Jerzy Ponimirski

Jerzy Ponimirski: Sushi i muszelki (rola pieniądza i banków w teorii kapitału)

Średnioskomplikowany model Murphyego wioski produkującej i konsumującej sushi (za Instytutem Misesa) można rozbudować o inne ciekawe wynalazki…

Przypowieść Murphy’ego nie uwzględnia, że tubylcy ułatwili sobie planowanie wprowadzając pieniądz – i płacą za ryż, ryby, łódki z siecmi i pracę muszelkami… Pieniądz ma tę fajną właściwość, że wyrażając w nim wartość okazuje się, co warto produkować, a czego nie. Rynek się sam reguluje dzięki cenom – to one pokazują nadmiary i niedobory towarów. To właśnie ceny regulują rynek, a nie jakaś niewidzialna ręka. Smith prawdopodobnie był

ekonomicznym ignorantem, nie umiał wyjaśnić procesów rynkowych i sprowadził ekonomię do kultu voo-doo. Spójrzmy więc na wyspę Murphy’ ego jeszcze raz. Załóżmy też, że tubylcy oprócz sushi produkowali też piwo. Dla przypomnienia, do wyprodukowania sushi potrzebne są ryż i ryby. Do wyprodukowania piwa – chmielu.

Banki i zwiększanie ilości pieniądza – anatomia cyklu

Muszelki się w sumie same wprowadziły, bo mieszkańcy szybko doszli do wniosku, że zamiast wymieniać sushi za np. piwo lepiej je wymienić na rzadkie muszelki, a potem te muszelki na cokolwiek, co akurat było w danej chwili potrzebne.

Powstały też banki. Banki działały w dwóch trybach:

– jako banki inwestycyjne – jak ktoś wpłacił 100 muszelek to zamrażał te 100 muszelek na rok, a bank na ten rok pożyczał 100 muszelek komu innemu;

– jako magazyn – bank składował muszelki i dawał kwity na te muszelki (noty bankowe) i książeczki czekowe.

Powstanie banków-magazynów, wiązało się z tym, że wcześniej muszelki były składowane u wodza wioski w grocie o nazwie Tower, ale wódz prowadził wojnę z ościenną wyspą i pewnego razu skonfiskował wszystkie muszelki. Tubylcy zaczęli więc bardziej ufać prywatnym bankom, a nie wodzowi. Banki, które działały jako magazyn także miały silną pokusę pożyczania muszelek. Skoro wiedziały, że klient nie zgłosi się w ciągu powiedzmy kwartału po odbiór muszelek, to można je pożyczyć komuś innemu. W związku z tym na wyspie istniały muszelki pożyczone przez bank + noty bankowe. Niektórzy zamiast spieniężać noty bankowe i płacić muszelkową gotówką płacili bank-notami. Banki też zamiast pożyczać muszelki, zaczęły pożyczać banknoty (bo wygodniej było płacić papierem niż muszelkami) . Sprowadzało się to do tego, że banki emitowały więcej banknotów niż miało pokrycie w muszelkach. Było sporo hecy, bo banki napuszczały klientów innych banków by sprawdzali na ile banknoty mają pokrycie w muszelkach. Banki, które pożyczały więcej od innych przeważnie bankrutowały. Były przez to mikrokryzysy.

Jednak od czego mamy lumpenliberałów? Na wyspę przypłynęli kumple Smitha i Ricardo i powiedzieli, że jak będzie bank centralny i on będzie emitował pieniądz, to on będzie emitował tak, by było pokrycie w muszelkach i samowola bankierów zostanie ukrócona. Jak zwykle bywa z każdą wioskową odgórną regulacją nie przewidziano jak to wpłynie na rynek. Otóż oprócz not bankowych w obiegu były też czeki. Jeśli nawet banki używały wioskowych banknotów wyemitowanych przez bank centralny, to dalej jeśli ktoś wpłacał zaoszczędzone 100 muszelek (w banknotach) to bank pożyczał 20 muszelek, z których po kolejnym wpłaceniu do kolejnego banku mogło być pożyczone 4 muszelki. (Bank przeciętnie pożyczał ok. 1/5 muszelek). Magazyn muszelek zamienił się de facto na magazyn papieru (banknotów) a ludzie płacili czekami. Tak więc muszelki składowano w magazynie-banku, bo niewygodnie z większą ilością chodzić i mogą być łatwo skradzione, natomiast banknoty tylko z drugiego powodu (kradzieży). Trzeba dodac, że ludzie nie wystawiali świadomie czeków bez pokrycia. Oni zostali nabrani przez bank, że za ich czekiem stoją muszelki.

Jednak to nie zapobiegło kryzysowi, bankom brakowało banknotów. Kumple Ricarda okazali się skompromitowani, więc bank centralny wypuścił więcej banknotów. Bank centralny rozumował w ten sposób – skoro zabezpieczenie banknotów 100% przez muszelki nie uchroniło nas przed kryzysem to nie musi być 100%. Tak że zrobiła się fajna piramida finansowa. Czeki nie miały 100% pokrycia w banknotach natomiast banknoty nie miały 100% pokrycia w muszelkach. Tym razem kryzys był jeszcze większy.

Co się wydarzyło? Ludziom mającym wirtualnie więcej pieniędzy wydawało się, że mogliby więcej wydawać i kupowali więcej piwa. Piwowarzy zwietrzyli dobry biznes, zaczęli produkować więcej piwa i do tego potrzebowali pomocników. Zatrudnianie pomocników odbyło się kosztem plantatorów ryżu. Jak długo piwowarzy pędzili więcej piwa a wirtualnych pieniędzy przybywało ceny piwa nie rosły. Nie rosły też ceny ryżu, mimo że produkowano go coraz mniej, bo były zapasy ryżu. Piwowarzy tymczasem przestali cieszyć się boomem – ponieważ wzrosła cena chmielu (nadmuchana przez popyt piwowarów), powstał więc boom w uprawie chmielu. Jednak sadzenie chmielu ma to do siebie, że zajmuje więcej czasu niż wyprodukowanie piwa. Do sadzenia chmielu tym razem poszli rybacy i część piwowarów. A jak zebrali chmiel okazało się, że piwowarzy nie chcą go kupować, bo w międzyczasie część piwowarów upadło a część zmniejszyło produkcję na skutek wzrostu cen chmielu.

Po jakimś czasie jednak ceny ryżu gwałtownie wzrosły – raz że było go mało w skutek przebranżowienia się plantatorów ryżu na piwowarów, raz że pieniędzy było więcej.

Na wyspę przypłynął Marx i powiedział, że cały ten kapitalizm jest do chrzanu. Cały wolny rynek to bałagan a jakby wioska planowała to tego bałaganu by nie było. Marx nie wiedział, że wszystko było w normie, dopóki wcześniej lumpenliberałowie (a nazwano ich tak od zwiększonego spożycia alkoholu a konkretnie piwa) nie wymyślili, by emisją pieniądza zajmowało się państwo. Marx oskarżył też kapitalistów o picie piwa, gdy robotnicy-plantatorzy ryżu głodują. Co nie było zgodne z prawdą, bo głodowali wszyscy.

No więc wioska wymyśliła, że nie można tak rzucać wszystkiego na żywioł. Odrzuciła pomysł Marxa o centralnym planowaniu, natomiast stwierdziła, że gospodarkę należy podsterowywać preferencyjnymi kredytami – tak by bardziej opłacało się produkować ryż niż piwo. Oczywiście nastąpił boom na ryż, co zaowocowało jego nadwyżką (jak wcześniej w przypadku chmielu). Jednak wioska wymyśliła skup interwencyjny, więc następnego roku tego ryżu było jeszcze więcej, bo np. chmielu państwo nie chciało skupować i ci co obsadzali chmiel posadzili teraz ryż.

Następnie pozwolono bankom by zamiast zachowywac 4/5 banknotów zachowywały tylko 1/10. Ale banki bały się, bo to 4/5 wynikało z szacunku ryzyka, że klient będzie chciał wypłacić pieniądze z konta. Jednak bank centralny umożliwił bankom pożyczanie pieniędzy od siebie na niski procent. Więc banki przestały bać się pożyczać po kilka razy te same pieniądze, więc skala rozmnażania pieniędzy się zwiększyła. Regulacja ta zwiększała jeszcze bałagan. Banki które wcześniej się kontrolowały nawzajem utworzyły kartel pod egidą banku centralnego.

Płaca minimalna – remedium Foltyna na bezrobocie

Wioska hołdowała staremu obyczajowi jeszcze z czasów, gdy na wioskę trafił Łukasz Foltyn – był to jak najbardziej kult cargo i polegał na tym, że nie można płacić mniej niż 10 muszelek dziennie za łowienie ryb, to wtedy ludzie będą lepiej zarabiać.

W wiosce było kilka osób mniej sprawnych, którzy potrafili mniej łowić i można im było zapłacić tylko 8 muszelek dziennie (by kupili sobie 4 porcje ryżu) ludzie ci jednak nie mogli znaleźć zatrudnienia, bo wierzono, że nie można zapłacić mniej niż 10 muszelek.

Za każdym gdy zwiększała się ilość pieniądza w obiegu (czyli czeków wystawianych na banknoty, które bank pożyczył już komuś innemu) rosły też ceny a za nimi płace. Zamiast powiedzmy 8 muszelek płacono 12 muszelek a zamiast 10 -15 a ceny skoczyły z 2 muszelek za porcję sushi do 3 (abstrahując od fluktuacji związanych z przestawianiem się na produkcję piwa). Bardziej pracowici dalej mogli kupić za dniówkę 5 porcji, natomiast mniej pracowici mogli kupić w końcu te 4 porcje. Mogliby kupić je normalnie, ale Łukasz Foltyn im to uniemożliwił. Gdyby nie inflacja – która spowodowała de facto obniżenie realnej płacy minimalnej – dalej byliby bezrobotni (jakby płaca minimalna przed inflacją wynosiła 8 muszelek na nie 10 to wszyscy mogliby mieć pracę).

