Ekonomia i wolny rynek

Filip Paszko “Czym jest inflacja?”

Badania mówią, że 30% Polaków nie wie, czym jest inflacja. Możemy więc zakładać, że 70% Polaków to wie. Gdyby jednak spróbować ich o to spytać… Zaczynają się schody. Cóż bowiem jest inflacja? Powszechnie uważa się, że jest to wzrost cen. Wszystkim, którzy tak uważają, gratuluję. Należycie do 30% Polaków (przynajmniej teoretycznie – głowę dam, że jest was ponad 80%). Inflacja NIE JEST wzrostem cen. Wzrost cen jest tylko SKUTKIEM. Inflacja bowiem jest wzrostem podaży pieniądza, czyli – mówiąc wprost – dodrukiem bilonu. Ważne jest, by dodać w tym momencie, że dodruk ten jest niezależny od wzrostu produkcji, czy konsumpcji. Jest to po prostu nienaturalny dodruk pieniądza. Mógłbym dodać, że pieniądza bez pokrycia, ale obecnie pieniądze i tak nie mają żadnego pokrycia i są coś warte tylko na słowo honoru. To znaczy – owszem, 10 złotych jest warte tyle, ile za nie jesteśmy w stanie kupić. Dlaczego jednak powszechnie używa się tego pieniądza? Nie ma on pokrycia w złocie, ani srebrze. Używa się go, ponieważ tak chce rząd. Ale to tak w formie dygresji, nie będę się wgłębiał w historię pieniądza, ani standardu złota, jak ktoś chce, to może zajrzeć tutaj, albo tutaj. Gdy tych kilka faktów stanie się jesne, dochodzimy do wniosku, że inflacja nie tyle powoduje wzrost cen, co raczej osłabia siłę nabywczą pieniądza.

By dobrze to zobrazować, przyjmijmy, że walutą jest moneta o wartości 1/700 uncji złota (czyli stopiona z 1/700 uncji). (Będzie to ok. 3 złotych, o ile się nie mylę). Możemy za nie kupić 2 kilogramy ziemniaków. Gdy jednak rząd zdecyduje się dobić troszkę monet bez pokrycia (ew. z mniejszym stężeniem złota), nagle okaże się, że jedna moneta nie starcza już na 2 kilo ziemniaków. Pejoratywnie możemy powiedzieć, że ich cena wzrosła i teraz możemy za jedną monetę kupić 1 kilogram. [Jak widać, rząd postanowił wybić monety, nie używając złota, a innych stopów. Okazuje się, że by kupić 2 kilo ziemniaków, musimy wydać 2 monety.] Nie oznacza to jednak, że ziemniaki zdrożały. 2 kilogramy ziemniaków dalej są warte 1/700 uncji złota – ale mniej warte są monety. Teraz to dwie monety mają wagę 1/700 uncji. Spadła ich siła nabywcza. TO JEST INFLACJA drodzy czytelnicy.

Wszystko to piszę dlatego, że ostatnio coraz więcej słyszy się o rosnącej presji inflacyjnej. Na jakimś portalu przeczytałem nawet, że wzrost płac doprowadzi do inflacji. I to mówią ekonomiści. Przypomnijmy więc, że nflacja to dodruk pieniądza (i starczy; takie uproszczenie jest w sam raz na ten wywód). Pytanie kluczowe, jakie można postawić: w jaki sposób wzrost płac powoduje inflację? Nijak nie powoduje. Ale to nie zmienia faktu, że powszechnie używa się takiego straszaka.

Wyobraźmy sobie więc taką sytuację: Pracodawca zatrudnia 10 pracowników, każdemu płacąc 10 złotych. W sumie wydaje 100 złotych na pensje dla pracowników. Produkuje coś-dziwnego-niewazne-co . Sprzedaje tego 13 sztuk po 10 złotych od każdej. Zysk ma więc na poziomie 130 złotych. 130-100=30 złotych. Taki jest zysk pracodawcy. (wybaczcie, że aż tak to upraszczam, ale nie chce mi się wypisywać wszystkich wydatków).
Po jakimś czasie pracownicy zaczynają domagać się podwyżki o 10%. Zarabialiby wtedy 11 złotych, a w sumie – 110. Rośnie koszt wytworzenia tego coś-dziwnego-nieważne-co, co powoduje wzrost jego ceny również o 10%. Teraz kosztuje to 11 złotych. (pytanie za sto punktów: gdzie jest ta inflacja???). Wydawać by się mogło, że zysk bedzie o 10% większy (133), a w konsekwencji pracodawca bedzie zarabiał 23 złote. Nie ma jednak co na to liczyć – wraz ze wzrostm ceny, spadnie popyt na te usługę. Załóżmy, że jedna osoba zrezygnuje z kupna. W takiej sytuacji zysk spadnie o 11 złotych: do 122 złotych. Pracownicy w sumie dostaną z tego 110, co oznacza, że pracodawca zarobi tylko 12 złotych. (Ch** wart biznes, ale zostawmy to). Nadal suma pieniędzy w obiegu się nie zmniejszyła. Ponowię więc pytanie: GDZIE JEST INFLACJA??? Nie ma? Ale jak to, przecież, jak powszechnie się uważa – wzrost cen MUSI w konsekwencji spowodować inflację.

Sytuacja analogiczna: Pracownicy zarabiają 100 złotych, domagają się 10% podwyżki. Pracodawca postanawia zwolnic jednego pracownika, a reszcie podnieść pensję o 10%. 130-99 [9 pracowników zarabia po 11 zł.] =31. Pracodawca, jak widać mógł podnieść płacę pracownikom, (GDZIE TA INFLACJA???) a przy okazji zaoszczędzić. Jeden pracownik poszedł w odstawkę. Zdarza się, nikt im nie kazał domagać się podwyżki. Pracodawca postanawia więc troszkę pooszczędzać i za zaoszczędzone pieniądze kupić maszynę, która usprawni produkcję. Teraz może on wytworzyć 15 coś-dziwnego-niewazne-co i taniej je sprzedawać: po 9 złotych. Wraz ze spadkiem ceny, wzrośnie popyt na daną usługę, w związku z czym pracodawca sprzeda wszystkie 15 rzeczy. Zyski wyniosą więc 145 zł. 99 złotych zapłaci pracownikom, a jemu do ręki pozostanie 46 złotych.
Pracownicy znowu domagają się podwyżki, widząc, że zyski firmy rosną. Pracodawca postanawia więc podnieść pensję o kolejne 10%. Pracownik zarobi więc 12,1 zł. Wszyscy pracownicy zarobią więc 108.9 złotych. 145 złotych zysku, minus 108.9 wydatków, daje 36.1 złotych dla pracodawcy. Widać, że biznes opłaca się, mimo wzrostu płac. Ponownie pytam: GDZIE TA INFLACJA???

Kolejna sytuacja per analogiam: Pracownicy żądają 10% podwyżki, przy zarobkach indywidualnych, równych 10 złotych. Pracodawca zgadza się, redukując swój zysk z 30, do 20 złotych (zakładamy, że nie podnosi ceny). Widać więc ponownie, że płace wzrosły, ale ŻADNEJ INFLACJI NA HORYZONCIE NIE MA! Co jest o tyle dziwne, że przecież – jak niektórzy próbują udowadniać – wzrost płac w konsekwencji prowadzi do inflacji.

Kończąc już ten przykład, bo nie chce mi się udowadniać, że krowa daje mlego, a nie Johnie Walkera: Warto jednak zauważyć, że:
1. wzrost ceny powoduje spadający popyt
2.
– spadający popyt prowadzi do niższej podaży
– niższy popyt to również większa akumulacja kapitału, która może być:
a) wydana w innych dziedzinach gospodarki, co powoduje wzrost cen (wyższy popyt na dany towar), wzrost produkcji (w odpowiedzi na popyt) i utworzenie nowego punktu równowagi.
b) zainwestowana we własne przedsiębiorstwo
c) pożyczona (mówię tu o REALNYCH instytucjach kredytowych, a nie o tym, co teraz nazywamy „bankiem”). Zaliczę do tego też inwestycję w akcje na giełdzie, czy inne papiery wartościowe.
3. spadający popyt w jednej gałęzi gospodarki może spowodować:
– mniejsze zyski, a w konsekwencji:
a) spadek produkcji,
b) spadek zatrudnienia,
c) nierentowność i bankructwo (likwidację).

Ktoś mi zwrócił uwagę, że niekoniecznie spadek ceny spowoduje wzrost popytu, a jej wzrost – spadek popytu. Owszem, jednak taki model zastosowałem dla uproszczenia. Jednak nijak ma się to do inflacji. Można też stwierdzić, że pracodawca postanowi zaoszczędzić nie po to, by unowocześnić firmę, a po to, by wydac to na bierzącą konsumpcję. Może? Może – ale dalej inflacji ani widu, ani słychu. Jednen znajomy, socjalista do potęgi – w mojej skali – zwrócił mi uwagę, że występuje coś takiego, jak efekt snoba, więc cały mój wywód nadaje się na papier do… łazienki. Wyjaśnijmy więc, że efekt snoba jest na tyle subiektywny, że ciężko odnosić go do ZASADY. Mało tego – nie odnosi się on do wzrostu ceny, a do WYSOKIEJ ceny. Ujmując to prościej: człowiek nie zacznie kupować 2 razy więcej 2 razy droższych ziemniaków, żeby pokazać, jaki to on jest snob. Człowiek woli kupić butelkę Porto z 1900 roku, albo garnitur Armaniego za 8 tys. euro. Wtedy może mówić o sobie snob.

Filip Paszko

8 listopad 2007 r.

***

Tekst został wcześniej opublikowany na blogu Ostry, k…a, jak brzytwa

Autor artykułu prowadzi bloga Ostry, k…a, jak brzytwa