, takie ktore sie nosi w portfelu.

  11. Czytelnik

    „Jak spojrzysz na aktywna strone bilansu NBP to tam sie wlasnie znajduje i zloto i waluty obce, ktore w pewnym sensie sa pokryciem wartosci zlotowki.”

    Chodzi ci o rezerwy walutowe ??? Ależ ich celem jest tylko zabezpieczanie waluty przed zbyt mocnym spadkiem. Nie są podstawą dla ekspansji kredytowej – mylisz dziedziny.

    „Chcialem sie dowiedziec kiedy NBP emituje PLNy, i od czego to zalezy.”

    Przecież o tym jest cały artykuł na górze , gotówka pełni formę bazy monetarnej na której budowana jest ekspansja kredytowa.

    Nie pytam o M3 tylko o M0. Interesuje mnie faktyczne drukowanie pieniedzy ( drukowanie banknotow i bicie monety).

    Przecież to wszystko jest ba stronie NBP , tak ciężko zajrzeć ??? Pieniądz gotówkowy to 90 mld zł + 9 mld w kasach banków

  12. penczek

    Daj mi linka. Z gory dzieki.
    Chyba cos zle formuluje swoje pytania. Chce sie dowiedziec jak sie zmienia baza monetarna czyli ‚Pieniądz gotówkowy to 90 mld zł + 9 mld w kasach banków”. Moze tylko wzrosnac jesli NBP dodrukuje?

  13. Czytelnik

    http://www.nbp.pl działy : statystyka/statystyka monetarna i finansowa/podaż pieniądza M3 i czynniki jego kreacji.

    „Moze tylko wzrosnac jesli NBP dodrukuje?”

    No tylko NBP ma monopol na drukowanie pieniądza.

  14. penczek

    @ Czytelnik
    Dzieki za linka. Wynika z niego ze baza monetarna caly czas rosnie. Rosnie pewnie dlatego ze NBP emituje nowe banknoty. Interesuje mnie kiedy i dlaczego NPB to robi…

  15. penczek

    nie mam wlasnie bladego pojecia jak to sie dzieje dlatego pytam. Moze jest tak ze na koniec roku, i na przyklad ilosc wydrukowanego pieniadza jest powiazana jakos ze wzrostem gospodarczym lub inflacja.

  16. Adam Duda

    NBP ma obowiązek dostarczyć banknoty do banku komercyjnego jeżeli ten zażyczy sobie wymienić środki bieżące na gotówkę w kasie. wtedy „za” środki pieniężne otrzymuje gotówkę do kasy. To dlatego w agregatach pieniężnych podaje sie oddzielnie depozyty (rory lokaty, etc) i Gotówę w kasach banku oddzielnie.
    Nie ma to jednak większego znaczenia. dzis pieniądze drukuje się elektronicznie.

  17. terry

    „Jeżeli Bank komercyjny kupi od Skarbu Państwa obligacje to nie ma to wpływu na podaż pieniądza”

    W metodzie III nie bardzo pojmuję za „które” pieniądze bank komercyjny kupuje obligacje.
    Za depozyty? Skoro za depozyty to miast kupować obligacje bank k. mógłby za nie wykreować
    kolejne pieniądze.

    „Co się jednak stanie, gdy BC, wykorzystując pieniądze ze swojej rezerwy, kupi od banku komercyjnego te obligacje? Ano, „wpompuje pieniądze” w system tak samo, jak przy zakupie domu.”

    Tutaj znowu. Pieniądz ze sprzedaży obligacji nie jest tym samym co depozyt Kowalskiego, ale wspomnianym wyżej depozytem za który bank k. mógł wykreować pieniądze zamiast kupowac obligacje, więc gdzie tu nastąpi kreacja pieniądza?
    Ale to pokręcone 🙂

  18. Antoni

    Ostatnie wpisy z dosyć odległej przeszłości, a temat coraz bardziej aktualny. Trafiłem tutaj od człowieka – Doxa Słomskiego. Zaczynam się bać, że zamkną internet . Panie Duda nikt tak prosto mi tego nie wyjaśnił.POZDRO!!!!!! AJ

  19. butters

    Ej, wiem, że kolega mi na to nie odpowie, ale:

    „http://www.eportfel.com/?q=node/557 – obalenie mitu pieniadz jako dlug 🙂 ”

    Zajebiste obalenie mitu 😀 „kłamią i chuj”
    Jest gdzieś jakiś tekst krytyczny dotyczący tego zagadnienia? W sensie jakiegoś misia, który uważa, że system bankowy działa inaczej?

  20. jaś skoczowski

    @”Ale ja temu, Jasiu, nie zaprzeczam. Ta energia idzie na, nie wiem, pieprzenie, jazdę na snowboardzie i inne zabawy, ale może też iść na poszerzanie działalności pozapracowniczej (np. angażowanie się w ruchy lokatorskie itd.), zresztą nieważne – chodzi o to, że dla robotników ustanowienie prawa jest wygodniejsze niż ciągła walka pracownicza.”

    No ja myślę, że pieprzenie się i jazda na snowboardzie to raczej nie ta sama energia, wręcz to są tendencje przeciwstawne. Ludzie to nie układy hydrauliczne w takim samym stopniu, jak nie są hedonistycznymi kalkulatorami. Tej energii nie ma, bo „robotnicy” (to nie jest coś, co dotyczy jakiejś tam klasy pracującej, bo klasą pracującą jest ogromna część społeczeństwa, a jej granice się rozmywają i to jest jej cecha charakterystyczna) stają się nagle panem Kowalskim, panem Kwiatowskim i panem Mullerem. Mnie to wcale nie przeszkadza, to bardzo dobrze mieć swoją, indywidualną tożsamość i się nią bawić, wiem natomiast, że ludzie, którzy mają wpływ na panów K, K i M mają w dupie, że im dobrze. I są jednocześnie ich hodowcami. Używam słowa hodowcami z pełną powagą – uważam, że to najlepsza analogia, na jaką nas stać. I wyciągam z tej analogii prosty wniosek – nie można ufać człowiekowi traktującemu drugiego człowieka jak bydło, nie wolno więc wspierać instytucji to umożliwiającej.

    „Więc wybacz, ale prawa pracy w obecnych warunkach NALEŻY bronić, jeśli ma się na uwadze interes pracowników, oczywiście, że postulowane przez ciebie rozwiązanie jest lepsze w takim sensie, że może obalić kapitalizm. Sęk w tym, że nieliczni ludzie chcą poświęcić całe swoje życie na walkę z kapitalistami. I jakoś mnie to ani nie dziwi, ani nie oburza. Anarchizm jest dla robotników, więc może się w nich wsłuchajmy.”

    Wsłuchiwanie nie wymaga posłusznego wykonywania poleceń. Przecież ja nie jestem (pierwszosobowa forma jest tu ważna) twórcą żadnego ruchu i na ile w nim uczestniczę (warto dodać dla uczciwości, że uczestniczę w nim mało), na tyle zamierzam uczestniczyć po swojemu. Dlaczego? Bo na tym polega polityka anarchistyczna. Zwyczajnie nie da się jej uprawiać, jeśli nie zaczynasz od własnej decyzji co do tego, co Ci odpowiada, czy jak wolisz – co jest zgodne z twoim sumieniem. Jak wyobrażasz sobie uczestnictwo anarchistów w polityce antykapitalistycznej, jeśli ma być inne?

    No, a obrona prawa pracy to nie propozycja jego rozbudowania np. Co ważniejsze – nie wskazuje nawet kierunku jego rozbudowywania.

    „Eeeee… ale to są proste przykłady, ze robotnicy są teraz w lepszej sytuacji. 5-dniowy tydzień pracy, urlopy, święta… robotnicy są w lepszej sytuacji i nie ma co na ten temat dyskutować. Że wciąż są w tragicznej to już nie mówię.”

    Jesteśmy w sytuacji, w której zasadnym pytaniem jest, czy ludzie byli czy są w korzystnej sytuacji i jednocześnie wiemy, że ta nieostrość wynika z zasad systemu.

    „Twoje słowa na temat centralizacji i biurokratyzacji natomiast strasznie upraszczają problem i wprowadzają w błąd. Ustanowienie nowych praw pracowniczych nie musi wcale oznaczać większej centralizacji, ani nawet biurokratyzacji.”

    No wiesz, to proszę bardzo. Oraz, proszę Cię o nie wytkanie mi, ze upraszczam bardzo skomplikowany obraz szukając w nim to, co ważniejsze jest. Nie uważam takiego zabiegu za niezbędny zawsze, ale nie sądzę, że masz argumenty za tym, że jest on generalnie zły, a przeciwko uproszczeniom w tej sytuacji to na razie argumentów nie pokazujesz, tylko mi zarzucasz coś, co wcale złę być nie musi.

    „A nawet jeśli, jest to centralizacja, czy biurokratyzacja, która służy interesom pracowników, więc co najwyżej jest ryzykowna, ale nie z gruntu „zła”.”

    Mam wrażenie, że używasz zwrotu „służąca interesom pracowników” w tak niejasny sposób, że możesz mieć racje. Rzecz w tym, że jeśli się nieco wyjaśni ten zwrot, to ta racja jest dosyć słaba. Kto ma wprowadzić tą biurokratyzacje służącą prawo pracowników? Jak dotąd nikt takiej nie wprowadził, jak dotąd robotnicy byli tylko środkiem do realizacji celów kogoś innego, wydaje Ci się, że nie ma różnicy między byciem przedmiotem, a podmiotem? Bo mnie się nie wydaje. Np. obecny kryzys, moim zdaniem, jest efektem tego, że politycznie podmiotem są może banki, ale już nie indywidualni kredytobiorcy i są raczej państwo pierwszego świata, zwłaszcza Stany, a nie państwa świata trzeciego i wierzyciele Stanów.

    No ale wtedy ważne jest, żeby Stany i instytucje im podane (Bank Światowy, Światowa Organizacja Handlu, Międzynarodowy Fundusz Monetarny) zmieniły swoją politykę ekonomiczna i militarną. I to jest ważniejsze od np. ochrony praw pracowniczych.

    „Eeeeeeeee… no właśnie nie widzisz w całości, bo zdajesz się twierdzić, że państwo jest jednowymiarową instytucją, że jest monolitem, a ja uważam, że w obrębie samej tej instytucji jest walka klasowa – w ogóle nowoczesne państwo jest WYRAZEM walki klasowej.”

    Nie, ja po prostu rozróżniam walkę w ramach jakiejś klasy społecznej od walki na zewnątrz niej. Jest jednym z powodów dla których można utrzymywać kapitalizm i możliwe jest obalenie kapitalizmu. Gdyby państwo było zinstytucjonalizowaną walką klas, byłoby też wymarzoną dla mnie instytucją społeczną. Ale takie po pierwsze nie istnieją, po drugie nie jest nią państwo. Państwo służy wygrywaniu walki klas i dlatego funduje kapitalizm, bo kapitalizm jest jednym z podstawowych narzędzi dominacji jakiejś klasy nad drugą, bo wpędza sporą część ludzi w czysto handlowe stosunki, na bazie których trudno wykształcić inne relacje międzyludzkie niż te, które włączą obcego z obcym. Tak, to pociąga za sobą, że klasa dominująca musi być liczebnie mała i musi być „skomunizowana”, to znaczy, że bogaci i rządzący powinni, zgodnie z tym co piszę, często sobie bezinteresownie pomagać i tak moim zdaniem jest. Stad walka odbywająca się w ramach aparatu państwowego i na jego obrzeżach nie może posłużyć zniszczeniu kapitalizmu

    Nie ćwiczyłem przed lustrem, nie wiem, jak mi wyszło.

    „No tak, zgadzam się. Tylko nie ma za bardzo alternatywy w tak silnym systemie. Może teraz coś tąpnie i daj bóg, żeby ludzie się organizowali poza kapitalizmem, ale pewnie nie będą.”

    Ludzie od setek lat w ten sposób uciekali przed władzą. Są na to zarówno dowody empiryczne w postaci plemion, które powstały, bo ktoś postanowił spierdolić jak najdalej (choćby w buddyzm, który wpłynął min. na zniesienie niewolnictwa, o czym pisałem) przed rządzącymi, a zwłaszcza – przed zasadami konstruującymi władzę.

    „Ja popieram te etatystyczne postulaty, bo nie ma politycznej alternatywy – lepiej iść teraz z Oburzonymi niż:
    – siedzieć na dupie (bierność działa na korzyść kapitału)
    – jebać Oburzonych, kiedy się nadarzy okazja
    Najlepiej zaś formować się w takie grupy, jak w Grecji i a nuż coś może się udać.”

    Ha, taktycznie się zgadzamy.

    „I jeszcze coś, bo napisałem, że popieram postulaty Oburzonych, co nie jest do końca prawdą. Ja ich nie popieram, ale bronię ich przed kapitalistami, bo to co oni proponują, jest o wiele lepsze od programu grubych buców w cylindrach.”