Wnioski:

Nie można sztucznie zwiększyć ilości produkowanych dóbr poprzez zwiększenie ilości pieniądza, bo ilość ludzi jak i materiałów – ziemi, minerałów etc jest ograniczona. Boom w jednej dziedzinie to niedobory w innej, bo ludzie z tej innej dziedziny przechodzą pracować tam gdzie jest boom. Nie można też zwiększyć normalnie zatrudnienia. Można je zwiększyć tylko dlatego, że istnieje bezrobocie przymusowe spowodowane płacą minimalną, która się obniża wraz z wartością pieniędzy, gdy jest inflacja. „Ci zatrudnieni dzięki inflacji”, rzeczywiście zwiększą ilość produkowanych dóbr – jednak to nie zwiększanie ilości pieniądza samo w sobie było przyczyną, ale zniwelowanie skutków płacy minimalnej. Zwiększenie ilości pieniądza spowoduje wzrost cen, bo produkcja nie może się zwiększyć (zakładając że nie ma płacy minimalnej). Chyba, że można zwiększać produkcję lokalnie w jednym sektorze to w nim można utrzymywać stały poziom cen. Za boom w konkretnej dziedzinie odpowiedzialne jest państwo, bo to ono ustala preferencyjne kredyty (w USA boom mieszkaniowy był wynikiem m. in. istnienia instytucji Funnie Mae i Freddie Mac – 1sza była państwowa założona przez FDR za New dealu jako klin na kaca Wielkiego Kryzysu, Freddie powstała by symulować konkurencję, gdy Lyndon Jonhson sprywatyzował Funnie, jednak cały czas miały rządowe gwarancje). Co sprowadza się też mniej/więcej do tego, co się mówi o podatkach, że państwo nie jest od tego by zwiększać wzrost produkcji a od transferów pomiędzy podmiotami na rynku. Robotnicy transferowani są więc np. z hut na place budowy – bo tam akurat państwo stymuluje boom tanimi kredytami albo obniżeniem podatków (w Polsce np. VATu). To jest opinia szkoły austriackiej. Mi się dodatkowo wydaje, że gdy państwo nie stymuluje pewnych gałęzi a podaż pieniądza, tanie kredyty są dostępne ogólnie to boom wystąpi w dobrach luksusowych kosztem 1szej potrzeby (picie piwa zamiast produkowanie ryżu). Ludziom się wydaje, że są bogatsi niż są w rzeczywistości – żyją ponad stan i swoim popytem stymulują produkcję właśnie dóbr luksusowych. Cena pokazuje co warto produkować, co nie. Stosunkowo droższe towary to takie, które bardziej opłaca się produkować od innych, więc są produkowane. Droższe towary to te, na które zapotrzebowanie jest większe. Kapitaliści, więc realizują potrzeby społeczne z chęci samolubnego zysku. Za każdym razem gdy państwo ją zaburza – poprzez stopy, podatki etc. zaburzone zostają też samoregulujące się mechanizmy rynkowe. Jeśli chcemy trzymać się niefortunnego sformułowanie Smitha, to niewidzialna ręka rynku szarpana jest przez ręce polityków.

Podsumowując dzięki – socjalistycznej płacy minimalnej ludzie są bezrobotni, stymulowanie pewnych gałęzi powoduje nadwyżki i niedobory w nie stymulowanych, ogólnie stymulowanie gospodarki prowadzi do wzrostu dóbr luksusowych – czyli bardziej potrzebnych bogaczom niż biednym. Socjalizm jest więc dla bogatych, jak napisał Foltyn.

Trochę dennego humoru

Ponieważ ostatnio modne są dialogi, to mam taki:

– Regularisie czy herbata robi się słodsza od cukru czy od mieszania?

– Ależ od mieszania, drogi Liberalisie.

– To po co jest cukier?

– Żeby wiedzieć ile mieszać.

Który po przetłumaczeniu na gospodarkę brzmi:

– Regularisie czy produkcja zwiększa się od pracy czy od rządowych transferów?

– Ależ od transferów, drogi Liberalisie.

– To po co jest praca?

– Żeby wiedzieć ile transferować.

No właśnie praca – a w zasadzie jej brak (bezrobocie) jest po to, by ciągle uzasadniać różne regulacyjne pomysły, które powodują, że tej pracy jest mniej, by móc wprowadzać kolejne regulacje…

Jerzy Ponimirski

03.11.2008

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *