„powinniśmy być ustawicznie czujni wobec prób powstrzymania ekspresji opinii, do których czujemy wstręt i które uważamy za zabójcze, chyba, że w tak bezpośredni sposób grożą one natychmiastową kolizją z legalnymi i naglącymi celami, którym służy prawo, że ich natychmiastowe powstrzymanie jest wymogiem ocalenia kraju” (z votum separatum sędziego Sądu Najwyższego USA Olivera Wendella Holmesa w sprawie Abrams przeciwko Stanom Zjednoczonym, 250 U.S. 616, 1919 r.)
Jak pod koniec stycznia 2001 r. poinformowała prasa, Sąd Rejonowy w Szczecinie skazał na karę dwóch lat więzienia niejakiego Arkadiusza S. Nie byłby w tej informacji nic szczególnie godnego uwagi – ostatecznie rzecz biorąc, kary w wymiarze dwóch lat kryminału, albo i wyższe, dostaje codziennie bardzo wielu ludzi, gdyby nie to, za jakie przestępstwo skazany został Arkadiusz S. Arkadiusz S. oraz czterej jego kumple skazani bowiem zostali za publiczne propagowanie faszyzmu. Ich przestępstwo polegało na tym, że 20 kwietnia 1997 r. (w rocznicę urodzin Hitlera) w grupie około 20 – 30 młodych ludzi przemaszerowali przez centrum Szczecina, wznosząc przy tym okrzyki „Sieg heil” „Żydzi do gazu” „SS Rudolf Hess” i unosząc ręce w gestach faszystowskich.
Zapewne, bardzo wielu ludzi przyjęło ten wyrok z aprobatą. Jak można tolerować propagowanie ideologii, w imię której wymordowano miliony ludzi? Jak w uzasadnieniu wyroku Sądu Rejonowego w Szczecinie stwierdził sędzia Paweł Marycz „na szczęście w naszym kraju nie trzeba przypominać, czym jest faszyzm, wciąż jeszcze stoi obóz Auschwitz. To, co może się odrodzić, jest straszne. Dlatego szkodliwość społeczna tych czynów jest bardzo wysoka”.
Nie mam, bynajmniej, żadnej sympatii dla Arkadiusza S. i jego kompanów, którzy, sądząc po prasowych opisach, są wyjątkowo odrażającymi ludźmi. Jednak, pozwolę sobie być na tyle bezczelnym, że zadam proste pytanie: a co z wolnością słowa? Co z wolnością publicznych demonstracji i zgromadzeń? Czy publiczne wyrażanie poparcia dla jednej z najbardziej złowieszczych ideologii, jakie są w ogóle znane, powinno być czymś, co mieści się w granicach dopuszczalnej swobody ekspresji, czy też są pewne poglądy, za których publiczne wygłoszenie powinno się siedzieć w więzieniu? Sprawa Arkadiusza S. nie jest bynajmniej pierwszą sprawą w Polsce, która prowokuje do postawienia takiego pytania. W 2000 roku za rozpowszechnianie w Oświęcimiu antyżydowskich i antyniemieckich ulotek skazany został znany działacz polityczny Kazimierz Świtoń. Również w tym samym roku za napisanie kilku obraźliwych zdań o Żydach na przeznaczonej do korespondencji stronie internetowej “Radia Szalom” skazany został na 10 miesięcy więzienia w zawieszeniu na 2 lata były student Uniwersytetu Świętokrzyskiego Krzysztof S. W nieco dawniejszych czasach (tzn. ładne kilka lat temu) mieliśmy głośny proces przywódcy skrajnie nacjonalistycznej Polskiej Wspólnoty Narodowej, Bolesława Tejkowskiego, oskarżonego o publiczne lżenie najwyższych organów państwa, papieża, episkopatu, Żydów i o nawoływanie do waśni na tle różnic narodowych. Nie tak dawno warszawska prokuratura oskarżyła Leszka Bubla o „publiczne nawoływanie do nienawiści na tle różnic narodowych” oraz „publiczne znieważenie grupy ludności z powodu przynależności narodowej” w oparciu o zawarte w wydanej przez niego broszurze „Strach być Polakiem” stwierdzenia, że „Żydzi w 1000 letniej historii Polski udowodnili swoim postępowaniem, że są elementem pasożytniczym i rozkładowym” oraz, że „Naród i Państwo Polskie są dla Żyda czym ciało człowieka dla wszy i pluskwy”.
Sprawy te skłaniają do zastanowienia się, jak demokratyczne, szanujące wolności obywatelskie – a więc także wolność słowa, prasy, zgromadzeń i zrzeszania się – państwo powinno reagować na publiczne wypowiedzi, w których głosi się nienawiść lub pogardę dla innych narodów, grup rasowych, etnicznych czy religijnych lub w których daje się wyraz sympatii dla zbrodniczych ideologii – takich, jak nazizm i stalinowski komunizm? Czy tego rodzaju wypowiedzi powinny – w imię wolności słowa – być prawnie dopuszczalne, czy też może – w imię ładu, porządku, bezpieczeństwa, ochrony uczuć, godności i wrażliwości innych, nie mówiąc już o po prostu elementarnej przyzwoitości – autorzy takich wypowiedzi powinni trafiać za kratki?
I
Nie ma, jak dla mnie – i jak myślę nie ma również dla żadnego uczciwego i mającego jaki taki rozum i wrażliwość moralną człowieka – żadnej wątpliwości co do tego, że propagowanie ideologii, w imię których wymordowano miliony ludzi – podobnie jak lżenie ludzi z powodu ich narodowości, rasy czy wyznania jest czymś zasługującym na stanowcze i bezwzględne potępienie.
Jednak jedną z najbardziej podstawowych zasad, na jakich winno opierać się prawo w szanującym wolność jednostki społeczeństwie, jest zasada, iż moralna dezaprobata dla takich czy innych zachowań poszczególnych ludzi nie może być – sama w sobie – uważana za dostateczną podstawę do tego, by zachowania takie stały się przedmiotem represji ze strony organów państwa. Owo rozdzielenie tych dwóch różnych kwestii – moralnego potępienia i postulatu represji – nigdzie chyba nie ma tak istotnego znaczenia, jak w przypadku wolności słowa. Jeśli wolność słowa miałaby obejmować takie tylko wypowiedzi, które nikogo nie oburzają i nie ranią, to „wolność” taka musiałaby sprowadzać się do „wolności” wygłaszania banałów, którymi nikt wprawdzie nie czuje się dotknięty czy znieważony, ale które mało też kogo byłyby w stanie zainteresować. Samą istotą wolności słowa jest możliwość bezkarnego wygłaszania poglądów uważanych przez innych za obraźliwe, niemoralne, czy po prostu głupie. Jak w opinii Sądu Najwyższego USA uznającej, że zakaz publicznego palenia flagi narodowej jako formy politycznego protestu jest sprzeczny z I Poprawką do Konstytucji („Kongres nie może stanowić ustaw wprowadzających religię albo zabraniających swobodnego wykonywania praktyk religijnych; ani ustaw ograniczających wolność słowa lub prasy, albo naruszających prawo do spokojnego odbywania zebrań i wnoszenia do rządu petycji o naprawienie krzywd”) stwierdził zmarły w 1997 r. sędzia William Brennan „jeżeli jakaś zasada stanowi istotę I Poprawki (a więc istotę zasady wolności wypowiedzi), to jest nią zasada, ze rządowi nie wolno zakazać wyrażania jakiegoś poglądu tylko dlatego, ze społeczeństwo uznaje ten pogląd za obraźliwy lub niemiły”. Europejski Trybunał Praw Człowieka w Strasburgu wielokrotnie podkreślał w swych orzeczeniach, że „swoboda ekspresji nie może ograniczać się do takich informacji i poglądów, które są odbierane przychylnie albo postrzegane jako nieszkodliwe lub obojętne, ale odnosi się w równym stopniu do takich, które obrażają, oburzają lub wprowadzają niepokój. Takie są bowiem wymagania pluralizmu i tolerancji, bez których demokracja nie może istnieć”. (1) Kraj, w którym władze zakazują pewnych wypowiedzi tylko dlatego, że wyrażane przez nie idee są potępiane przez większość społeczeństwa nie jest demokracją, lecz co najwyżej dyktaturą istniejącej w tym kraju większości.
