Idee liberalne

Radosław Tryc ”Liber słowa”

Pomysł, żeby każdy mógł robić, co chce nie jest wcale stary, ani tak oczywisty, jakby się mogło wydawać. Uwielbienie dla hierarchii autorytetu i czasem dziwnie rozumianego porządku leży bardzo głęboko w naturze ludzkiej. Obserwować zachowania motywowane takimi pobudkami mogliśmy w czasie afer wokół nominowania abp. Wielgusa (vel. Grey) na stanowisko metropolity warszawskiego.

Człowiek Wolny

Za człowieka wolnego w starożytności uważał się każdy, kto nie był niewolnikiem. Średniowieczny tytuł barona po niemiecku brzmi Freiherr i oznaczał pana, który podlegał tylko królowi (bądź księciu). Z drugiej strony wolność była w większości przypadków przekleństwem. Luźni ludzie (hultaje, wałęsy, ludzie swawolni) niezależni i nie obciążeni żadnymi powinnościami byli najbiedniejszą i najbardziej prześladowaną grupą społeczną.

Libertyni

O świadomym wyborze wolności jako drogi życiowej wynikającej z wyznawanych poglądów można mówić dopiero na przełomie XVII i XVIII wieku. Pojawiło się słowo libertyn i pierwotnie oznaczało odłam holenderskich anabaptystów, którzy mieli bardziej swobodne podejście do spraw seksu (w ich mniemaniu zgodne z Biblią). Później we Francji słowo libertyn oznaczało człowieka, który chciał praktykować i głosić niemoralność jako „wolność od wszystkich ograniczeń”. W przypadku sztandarowej osobowości tamtej epoki – markiza D. A. A. F de Sade musimy mówić bardziej o rozważaniu niż praktykowaniu. Człowiek ów spędził w więzieniu 30 lat. Zauważył, że z istoty rzeczy „wolność bez granic” oznacza samotność, bo spotkanie się dwóch libertynów spowodowałoby zagładę jednego z nich, bądź (co gorsza!) obu. Po narzuceniu sobie ograniczeń w tym sensie przestaliby być wolni. Libertynizm oznaczał w dużej mierze wolność „od pasa w dół”, ale stanowił impuls do rozmyślania o tym, że nie musi być tak, jak było przedtem. Sam markiz de Sade dał tłumowi znak do szturmu krzycząc z okna „Na pomoc, mordują więźniów Bastylii”. Dla nas, ludzi XXI wieku to wydarzenie wygląda jak kiepsko skomponowana, symboliczna scena z taniego filmu kostiumowego. Obalenie starego, feudalnego porządku nie musiało przynieść wolności, stanowiło w równej mierze fundament wszelkich totalitaryzmów i terroru również w postaci państwa policyjnego.

Bunt

W tym samym czasie za oceanem, w zbuntowanych brytyjskich koloniach rozpoczynał się eksperyment, który pogardliwie określono liberalnym. Monteskiusz (też Francuz) napisał traktat „O duchu praw”, w którym postulował trójpodział władz, by obywatele mogli być wolni. Pisał „Wolność to dobro, które umożliwia korzystanie z innych dóbr”. Zbuntowani koloniści oparli swoją organizację na jego myśli. „My, naród Stanów Zjednoczonych, pragnąc udoskonalić Unię, ustanowić sprawiedliwość, zabezpieczyć spokój w kraju, zapewnić wspólną obronę, podnieść ogólny dobrobyt oraz utrzymać dla nas samych i naszego potomstwa dobrodziejstwa wolności, wprowadzamy i ustanawiamy dla Stanów Zjednoczonych Ameryki niniejszą konstytucję.” Nie powołano króla, który jako namaszczony przez kapłana miałby przyrodzone prawo do panowania przekazywane z pokolenia na pokolenie. Cały XIX wiek był okresem pękania „starego porządku” pod wpływem ciosów francuskiego oręża (Napoleon), różnych rewolucji i oddziaływania wzorów zza oceanu. W nowopowstających parlamentach pojawiali się liberałowie w charakterze skrajnej lewicy. Niemniej jednak pogląd J. S. Milla „…ludzkość zyskuje więcej, pozwalając każdemu żyć wedle jego upodobań, niż zmuszając każdego, by żył wedle upodobania pozostałych…” zyskiwał coraz szerszy poklask. Najpierw pomysł wydawał się niedorzeczny, potem interesujący, w końcu – oczywisty. Adam Smith potrafił wykazać, że wolność (ekonomiczna) może być najpewniejszym źródłem bogactwa narodów, a więc również ich siły militarnej.

Wrogowie Wolności

Naturalnymi przeciwnikami liberałów byli z początku tylko monarchiści głoszący idee absolutyzmu oświeconego w duchu Machiavellego. Polakom najlepiej jednak było znane samodzierżawie rozumiane jako organiczna jedność osoby cara, cerkwi prawosławnej i ludu rosyjskiego. Równocześnie pojawiał się pogląd o obowiązku dzielenia się swymi dobrami ze społeczeństwem. Nie mówię tu o chrześcijańskim obowiązku miłosierdzia wobec ubogiego, ani o nakazanej przez feudalną powinność trosce pana o poddanych – beneficjentem miało się stać bezosobowe społeczeństwo a państwo – pośrednikiem. W związku z tym, że ludzie nie są chętni do pozbywania się swojego majątku, socjalizm (socja – społeczeństwo) zawsze oznaczał zastąpienie dobrowolności – przymusem. Nawet Henri de Saint-Simon (okrzyknięty potem przez marksistów utopistą) nawoływał do zwalczania próżniaków. Pierwsza Międzynarodówka (Londyn, Sierpień 1863) rozpoczynała obrady od rozważania jak zwalczać imigrację. Zastąpienie „Wszyscy ludzie są braćmi” hasłem „Proletariusze wszystkich krajów łączcie się” dało już ideologiczny fundament do budowy totalitaryzmów XX wieku.

Zamęt

Słowo liberalizm, w miarę jak zyskiwało popularność i przestawało być synonimem nieporządku, dostawało przymiotników: społeczny, ekonomiczny, polityczny, konserwatywny lub klasyczny. Zamęt znaczeniowy trwa do tej pory. Doszło nawet do tego, że mianem działań liberalnych określa się wszelkiego rodzaju „akcje afirmatywne”, które w sposób jawny uprzywilejowują jakieś grupy społeczne a z wolnością nie mają całkiem nic wspólnego. Jednocześnie totalitaryzmy uznawały liberalizm za przejaw moralnej zgnilizny i jawną zdradę interesów rasowych czy klasowych. Z drugiej strony polityków (funkcjonariuszy totalitarnego państwa), którzy uważali, że zamiast kary śmierci dla wroga, należy go tylko trzymać w lochu do końca życia, określano mianem liberalnych, co jeszcze dodatkowo pogłębiało już nie mały zamęt pojęciowy.

Demontaż państwa

Wprawdzie za początek libertarianizmu uznaje się prace Jaya A. Nocka, ale dopiero po II wojnie światowej można mówić o wykrystalizowaniu się myśli piętnującej państwo jako największego gwałciciela wolności. Nie przypadkiem ogromny wkład w popularyzację tego poglądu miała uciekinierka z ZSRR Ayn Rand. Nigdzie jeszcze nie spróbowano budowy wolnego społeczeństwa mimo, że część polityków administracji Ronalda Reagana uważało się za libertarian. On sam mówił, że „rząd nie jest dla nas rozwiązaniem, jest dla nas problemem”.

Radosław Tryc http://www.rtc.pl/~ff/