    Tak.

    „Zasada jest mniej więcej taka, że IP krytykuje Solidarność, ale niekiedy razem strajkują, bo sama IP niczego nie ugra. Polityka, no. Popieranie etatystycznego programu Oburzonych (przy czym to też inny etatyzm niż ZSRR, czy stare roosveltowskie państwo dobrobytu, bo dość mocno akcentuje się społeczną kontrolę nad polityką*) jest po prostu, z punktu widzenia anarchisty, politycznie użyteczne.”

    Tak. Tylko jako anarchista nie omieszkam się powiedzieć, że podatki są złe. Ba, dodam – jak czynsz.

    „Jak wyżej – nie chcę. Po prostu twierdzę, że ta nibylandia nie nadejdzie za mojego życia, więc nie mam zamiaru marnować energii.”

    JA sądzę, że ona może nigdy nie nadejść. Ale jest narzędziem, którym wyobraźnia radzi sobie z rzeczywistością. Jeśli nie mam w rzeczywistości podstaw do mojego działania, to je sobie wymyślam. Oczywiście, działam mało, to prawda, podkreślam, bo nie chcę tworzyć fałszywego obrazu.

    „Nie wiem, czy definiujące. Tzn. nie jest „koniecznie definiujące”; bez podatku progresywnego prawo własności nadal istnieje. Dlatego na chłopski rozum jest to ograniczenie tego prawa – nie można swobodnie dysponować CAŁĄ swoją własnością. To już dużo.”

    Nie, to jest po prostu możliwość dysponowania własnością, o ile prawo na to nie zabrania. Podatki mają sens jako korekta patologii systemu z punktu widzenia anarchisty, własność nie jest patologią z mojego punktu widzenia, wytłumacz mi, czemu miała by nią być? Zwłaszcza, że własność od wieków to po prostu to, co wolno Ci robić z ludźmi i rzeczami w granicach prawa. To jest jej fundament – że jest ktoś, kto stanowi prawo i je egzekwuje, i daje Ci pewną swobodę. Jeśli mam widzieć w czymś patologię, to w tym, że ostatecznie moje prawo jest zdefiniowane jako coś, ustalane przez innych ludzi niezależnie ode mnie. Dlaczego miałoby być tak, że ktoś ustala dla mnie, jednostronnie, prawa? Ale w takim razie popieranie podatków oznacza, że ja popieram ustanowienie dla kogoś prawa, niby czemu? Przecież nie chodzi o to, żeby zdobyć nad kimś władzę (przynajmniej mi), tylko, żeby od czyjejś władzy się uwolnić, stąd dyskusja nie powinna dotyczyć podatków czy własności, stąd postulat podwyższenia czy obniżenia podatków nie ma nic do rzeczy, tak samo jak dyskusja o ograniczaniu prawa własności.
    Moim zdaniem przez dyskusje o tym, czy i jak ograniczać własność dyskusja sama robi się bezprzedmiotowa, bo dyskusja toczy się o to, co możemy sobie nawzajem zakazać z punktu widzenia anarchistycznego, a nie o charakter prawa, które samo w sobie, bez instytucji państwa (które istnieje, bo istnieje też, choćby niejasne, określenie tego, kto komu może co zakazać) nie ma żadnego charakteru.

    Ja np. popieram wysokie opodatkowanie ludzi mających maksymalny wpływ na działania państw i międzynarodowych instytucji władzy, o ile są to ludzie zamożni. Popieram jednocześnie zmniejszenie lub zniesienie jakichkolwiek składek przymusowych dla kogokolwiek innego. I z mojej perspektywy to jest coś zupełnie innego, niż postulat progresywnego podatku, nawet gdyby praktycznie to sprowadzało się jedno do drugiego. Bo uważam, że jeśli ktoś chce, nie ukrywając się z tym, wpływać na czyjeś życie, zwłaszcza siłą fizyczną, to powinien robić to na swój koszt, płacąc z wyprzedzeniem tym, których może skrzywdzić, a inaczej można mu tego zakazać i można wobec niego stosować fizyczną przemoc. I jednocześnie uważam, że za wyrządzone w ten sposób, na własny koszt, krzywdy dalej można się mścić.

    Nie twierdzę, że to poprawi czyjkolwiek sposób bycia, jednak jeśli porzucę taką perspektywę, to nagle przestanie dla mnie być ważne w ogóle, czy ktoś kimś rządzi, czy nie. I tego w postulacie opodatkowania kogoś ta po prostu, bo to dla kogoś innego korzystne, nie widzę. A bez tego nie widzę po prostu żadnego sensu w anarchizmie, nie dającego sprowadzić się do czegoś in niego, a przecież ja wiem, że w anarchizmie jest pewien odrębny sens, który dla mnie jest drogi. Stąd jasne, popieram poprawę jakości ludzkiego życia, ale jako anarchista odmawiam mierzenia tej jakości, jeśli nie traktuje się władzy jako czegoś, co jakoś życia obniża.

    „No właśnie ciekawy temat poruszyłeś, bo właśnie na tym właściwie polegają prawa pracownicze. To zwykle jest po prostu ograniczanie władzy pracodawcy – np. prawo o 3-miesięcznym okresie wypowiedzenia to wypisz wymaluj to, o czym teraz mówisz (oczywiście mocno ograniczone).”

    Dlatego ja to popieram. A jak widzisz – zmiany w prawie podatkowym tak łatwo nie potrafiłbym przełknąć.

    „Co do selfownership, to w ogóle ciekawy temat i myślę, że nie zająłem się nim na tyle, żeby zrozumieć dokładnie o co tu chodzi.
    Sam pracuję w taki sposób (w sensie mam własną dział., a firma jest moim prawie jedynym klientem) i, prawdę mówiąc, wolałbym mieć umowę o pracę. Ale tu chodzi o trochę głębsze spojrzenie pewnie, nie?”

    Tak, chodzi o to, że przy umowie o pracę trudno byłoby uzyskać właścicielowi cokolwiek więcej niż ustalenie warunków, na jakich Ty możesz korzystać z jego własności – w sensie ścisłym. Bo w zasadzie prawo własności jest prawem ściśle związanym z twoją osobą, stąd ustala się z właścicielem tylko to, jak nie przeszkadzać w jego prawie do korzystania z rzeczy. Może więc on ustalić, w jaki sposób będziecie współkorzystać, ale nic więcej.

    Teraz, to tylko moje rozważania, nie chcę się powoływać na Ellermana, bo już go nie pamiętam (ale jestem nim zainspirowany): moim zdaniem to oznacza, że właściciel na podstawie samego prawa własności nie może wymagać ani czynszu (nie zapłacenie czynszu nie narusza niczyjego prawa własności jako takiego), ani udziału w twoich zyskach, które zdobyłeś swoją pracą przy wykorzystaniu jego własności.

    Najpierw o czynszu: bo zwyczajnie, swoim korzystaniem nie odebrałeś mu żadnych realnych (zrealizowanych) korzyści, nie przestałeś mu płacić czynszu, który mu płaciłeś, ani nie ukradłeś np. utargu, który dostaje za to, że sprzedaje coś komuś w sklepie, w którym Ty też coś sprzedajesz. Nawet jeśli on mógłby dostać od kogoś coś za wynajmowanie swojego budynku czy narzędzi, czy czegokolwiek (kapitału), to fakt, że Ty mu tego nie dajesz nie oznacza, ze coś mu odbierasz, co było już jego. Prawda? Jego w końcu jest tylko to, Co Tobie dał, a przecież miał pełne prawo Ci tego nie dawać i nikt go do niczego nie zmusił.

    Teraz o zyskach: zyskujesz zapewne dzięki kapitałowi, to prawda, gdy go od kogoś pożyczasz. I własność można rozumieć jako prawo do zyskiwania dzięki czemuś, czyli kapitałowi. Pytanie, czym jest uprawnienie do pobierania zysków z kapitału? Czy jest też uprawnieniem do pobierania zysków z kapitału, nawet gdy się go nie wykorzystuje? W jakich warunkach? Jeśli masz prawo pobierać zyski z czyjejś aktywności odbywającej się dzięki twojemu kapitałowi, to chcesz korzystać i z kapitału, i z czyjejś pracy. Czemu miałbyś mieć prawo do korzystania z czyjejś pracy, jeśli ktoś by nie chciał Ci pozwolić na korzystanie z niej? Tylko wtedy, gdyby prawo do korzystania z własnej pracy było zbywalne. Moje akcje są częścią Ciebie, sądzę, że jest tak samo z Tobą, jak z resztą świata. No, a zgodnie z pojmowaniem selfownership jako czegoś niezbywalnego, praca i wszelkie z niej korzyści są niezbywalne i należą się każdemu jak psu buda. Stąd wydaje mi się, że korzyści wypracowane przez innych na twoim kapitale też się Tobie nie należą, jeśli bierze się pod uwagę selfownership.

    Jasne, umowy mogą uprawniać kogoś do używania przemocy wobec drugiej osoby z innych względów, niż prawo własności. Ale jakich?

    Przy czym, ważne uwagi: traktuje, jak napisałem, selfownership jako coś niezbywalnego, a prawo jako coś co można bronić przemocą. Stąd jeśli np. ktoś po dobroci odda część swoich zysków, to niekoniecznie może potem je siłą odebrać. Bo prawa można bronić gdy jest naruszane, a nie ma naruszenia prawa, jeśli koś robi coś po dobroci.

    „No, ja się zgadzam, ale nie stwierdzałbym, że to jedyny kierunek. To takie sprzężenie zwrotne. Jedyne co więc wiadomo na pewno to, że nie prawa własności bez państwa i państwa bez prawa własności.”

    Istnieją przykłady struktur bezpaństwowych i „minarchicznych” i zgodnie z tym co piszesz, one nie korzystają z instytucji własność i nie wiem, czy jestem gotów na taki wniosek się zgodzić. Jak na razie one korzystają z innej instytucji własności wg. mnie.

    „Utrzymanie prawa własności wymaga w którymś momencie powołania instytucji przypominającej lub będącej państwem.”

    Czemu? Dlaczego tak rozumiana własność, jak u góry, by tego wymagała?

    „Tak naprawdę, nie widzę różnicy między libertariańskimi agencjami ochrony, a wojskiem i policją. Jedno i to samo.”

    No jest to przynajmniej forma quasipaństwa, tak samo jak wspólnota anarchokomunistyczna.

    „To jest w sumie fajny wniosek, bo oznacza, że anarchokapitalizm już teoretycznie prowadzi do natychmiastowej restauracji państwa – w sensie, że powrót do państwowości nie będzie wynikiem tego, że „coś źle poszło”, ale logiczną konsekwencją zasad systemu.”

    Nie wierzę w to, że logiczne konsekwencje jakiegokolwiek systemu mają większe znaczenie, uważam natomiast, że pobudzają wyobraźnie. Stoją wiec w innym miejscu w procesie, niż Ty im przyznajesz. Nie sprzeciwiam się anarchokapitalizmowi bo miałby realnie złe konsekwencje – przecież nie mamy pojęcia o tych konsekwencjach, bo cokolwiek dotąd się przydarzyło tylko w bardzo dużym uproszczeniu było anarchoapitalizmem. Rzecz w tym, że jestem anarchistą i zamierzam wykorzystywać moją wyobraźnię, i moja wyobraźnia mówi mi, że w samych świecie wyobrażeń z tą wizją są problemy. A wyobraźnia jest ważna, bo jako anarchista jestem kimś, kto chce, by świat zmieniał się w pewnym kierunku (a nie tylko, by np. realizował cykle właściwe obecnemu systemowi) i tylko ona pozwala w takiej sytuacji na kształtowanie praktyki.

    Stąd moje np. krytykowanie etatyzmów nie wspiera anarchizmu jako takiego, po prostu go neguje, anarchizm dalej jest przede wszystkim wykwitem moich i cudzych marzeń – rzecz w tym, że te marzenia mają inną budowę, niż te, które najbardziej służą istnieniu systemu. Jestem bajkopisarzem, bo bajki są potrzebne ludziom do życia w realnym świecie i jeśli ma on być anarchistyczny, bajki muszą być anarchistyczne.

  21. kawador

    @butters

    „Jest gdzieś jakiś tekst krytyczny dotyczący tego zagadnienia? W sensie jakiegoś misia, który uważa, że system bankowy działa inaczej?”

    Prezes Instytutu Misesa, Witold Falkowski, w rozmowie z cleganem. Ten pierwszy twierdzi, że pieniądze powstają jako dług. Ten drugi go zaorał i wykazał, że filmiki typu „Money as debt” to twórczość dla potłuczonych. Dyskusja z udziałem cleagana zaczyna się od wpisu: http://frizona.pl/threads/7326-Dyskusja-z-Panem-Witoldem-Falkowskim?p=135211&viewfull=1#post135211

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *