Idee liberalne

Radosław Tryc “Konlib czy libertarianin?”

Nie wiem, kto wymyślił określenie „konlib”, ale jest piękne i chwała mu za to. Po pierwsze krótsze niż libertarianin, po drugie kojarzy się z talibami, których trochę i po cichu podziwiam za skuteczność (nie popierając metod ani celów, żeby było jasne). Określenie koliber, brzmi gorzej, bo to mały ptaszek, choć cwany (potrafi zawisnąć).

Na ile można być libertarianinem będąc konserwatywnym liberałem (konlibem)? Czy można być libertarianinem ani trochę nie będąc konserwatywnym liberałem?

Wolność musi być na pierwszym miejscu, to dla mnie proste streszczenie poglądów libertarianina i liberała (a konlib to liberał). Reszta jest mało istotnym komentarzem lub (bardziej istotnym) wyborem drogi do celu.

Konserwatywni liberałowie (ktoś może nie lubić określenia konlib) kładą nacisk na istnienie zasad (społecznych, praw przyrody), które niezależnie od tego jak bardzo byśmy nie chcieli muszą być przestrzegane, żeby uniknąć większych problemów. Nie widziałem do tej pory lepszego manifestu takiej postawy niż tekst pt.: „O tym skąd i dokąd wieje” i przy okazji systemowej krytyki socjalizmu z tej perspektywy. Chciałbym tu wyraźnie podkreślić, że istotą jest przekonanie o istnieniu zasad a niekonieczne przytaczanie ich pełnej listy. Zasady (podobnie jak prawa przyrody) podlegają badaniu i odkrywaniu a nie narzucaniu siłą (po uprzednim wymyśleniu ich w zaciszu gabinetu).

Przytoczę dla przykładu dwie zasady:

  1. więcej jest tego, co się subwencjonuje
    Oznacza to, że wprowadzenie zasiłku dla samotnych matek (nieważne – państwowego czy nie) zwiększy liczbę tychże. Zasada wiąże przyczynę ze skutkiem, nie pokazując tu z pewnością bardzo złożonego mechanizmu.
  2. mniej jest tego, co podlega restrykcjom
    Płaca minimalna wprowadza ograniczenie zabraniające (legalnie) wykonywania pracy za mniejsze pieniądze niż wyznaczone. Efektem (spodziewanym i oczywistym) jest mniej legalnych miejsc pracy, zwiększenie bezrobocia i szarej strefy. Im wyższa byłaby restrykcja (płaca minimalna), tym silniejsze rezultaty.

Czasem się uważa (dosyć błędnie), że konserwatywny liberalizm to coś pomiędzy konserwatyzmem a liberalizmem (jakby ciągnik gąsienicowo-kołowy, z przodu koła, z tyłu gąsiennica). Nawet w poważnym skądinąd Liberatorze dało się znaleźć: „Konserwatywny liberalizm – zwany także koliberalizmem, opowiada się za ograniczeniem ingerencji państwa w gospodarkę, ale jednocześnie za ingerencją w życie osobiste obywateli. Odwołuje się do tradycji i religii chrześcijańskiej”. Przerażające!

Konserwatywny liberał to ktoś, kto uważa, że zasady są niezmienne, w tym – zasady liberalizmu (ujęte przez Alexisa de Tocqueville w łatwą do zrozumienia i obrony triadę Wolność, Własność i Sprawiedliwość). Wolność oznacza, że każdy człowiek ma zagwarantowaną pełną wolność wyboru ale i też pełną odpowiedzialność za konsekwencje swoich poczynań. Umożliwia również pełną swobodę działań gospodarczych (m.in. handel alkoholem, benzyną, narkotykami). Jedyną rzeczą ograniczającą wolność jest zakaz ingerowania w jakikolwiek sposób w wolność innych. Prawo do własności zakazuje jakiejkolwiek ingerencji we własność prywatną obywateli (np. przymusowe składki emerytalne, przymusowe ubezpieczenia, zmuszanie do finansowania bezrobotnych). Nakazuje również pełną prywatyzację, zmniejszenie interwencjonizmu państwa w gospodarke, zmniejszenie podatków (skoro każdy dba o siebie, państwo nie musi martwić się o wydatki socjalne) i zniesienie ceł. Sprawiedliwość oznacza (m. in.) sprzeciw wobec dostrzegania i faworyzowania przez państwo grup społecznych (np. górników, białych, feministek, homoseksualistów) w jakikolwiek sposób. Idealną realizacją zasad konserwatywnego liberalizmu byłby anarchokapitalizm, ale raczej nie jest.

Z drugiej strony wrogowie wolności się zmieniają, ale ich metody i argumenty już nie. Zarówno tyrani jak i socjaliści używają dwóch takich samych sztuczek:

  • odwołania się do sumienia – musimy pomagać biednym i nieszczęśliwym, bo bez nas sobie nie poradzą. Argumentacja w tej dziedzinie może być naprawdę bardzo dopracowana socjotechnicznie i czasami również artystycznie. Oczywiście państwo musi być tej pomocy nieodzownym pośrednikiem w taki sposób, żeby problemu nie rozwiązać, bo by się stało niepotrzebne.
  • moralności – tylko opieka naszego majestatu (i odpowiedniej agencji rządowej) – utrzyma społeczeństwo z dala od „złych rzeczy”, w których inaczej maluczcy się wręcz unurzają z głową. Każdy wie jakich to „złych rzeczy” za wszelką cenę należy nam zabronić.

W związku z tym, że konlibom chodzi tylko o wolność, nie muszą mieć poglądów dotyczących np. sposobu sprawowania władzy. Dlatego nie jest im trudno (przynajmniej niektórym) zaakceptować monarchię, oligarchię na równi z demokracją i anarchią jeśli istnieją przekonujące argumenty. Książki takie jak „Demokracja – bóg, który zawiódł” Hansa Hermana Hoppe mogą być przez konlibów czytane bez oburzenia i również bez wypieków na twarzy. Praktycyzm neutralnego podejścia do metod owocuje czasem udzielaniem (warunkowego) poparcia dla takich „tyranów” jak Pinotchet, jeśli uzna się, że strona przeciwna groziła wprowadzeniem „większego chlewu”.

Większość konserwatywnych liberałów nie uważa, żeby możliwe było całkowite zniesienie państwa. Kraje, które ostatnimi laty doświadczyły rozpadu państwa (Afganistan, Irak, Somalia), nigdy nie wytworzyły organizacji społecznej przypominającej którąkolwiek anarchistyczną teorię, ale raczej przedpaństwową organizację klanowo-plemienną. Z braku państwa trudno nazwać taką „granulację” mafijną, ale można gangsterską i sekciarską. W związku z tym, że te organizacje są wewnętrznie niezwykle totalitarne, zupełne rozbicie państwa (rozumianego jako narzędzie przemocy) uznawane jest przez konlibów za szkodliwe dla wolności.

Konserwatywny liberalizm czerpał ze źródeł liberalizmu i republikanizmu jak Locke, Monteskiusz, Smith, Jefferson czy wspomniany już de Tocqeville, który zauważył jak bardzo wolność jest sprzeczna z równością i że zazwyczaj rewolucje przeradzają się w kontynuację obalanego ustroju. Klasycy nie mieli okazji zetknąć się z nowymi zagrożeniami wolności jak na przykład socjalizm w różnej postaci czy choćby teorie Keynesa (Nowy Ład). Dlatego to współczesna myśl konlibowa wzbogaca się o spostrzeżenia m. in. Miltona Friedmana, Roberta Nozicka, Ayn Rand, Hansa-Hermanna Hoppe i oczywiście Marta Laara. Praktycyzm jest siłą, bo pozwala czerpać myśl z różnych źródeł (w dziedzinie ekonomii – głównie neoliberalnych) i łatwo znajdować wolnościowe odpowiedzi na różne pytania współczesności, ale i słabością, bo nie daje wizji „najbardziej wolnościowego” świata przyszłości. Nie zmienia to faktu, że rachunek ekonomiczny zawsze jest istotniejszy od ludzkich potrzeb. Nie da się zjeść chleba, jak się go nie ma, niezależnie od tego jak bardzo się jest głodnym. Dla miłośników ścisłości – jak potrzeba 1 a mamy 0, to razem daje za mało.

Współcześnie rozróżnienie między minarchistami a konserwatywnymi liberałami wydaje się być bardziej estetyczne niż rzeczywiste. Osobiście nie potrafiłbym się jednoznacznie określić za którąkolwiek z tych nazw. Jeśli ktoś kazałby mi „wybrać” czy jestem „bardziej” minarchistą czy może konlibem – odpowiem mu krótko „Spadaj!”.

Są też tacy, którzy wszystkim poza anarchokapitalistami odmawiają prawa nazywania się libertarianami i przerywają polemikę łatką „zamordyzmu”. Żeby było jeszcze śmieszniej, ponoć libertarianizm pierwotnie oznaczał anarchokomunizm i to właśnie obecni libertarianie zmienili znaczenie słów i ukradli ten termin.

Radosław Tryc
2 sierpnia 2007 r.

***

Tekst został wcześniej opublikowany w blogu Freedom Fighter

Autor artykułu prowadzi bloga Freedom Fighter