Zastanawiam się nad opisem pozbawienia wolności i jego konsekwencjami dla myślenia o współżyciu ludzi miedzy sobą na zasadach anarchistycznych czy libertariańskich. Żeby uniknąć nieporozumień, piszę, że gdy piszę słowo wolność, mam na myśli możliwość samodzielnego określania przez kogoś o tym, co się z nim dzieje. Człowiek pozbawiony wolności nie będzie mógł tego robić. Taki człowiek może nie móc kontrolować siebie ze względu na siebie lub ze względu na innych (pisząc te słowa nagle zdałem sobie z jednego sprawę: ten podział jest nieostry, a z drugiej strony wprowadzenie trzeciej możliwości skomplikowałoby mój sposób myślenia. a dodatku wprowadza wątek samokontroli).
Tak rozumiana wolność wydaje mi się jasna, ale jest kłopotliwa dla libertarianina czy anarchisty. Jest tak zwłaszcza ze względu na to, jakie rozumienie pozbawienia wolności wiąże się z nią. Postulat takiej wolności jest w zasadzie nie do przyjęcia dla wolnościowców. Jest tak, ponieważ zarówno formuła, że moja wolność jest granicą czyjejś wolności (i na odwrót: że czyjaś wolność jest granicą mojej), przyjmowana przynajmniej przez niektórych anarchistów, jak i zasada nieagresji, są przeciwne takiej wolności. Sprzeciwia się jej także zasada „równej wolności”. W zasadzie – każda granica dla określania tego przeze mnie, co się ze mną dzieje, jest zniewoleniem, o ile się na nią nie godzę. Gdy postuluje się, by tą granicę mógł wymuszać ktoś inny na mnie, postuluje się po prostu to, żebym był jego niewolnikiem. Tak samo jest, gdy ktoś przyznaje mnie takie prawo przeciwko komuś – dopuszcza się, by osoba, której mogę się sprzeciwić, była moim niewolnikiem.
Wiem doskonale, że akceptuję takie formy niewolnictwa, zwłaszcza wobec innych, zdecydowanie mniej wobec siebie (przyjmuję takie granice dla siebie, które nie przeszkadzają mi teraz i raczej nie przeszkadzałyby mi jako granice w przyszłości, stąd żadnym zniewoleniem by nie były tak naprawdę). Ale to znaczy, że gdy nazywam się libertarianinem lub anarchistą, to zmylam ludzi. I tak samo robią inni tak się nazywający, o ile tylko godzą się na ograniczanie wolności i proponują głównie jakieś ograniczenia czyjejś wolności. Przecież anarchizm i libertarianizm mają być poglądami propagującymi wolność jednostki. W ramach jasności dodaję, że piszę o wszelkich rodzajach libertarianizmu czy anarchizmu, też tych socjalistycznych. A jeśli tak, żadne ograniczenie wolności nie powinno być postulowane przez anarchistów czy libertarian. A jest. Wydaje się, że dająca się przyjąć definicja wolności jednostki sprawia, że zasady wolnościowe (czyli anarchistyczne i libertariańskie) są paradoksalne.
Chcę podkreślić, że nie da się łatwo tego paradoksu usunąć, przyjmując inną definicję wolności jednostki. Jest tak, ponieważ definicja, którą zaproponowałem dobrze gwarantuje właśnie to, że mówiąc lub pisząc słowo wolność, będę pisał o stanie, w którym ten, jeden właśnie ktoś, może robić co chce ze sobą. Konsekwentne odrzucenie tej definicji wymagałoby odrzucenia poglądu, zgodnie z którym wolność polega na przydarzeniu się, komuś konkretnemu czegoś, na co ten ktoś by się godził. Jak wtedy wolność ta mogłaby być wolnością moją, albo wolnością kogoś innego takiego jak ja, czyli jednostki?
Jaś Skoczowski
21.12.2008 r.