Krzysztof "Critto" Sobolewski

Krzysztof “Critto” Sobolewski “Wolne (Wolnościowe) Miasto i jego zasady”

Prawie każdy wolnościowiec ma jakiś ideał ustroju społecznego. Dla jednych jest to republika, dla innych — monarchia, dla innych jeszcze inne układy, w których liczy się człowiek. Z wolnościowego punktu widzenia, najważniejsza jest dobrowolność wejścia w taki układ tak, aby każdy znalazł coś dla siebie, lub pozostał poza nim, jeśli mu ten układ nie odpowiada. Sytuacja ma się analogicznie do tej, jaką mamy teraz, gdy wybieramy różne stowarzyszenia, kluby i inne organizacje dobrowolne.

Co więcej, posiadanie swojego typu co do ustroju społecznego NIE wiąże się z byciem wolnościowcem lub nie byciem nim. Z jednym wszakże wyjątkiem: dla wolnościowca KAŻDY idealny ustrój MUSI być oparty na dobrowolności przystępowania do niego, i brania udziału w toczącym się wokół niego „życiu publicznym”.

Moim ideałem jest Wolne Miasto — samodzielna, suwerenna gmina miejska, taka, jak dawne miasta Hanzy. Po części, idee leżące u jego podstaw opierają się na założeniach Hanzy.

Podstawowe cechy

Wolne miasto stanowiłoby swego rodzaju spółkę pomiędzy wszystkimi właścicielami gruntów i nieruchomości znajdujących się w danym mieście. TO ONI tworzyliby samorząd, w którym podejmowaliby określone decyzje. Jakie ?

Te decyzje byłyby wiążące wyłącznie w stosunku do mienia publicznego – placów, dróg i rzek wewnętrznych, chociażby; dotyczyłyby tego mienia, które nie należałoby na wyłączność do nikogo poza tą spółką.

Rada Wolnego Miasta mogłaby podejmować decyzje dotyczące tego mienia, oraz tych zachowań, które, choć podejmowane na swojej posiadłości, mają bezpośredni wpływ na innych mieszkańców i mogą np. zakłócać im spokój.

Oczywiście, właściciele ci mogliby spotykać się w dowolnym innym celu, i dyskutować o dowolnej sprawie, oraz zawierać inne (ale niesprzeczne z tymi postanowieniami) układy. Jednakże, wynik takich spotkań, ustaleń i negocjacji byłby wiążący TYLKO dla tych, którzy wzięliby w niej udział.

Jeśli więc państwo mieszkający na ulicy Ptaszej nie życzą sobie żadnych kolorów dachu innych niż zielony, to oczywiście mogą wydać decyzję, która ich zakazuje – ale jest ona wiążąca nawet nie dla wszystkich mieszkańców tejże ulicy, tylko dla sygnaturiuszy tej umowy. Zarówno inni mieszkańcy ulicy Ptaszej, jak i choćby mieszkańcy sąsiedniej ulicy Bobrzej NIE byliby nią w żaden sposób zobowiązani, jeśliby do niej nie przystąpili.

Krótko mówiąc: nic na siłę, poza regulacjami „publicznymi” oraz tymi dotyczącymi spokojności pomiędzy mieszkańcami. Żadnego przymusowego zoningu, czyli autorytarnego decydowania o „strefach” miejskich.

Dobrowolność

NIKT nie byłby zmuszany do przynależności do Wolnego Miasta, niezależnie od alokacji swojej własności ziemskiej. Nie ma znaczenia, czy mieszkasz na obrzeżu takiego miasta, czy w jego centrum. Nie chcesz, nie należysz — ze wszystkimi tego konsekwencjami, np. dostępem do własności „publicznej”. Ale nikt Cię zmusić nie może. Możesz założyć swoją własną gminę, albo żyć bez gminy (niezależnie od rozmiarów i rodzaju swojej własności). Wszyscy jesteśmy, przede wszystkim, Ludźmi.

Wolne Miasto to nie jakaś tam „demokracja” (lub demokraksa), na wejście do której raz się decydujesz, a potem jesteś pionkiem w ręku „polityków” (nb. „polityk” to słowo pochodzące z greckiego „polis”, czyli „miasto”). Wolne Miasto to dobrowolna KONFEDERACJA WŁAŚCICIELI, którzy, dla utrzymania wspólnego dobra i dostępu do niego, decydują się mieć ze sobą formalnie trochę wspólnego. Oczywiście, umowy spisywane byłyby według przyjętych norm prawa zwyczajowego.

Gospodarka

Uwarunkowania gospodarcze — przede wszystkim dotyczące korzystności określonych działań, nie zależą (nie powinny zależeć) od panującego ustroju. Zależą natomiast od innych spraw – przede wszystkim, od kulturowych, finansowych, historycznych, geograficznych i innych uwarunkowań, gustów i preferencji konsumentów (np. od ich ambicji), które z kolei wynikają z kultury, a możliwość ich realizacji zależy od poziomu techniki.

Dla jednego więc miasta najlepszym zajęciem może być handel, a dla innego wytwarzanie produktów; jeszcze inne może specjalizować się np. w nauczaniu wyższym, zostając „miastem akademickim” -choć uważam, że uczelnie wyższe są przydatne w KAŻDYM mieście, i, ponieważ jest na nie zapotrzebowanie, więc w każdym by się pojawiły. Nie zmienia to faktu, że jedne uczelnie mogą działać naprawdę na wysokim poziomie i oddziaływać na konsumentów-studentów jak magnes, a inne z kolei mogą być po prostu przeciętnym zaspokojeniem przeciętnego zapotrzebowania przeciętnego młodego człowieka na wiedzę. Miasta, w których działają uczelnie techniczne na wysokim poziomie, może być „warsztatem Hi-Tech”, swoistą Doliną Krzemową, która przodować będzie w wynalazkach i odkryciach wszelkiego rodzaju, wdrażanych i kupowanych później przez mieszkańców i producentów innych miast.

Mówiąc wprost, wszystkie te zjawiska i uwarunkowania zależeć będą od przewagi komparatywnej (głównie produkcja dóbr nieskomplikowanych, usługi), a w niektórych przypadkach (szczególnie wynalazki i produkcja Hi-Tech) od dywersyfikacji gospodarki [x] – obecnie taki właśnie podział istnieje między państwami i ma sens tam, gdzie istnieje wolny handel, niekrępowany cłami (albo tam, gdzie te cła nie są za wysokie) i gdzie nie ma innych barier handlowych. Mottem rozsądnie myślących mieszkańców miasta X powinno być „robimy to, co umiemy najlepiej, i niech każdy też postępuje wg tej zasady”.

Otwartość granic

Choć lokalni wytwórcy i handlowcy mogą na to narzekać, NIE DA SIĘ zaprzeczyć, że wolny, otwarty handel, a nawet formalny BRAK granic jest tym, co powinno panować. To wolny handel zapewnia pokojowe współistnienie i niszczy ksenofobię. To wolny handel zapobiega wojnom i, przez kontrast, wojny wywoływane są tam, gdzie jest „protekcjonizm”. Jak to stwierdził Frédéric Bastiat: „tam, gdzie dobra nie przekroczą granic, żołnierze zrobią to na pewno”. Dlatego też, OTWARTOŚĆ GRANIC wolnego miasta — zarówno dla towarów, jak i migracji ludzkiej, jest i musi być podstawową jego cechą, tak samo niezbędną jak dobrowolność przystąpienia czy udziałowy charakter ustroju.

Finanse publiczne

Na dobrą sprawę, nie ma sensu ustanawianie żadnych „finansów publicznych”, budżetu czy fiskusa. Utrzymanie wspólnego mienia leży w interesie współudziałowców i umowa miasta-spółki może specyfikować, KTO i ILE ma łożyć na jego utrzymanie i rozwój — w tym również np. opłacanie niezbędnego dla bezpieczeństwa oraz dobrego wrażenia (ważne dla turystów) porządnego oświetlenia ulic, oraz świadczące o kulturze mieszkańców ich zamiatanie.

Wszelkie „podatki” bez górnego limitu są NIEDOPUSZCZALNE, tak samo, jak obejmowanie jakimikolwiek przymusowymi opłatami tego, co dzieje się na terenie własności prywatnej (np. „opłaty skarbowe” za rozmaite umowy).

Czy miasto musi budować domy, urzędy (które i tak nie są potrzebne, poza ratuszem), szkoły, szpitale, piekarnie itd ?? Nie. Jaki ma to sens w wolnokonkurencyjnej gospodarce ? Kompletnie żaden. Każdy utrzymuje to, czego jest właścicielem. Właściciel szkoły będzie ją utrzymywał, podobnie właściciel szpitala, czy piekarni. Będzie zarabiał na ich istnieniu (lub tracił) i w ten sposób, zgodnie ze smithowskim podziałem pracy, wkładał swoją kontrybucję w rozwój całego społeczeństwa.

Również kompletnie niepotrzebna jest zapewniana przez miasto ochrona bezpieczeństwa. I tu bowiem, rynek jest najlepszym dostarczycielem usług. Bogatsi mieszkańcy wynajmą sobie agencje ochrony, a biedniejsi stworzą Straż Obywatelską i podobne formacje. Zakładam, że każdy ma prawo posiadać broń, bronić siebie i innych, i organizować się z innymi w tym celu, również na szkolenia w strzelaniu itd.

Każdy będzie miał lepiej, gdy sam, lub wraz z innymi, dobrowolnie stowarzyszonymi zainteresowanymi będzie troszczył się o swoje bezpieczeństwo. Bardzo biedni (raczej mało ich będzie w mieście, w którym dla każdego znajdzie się zajęcie) mogą liczyć choćby na pomoc fundacji charytatywnych.

Dokładnie to samo dotyczy opieki zdrowotnej, pożarnictwa oraz edukacji. Wszystkie z nich są potrzebne, i już niewidzialna ręka rynku zatroszczy się o to, aby ich nie zabrakło.

Sądownictwo

Można się zapytać, „a co z sądami”. Ja myślę, że w poważnych sprawach, gdzie: (a) następuje naruszenie common law lub (b) istnieje spór w common law, w którym jedna strona jest „poszkodowanym” a druga „szukającym zadośćuczynienia” rolę sądu mogą pełnić organa wyłonione przez radę miejską, albo niezależny urząd mieszczący się w ratuszu.

We wszystkich innych sprawach, np. typowych sporach, gdzie NIE ma jednoznacznie „poszkodowanego” i „szukającego zadośćuczynienia”, ani też nie nastąpiło przestępstwo przeciw common law (przeciw życiu, wolności lub własności oraz mieniu publicznemu i porządkowi obowiązującemu na jego terenie), sprawa znalezienia odpowiedniego arbitra, bądź prywatnego policzenia się bez pośrednictwa, jest prywatną sprawą zainteresowanych stron.

Prawo

Należy uczynić różnicę pomiędzy prawem „przymusowym” a „umownym”. Podczas, gdy umowne dotyczy TYLKO zainteresowanych stron, to przymusowe dotyczy każdego; można na jego podstawie np. nakazać wypłatę odszkodowania, nałożyć karę, itd; stosuje się je, gdy została naruszona czyjaś wolność, życie lub własność, lub gdy doszło do naruszenia regulacji dotyczących mienia publicznego (będącego własnością miasta-spółki, zarządzaną przez Radę Miasta). Oznacza to oczywiście, iż zakres tego „przymusowego” prawa musi być bardzo mocno ograniczony, a konkretnie: do ochrony Życia, Wolności i Własności oraz regulacji porządkowych dotyczących mienia publicznego.

NIE wierzę w „prywatne” konkurencyjne systemy prawa „przymusowego”. Konkurować mogą ze sobą systemy praw umownych (nie są to żadne systemy, tylko pojedyncze umowy; to, że pewne ich formy stają się popularne, jest zasługą rynku). NIE może być natomiast konkurencji w zakresie tego, CZY należy chronić Życie, Wolność i Własność – te prawa są niezbywalne i nikt, ani organizacja przymusowa (państwo, nie-wolne miasto), ani organizacje dobrowolne (dobrowolna agencja ochrony, wolne miasto) nie może ich naruszać wbrew woli ich właścicieli, niezależnie od woli będących osobami trzecimi ‚wyborców’ czy ‚klientów’.

Podobnie, nie może być konkurencji co do tego, CZY należy doprowadzać do porządku osoby zakłócające spokój w miejscu publicznym (łamiące zasady ustalone przez miasto-spółkę na swoim terenie), albo CZY przymus może wykraczać poza te ramy, czy nie – bo wtedy skończy się dobrowolność, i zostanie zastąpiona przez typowy, etatystyczny przymus i wtrącanie się w nieswoje sprawy. Sprawiedliwością nie można kupczyć — kupczenie nią jest typowe dla totalitaryzmu i państwowej korupcji, a NIE dla wolności, której jest przeciwieństwem.

Nienaruszalność własności

Własność każdego właścicela jest NIENARUSZALNA. NIe wolno bezprawnie na nią wkroczyć, zająć jej, dokonać jakiejkolwiek agresji. NIE WOLNO przymusowo wywłaszczyć nikogo, czy to za odszkodowaniem, czy bez niego. Co więcej, to tak długo, jak nie zagraża to innym mieszkańcom, NIE WOLNO zakazać komukolwiek prowadzenia na swojej terenie jakiejkolwiek działalności, gospodarczej lub nie. Tylko, gdy ktoś np. zbuduje trującą fabrykę, albo przechowuje duże ilości materiałów wybuchowych mieszkając w zaludnionej dzielnicy, MOŻNA mu tego zabronić, gdyż używa on przemocy wobec innych (zatruwając im powietrze) albo bezpośrednio zagraża ich życiu i własności (poprzez stwarzanie ryzyka eksplozji zgromadzonych materiałów wybuchowych).

Poza tym, na terenie swojej własności można robić wszystko. Żadne regulacje nie mogą obejmować tego, co możesz robić w swoim domu, ogródku, biurowcu, szkole czy innym obiekcie. czy chcesz sadzić drzewa, czy budować określone budynki, czy prowadzić hodowlę kóz, czy założyć firmę komputerową, czy zbudować kościół, czy udzielić lokalu stowarzyszeniu ochrony zwierząt, to Twoja decyzja. Na swojej własności jesteś suwerenem, tak długo, jak nie naruszasz praw nikogo innego — ani na jej terenie, ani poza nim. To znaczy: jeśli bijesz żonę, czy sąsiada, to każdy ma prawo interweniować w ich obronie i bez znaczenia jest, czy naruszenia praw tych osób dokonujesz na swoim, czy na nieswoim terenie.

Odpada przy tym „problem” imigracji. Jeśli jesteś otwarty i cenisz imigrantów – to ich przyjmujesz na swój teren. Twój sąsiad może być rasistą (ksenofobem), i nie lubić „obcych” i jest to JEGO problem. Nie może Ci on zakazać przyjmowania imigrantów, choćby mieli oni stanowić jedyne osoby, które przebywać będą na twojej własności, ani użyć wobec nich żadnej przemocy. Tak samo, Ty nie masz prawa zmusić go do przyjmowania kogokolwiek do pracy czy wpuszczania na swój teren.

Mienie publiczne

Są to ulice, wewnętrzne rzeki, parki, place i tym podobne miejsca, wyznaczone przez będącą ich właścicielem miasto-spółkę i zarządzane przez Radę Miejską, składającą się z właścicieli. Dostęp do nich powinien być otwarty dla każdego (również dla osób spoza miasta, takich jak np. turyści, goście, podróżnicy – tak naprawdę, to się OPŁACA). Właściciele miasta-spółki mają pełne prawo, na przyjętych przez siebie zasadach, decydować o dopuszczalnych i niedopuszczalnych sposobach wykorzystania mienia publicznego, oraz o tym, z czego ma być ono utrzymywane.

Istnienie i utrzymywanie takiego mienia uważam za niezbędne, aby zapewnić podstawowe prawo do poruszania się, choćby pomiędzy terenami stanowiącymi własność prywatną. Na dobrą sprawę, NIE DA się wyobrazić sobie funkcjonowania MIASTA bez tej formy własności w odniesieniu do wymienionych przeze mnie miejsc i obiektów.

Sprawą sporną jest, czy budynki urzędowe miasta — a dokładniej, Ratusz – mają być prywatne (i stać na gruncie prywatnym) czy również publiczne. Nie jest to sprawa tak istotna, jak dostęp do dróg, więc nie będę się tutaj nad nią zastanawiał.

Granice mienia publicznego

Mienie publiczne to TYLKO miejsca takie, jak parki, ulice, place, itd, opisane w poprzednich akapitach, ustalone zgodnie z opisanymi zasadami. Wszelkie sprawy dotyczące go muszą mieć oparcie w wydarzeniach, które miały miejsce NA JEGO TERENIE. Przykład: w Wolnym Mieście X nie wolno przebywać nago na ulicy. Pan Kowalski przebywał nago, może więc zostać ukarany (w jakiś określony sposób:) jeśli jednakże pan Wiśniewski (niech będzie, że pani Malinowska) chodzą nago po domu lub nawet ogrodzie, to, nawet jeśli ich widać „z zewnątrz”, to Rada Miasta NIC nie może im zrobić; może, co najwyżej, podjąć decyzje o odgrodzeniu mienia publicznego wysokim płotem, aby nie było widać „wybryków” ekshibicjonistów znajdujących się na swoim własnym terenie. To samo dotyczy np. reklam. Podczas, gdy Rada Miasta może wprowadzić opłaty za ich umieszczanie na terenie mienia publicznego, to NIE ma prawa pobierać ani domagać się jakichkolwiek opłat od kogokolwiek, kto umieszcza reklamy na SWOJEJ działce — niezależnie od tego, czy „patrzą” one na mienie publiczne (i są z niego widoczne), czy też nie.

To samo dotyczy także regulacji estetycznych w dziedzinie architektury wszelkiego rodzaju — ich narzucanie jest NIEDOPUSZCZALNE, ale oczywiście, poszczególni właściciele mogą, na zasadzie dobrowolności, iść na pewne konsensusy czy kompromisy w tej sprawie i zawierać umowy cywilnoprawne. Dodam, że nawet dobrowolna umowa może zawierać „sankcje” dla osób, które się nie przyłączą: na przykład, bojkot towarzyski i gospodarczy sąsiada, który utrzymuje swój dom w szpetnym, zaniedbanym stanie. Ale to wszystko, co można mu zrobić.

Inaczej ma się sprawa związana z zanieczyszczaniem miasta. Można tu ustalić dopuszczalne normy zanieczysczeń. Można karać osoby, które zanieczyszczają miasto np. trującymi wyziewami tak samo jak tych, którzy wyrzucają na teren mienia publicznego toksyczne odpady czy choćby zwykłe śmieci (papierki, kubki plastikowe, śmieci z domu, itd.)

Jest to po prostu rozwinięcie zasad obowiązujących pomiędzy właścicielami działek — jeśli Ty zanieczyszczasz mój ogródek, JA mogę Ci tego zabronić, mogę Cię pozwać do sądu, a wreszcie, mogę SIŁĄ uniemożliwić Ci czynienie mi szkody w jakikolwiek sposób. Właścicielem mienia publicznego jest po prostu miasto-spółka, a zarządza nim Rada Miasta.

Chwilowe Podsumowanie

„Wolne Miasto” to idea, którą rozwijam; jest to mój pomysł, inspirowany pewnymi innymi ideami (o tym na końcu, w literaturze). Jest to projekt cały czas otwarty i myślę, że chętnie przyjmę różne propozycje, o ile nie będą one sprzeczne z moimi założeniami. W każdym przypadku, zachęcam do nadsyłania propozycji. Ręczę, że każda z nich, jeśli zostanie przyjęta, zostanie przeze mnie odpowiednio oznaczona jako należąca do konkretnego autora, który NIE MOŻE robić mi problemów w jej dalszym rozwoju, wykorzystaniu, dystrybucji itd. Musi zgodzić się na to, aby została ona winkorporowana do mojego tekstu i stała się jego częścią, aczkolwiek oznaczoną Jego/Jej Godnością.

Myślę jednak, że przede wszystkim, to JA SAM będę dalej rozwijał ten, jakże ciekawy, temat. To trochę jak pisanie programu komputerowego, konstytucji, czy rysowanie projektu architektonicznego lub schematu elektronicznego. Jest to pewna żywa idea, którą warto rozbudowywać i którą, mam nadzieję, BĘDĘ mógł obejrzeć w rzeczywistym działaniu. Dlatego też „chwilowe”, a nie takie zwykłe, końcowe, podsumowanie.

Krzysztof „Critto” Sobolewski

(c) Copyright by Krzysztof „Critto” Sobolewski 6.V.2001/30.VI.2001 Literatura, Inspiracje, Rekomendacje:


  • Hanza jako taka + ciekawe informacje o jej historii z portalu www.hanse.org oraz informacje o niej znajdujące się na portalu Miasta Gdańsk, http://www.gdansk.pl
  • wspólnota mieszkaniowa (twór dobry, choć niedoskonały; przede wszystkim, NIE powinna być przymusowa)
  • Laissez Faire City jako całość, http://lfcity.com
  • Libertocracy, http://www.libertocracy.com
  • Oceania, Project Atlantis (jako idea, że może istnieć coś innego niż obecne ustroje), http://www.oceania.org
  • Ken Schoolland, „Przygody Januszka Naiwnego”, Copyright 1981&1987, tłum. Jacek Hajduk
  • Stefan Blankertz, „Sądy i sędziowie w wolnym mieście”
  • [x] Makroekonomia, D.Begg
  • Adam Smith, „An Inquiry Into The Nature And Causes Of The Wealth Of Nations ”
  • moje pomysły, idee i zasady

***

Tekst został wcześniej opublikowany na stronie autora http://liberter.webpark.pl/

2 comments

  1. fluxxx

    Bardzo ciekawa koncepcja, mnie więcej o czymś podobnym myślałem. Mnie jeszcze nurtuje kwestia związana z zachowaniami w miejscu publicznym, np. spożywanie alkoholu czy palenie papierosów.

    Przy czym w przypadku spożywania alkoholu (i samego spożywania! – nie mówię o agresywnym zachowaniu w trakcie lub po tej czynności!) nie można mówić o agresji na wolność drugiego człowieka.

    W przypadku palenia pojawiają się głosy o biernym paleniu więc tu już jest większy problem.

    Critto, osobiście jakbyś widział rozwiązanie tych problemów? Czy mogłoby być tak, że w mieście Y nie wolno patrzeć na chodniki (ot, taka regulacja prawna) a w innym na przykład czytanie książek w parku byłoby zabronione?

    Po prostu od kupy lat intryguje mnie problem własności publicznej i tego co można na niej robić.

    Trzeba jeszcze zwrócić uwagę na kontekst geograficzno-społeczny – w Polsce, i generalnie w UE mamy coraz większe ciągoty do regulowania i zabraniania wszystkiego tego co można robić w miejscu publiczny, jak choćby zakaz palenia na ulicy, przystankach, itd. Coś takiego jak zakaz spożywania alkoholu w miejscu publicznym u nas jest czymś oczywistym, a na przykład w Czechach czy Niemczech wygląda to zupełnie inaczej.

  2. polakduzy

    Po prostu trzeba zauważyć, że w tej chwili nie ma de facto własności publicznej – państwo (czyli urzędasy) uważają się za jej wyłącznego właściciela. Stąd wszelkie pomysły zabraniania tego i tamtego – przecież na „swoim” rządzą!
    Zresztą tak samo w przypadku własności „prywatnej”. Wszystkie pomysły typu zakaz tego albo nakaz owego to nic innego jak deklaracja „Morda w kubeł ‚właścicielu’, ja teraz mówię, ja Urzędas Wielki, który władcą jest ciebie i twojej ‚własności’, więc się słuchaj albo ci to wszystko zabiorę”.

    Wszystko to IMHO dlatego, że ludzie się boją odpowiedzialności za swoje czyny. Cedują ją więc na Państwo – ono chętnie bierze, bo z każdym kawałkiem odpowiedzialności idzie odpowiedni kawałek władzy. Efekt jest jaki widać…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *