Łukasz Kowalski: Związek zawodowy samozatrudnionych właścicieli
3 marca, 2010 — kapronMatka opętanego ideą komunistycznej rewolucji Cezarego Baryki tłumaczy mu, że „kto by chciał tworzyć ustrój komunistyczny, to powinien by podzielić na równe działy pustą ziemię, jakiś step czy jakieś góry, i tam wspólnymi siłami orać, siać, budować — żąć i zbierać. Zaczynać wszystko sprawiedliwie, z Boga i ze siebie. Cóż to za komunizm, gdy się wedrzeć do cudzych domów, pałaców, kościołów, które dla innych celów zostały przeznaczone i po równo podzielić się nie dadzą. Jest to — mówiła — pospolita grabież. Niewielka to sztuka z pałacu zrobić muzeum. Byłoby sztuką godną nowych ludzi — wytworzyć samym przedmioty muzealne i umieścić je w gmachu zbudowanym komunistycznymi siłami w muzealnym celu”.
Czy w taki właśnie konstruktywny sposób działają związki zawodowe?
Na wstępie warto zauważyć, iż powyższe pytanie trąci nieco generalizacją. Jak to? Czy wszystkie związki zawodowe możemy wrzucić do jednego worka i zastanawiać się nad nimi tak, jakby stanowiły monolit? Opowiadamy więc pewnie raczej o jakichś powszechnych wśród działaczy związków tendencjach, sympatiach, inicjatywach – niż o wszystkich związkach.
W tym tkwi zapewne jakaś część problemu – a może nawet jego sedno. Patrząc na związek zawodowy, „ogół pracowników”, „aktyw robotniczy” zbyt często zapominamy o współtworzących go konkretnych osobach. Zamiast koncentrować się na poszczególnych ludziach zaczynamy postrzegać ich jako masę, czy też nawet bydło.
W scenie otwierającej film Charliego Chaplina Modern Times widzimy olbrzymie stado zwierząt w owczym pędzie. Chwilę później – przeskok. Czasy współczesne – stado ludzi wylewa się ze stacji metra i podąża do pracy przy fabrycznych taśmach. Na ile każdy z członków anonimowego tłumu odpowiada za to, w jakich warunkach pracuje? Na ile można powiedzieć, że „sam tak wybrał”? Czy podoba mu się praca w zakładzie produkcji masowej i czy czuje, że w ten sposób spełnia swoje powołanie?
Dzisiejsze czasy. Człowiek, który wprzągł się (został wprzęgnięty? – tu z kolei pytanie o świadomość poszczególnych osób) w tryby pracy najemnej na cudze potrzeby (a może i „nie-potrzeby”). Stoi osiem godzin dziennie przy taśmie w fabryce margaryny. Siedzi w kasie, przyjmując od klientów brzęczącą monetę i coś warte papierki. Nadzorca zabrania mu wyjść do toalety. Właściciel interesu ma pracownika w nosie, bo tak właściwie fascynujące wydaje się dynamiczne obracanie wirtualnymi cyframi na kontach bankowych – a nie żywy człowiek.
Okazuje się, że wielu pracowników ma podobne odczucia: szefostwo traktuje swoich najemników jak „zło konieczne”, któremu trzeba rzucić jakiś ochłap, ale żeby dostrzegało w nich kogoś obdarzonego godnością – co to, to już nie. No więc robimy związek zawodowy. Związek zawodowy, a więc organizację, która będzie walczyła o nasze „prawa”, „prawa pracownicze”, „robotnicze”. Wspólnie ustalamy, o co nam chodzi. Wysuwamy żądania. Domagamy się poprawy warunków bezpieczeństwa. Żądamy ubezpieczeń zdrowotnych. Mniej pracy. Renegocjacji kontraktów.
Chcemy, aby Epifania była dniem wolnym od pracy. Najpierw zwracamy się z tym do tych, do których świadomie i dobrowolnie (?) zaciągnęliśmy się na służbę. (Skąd znak zapytania po słowach „świadomie i dobrowolnie”? Z wątpliwości co do tego, na ile świadomą i dobrowolną można nazwać decyzję człowieka, który – znalazłszy się w chorej sytuacji – przywalony podatkami, regulacjami i dyrektywami – zatrudnia się w kolaborującej z funkcjonariuszami państwowymi firmie – a nie dostrzega jeszcze na razie innych rozwiązań, mogących zapewnić mu i jego bliskim godziwy byt.). Nie chcą nam dać wolnego? Ogarnia nas rezygnacja…? A może ogłaszamy strajk i odmawiamy przystąpienia do pracy (jednocześnie pożądając tych pieniędzy, które „należą nam się” – chociaż nie robimy tego, do czego się świadomie i dobrowolnie (?) zobowiązaliśmy)? Wywieszamy transparent i wychodzimy na ulicę?
Zaraz, zaraz! Pojawia się nowa koncepcja: wystosować do funkcjonariusza państwowego apel, aby nakazał „temu wstrętnemu kapitaliście” spełnić nasze warunki.
Taką metodę obrało wielu propagatorów żądających ogłoszenia Święta Trzech Króli dniem wolnym od pracy. Na zdrowy rozum wydaje się to dosyć zaskakujące. Gdy umawiamy się o pracę najemną, możemy przecież dojść z moim potencjalnym pracodawcą do porozumienia i zgodzić się, że 6 stycznia poświęcę się zadaniom innym niż praca zawodowa. Czy potrzebne i moralne jest odwoływanie się do funkcjonariusza państwowego, kogoś obcego, osoby trzeciej a nawet czwartej – aby przemocą usiłował narzucić nam rozwiązanie, które sami możemy przyjąć dobrowolnie? A może w trakcie negocjacji z potencjalnym pracodawcą dojdziemy do wniosku, że w związku z rozbieżnością stanowisk na razie nie podejmujemy współpracy, a do tematu wrócimy za jakiś czas.
Powyższa sytuacja może wyglądać na pewną idealizację. Przypatrujemy się sytuacji człowieka, który ma warunki pozwalające w miarę swobodnie zrezygnować z podejmowania pracy na cudze zamówienie. Zapytajmy: czy jest to dziś udziałem każdego albo może większości ludzi? I czy takie zajęcie, które pozwala ze względną swobodą odrzucać propozycje pracy najemnej (gdy wolimy robić co innego) to coś cennego, cel, do którego warto dążyć? Jakie w ogóle są cele gospodarki?
Wśród licznych ciekawych myśli zawartych w encyklice Benedykta XVI Caritas in veritate pojawia się i ta: „należy dążyć do osiągnięcia — uznanego za priorytetowy — celu, jakim jest dostęp wszystkich do pracy i jej utrzymanie”. Na te słowa wielu mógłby z dzioba w dziób zawołać: „Socjalizm!”. A tymczasem, gdy przyjrzeć się nakreślonemu przez Papieża ideałowi bez zbędnych emocji – okazuje się, że „dostęp wszystkich do pracy i jej utrzymanie” to nie tylko atrakcyjna wizja, ale coś, co wyraża pragnienia ogromnej większości (jeśli nie wszystkich) mieszkańców świata. Przecież w istocie każdy chyba marzy o robieniu czegoś takiego, co mógłby robić właściwie w nieskończoność.
Moglibyśmy zastanowić się w związku z tym nad myślą Colina Warda, który w eseju Self-employed Society (Społeczeństwo samozatrudnionych
albo Samozatrudnione społeczeństwo) zachęca do postawienia sobie pytania: jak osiągnąć takie warunki ekonomiczne i społeczne, które dadzą każdemu człowiekowi szansę zrobienia czegoś pożytecznego?
Liczne związki zawodowe umieszczają na swoich sztandarach postulat stałego zatrudnienia, tworzenia takich warunków pracy, w których pracownik mógłby nie obawiać się, że z dnia na dzień zostanie wyrzucony.
Jeśli zgodzimy się co do tego, że warto się o to starać, zadajmy sobie pytanie: jak to robić?
Pierwszym krokiem na drodze do zapewnienia każdemu dostępu do pracy i możliwości jej utrzymania byłoby chyba rzetelne określenie własnych potrzeb oraz powinności wobec tych, za których jestem odpowiedzialny (rodziny, chorych, ubogich – w szerszej i dalszej perspektywie: wszystkich ludzi). Czy uczciwie spełniam obowiązki mojego stanu? Co należy się ode mnie innym? Czy poświęcam odpowiednio dużo czasu tym, którym powinienem go poświęcać? Czy ja jeszcze jestem w stanie w spokoju z kimś porozmawiać przez dłużej niż piętnaście sekund? Ogólnie rzecz biorąc: czy jeszcze panuję nad sobą samym – czy też dałem się ponieść „logice” nowego wspaniałego współczesnego świata, dla którego każdy człowiek to tylko trybik, który należy wcisnąć w przeznaczony mu okratowany (czasem złotymi prętami) boks w „drabinie społecznej”? Czy umiem odpowiedzieć na pytanie o to, czego mi potrzeba, i dobrać odpowiednie środki realizacji stojących przede mną zadań?
Z tymi zagadnieniami łączą się pytania bardziej „ekonomiczne”. Czy naprawdę muszę dosłownie wszędzie jeździć samochodem – czy też mogę poruszać się na własnych nogach? Czy potrzebuję nowej plazmy sześćdziesięciosześciocalowej w miejsce tej zeszłorocznej pięćdziesięciocalowej, która już mi się opatrzyła? Czy potrafię żyć bez telefonu? A bez internetu?
Colin Ward zastanawia się w Self-employed Society nad tym, jak to jest, że człowiek, który wraca do domu po dniu ciężkiej pracy [najemnej] z radością zabiera się do uprawy swojego ogródka. Mówi o zaletach takiego zajęcia: tu człowiek pracuje na swoim, sam jest sobie szefem. Sam decyduje o tym, kiedy zaczyna i kończy pracę. Pracuje dlatego, bo chce, a nie dlatego, że musi.
Iluż ludzi – pyta Ward – w skrytości ducha marzy o tym, aby posiadać mały sklep, zacząć działać na własną rękę, uruchomić niewielki zakład? Mnóstwo osób jest gotowych bardzo ciężko pracować – jeśli to da im niezależność (poczucie niezależności?).
Czy związek zawodowy raczej ułatwia czy utrudnia realizację takiego celu?
Jako organizacja pracowników najemnych, którzy „walczą” o swoje w ramach systemu pracy niemal wyłącznie na cudze potrzeby, związek zawodowy staje często przed pokusą podjęcia współpracy z funkcjonariuszami państwowymi i prób uzyskania pewnych przywilejów kosztem tych, którzy do danego związku nie należą. W interesie wielu działających współcześnie związków zawodowych leży wpisywanie się w „logikę” współczesnego systemu państwowego kapitalizmu z całą jego masówkowatością, wielkoskalowością i zbiurokratyzowaniem. Nierzadko działaczom i „koordynatorom” związkowym opłacalne może wydawać się trwanie w swoistej symbiozie z funkcjonariuszami państwowymi i kontrolującym produkcję masową wielkim biznesem – ze szkodą dla zwanych „przeciętnymi” (choć przecież nieprzeciętnych) zjadaczy chleba, do których grona zaliczają się również „zwykli” (choć przecież niezwykli) członkowie związku.
Zjawisko kolaboracji między „wielkimi” lub „większymi” tego świata na szkodę „maluczkich” obserwujemy od wieków. Do licznych konfliktów zbrojnych, morderstw, gwałtów, kradzieży, okrucieństw wojennych dochodziło i wciąż dochodzi wskutek decyzji i przy (milczącej niekiedy) aprobacie ministrów, menadżerów, prezesów, sekretarzy, królów, prezydentów – słowem: tzw. decydentów – widzących w drugim człowieku „zasób ludzki”, a nie osobę obdarzoną godnością. Jaki interes mają poborowi mordujący się wzajemnie na wojnach wywoływanych przez ich „panów”? Nie od dziś wiadomo, że „na wojnie świszczą kule, / Lud się wali jako snopy, / A najdzielniej biją króle, / A najgęściej giną chłopy.” (Trochę inaczej wygląda sytuacja osób dokonujących morderstw i zniszczeń na zlecenie funkcjonariuszy państwowych dobrowolnie (chodzi zarówno o żołnierzy armii państwowych, jak i pracowników prywatnych firm militarno-ochroniarskich współpracujących z funkcjonariuszami państwowymi) – to są po prostu płatni zabójcy.) Jaki sens i skutki ma prześladowanie drugiego człowieka, który nie stanowi dla mnie bezpośredniego zagrożenia, nie zaatakował mnie, żyje sobie spokojnie po swojemu?
Usługujący sobie wzajemnie przedstawiciele wielkich przedsiębiorstw, wiodący funkcjonariusze państwowi oraz spece od nieuczciwej propagandy od niepamiętnych czasów starali się o to, aby „szary” człowiek wykrwawiał się w służbie swoim samozwańczym panom. Tych faktycznie świadomych charakteru swojej działalności „inżynierów społecznych” (rojących sobie, że staną się inżynierami dusz ludzkich) jest być może garstka. To właśnie ci ludzie, którzy przemocą lub groźbą jej użycia zmuszają męża i ojca do porzucenia rodziny i zaciągnięcia się do wojska albo pracy ponad siły; to ci, którzy pogróżką i szantażem zmuszają żonę i matkę do porzucenia rodziny i rezygnacji z opieki nad domowym ogniskiem („Aha – reagują niektórzy – to pańska żona nie pracuje?” Odpowiedź: „Rzeczywiście – »nie pracuje«. Ona haruje!”) – w imię „realizacji zawodowej” i pracy na cudze potrzeby poza domem; to ci, którzy demoralizują ludzi młodych, starając się zrobić z nich bezwolnych obywateli nowego wspaniałego świata. Ci sami „architekci” mogą zdawać sobie sprawę z tego, na jak kruchych podstawach opiera się ich władza. W jak wielkiej mierze zależy ona od wpajanego w „poddanych” poczucia bezradności. Gdybyśmy tylko powszechnie odrzucili postawę wyrażaną słowami: „To prawda, to niesprawiedliwe, powinno być inaczej – ale cóż ja mogę zrobić?” i w większym stopniu zdali sobie sprawę z tego, jak w dobry i istotny sposób możemy wpłynąć na kształt doczesnego świata, doprowadzilibyśmy do zmian w mgnieniu oka.
Tyler Durden, znudzony i zmęczony życiem chuligan-nihilista, bohater filmu Fight Club, uświadamia ścigającemu go i jego koleżków wysokiemu funkcjonariuszowi policji, w jakim stopniu jest on zależny od ludzi, których goni – to oni gotują jego posiłki. Wywożą jego śmieci. Łączą jego rozmowy telefoniczne. Prowadzą karetki. Strzegą go, kiedy śpi. „Nie zadzieraj z nami!”.
To ta właśnie wielka siła drzemiąca w „prolach” (George Orwell, 1984), mądrze przez nich użyta, może doprowadzić do zmian na lepsze. Aby „prole” potrafili wykorzystać swoje możliwości, potrzebują raczej działać bezustannie w ramach oporu bez przywódcy niż wznosić trzeszczące pod naporem zbiurokratyzowania „struktury”. Sensowniej robić coś w mniejszej grupie, złożonej z osób znających się i dobrze rozumiejących przyświecający im wspólnie cel – niż w grupie większej, ale takiej, w której wszystko opiera się na „wodzu”, „liderze”.
Dobry chyba przykład konstruktywnego postępowania dają opisywani przez Kevina Carsona robotnicy „przejmujący” zamknięte i stojące bezczynnie przedsiębiorstwa (Carson pisze o nich m.in. w esejach zamieszczanych na stronach Homebrew Industrial Revolution oraz Center for a Stateless Society ). Zamiast urządzać awantury na ulicach i domagać się życia na cudzy koszt, robotnicy z własnej inicjatywy udają się do pracy, uruchamiają zastałe maszyny, dokonują potrzebnych napraw zaniedbanego sprzętu. Niejako przy okazji zacieśniają więzy w ramach wspólnoty lokalnej. Robią dobrze to, co umieją, bez oglądania się na to, co powie „góra”. Stosując rotacyjny system pracy i prowadzenia przedsiębiorstwa, czynią ważny krok na drodze do niezależności. Jeśli w dodatku nastawią się na produkowanie tego, co jest potrzebne – to znaczy odpowiadające oczekiwaniom potencjalnych klientów (zamiast programowo tłuc setki wykoncypowanych przez projektantów egzemplarzy jakiegoś urządzenia, a potem skrobać się w głowę: „Jak by to opchnąć?”) – można by rzec: pracują w wolnym zawodzie.
Człowiek pracujący „na swoim” ma dużą motywację do jak najlepszego wykorzystywania swoich talentów i samodoskonalenia. Zdaje sobie sprawę z tego, że jakość jego pracy przekłada się bezpośrednio na jakość jej owoców. Poza tym łatwiej mu cieszyć się czymś, co własnoręcznie, samodzielnie wykonał. Taka praca po prostu daje radość.
Gdyby członkowie związku zawodowego w taki lub podobny sposób starali się o większą niezależność i kształtowali swoją organizację na wzór towarzystwa wzajemnej pomocy (friendly society), własnymi siłami zapewniając sobie np. wsparcie w chorobie, wspólną edukację, pomoc materialną na wypadek utraty pracy, czy gromadzenie dobrowolnych składek na emeryturę – rezultatem byłoby społeczeństwo bardziej ludzkie.
Może na początek istnieje potrzeba zorganizowania się w związek, aby poczuć wspólnotę interesów, swego rodzaju „solidarność zawodową” (rozumianą w kluczu myśli Benedykta XVI – troska o „dostęp wszystkich do pracy i jej utrzymanie”). Potem – jeśli nie odpowiadają nam dotychczasowe warunki zatrudnienia – każdy z nas składa wymówienie. A ponieważ się znamy, mamy do siebie zaufanie, jesteśmy chętni do pracy i łatwo nam się ze sobą dogadać, wspólnymi siłami zakładamy nowe przedsiębiorstwo, w którym produkujemy to samo, co wcześniej – tylko że teraz na własną rękę. Odmawiamy działania na cudzych zasadach, które odbieramy jako niesprawiedliwe i wykorzystujemy własną inicjatywę – robimy składkę i odkupujemy zakład od dotychczasowego właściciela, przejmujemy na wpół zrujnowany budynek dawnego przedsiębiorstwa państwowego, doprowadzamy go do ładu i uruchamiamy produkcję, zaczynamy coś wytwarzać we własnym garażu albo przydomowym warsztacie…
W celu wzmocnienia takich inicjatyw warto może na początku działalności związku zawodowego uznać za priorytet umożliwienie każdemu pracy „na swoim”. Potrzebujemy w tym celu wyjścia poza „logikę” systemu masowej produkcji i podejmowania skutecznych działań na skalę lokalną. Kluczem do sprawy może okazać się posiadanie na własność swojego miejsca pracy. Kawałek ziemi, fabryczka, mała przetwórnia, zakład reperujący jakieś sprzęty – dobrze by się stało, gdyby pracownik mógł powiedzieć o swoim miejscu pracy – „to moje miejsce pracy; pracuję u siebie” (czy będzie to własność jednego człowieka, czy też jakaś forma „wspólnej własności prywatnej”).
Po osiągnięciu takiego celu członkowie związku zawodowego mogliby poświęcić więcej energii innym fundamentalnym zadaniom – takich jak zapewnienie sobie i swoim rodzinom opieki zdrowotnej.
Wspólne organizowanie pracy na poziomie lokalnym sprzyja temu, aby częściej umawiał się człowiek z człowiekiem zamiast organizacja (lub jej anonimowy w gruncie rzeczy przedstawiciel) z organizacją (lub jej anonimowym przedstawicielem). (Swoją drogą fakt, że liczne organizacje wyposaża się w stanowiska „dyrektorów ds. komunikacji”, „koordynatorów ds. przepływu informacji” „przedstawicieli ds. public relations” itp. świadczy o tym, że ich funkcjonariusze zupełnie stracili z pola widzenia człowieka i wybrali pogrążanie się w oceanie wirtualnej informacji. Jak można poważnie traktować firmę, której pracownikom przydzielają „specjalistę” od porozumiewania się między sobą?)
Można byłoby wysunąć taki zarzut: Zaraz, zaraz. Snujesz pan tu jakieś idylliczne wizje, a cały sens związku zawodowego polega na tym, że pracujemy najemnie u kogoś obcego, ale wciąż naciskamy, domagamy się, walczymy o swoje.
Można i tak. Tylko czy ma to ręce i nogi? Ktoś może nie cierpieć przełożonego i nienawidzić tego, co robi. Proste pytanie: jak to zmienić? Co może zrobić w tej sprawie konkretny człowiek? Jak może zadziałać związek zawodowy?
Dziś, niestety, bardzo silna jest pokusa odwoływania się do przemocy funkcjonariuszy państwowych, dostrzegalna w oficjalnych dokumentach programowych współczesnych związków zawodowych („domagamy się regulacji państwowych / ustaw / dyrektyw, które zapewnią/spowodują, że…”). Stanowi też broń obosieczną. Skoro godzimy się na to, że funkcjonariusze państwowi kogoś okradną i „dadzą nam” – godzimy się również na to, że „nam zabiorą”, a dadzą komu innemu – a od czasu do czasu spróbują nas spacyfikować za pomocą sił zbrojnych.
Bitwy z policją lub ochroniarzami na terenach zawiadywanych tymczasowo przez funkcjonariuszy państwowych bądź naszego obecnego pracodawcę skutkują chyba wyłącznie niepotrzebnym uszczerbkiem na zdrowiu i pogłębianiem nienawiści do osób znajdujących się obecnie na usługach reżimu.
Kolejna sprawa: strajk okupacyjny. Instalujemy się gdzieś i nie ruszymy się stąd! Ale co powiemy naszej żonie i dzieciom – „Nie wracam na noc do domu, bo muszę pilnować barykady, żeby tylko nas nie wywalono?”. Rodzina cierpi, produkcja staje, spędzamy dość bezczynnie całe dnie, godziny, minuty i sekundy – troszkę to jałowe. W ostatecznym rozrachunku tracimy wszyscy – a najwięcej nasi najbliżsi.
Jak związek zawodowy traktuje łamistrajków albo wolnych strzelców, którzy pracują razem z nami, ale nie należą do związku? Czy odnosimy się do nich jak do ludzi, choć starają się oni o zapewnienie sobie godnych warunków pracy i życia innymi sposobami niż my sami? Czy może stosujemy jakieś niesprawiedliwe szykany?
Chcesz tu pracować? Proszę bardzo. Jeśli ja sam i moi związkowi koledzy woleliby inaczej – droga wolna. Możemy złożyć wymówienia i postarać się o inne zajęcie.
Kurczowe trzymanie się posady przy jednoczesnym konflikcie z przełożonymi rodzi dość niezdrową sytuację. Z jednej strony: nie znoszę tego, co robię, i miejsca, w którym to robię, a z drugiej: poświęcam niesłychane ilości czasu i energii na to, aby tę niepotrzebną mękę kontynuować. (Nawet jeśli zdarzy się – na przykład – że sąd, którego interwencji będę się domagał, przyzna mi w sporze z pracodawcą rację i nakaże przywrócić mnie do pracy, to wytwarza się dziwna sytuacja: ja wciąż pracuję tam, gdzie mi się nie podoba – bo muszę (czuję, że muszę?), pracodawca mnie zatrudnia – bo musi. Patrzymy na siebie wilkiem, trudno o jakąkolwiek współpracę, skoro już nawet wzywaliśmy obcych, trzecią stronę, aby nas rozsądzała. Trochę to chore).
„Ale czy ja w ogóle chcę tu pracować – moglibyśmy zapytać w duchu anarchosyndykalistycznym – i walczyć na nieswoim o nieco znośniejsze warunki niewoli? Robić dla kogoś obcego? Oddawać mu to, co sam zrobiłem? Nie ma głupich! Rezygnuję! Chcę zachować pełen owoc mojej pracy! No, przynajmniej większą jego część [kłania się Benjamin Tucker]. Umawiamy się z kumplami ze związku; razem składamy wymówienie i rozkręcamy własny interes”.
Gdy pracuję z kimś, kogo znam, mogę z dużą dozą prawdopodobieństwa spodziewać się, że ten ktoś wspomoże mnie w trudnościach, znajdzie czas na to, żeby ze mną pogadać, moje położenie będzie go obchodziło.
Jeśli zajdzie taka potrzeba, możemy się przekwalifikować. Braterstwo ludzi pracy lepiej wyraża się w gotowości pomocy drugiemu i nauczenia go czegoś pożytecznego niż automatycznym szufladkowaniu poszczególnych osób jako „monterów”, „elektryków”, „operatorów wózka widłowego” i nikogo poza tym. Każdy ma jakiś talent, jakieś zadanie do spełnienia, każdy coś lubi robić. Wielu ma rozliczne talenty i wyraża gotowość uczenia się czegoś nowego. Praktyczna odpowiedź na pytanie, jak umożliwić (albo przynajmniej ułatwić) wszystkim ludziom i każdemu z osobna realizowanie jego potencjału – to dopiero sztuka.
Spore nadzieje można wiązać z organizacjami zrzeszającymi samozatrudnionych właścicieli – na przykład rolników. Charakter ich pracy w naturalny sposób sprzyja trosce o własność (gospodarstwo, ziemię), więzi rodzinne (wspólne staranie o obfite zbiory, częsty kontakt z pomagającymi przy różnych zajęciach dziećmi) oraz lokalne [lepsi chyba – mimo wszystko – sąsiedzi-plotkarze (jeśli na takich akurat trafimy) niż anonimowy tłum miejski?].
Jeśli pojmiemy związek zawodowy jako zrzeszenie konkretnych ludzi powołane do realizacji konkretnych zadań bez oglądania się na funkcjonariuszy państwowych i „struktury” (biurokratyzacja grozi non-stop każdej instytucji wznoszonej rękoma ludzkimi) – mamy zdrową alternatywę wobec zastałych biurokratycznych tworów – molochów zarówno państwowych, jak i prywatnych. Historia (może przede wszystkim rodzinna) dostarczy nam licznych przykładów i wskazówek, jak możemy raczej własnymi niż cudzymi siłami zapewniać sobie godny byt.
Pomoże w tym odcięcie się od medialnego zgiełku, doradzane niegdyś przez Macieja Dudka jako dobra odtrutka na mózg. Faktycznie – to działa! Czas, który oszczędziłem, odmawiając zamulania się serwowanymi odbiorcom przez sześćdziesiąt sekund na minutę pigułami informacyjnymi i sztucznego ekscytowania się cudzym życiem, wykorzystuję na współtworzenie rzeczywistości. Można by się spierać, czy bezpośrednia rozmowa z drugim człowiekiem, zasadzenie kilku drzew wspólnie z sąsiadem czy skonstruowanie w przydomowym warsztacie jakiegoś przydatnego urządzenia zawsze i w każdych okolicznościach posiada większą wartość niż przeczytanie wartościowej książki albo obejrzenie mądrego filmu – ale wahadło wychyliło się chyba już zbytnio w stronę świata sztucznego i nadszedł czas, aby rozpocząć powrót do rzeczywistości.
Członkowie związków zawodowych mogą w każdej chwili powiedzieć: „Kichamy na polityków i znajdujące się na ich usługach dziennikarskie osoby do wynajęcia. Mamy gdzieś naszych dotychczasowych szefów. Odrzucamy niewolę i organizujemy sobie pracę na swoim. Po naszym sześciogodzinnym (a może krótszym) dniu pracy, zamiast zatruwać sobie umysły telewizyjno-gazetową papką, idziemy na spotkanie z kolegą-związkowcem z sąsiedniej wsi albo miasteczka i dowiadujemy się o tym, jak udoskonalić wytwarzane przez nas produkty, wspólnie zastanawiamy się nad jak najlepszym sposobem zapewnienia sobie środków do życia na starość, zerkamy do internetu, gdy chcemy zdobyć jakieś wskazówki mogące pomóc nam w pracy”.
Zdumiewająco wiele osób uprawia dziś narzekactwo. „Mój dyrektor jest głupi, mój przełożony to bałwan, beznadziejna ta moja praca” – słyszymy niejednokrotnie od osób, które jednak wciąż pracują dla tego głupka czy bałwana. „Czegoś biedny? Boś głupi. Czegoś głupi? Boś biedny. Narzekasz, ale nadal dla mnie robisz” – mógłby z kolei odpowiedzieć z drwiącym uśmieszkiem prezes lub dyrektor, pamiętający o tym, że od wieków przedstawiciele klasy wyzyskiwaczy (których celnie sportretował Krzysztof Śledziński w tekście Ku libertariańskiej teorii klas) pasożytowali na tych, których uczynili (usiłowali uczynić?) swoimi poddanymi, podwładnymi – również na robotnikach, członkach związków zawodowych. Baty niemal zawsze dostawał ten prosty, „biedny” człowiek. Na ile sam był za to odpowiedzialny? Na ile miał świadomość potrzeby wyrwania się z konstruowanej przez etatystów i ich kolaborantów budowli społecznej, w której stanowił dla nich tylko klocek przydatny o tyle, o ile dawał się zmieścić w przeznaczone mu miejsce? Na ile pamiętał o tym, co mówi Kościół w Gaudium et spes: „Człowiek [...] jest twórcą, ośrodkiem i celem całego życia gospodarczo-społecznego”? (Na ile tę świadomość mieli jego ciemiężcy?)
Zauważmy, że Kościół, który tradycyjnie popierał tworzenie związków zawodowych, stawia w centrum życia gospodarczo-społecznego człowieka, konkretną osobę. Zatem na pierwszym miejscu znajduje się człowiek – jego godność i potrzeby.
Związek zawodowy, którego członkowie pamiętają o tej prawdzie, może mieć do spełnienia bardzo ważną rolę. Pomóc ludziom w zdrowej samoorganizacji społecznej. Wspierać wszystkich pragnących pracować na swoim. Dawać obszar do wymiany doświadczeń i wzajemnego doskonalenia. Troszczyć się o udzielanie potrzebującym materialnego wsparcia.
Zorganizowanie się w związek zawodowy może nam szczególnie pomóc na początkowym etapie przechodzenia z pracy najemnej na cudzym do takiego systemu gospodarczo-społecznego, w którym zamiast pięciu megagigakorporacji zatrudniających miliard osób mamy miliard małych przedsiębiorstw, w których pracuje po pięć osób – albo pięć miliardów samozatrudnionych. Związek zawodowy pomyślany (na początkowym etapie działalności) jako narzędzie do samowyzwolenia klasy wyzyskiwanych (rozumianej wg definicji Krzysztofa Śledzińskiego) może z czasem przekształcić się opartą o nieformalne relacje grupę przyjaciół, współpracowników, ludzi, którzy wspólnie potrafią i lubią coś zrobić.
Takiemu kierunkowi zmian może sprzyjać postępowanie w duchu propozycji nakreślonej przez Benedykta XVI: „Gdyby każdy we własnym środowisku zdołał odrzucić kłamstwo i przemoc w intencjach, w słowach i w czynach, pielęgnując troskliwie uczucia szacunku i poważania innych, być może nie rozwiązałoby to wszystkich problemów życia codziennego, ale można by je podejmować z większym spokojem i skutecznością”. (Benedykt XVI, Benedykt XVI: rozważanie o „mądrości zstępującej z góry” )
Papież podchodzi do zagadnienia powszednich trudów człowieka podobnie jak wielu przyjaciół idei wolnościowej. Wskazuje na to, że, wbrew utopijnym marzeniom etatystów, raju na ziemi nie zbudujemy – ale nasza własna postawa, nasze osobiste świadectwo, mogą pomóc uczynić doczesny świat sprawiedliwszym. „Pielęgnując troskliwie uczucia szacunku i poważania innych” można już tu [we własnym środowisku: w gronie rodzinnym, miejscu pracy (czasem te pojęcia są tożsame)] i teraz budować coś wartościowego.
W ten sposób ułatwiamy również każdemu zrozumienie wyboru przed jakim stoi: albo opowie się za kłamstwem i przemocą w intencjach, w słowach i w czynach – albo wybierze drogę prawdy, wolności i szacunku dla godności drugiego człowieka.
Łukasz Kowalski
30.01.2010

poniedziałek, 15 Marzec, 2010 o 22:14
@Dobrze Urodzony
Jak dotąd nie udowodniłeś, że Marks miał „błędne założenia”.