Lecz z drugiej jednak strony, nawet najbardziej zagorzały obrońca wolności słowa nie twierdzi chyba, że wolność wypowiedzi powinna być czymś – w literalnym sensie tego słowa – absolutnym. Jeśli ktoś twierdzi inaczej – niech zastanowi się choćby nad przepisami dotyczącymi takich przestępstw, jak np. szantaż, oszustwo, składanie fałszywych zeznań w sądzie, fałszywe powiadomienie policji o popełnieniu przestępstwa, wywołanie fałszywego alarmu bombowego itp. W istocie rzeczy, przepisy te zabraniają, jakby nie było, pewnych wypowiedzi – tylko czy ktokolwiek uważa je za niedopuszczalne ograniczenie wolności słowa?
Podobnie, sądzę, że bardzo trudno byłoby znaleźć kogokolwiek, kto nie zgodziłby się ze słynnym stwierdzeniem sędziego Sądu Najwyższego USA Olivera Wendella Holmesa, że „nawet najściślejsza ochrona wolności słowa nie chroni kogoś, kto w teatrze fałszywie krzyczy „pożar!” i wywołuje panikę”. (2)
Jak więc widać, nawet najwięksi liberałowie muszą uznać, że wolność słowa ma pewne granice i w pewnych przypadkach czyjaś wypowiedź może być powodem do pociągnięcia go do odpowiedzialności cywilnej, a nawet karnej.
Gdzie jednak – zwłaszcza w interesującym nas szczególnie w tym przypadku kontekście propagowania ekstremistycznych ideologii, powinna przebiegać granica między tym, co powinno być jeszcze tolerowane przez prawo, a tym, co może być zakazane i podlegać karze? Czy jakieś wypowiedzi mogą np. stwarzać takie zagrożenie dla bezpieczeństwa innych ludzi lub ich mienia, że nawet w najbardziej szanującym wolność ekspresji systemie prawnym powinny one znajdować się poza granicami tolerancji? Gdzie w takim przypadku należałoby postawić tamę?
Przy próbie rozwiązania tego problemu warto, jak sądzę, również odwołać się do rozwiązań i doświadczeń amerykańskich. Podstawowe znaczenie ma pod tym względem stanowisko przyjęte przez Sąd Najwyższy USA w rozpatrzonej w roku 1969 sprawie Brandenburg przeciwko Ohio. (3) Sprawa ta tyczyła się skazania lidera Ku Klux Klanu w stanie Ohio, który otrzymał karę w wymiarze od roku do 10 lat więzienia za wygłoszenie, na zlocie członków tejże organizacji mowy, w której domagał się odesłania Murzynów do Afryki a Żydów do Izraela i zagroził rządowi zemstą „jeśli biała, kaukaska rasa będzie nadal uciskana”. Sąd stanowy zastosował wobec niego „ustawę o kryminalnym syndykalizmie”, przewidującą kary dla kogoś, kto „głosi lub naucza o obowiązku, konieczności lub właściwości przemocy, przestępstwa, sabotażu lub bezprawnych metod terroryzmu jako metody doprowadzenia do zmian politycznych lub przemysłowych”. Według tego prawa, wygłoszenie np. poglądu, że rząd powinien zostać obalony na drodze rewolucji – bez względu na to, czy w danej sytuacji jego wyrażenie mogło osiągnąć jakikolwiek skutek w postaci aktów przemocy – było przestępstwem.
Sąd Najwyższy USA jednogłośnie uznał, ze ustawa stanu Ohio jest niezgodna z I Poprawką do Konstytucji. Amerykańscy sędziowie stwierdzili wówczas, że „konstytucyjne gwarancje wolności słowa i prasy nie pozwalają państwu na zakazanie nawoływania do użycia siły lub do złamania prawa, chyba, że nawoływanie takie ma na celu podburzenie lub wywołanie natychmiastowych bezprawnych czynów i jest prawdopodobne, ze podburzy lub wywoła takie czyny”. Warto dodać, że dwóch sędziów poszło w swej opinii jeszcze dalej: ich zdaniem, wzywająca do przemocy wypowiedz może podlegać sankcjom prawnym tylko wówczas, gdy jest nierozerwalnie powiązana z bezprawnym zachowaniem (np., jeżeli w wyniku fałszywego okrzyku „pożar!” w zatłoczonym teatrze dochodzi do zadeptania niektórych widzów).
Jasne jest jednak, że inkryminowane wypowiedzi oskarżonych w sprawie, w której skazany został Arkadiusz S. i jego ogoleni na łyso kumple, a także inne, wspomniane powyżej wypowiedzi, w żadnym wypadku nie spełniały warunków, które by w świetle przytoczonego powyżej tzw. „testu Brandenburga” pozwalały na ich kryminalizację. Co innego byłoby wówczas, gdyby oskarżeni podburzyli swoich zwolenników do bicia ludzi albo niszczenia mienia. Czegoś takiego najbardziej nawet tolerancyjne prawo nie może dopuszczać – podobnie, jak nie może dopuszczać wywoływania natychmiastowej paniki poprzez wznoszenie fałszywego alarmu w zatłoczonym kinie czy teatrze. W żadnym razie nie można jednak powiedzieć, by wznoszone przez skazanych w szczecińskiej sprawie okrzyki „Sieg Heil!”, „SS Rudolf Hess” czy „Żydzi do gazu” stanowiły stwarzające „bezpośrednie i wyraźne zagrożenie” podburzanie do aktów przemocy.
Rzecz jasna, mógłby ktoś zapewne powiedzieć, że takie wypowiedzi nie stwarzają, być może „bezpośredniego i wyraźnego niebezpieczeństwa” spowodowania rozruchów czy pogromu, ale, jak przecież doskonale wiadomo, od takich wypowiedzi i haseł wszystko się zaczyna. Zwolennicy karalności wypowiedzi tego rodzaju, co faszystowskie okrzyki Arkadiusza S, czy antysemickie wynurzenia Świtonia, Bubla czy Tejkowskiego mogą się także powołać (i faktycznie powołują się) na to, że w krajach europejskich – a szczególnie tych doświadczonych bezpośrednio przez faszyzm, „hate speech” (z angielskiego – „mowa nienawistna”) jest karalna, bez względu na to, czy w konkretnym przypadku „mowa” taka stanowi stwarzające bezpośrednie i wyraźne zagrożenie dla bezpieczeństwa innych ludzi podburzanie do przemocy lub innych bezprawnych zachowań. Takie prawa istnieją też, jak wiadomo, w Polsce. Artykuł 256 Kodeksu Karnego, z którego skazani zostali oskarżeni w sprawie szczecińskiej stanowi, że „Kto publicznie propaguje faszystowski lub inny totalitarny ustrój państwa albo nawołuje do nienawiści na tle różnic narodowych, etnicznych, rasowych, wyznaniowych albo ze względu na bezwyznaniowość, podlega grzywnie, karze ograniczenia wolności albo pozbawienia wolności do lat 2”. Zaś artykuł 257 przewiduje karę do 3 lat więzienia dla kogoś „Kto publicznie znieważa grupę ludności albo poszczególna osobę z powodu przynależności narodowej, etnicznej, rasowej, wyznaniowej lub z powodu bezwyznaniowości” (przepis ten przewiduje również taką samą karę dla kogoś, kto narusza z takich samych powodów nietykalność cielesną innej osoby). Dodać należy, że do listy przepisów, jakie mogą być wykorzystane przeciwko faszystowskiej propagandzie doszedł w 1999 r. art. 55 Ustawy o Instytucie Pamięci Narodowej, przewidujący karę grzywny albo pozbawienia wolności do 3 lat za „publiczne i wbrew faktom” zaprzeczanie zbrodniom nazistowskim i komunistycznym, popełnionym w Polsce od 1 IX 1939 roku do 31 XII 1989 roku. Podobne (choć nie koniecznie tak samo ujęte) przepisy istnieją w wielu (jeśli nie we wszystkich) krajach europejskich – i nie tylko. Europejska Komisja Praw Człowieka, powołując się na artykuł 17 Konwencji o Ochronie Podstawowych Praw i Wolności, stanowiący, iż konwencja nie chroni jakichkolwiek działań – zarówno władz publicznych jak i osób prywatnych, które mają na celu zniweczenie jakiegokolwiek prawa lub wolności, lub jego ograniczenie w stopniu większym, niż dopuszczony przez Konwencję, a także na art. 10 & 2 tejże konwencji, według którego wolność wypowiedzi pociąga za sobą obowiązki i odpowiedzialność i może być ograniczana, jeżeli jest to „konieczne w demokratycznym państwie” dla ochrony jego bezpieczeństwa, nienaruszalności terytorialnej, zapobiegania przestępstwom, ochrony porządku publicznego, moralności publicznej lub ochrony praw i wolności innych osób”, konsekwentnie uznawała wszelkie skargi osób skazanych za propagowanie faszyzmu, wypowiedzi o charakterze rasistowskim, czy „kłamstwo oświęcimskie” za niedopuszczalne. (4) Zwolennicy represjonowania wypowiedzi o charakterze rasistowskim mogą się także powoływać (i powołują się) na to, że zakaz tego rodzaju wypowiedzi jest nie tylko traktowany jako dopuszczalny, ale wręcz wymagany przez niektóre porozumienia międzynarodowe w dziedzinie praw człowieka. Jak np. stanowi art. 20 § 2 Międzynarodowego Paktu Praw Politycznych i Obywatelskich z 1966 r. „wszelkie propagowanie narodowej, rasowej lub religijnej nienawiści, stanowiące podżeganie do dyskryminacji, wrogości lub przemocy, powinno być zakazane przez prawo”. Jeszcze dalej idzie art. 4 a uchwalonej w 1965 r. Międzynarodowej Konwencji o Eliminacji Wszelkich Form Dyskryminacji Rasowej. Jak stwierdza ów przepis, państwa – strony konwencji „uznają za przestępstwo ( ) wszelkie rozpowszechnianie idei opartych na wyższości lub nienawiści rasowej, podżeganie do dyskryminacji rasowej, jak również wszelkie akty przemocy lub podżeganie do takich aktów przeciwko jakiejkolwiek rasie albo grupie osób innego koloru skóry lub pochodzenia etnicznego, jak również dostarczanie jakiejkolwiek pomocy dla działalności rasistowskiej, włączając w to jej finansowanie”.
Jednak z drugiej strony, oczywiste jest chyba to, że fakt tego, iż zakazy prawne skierowane przeciwko „nienawistnej mowie” mogą być podpierane zapisami w międzynarodowych dokumentach dotyczących praw człowieka, nie czyni takich ograniczeń wolności słowa czymś oczywistym i bezdyskusyjnym. Przeciwnie, mało który problem dotyczący swobody ekspresji i jej granic budzi większe spory i emocje. Samo uchwalenie wspomnianych przepisów (takich, jak art. 20 §2 MPPO i P oraz art. 4 MK o EWFDR) było przedmiotem ostrych kontrowersji na forum ONZ. I tak np. proponowany tekst art. 20 MPPO i P został przyjęty przez Trzeci Komitet Zgromadzenia Ogólnego ONZ stosunkiem głosów 52 do 19, przy 12 głosach wstrzymujących się. Szereg państw, w tym m.in. Australia, Belgia, Luxemburg, Wielka Brytania i Nowa Zelandia zgłosiło stosowne zastrzeżenia i deklaracje dotyczące tego przepisu. Istotnym przedmiotem kontrowersji w okresie debaty nad MPPO i P był zasięg proponowanego w art. 20 tegoż Paktu zakazu. Podkomitet do Spraw Zapobiegania Dyskryminacji i Ochrony Mniejszości proponował np., by tylko taka propaganda rasowej i religijnej wrogości, która stanowi podżeganie do przemocy, mogła być uważana za przestępstwo. Poprawka przewidująca, iż prawo powinno zabraniać nie tylko bezpośredniego podżegania do przemocy, ale także „podżegania” do jedynie pewnych myśli i emocji, czym w istocie jest „podżeganie do nienawiści” została zaproponowana przez jedną z najbardziej tyrańskich dyktatur świata – maoistowskie Chiny. Warto również pamiętać, że państwem w sposób szczególny dążącym na forum ONZ do uchwalenia jak najszerzej ujętego zakazu „szerzenia nienawiści” był – oczywiście – Związek Radziecki. Sformułowanie, które zostało ostatecznie przyjęte jako tekst art. 20 MPPO i P stosunkiem głosów 43 do 21 przy 19 wstrzymujących się zostało zaproponowane przez 16 państw – Brazylię, Kambodżę, Kongo, Ghanę, Gwinneę, Indonezję, Irak, Liban, Maroko, Filipiny, Polskę, Arabię Saudyjską, Tajlandię, Zjednoczoną Republikę Arabską (czyli rządzony wówczas przez głoszącego panarabskie hasła wspieranego przez sowietów dyktatora Nassera Egipt) i Jugosławię. Sam §2 art. 20 MPPO i P przyjęty został stosunkiem głosów 50 do 18. przy 15 wstrzymujących się.
Nietrudno tu chyba zauważyć co najmniej dwie rzeczy. Po pierwsze, jak można wywnioskować z listy państw, które na forum ONZ dążyły do uchwalenia szeroko ujętego zakazu propagandy wojennej i „propagandy nienawiści”, krajami, które dążyły do uchwalenia przepisu sformułowanego w taki sposób, jak ostatecznie ujęty został art. 20 MPPO i P, były w pierwszym rzędzie mniej lub bardziej okrutne dyktatury i państwa o ustrojach totalitarnych. Po drugie, jak wynika choćby ze stosunku głosów za i przeciw ostatecznemu sformułowaniu, jakie przyjął art. 20 MPPO i P, społeczność międzynarodowa była co najmniej daleka od jednomyślności w kwestii tego, czy zakazy „propagandy wojennej” i „propagandy nienawiści” powinny zostać ujęte jako przepisy prawa międzynarodowego. (5)
Rzecz jasna, uchwalenie przepisów takich, jak art. 20 MPPO i P oraz art. 4 MKoEWFDR nie uczyniło bynajmniej zakazu „propagowania nienawiści” czymś oczywiście słusznym i nie podlegającym dyskusji. W krajach takich, jak np. Wielka Brytania czy Kanada, mimo że prawo tych krajów przewiduje kary za „mowę nienawistną” pogląd, że rasistowskie wypowiedzi powinny być zakazane i ścigane przez prawo, nigdy nie został jednomyślnie i powszechnie przyjęty i zaakceptowany. Przeciwko tego rodzaju ograniczeniom wolności słowa wypowiadają się cieszące się wielkim poważaniem organizacje zajmujące się obroną praw człowieka – zarówno działające w poszczególnych krajach – jak choćby jedna z najstarszych i najważniejszych organizacji obrony praw i swobód obywatelskich w Stanach Zjednoczonych, Amerykańska Unia Wolności Obywatelskich (American Civil Liberties Union – dalej w skrócie ACLU), czy działające w Kanadzie Kanadyjskie Stowarzyszenie Wolności Obywatelskich (Canadian Civil Liberties Assotiation) i Stowarzyszenie na rzecz Wolności Obywatelskich w Kolumbii Brytyjskiej (British Columbia Civil Liberties Assotiation), jak również szczeblu międzynarodowym – jak Humane Rights Watch, czy zajmująca się ochroną wolności słowa w skali międzynarodowej organizacja Artykuł 19 – Międzynarodowe Centrum Przeciwko Cenzurze (6). Warto też przy okazji wspomnieć, iż jeśli argumentem za ściganiem „mowy nienawiści” miałoby być np. to, że wypowiedzi o charakterze rasistowskim są karalne w zdecydowanej większości demokratycznych państw świata, to należy pamiętać, że w większości krajów przepisy przeciwko „mowie nienawistnej” w praktyce stosowane są bardzo rzadko, a wymierzane kary zazwyczaj są niewysokie (choć są kraje, gdzie takie wypowiedzi bywają traktowane bardzo surowo – jak choćby Niemcy).
Podobnie dzieje się też w Polsce. Jakkolwiek miały u nas (jak już wspomniałem) miejsce procesy o np. wypowiedzi antysemickie, to nietrudno zauważyć, że tego rodzaju sprawy są czymś sporadycznym, a przepisy zakazujące „nawoływania do nienawiści” czy „znieważania grupy ludności lub poszczególnej osoby z powodu przynależności narodowej, etnicznej…” itp. wykorzystywane są przez prokuraturę równie „chętnie”, jak chętnie wykorzystywany był swego czasu przepis poprzedniego kodeksu karnego, zakazujący produkcji i rozpowszechniania pornografii, zaś książki i czasopisma, które zupełnie jawnie propagują np. poglądy antysemickie, można bez trudu nabyć w kioskach, ulicznych stoiskach i księgarniach.
Co jakiś czas podnoszą się jednak głosy wzywające organy ścigania do zdecydowanego egzekwowania istniejącego prawa i represjonowania wypowiedzi i publikacji głoszących np. poglądy antysemickie. I tak, jakiś czas temu, do konsekwentnego ścigania „nienawistnej mowy” wzywali niektórzy członkowie zrzeszającego wielu wpływowych przedstawicieli uczulonej na punkcie antysemityzmu, ksenofobii i nietolerancji inteligencji stowarzyszenia Rzeczpospolita Otwarta. Do represji wobec autorów tego rodzaju wypowiedzi stale nawołują osoby ze środowiska skupionego wokół pisma „Nigdy Więcej”. (7)
Jakie jednak argumenty podnoszone są przez zwolenników represji wobec „szerzenia nienawiści”? Z pewnością trudno odnosić się tu do wszystkich, jakie w dyskusji na ten temat niekiedy się pojawiają, pewnymi jednak niewątpliwie trzeba się zająć
II
„Nienawistna mowa (hate speech) prowadzi do czynów – to najważniejszy argument za jej ściganiem” – napisała jakiś czas temu publicystka „Gazety Wyborczej” Ewa Siedlecka w opublikowanym na łamach tego dziennika artykule „Czy ścigać za słowa?” (8) Nikt nie ma chyba wątpliwości co do tego, że czynom takim, jak choćby akty przemocy motywowanej nienawiścią rasową, religijną itd. państwo, na ile tylko może, powinno zapobiegać.
Czy jednak argument, że „mowa prowadzi do czynów” jest odpowiednim powodem do tego, by „mowę” taką uznać za przestępstwo? Wypowiadane, drukowane lub publikowane w inny sposób słowa, symbole i obrazy to nie kule karabinowe, które mogą kogoś bezpośrednio zabić. Poza rzadkimi i marginalnymi w gruncie rzeczy przypadkami – takimi, jak np. hipotetyczny przypadek człowieka, który pod wpływem szokującej dla niego informacji doznaje zawału serca i umiera, słowa nie są w stanie wyrządzić komuś w sposób całkiem bezpośredni fizycznej krzywdy. Lecz z drugiej strony, nie jest tak, by słowa i czyny nie miały ze sobą żadnego związku. Stopień i charakter tego związku może być jednak bardzo różny. Czasami, jak w przytoczonych wcześniej przykładach wywołującego natychmiastową panikę i wzajemne tratowanie się uciekających ludzi fałszywego okrzyku „pożar!” w teatrze, czy podburzania rozwścieczonego i mającego poczucie bezkarności tłumu do dokonania linczu lub pogromu związek ten jest ścisły i bezpośredni. Czasem owo powiązanie słów i czynów może być o wiele bardziej odległe, rozmyte i dalekie od oczywistości – lecz w dalszym ciągu może w jakiś sposób istnieć.
Zachodzi zatem pytanie, w jakich przypadkach uzasadnione jest zakazywanie wypowiedzi z tego powodu, że mogą one prowadzić do wyrządzających krzywdę innym ludziom czynów? Jak ścisły musi być związek przyczynowo – skutkowy między słowami a przemocą – lub innym wyrządzającym szkodę zachowaniem, by ściganie za słowa było uzasadnione? Czy – wspomnianym tu wzorem stanowiska przyjętego w USA spod ochrony wolności ekspresji wyłączone powinny być tylko takie wypowiedzi, w których przypadku istnieje bezpośredni związek przyczynowo – skutkowy między słowami, a przestępczym zachowaniem (lub przynajmniej bezpośrednim i wyraźnym niebezpieczeństwem takiego zachowania), czy też może – jak ma to miejsce w prawodawstwie krajów europejskich, żaden wymóg „bezpośredniego i wyraźnego zagrożenia” nie powinien być uznawany za konieczny warunek ścigania „nienawistnej mowy” jako przestępstwa? Gdyby obowiązujące w polskim prawie przepisy dotyczące „mowy nienawistnej” zakazywały takich wyłącznie wypowiedzi, które, w danych okolicznościach, w sposób intencjonalny stwarzają bezpośrednie i wyraźne niebezpieczeństwo wywołania przemocy, przypisy te nie byłyby dla mnie czymś szczególnie problematycznym. Nie trudno jednak zauważyć, że przepisy te mają się do kryterium „bezpośredniego i wyraźnego zagrożenia” mniej więcej tak, jak piernik do wiatraka. Do skazania kogoś za np. „publiczne nawoływanie do nienawiści na tle różnic narodowych, etnicznych, rasowych..” etc. (art. 256 k.k.), czymś zupełnie wystarczającym jest uznanie przez sąd, że usiłował on pobudzać u swoich potencjalnych odbiorców jakieś wrogie emocje względem członków takiej czy innej grupy (a nawet pojedynczej osoby), odznaczającej się cechami wymienionymi w przepisie (rasa, narodowość, itd.). To, czy inkryminowana wypowiedź rzeczywiście wywołała u kogoś uczucie nienawiści – a tym bardziej, czy możliwe jest wykazanie jakiegokolwiek określonego związku między taką wypowiedzią a przestępczym zachowaniem (lub choćby tylko groźbą takiego zachowania) nie ma żadnego znaczenia, jeśli chodzi o stwierdzenie tego, czy przestępstwo „nawoływania do nienawiści” miało rzeczywiście miejsce. „Nawoływanie do nienawiści” to, poza tym, „nawoływanie” nie do określonego zachowania, lecz do jedynie pewnej emocji – która, jeśli rzeczywiście jest wywołana (co nie jest żadnym koniecznym warunkiem skazania za to przestępstwo) może niekiedy pobudzić kogoś do jakichś szkodliwych dla innych ludzi czynów. Żaden jednak warunek „bliskiego i wyraźnego” (a choćby i nawet odległego i niewyraźnego) niebezpieczeństwa spowodowania agresywnych zachowań nie jest, w przypadku przestępstwa „nawoływania do nienawiści” warunkiem karalności wypowiedzi. W oczywisty sposób nic wspólnego z jakimkolwiek kryterium „bezpośredniego i wyraźnego zagrożenia” nie ma też przestępstwo „publicznego znieważenia grupy ludności albo poszczególnej osoby z powodu przynależności narodowej, etnicznej, rasowej …” itd. (art. 257 k.k.). Sama obraźliwość wypowiedzi odnoszącej się do jakiejś grupy narodowej, etnicznej, itd. lub określonej osoby z powodu przynależności do takiej grupy jest w tym przypadku wystarczającym powodem do uznania jej za przestępstwo. Dokładnie też jak piernik do wiatraka ma się do kryterium „bezpośredniego i wyraźnego zagrożenia” przestępstwo „publicznego propagowania faszystowskiego lub innego totalitarnego ustroju państwa” (art. 256 k.k.). Przestępstwem jest tu sama próba przekonywania innych do pewnych idei – kwestia tego, czy próba taka się powiodła, i czy cokolwiek z niej wynikło, jest bez znaczenia. To samo tyczy się tzw. przestępstwa „kłamstwa oświęcimskiego” (art. 55 Ustawy o Instytucie Pamięci Narodowej). Sam fakt publicznego zaprzeczania zbrodni nazistowskiej lub komunistycznej, popełnionej na Polakach w okresie od 1 IX 1939 do 31 XII 1989 może być wystarczającym powodem do zamknięcia człowieka na trzy lata w więzieniu.
Czy jednak znane z amerykańskiej doktryny prawnej związanej z I Poprawką do Konstytucji USA kryterium „bezpośredniego i wyraźnego zagrożenia” powinno stanowić sine qua non warunek kryminalizacji rasistowskich lub propagujących przemoc albo ekstremistyczne ideologie wypowiedzi? Nie od dziś i nie od wczoraj wiemy doskonale, jakie demony społeczne jest w stanie rozpętać rasizm. Czy nie jest to dobry powód do tego, by wszelkie próby propagowania rasistowskiej ideologii były tępione z całą surowością prawa – nawet, jeśli nie grożą one w sposób bezpośredni spowodowaniem bezprawnych czynów? To prawda, że związek przyczynowo – skutkowy między rasistowską propagandą a rasistowską przemocą jest zazwyczaj bardzo trudny do udowodnienia. Lecz, jak wspomniałem to, że jakieś wypowiedzi nie prowadzą w sposób bezpośredni i natychmiastowy do określonych zachowań nie oznacza tego, że wypowiedzi takie nie mogą mieć jakichś bardziej pośrednich konsekwencji. Weźmy tu jako ilustrację przykład z historii Polski – zamordowanie prezydenta Narutowicza przez Eligiusza Niewiadomskiego w grudniu 1922 r. Wydarzenie to, jak dobrze wiadomo, miało miejsce w czasie rozpętanej przez ówczesną polityczną prawicę gwałtownej kampanii przeciwko nowo wybranemu prezydentowi. I choć jest, oczywiście, prawdą, że nie da się wykazać określonego związku przyczynowo – skutkowego między jakąś konkretną wypowiedzią, a czynem, którego dokonał Niewiadomski, to z drugiej strony, nie jest czymś nierozsądnym przypuszczenie, że wytworzona przez nienawistną kampanię atmosfera przyczyniała się w jakimś stopniu do tego, że człowiek ten sięgnął po broń. W toczonej na łamach prasy dyskusji na temat antyżydowskiego pogromu w Jedwabnem wielokrotnie pojawiały się wzmianki o zaciekłej, antysemickiej propagandzie, jaką przedwojenni narodowcy uprawiali wcześniej na terenie, gdzie doszło do tej, i kilku podobnych zbrodni. Oczywiście, antysemickie wypowiedzi przedwojennych endeków nie były bezpośrednią przyczyną tego, co stało się w Jedwabnem w lipcu 1941 r. – ale czy nie przyczyniły się one – w jakiejś mierze – do stworzenia jakiegoś psychologicznego podłoża, dzięki któremu popełnienie tej straszliwej zbrodni stało się możliwe? Na takie właśnie przykłady powołują się często zwolennicy prawnych restrykcji wobec „hate speech”. Jak swego czasu pisał jeden z nich „zakaz znieważania z powodu przynależności rasowej wziął się nie z przeczulenia, lecz z wiekowych doświadczeń z ludobójstwem, które nim sięgnie do gwałtów i pogromów psychologicznie, propagandowo przygotowuje grunt, czyniąc z wybranych przez rasizm grup i jednostek czynnik podejrzany, odrażający fizycznie i moralnie”. (9) Nieco podobną argumentację na rzecz karalności rasistowskiej propagandy znaleźć można także w opinii kanadyjskiego Sądu Najwyższego w sprawie Jej Wysokość Królowa przeciwko Jamesowi Keegstrze (dalej R. v Keegstra) (1990) w której to Sąd Najwyższy Kanady, stosunkiem głosów 4 do 3 uznał, iż art. 319 (2) Kodeksu Karnego Kanady, przewidujący karę do 2 lat więzienia dla kogoś, „kto świadomie promuje nienawiść do określonej grupy” (określonej jako grupa ludności mająca wspólną rasę, pochodzenie narodowe, etniczne lub wyznanie) nie narusza kanadyjskiej Karty Praw i Wolności. Jak w opinii większości w tej sprawie stwierdził m.in. ówczesny prezes Sądu Najwyższego Kanady Brian Dickson, ściganie rasistowskich wypowiedzi jako przestępstwa jest uzasadnione, gdyż istnieje możliwość, że rasistowska propaganda może zyskać pewną wiarygodność „z towarzyszącym temu rezultatem w postaci dyskryminacji, a być może nawet przemocy przeciwko grupom mniejszości w kanadyjskim społeczeństwie”. (10) Zdaniem niektórych zwolenników istnienia w prawie karnym zakazów znieważania ludzi z powodu rasy, narodowości, wyznania, względnie zachęcania do nienawiści z takich powodów, celem takich zakazów jest zapobieganie już w zarodku aktom dyskryminacji i przemocy na tle nienawiści narodowościowej, rasowej, itp.
Powyższy argument to bez wątpienia strzał z ciężkiej armaty – pytanie tylko, czy aby celny? I czy argument taki może w sposób przekonujący uzasadnić ograniczenie wolności słowa?
Niewątpliwie, zgodzić się trzeba z tym, że tego rodzaju rozumowanie ma swoje przesłanki. Rasistowska przemoc i dyskryminacja byłyby, na zdrowy rozum, mało prawdopodobne bez podłoża w postaci rasistowskich postaw i przekonań. Jest też banalną prawdą, że na kształtowanie się takich przekonań ma wpływ, co dani ludzie widzą, słyszą lub z czym w inny sposób spotykają się w swoim otoczeniu. Żadne, ostatecznie rzecz biorąc, idee i przekonania nie mogłyby się kształtować bez jakiegoś udziału takich czy innych wypowiedzi. Lecz z drugiej strony, związek między wypowiedziami a przekonaniami (i – z kolei – między przekonaniami a zachowaniami) jakkolwiek bez wątpienia istnieje, jest związkiem bardzo złożonym i skomplikowanym. Wpływ, jaki takie czy inne wypowiedzi mogą mieć na swoich odbiorców może być w konkretnych, indywidualnych przypadkach bardzo różny – i nie koniecznie musi być on taki, jakiego, na zdrowy rozum, należałoby oczekiwać. „Nienawistna mowa” niekoniecznie prowadzi do nienawiści. Choć rasistowskie wypowiedzi mogą zapewne pobudzać u pewnych ludzi uczucia niechęci, wrogości, czy nawet agresji wobec grup i osób będących obiektem werbalnych ataków, te same wypowiedzi mogą pobudzać innych do walki z rasizmem. Poza tym, trudno byłoby w sposób poważny przypuszczać, że „nienawistna mowa” sama w sobie może być głównym źródłem nienawiści jako takiej. Czy ktoś stał się np. antysemitą wyłącznie pod wpływem naczytania się, np. pisemek wydawanych przez p. Leszka Bubla, lub domowym sposobem wydawanych „skinzinów?” Do jakiej, ponadto, części społeczeństwa jest w stanie tak naprawdę trafić rasistowska czy neonazistowska propaganda? We w miarę normalnie funkcjonującej demokracji i jako tako tolerancyjnym społeczeństwie polityczny ekstremizm jest czymś przemawiającym do co najwyżej jakiejś bardzo wąskiej grupy ludzi. Dzisiejsza Polska to nie są Niemcy w okresie wielkiego kryzysu. Z drugiej jednak strony, trudno byłoby również twierdzić, że ekstremistyczna propaganda nie może przynajmniej niektórym ludziom trafić do przekonania. Rzecz jasna, przekonania i emocje zrodzone czy podsycane pod wpływem takiej propagandy nie muszą, w każdym indywidualnym przypadku, wyrażać się poprzez jakieś niedopuszczalne czyny. Niemniej jednak, jest chyba czymś oczywistym, że czyny o charakterze np. antysemickim są czymś bardziej prawdopodobnym ze strony ludzi przekonanych do poglądu, że Żydzi są zdradzieccy, podli, itd., niż ze strony ludzi, którzy takich akurat poglądów nie wyznają.
III
Tylko, że jeśli wystarczającym powodem do zrobienia z pewnych wypowiedzi przestępstwa może być obawa przed tym, że wypowiedzi takie mogą mieć „zły wpływ” na niektórych osobników – i że mogą się znaleźć jacyś ludzie, którzy w następstwie zrodzonych lub podsycanych pod wpływem takich wypowiedzi przekonań lub emocji coś złego zrobią, to gdzie – zadajmy sobie pytanie – przy takim podejściu jest granica, poza którą państwo nie mogłoby się w swoich cenzorskich zapędach posunąć? Bo za przeproszeniem, w oparciu o takie rozumowanie, na jakim opiera się przedstawiany często jako uzasadnienie kryminalizacji „nienawistnej mowy” argument, że wpływ rasistowskiej propagandy może w głowach niektórych z podatnych na jej oddziaływanie osobników wytworzyć swego rodzaju mentalne podłoże, „psychologiczny grunt” do popełniania przestępstw (np. czynnych napaści, gróźb, wandalizmu, czy nawet zabójstw) przeciwko członkom będącej obiektem rasistowskich inwektyw grupy, w sposób równie – jeśli nie bardziej – przekonujący można też np. twierdzić, że wpływ głoszącej hasło świętości życia od chwili poczęcia i przedstawiającej aborcję jako zbrodnię na niewinnym dziecku propagandy tzw. „obrońców życia poczętego” może w głowach niektórych osobników wytworzyć „psychologiczny grunt” do popełniania takich zbrodni, jak np. podpalanie i wysadzanie w powietrze klinik aborcyjnych, strzelanie do wykonujących aborcję lekarzy – o mniejszych aktach przemocy i wandalizmu nie wspominając. Działalność „obrońców życia poczętego” w wielu krajach – np. USA może dostarczyć wielu przykładów na poparcie tego twierdzenia. Równie dobrze, chciałbym zauważyć, do przemocy i innych bezprawnych zachowań w jakiś sposób może przyczynić się wpływ, jaki na niektórych osobników mogą wywrzeć np. wypowiedzi propagujące idee praw zwierząt, ochrony środowiska naturalnego, wypowiedzi atakujące kapitalizm, „globalizację”, energię nuklearną, eksperymenty genetyczne, etc. – bądź co bądź, pod wrażeniem takich czy innych publikacji, filmów, przemówień itd. pewni ludzie mogą przejąć się zawartymi w takich, przykładowo, wypowiedziach ideami, i – jak wiadomo – niektórzy z nich mogą w następstwie tego dokonać motywowanych nimi bezprawnych czynów – jacyś osobnicy przejęci ideologią praw zwierząt mogą – dajmy na to – podpalić rzeźnię czy sklep z futrami; przekonania i emocje zrodzone i podsycane pod wpływem propagandy przeciwko „globalizacji”, „światowemu kapitalizmowi”, polityce gospodarczej MFW, WTO czy Banku Światowego mogą popchnąć niektórych ludzi do zdemolowania restauracji McDonald’s (głównego, jak wiadomo symbolu globalizacji i amerykańskiej dominacji w świecie) lub wszczęcia rozruchów, po których miasto będące miejscem obrad którejś ze znienawidzonych przez takich osobników instytucji (np. WTO, MFW, Banku Światowego czy G 8) będzie wyglądało jak po przejściu tornada; niektórzy z ludzi, w których umysły wpojone zostało przekonanie, że wykorzystywanie energii nuklearnej jest czymś stwarzającym śmiertelne zagrożenie dla ludzi i środowiska naturalnego mogą, jak wiadomo, np. usiłować zatrzymać transport radioaktywnych odpadów, posługując się w tym celu przemocą i sabotażem, jak miało to co najmniej dwa razy miejsce w Niemczech, zaś ludzie, których umysły rozpaliła uprawiana przez niektórych działaczy ekologicznych i część mediów propaganda przeciwko eksperymentom w dziedzinie genetyki mogą – jak np. francuski antyglobalista Jose Bove – zdewastować plantację genetycznie zmodyfikowanego zboża, podpalić prowadzące genetyczne eksperymenty laboratorium, lub posunąć się do innych aktów wandalizmu i przemocy. Do jakich zbrodni popchnęła pewnych ludzi marksistowska wizja świata wolnego od ekonomicznego wyzysku i nierówności społecznych? Przyjmując, że wpływ, jaki na niektórych osobników może wywierać rasistowska propaganda faktycznie może być czynnikiem mogącym – w jakimś stopniu – przyczyniać się do popełniania przez nich przestępstw na tle nienawiści narodowej czy rasowej, chciałbym za przeproszeniem zauważyć, że czynnikiem w taki sam – praktycznie rzecz biorąc – sposób mogącym prowadzić do przestępczych zachowań równie dobrze może być niekiedy wpływ, jaki na pewnych osobników może wywierać propaganda antyrasistowska czy antyfaszystowska – jak wiadomo, np. w krajach Europy Zachodniej nieraz miały miejsce niezwykle niekiedy brutalne napaści nafaszerowanych bez wątpienia tego rodzaju propagandą członków lewackich grup na prawdziwych, czy domniemanych tylko faszystów lub choćby tzw. „rewizjonistów holocaustu”. To nie tacy ludzie, jak, przykładowo, Robert Faurisson, czy Ernst Zundel organizowali stosujące przemoc bojówki – przeciwnie, to oni właśnie byli przedmiotem niezwykle brutalnych ataków organizowanych przez lewackie grupy. Rzecz jasna, wpływ propagandy jakichkolwiek wspomnianych powyżej idei nie musi w żaden sposób prowadzić – i w olbrzymiej większości przypadków nie prowadzi zapewne do takich zachowań, jak fizyczna przemoc wobec innych osób lub niszczenie mienia. Lecz jeśli wystarczającą przesłanką na rzecz kryminalizacji propagandy rasistowskiej miałby być argument, że propaganda taka może przyczyniać się do kształtowania postaw i przekonań mogących być podłożem zachowań tego rodzaju, co np. akty dyskryminacji lub przestępstwa na tle nienawiści rasowej – i zwiększać poprzez to prawdopodobieństwo takich zachowań (i, przyjmijmy dla dobra argumentacji, że twierdzenie to jest rzeczywiście prawdziwe), to w oparciu o praktycznie tą samą przesłankę w sposób równie przekonujący można by uzasadnić postulat kryminalizacji rozpowszechniania takich choćby poglądów, jakie dalej, przykładowo tylko, wymieniłem. Trudno bowiem wyobrazić sobie, by takiego przestępstwa, jak np. zdemolowanie kliniki aborcyjnej lub zamordowanie lekarza dokonującego aborcji mógł dokonać ktoś, w kogo umysł nie została wcześniej wpojona idea, że aborcja jest czymś odrażającym i zbrodniczym; podobnie, jak trudno przypuszczać, by do takiego aktu agresji, jak – załóżmy – podpalenie sklepu z futrami czy podłożenie bomby w laboratorium dokonującym doświadczeń na zwierzętach mógł się posunąć ktoś, kto pod wpływem takich czy innych publikacji, filmów i innych form wypowiedzi nie przejął się wcześniej losem zabijanych na futra czy wykorzystywanych w laboratoryjnych doświadczeniach zwierząt, lub że w rozruchach skierowanych przeciwko obradom MFW, WTO czy Banku Światowego mogliby wziąć udział ludzie, w których umysły nie zostało uprzednio zasiane przekonanie, że to właśnie polityka tych instytucji jest przyczyną takich czy innych klęsk i nieszczęść naszego świata. I równie mało – na zdrowy rozum – prawdopodobne byłoby popełnienie takiego przestępstwa, jak np. czynna napaść na prawdziwego, czy domniemanego faszystę lub „rewizjonistę historycznego” przez kogoś, kto – dajmy na to – nie słyszałby nigdy o okropieństwach, do jakich doprowadził nazizm – i bez wątpienia też o wiele bardziej prawdopodobne jest dokonanie takiego aktu przemocy przez kogoś, w kogo umysł wpojone zostało przekonanie (jakie propagują „antyfaszystowscy” aktywiści w rodzaju grupy „Nigdy Więcej”), że nazistowska ideologia stanowi aktualne zagrożenie dla społeczeństwa, niż przez kogoś postrzegającego taką ideologię jako jedynie polityczny folklor. Takie przestępstwa, jak rozruchy wszczynane przez przeciwników globalizacji, akty przemocy dokonywane przez skrajnych przeciwników aborcji, uczestników protestów przeciwko wykorzystywaniu energii nuklearnej czy radykalnych obrońców środowiska naturalnego i praw zwierząt są niewątpliwie jakimś rezultatem istnienia i komunikowania w społeczeństwie takich czy innych informacji, poglądów i idei. Jest to – rzecz jasna – rezultat pośredni i niekonieczny (jak doskonale wiadomo, kwestia tego, w jaki sposób takie czy inne wypowiedzi mogą wpłynąć na poszczególnych ludzi jest czymś bardzo indywidualnym i złożonym, ponadto żadne – najbardziej nawet ekstremalne przekonania nie prowadzą w sposób nieuchronny do jakichś konkretnych zachowań) ale trudno byłoby zaprzeczać temu, że bez podłoża w postaci pewnych przekonań – które, rzecz jasna, nie mogły by się kształtować, gdyby ludzie nie byli eksponowani na takie czy inne wypowiedzi – wspomniane czyny najprawdopodobniej nie miałyby miejsca. Ale czy to, że wpływ propagandy takich (przykładowo tylko wymienianych) idei może prowadzić niektórych osobników do kryminalnych zachowań jest dostatecznym powodem do tego, by ich propagowanie zakazane było pod groźbą kary? Idąc dalej, chciałbym też, za przeproszeniem, zauważyć, że jeśli powodem dostatecznie uzasadniającym cenzurowanie czy kryminalizację jakichś wypowiedzi miałoby być to, że takie wypowiedzi mogą mieć „zły wpływ” na jakichś osobników i wskutek tego przyczynić się – choćby tylko pośrednio – do przemocy czy innych bezprawnych czynów, to czymś co najmniej argumentowalnym mógłby być nawet zakaz drukowania i rozpowszechniania Biblii. Czy przypadkiem (nie zaprzeczając oczywiście temu, że przesłania zawarte w Piśmie Świętym przyniosły światu ogromną ilość dobra) znane z historii okropności – prześladowania innowierców i „heretyków”, nawracanie na chrześcijaństwo siłą, wojny religijne między różnymi odłamami chrześcijaństwa, czy wreszcie palenie czarownic nie były – w jakiejś mierze przynajmniej, rezultatem postaw i przekonań, na których ukształtowanie się Pismo Święte wywarło przemożny wpływ? Z pewnością, jak sądzę, można by w uzasadniony sposób twierdzić, że np. odnotowane w Ewangelii słowa Jezusa „Kto uwierzy i przyjmie chrzest, ten będzie zbawiony, a kto nie uwierzy, będzie potępiony” (Mk. 16, 16) dostarczały motywacji i uzasadnienia do tego, by szerzyć chrześcijaństwo wszelkimi środkami – choćby i ogniem i mieczem. Jak w swoim eseju „The Case Against Sex Censorship: A Conservative View” zauważył brytyjski autor Sean Gabb (odnosząc się w tym przypadku do twierdzenia, że pornografia przyczynia się do gwałtów i innych przestępstw na tle seksualnym) (11) „pojedynczy tekst “zmuszaj ich aby wchodzili” (Lk. 14, 23) zainspirował więcej przemocy, niż cała, ogromna masa pornografii, która wprawiła (brytyjskie) Stowarzyszenie Telewidzów i Radiosłuchaczy w paroksyzm gniewu i przerażenia”. (12) Dla ilu zbrodni dokonanych przez niebezpieczne sekty natchnienia dostarczyła np. Apokalipsa? Nie ma chyba tekstu, który sprawcy najohydniejszych przestępstw, mówiący o czynnikach, które popchnęły ich do popełnienia zbrodni, przywoływaliby równie często. To właśnie słowa Biblii przywoływano jako źródło lub uzasadnienie wielu pojedynczych i zbiorowych przestępstw – od wojen religijnych, inkwizycji, palenia czarownic i pogromów z minionych epok, po współczesne nam wykorzystywanie seksualne dzieci i rytualne mordy. (13) To samo, co można powiedzieć odnośnie Biblii w jeszcze większym – być może – stopniu można odnieść do takich dzieł, jak choćby Koran, czy Talmud. Czy wpływ treści zawartych w Koranie nie przyczynił się w żaden sposób do kształtowania się u niektórych osobników postaw i przekonań będących podłożem islamskiego terroryzmu? Czy do zamordowania byłego izraelskiego premiera Izchaka Rabina nie przyczynił się w jakiejś mierze wpływ, jaki myśli zawarte w Talmudzie i Starym Testamencie wywarły na niejakiego Igala Amira? – jego przekonania, którymi uzasadniał on dokonanie tego morderstwa były w sposób wybitnie zasadniczy ukształtowane przez wspomniane dzieła. Wobec wielu innych dzieł lub wypowiedzi również można by wystosować podobny zarzut – a jednocześnie analogiczny argument w ich obronie. Przypomnijmy sobie choćby głośną swego czasu sprawę zorganizowania przez kogoś nielegalnego obozu „Najemnik” w czasie wakacji w 1999 r.- gdzie zostały stworzone warunki zagrażające zdrowiu dzieci, nie mówiąc już np. o organizowaniu napaści na inne obozy harcerskie. Jak sądzę, jest co najmniej czymś bardzo prawdopodobnym, że na człowieka który zorganizował ten obóz istotny wpływ wywarły książki o Legii Cudzoziemskiej, survivalu, filmy o Rambo, czy Mc Gyverze lub coś w podobnym stylu. Na ukształtowanie się antycywilizacyjnych przekonań niejakiego Theodora Kaczynsky’ego – bardziej znanego jako „Unabomber”, które doprowadziły go do dokonania szeregu tragicznych w skutkach zamachów bombowych przeciwko niewinnym ludziom, wielki wpływ wywarła podobno książka „Technological Bluff” Jacques’a Ellul’a (w której to wspomniany autor wyrażał pogląd, że rozwój współczesnej techniki czyni z ludzi jej niewolników) i nowele Josepha Conrada. (14) Jeśli powodem do uznania pewnych wypowiedzi za przestępstwo miałoby być to, że wypowiedzi takie mogą przyczynić się do stworzenia „atmosfery” w której przemoc staje się bardziej prawdopodobna, to o wiele mocniejszy, niż w przypadku rasistowskiej propagandy argument za ściganiem za słowa można by wysunąć w odniesieniu do takich choćby publikacji, jak np. głośny reportaż „Gazety Wyborczej” „Łowcy skór”, w którym ujawniony został proceder handlu zwłokami, a być może nawet zabójstw, których dopuścili się niektórzy pracownicy łódzkiego pogotowia . O ile bowiem nie są mi znane żadne przesłanki, które pozwalałyby sądzić, że np. skrajnie antysemickie publikacje Leszka Bubla w jakikolwiek sposób przyczyniły się do wyrządzenia komuś krzywdy, to związek między wspomnianą publikacją „Gazety Wyborczej”, a pewnymi aktami agresji – takimi, jak choćby wspomnianym w przedrukowanym przez „Wyborczą” artykule „Gazety Lekarskiej” obrzuceniem kamieniami karetki pogotowia w Łodzi, czy pobiciem pracowników pogotowia w Warszawie wydaje mi się całkiem wyraźny.
Warto, ponadto, zauważyć, że wpływ, jaki mogą na niektórych osobników mieć takie czy inne wypowiedzi lub obrazy może być niekiedy czymś bardzo odległym od tego, czego na zdrowy rozum można by się spodziewać. Pomyślmy np. o takich – niewątpliwie budzących wyjątkową odrazę przestępstwach – jak molestowanie seksualne dzieci. Rzecz jasna, wielu ludzi jest przekonanych, że czymś podsycającym zboczone instynkty pedofilów i przyczyniającym się przez to w jakiś sposób do takich przestępstw jest pornografia – a zwłaszcza tzw. pornografia dziecięca ( w oparciu o tego rodzaju argumenty w Stanach Zjednoczonych uchwalona została w 1996 roku ustawa, przewidująca kary więzienia za produkcję, dystrybucję a nawet samo posiadanie „pornografii dziecięcej” – nawet wówczas, gdyby produkcja takich materiałów nie miała nic wspólnego z jakimkolwiek wykorzystywaniem dzieci, a cały materiał był tylko i wyłącznie produktem wyobraźni tworzącej go osoby). (15) Jednak, jak stwierdzają pewni ludzie badający problem związków pornografii z pedofilią czymś równie dobrze – a nawet bardziej niż pornografia pobudzającym seksualnie pedofilów mogą być takie materiały, które olbrzymia większość ludzi uznałaby za całkowicie niewinne – katalogi bielizny dziecięcej, reklamy telewizyjne, zdjęcia całkowicie ubranych dzieci itp. (16). Jak twierdzą pewni teoretycy, seksualne pobudzenie, jakie dany rodzaj obrazów wywołuje u pedofilów może być wręcz odwrotnie proporcjonalne do stopnia ich jawnie seksualnej natury – to właśnie sama niewinność, seksualna naiwność przedstawianego dziecka może być dla pedofila czymś najbardziej go podniecającym. (17) Czy, za przeproszeniem, produkcja i rozpowszechnianie takich materiałów powinny być zakazane na takiej podstawie, że mogą one pobudzać u niektórych osobników instynkty mogące prowadzić do odrażających, bez wątpienia, czynów? Weźmy wreszcie inny, dużo szerzej dyskutowany problem: przemoc przedstawianą w mediach, a zwłaszcza w telewizji. Wielu ludzi, jak wiadomo twierdzi, że oglądanie przez dzieci pokazywanej w telewizji przemocy jest czynnikiem pobudzającym je do agresywnych, czy nawet przestępczych zachowań. Tyle tylko, że jak wykazały pewne badania, u zaburzonych emocjonalnie dzieci, w przypadku których istniało silne przypuszczenie, iż mogą być one wybitnie skłonne do imitowania przedstawianych na telewizyjnym czy kinowym ekranie aktów agresji, oglądanie nie zawierającego żadnych scen przemocy filmu „Lessie Rescue Rangers” wywoływało bardziej agresywne reakcje, niż oglądanie zawierających olbrzymią ilość brutalnych scen kreskówek „Tom & Jerry”, „Królik Bugs” i „Woody Woodpecker”. Jeszcze ciekawszym przykładem może być pewne badanie, które wykazało trzykrotny wzrost poziomu agresji u mało wcześniej agresywnych przedszkolaków po obejrzeniu – zalecanych oczywiście jako właściwe, odpowiednie wychowawczo filmy dla dzieci – filmów „Ulica Sezamkowa” i „Mr. Robert’s Neighborhood. (18) Najbardziej chyba jednak interesujące pod tym względem jest badanie dotyczące tego, czy i w jaki sposób wprowadzenie telewizji z USA wpłynęło na statystyczny obraz przestępczości w tym kraju. I cóż się na podstawie tego badania okazało? Z dostarczonych przez FBI danych wynikało, że nie da się stwierdzić, by w efekcie wprowadzenia telewizji do USA nastąpił wzrost liczby morderstw, napaści z uszkodzeniem ciała, oraz włamań i kradzieży samochodów. Dane te wykazały jednak, że po wprowadzeniu telewizji nastąpił wzrost liczby kradzieży mienia ruchomego. Autorzy badania związali ten fakt nie z tym, że – jak niektórzy prymitywnie argumentują, telewizyjne kryminały nauczają ludzi przestępczych zachowań, lecz z uczuciami zawiści i frustracji wywoływanymi oglądaniem w telewizji niedostępnego dla wielu ludzi bogactwa i luksusu. (19) Czy, za przeproszeniem – zakładając, że wyniki tego badania są prawidłowe, i że – co więcej – wykazują one pewną ogólną tendencję (a nie tylko odosobniony przypadek) ważny, niewątpliwie cel, jakim jest zapobieganie kradzieżom mógłby usprawiedliwić wprowadzenie – dajmy na to – zakazu reklamy luksusowych towarów, lub wyświetlania filmów, których bohaterami są ludzie o wielkim, wywołującym u wielu zazdrość, majątku?
Rzecz jasna, przykłady wypowiedzi, które mogą w jakiś sposób przyczynić się do czegoś złego, na tym się bynajmniej nie kończą. Jak wiadomo, zdarza się czasem, że wpływ podanej w mediach informacji o takim czy innym przestępstwie – np. zamachu bombowym, morderstwie itp. inspiruje pewnych osobników do popełnienia podobnego przestępstwa. Fenomen tzw. „copycat crimes” jest czymś dobrze znanym. W Ameryce stwierdzone podobno zostało, że po nagłośnionych przez media walkach bokserskich następuje czasowy wzrost liczby morderstw – przy czym ofiarami tych morderstw są na ogół osoby należące do tej samej grupy rasowej, co bokser który przegrał walkę. Jak w swoim artykule „Feminist Moralism, Pornography and Censorship” (20) pisała amerykańska autorka Barbara Dority, młodzi ludzie uczestniczący w międzyrasowych walkach na ulicach amerykańskich miast zeznawali, że do popełnienia przestępstw doprowadziło ich oglądanie telewizyjnego serialu „Korzenie” – wspaniałego, wyświetlanego również w telewizji polskiej serialu o historii niewolnictwa w Ameryce. John Hinckley, który w roku 1981 dokonał zamachu na ówczesnego prezydenta USA Ronalda Reagana zeznał, iż wiedział, że musi zabić prezydenta zaraz po przeczytaniu „Buszującego w zbożu”. Impulsem dla rasistowskiej zbrodni, jakiej wraz ze swoją bandą dokonał młody, amerykański murzyn Todd Mitchel było obejrzenie antyrasistowskiego filmu „Missisipi w ogniu”. (21) Mordercze instynkty działającego swego czasu w Niemczech seryjnego zabójcy i gwałciciela kobiet, Heinricha Pommerenke rozbudziło obejrzenie filmu Cecil B. DeMille „Dziesięć przykazań” – podczas sceny tańca żydowskich kobiet wokół Złotego Cielca zrozumiał on nagle, że kobiety są prawdziwą zarazą świata, a jego powołaniem jest jej wyplenienie. Wyszedłszy z kina, w pobliskim parku zamordował swą pierwszą ofiarę…(22) Przypomnijmy sobie wreszcie sprawę największego przed 11 września 2001 r. zamachu terrorystycznego w USA, jakim było wysadzenie w kwietniu 1995 r. budynku władz federalnych w Oklahoma City. Jest rzeczą dość powszechnie znaną, że inspiracją dla sprawcy tego aktu terroru, Timoty’ego McVeigh’a była lektura „Dzienników Turnera” Williama Luthera Pierce’a (piszącego pod pseudonimem Andrew MacDonald), kultowego dzieła amerykańskich prawicowych ekstremistów. Lecz, jak w swoim artykule „What’s Left?: Hate Speech, Pornography, and Problem for Artistic Expression” (23) pisze profesor prawa na Uniwersytecie Nowojorskim Amy Adler, dziełem, którego wpływ w nie mniejszym niż „Dzienniki Turnera” stopniu natchnął Mc.Veigh’a do popełnienia największej w dziejach Ameryki (do czasu zamachu na World Trade Center) zbrodni była napisana w latach 80 przez Jamesa Coatesa dokumentalna książka „Armed and Dangerous: The Rise of Survivalist Right”. Treść tej książki, jak pisze prof. Adler, nie miała nic wspólnego z propagandą idei, jakie motywowały McVeigh’a do zbrodniczego zamachu – raczej, ewidentnym jej celem było przeciwstawienie się owym ideom. Zamiarem autora wspomnianej publikacji było uświadomienie Amerykanom tego, jakie zagrożenie stanowi rozwój ruchu prawicowej ekstremy. Jak widać na przykładzie McVeigha, zbrodnicze myśli mogą zrodzić się w czyjejś głowie nie tylko pod wpływem wypowiedzi propagujących nienawiść do określonych grup narodowych, rasowych itp, lecz również pod wpływem wypowiedzi, których celem jest zwalczanie takiej właśnie nienawiści. Ale czy jest to powód do tego, by wypowiedzi takie uznać za przestępstwo? Czy z tego powodu, że, jak wspomniałem, istnieją pewne przesłanki, by twierdzić, że telewizyjna transmisja emocjonującego pojedynku bokserskiego zwiększa nieco statystyczne prawdopodobieństwo, że ktoś zostanie pobity, czy nawet zamordowany należałoby zakazać relacjonowania walk bokserskich w mediach? Czy to, że podanie w prasie, radiu czy w telewizji informacja o popełnionej przez kogoś zbrodni może czasem zwiększyć niebezpieczeństwo tego, że jakiś kretyn, czy psychopata może dokonać jakiegoś groźnego i nieodpowiedzialnego czynu, to dostateczny powód do tego, by karać za podawanie takich informacji (albo je cenzurować)? Czy filmy tego rodzaju, co choćby wspomniane tu „Korzenie”, „Missisipi w ogniu” i „Dziesięć przykazań” lub książki w rodzaju „Buszującego w zbożu” powinny być zakazane z tego powodu, że mogą one niektórym osobnikom dostarczyć impulsu do przestępczych działań? Jeśli jakieś wypowiedzi miałyby być wyjęte z pod prawa z tego powodu, że jacyś osobnicy mogą w wyniku zrodzonych lub podsycanych przez takie wypowiedzi emocji lub przekonań coś złego zrobić, to warto zauważyć, że, jak w opublikowanej swego czasu krytyce wspomnianego tu pomysłu rozszerzenia ustawodawstwa przeciwko pornografii dziecięcej na wizerunki będące wyłącznym tworem wyobraźni ich twórców pisała przewodnicząca ACLU prof. Nadine Strossen, znane są dobrze udokumentowane sprawy, w których poszczególni osobnicy czuli się zainspirowani do popełnienia potwornych zbrodni przez cokolwiek istniejącego w literaturze – od Biblii (która, jak już wspomniałem, jest dziełem najczęściej przytaczanym przez kryminalistów i psychopatów jako źródło inspiracji lub usprawiedliwienia dla zbrodniczych czynów – od bicia żon i dzieci zaczynając, na masowych i seryjnych morderstwach kończąc) poprzez „Zbrodnię i karę” po filmy Disney’a i popularną kreskówkę „Beavis and Buttheat”. „Nie ma nic wartego powiedzenia, co nie mogłoby skłonić jakiegoś słuchacza do podjęcia działań – działań, które jak najbardziej mogą być bezprawne” – zauważają w swoim artykule „Rethinking the Clear and Present Danger Test” prof. David R. Dow i R. Scott Shieldes z wydziału prawa Uniwersytetu w Houston. „Słuchacz poematu Byrona może stać się radykalnym zwolennikiem ochrony środowiska, natchnionym myślą o zamordowaniu liderów politycznych, postrzeganych przez niego jako wrogich dla środowiska”. (24)
Tak więc, na przedstawiany niekiedy przez zwolenników represji wobec „hate speech” argument, że wypowiedzi szkalujące Żydów czy inne grupy narodowościowe, etniczne, itd. są w istocie „podżeganiem do zbrodni”, odpowiedzieć można zdaniem wspomnianego już sędziego Holmesa: „Każda idea jest podżeganiem”. (25) Inaczej mówiąc, na takiej zasadzie, na jakiej można uzasadniać zakaz rasistowskich wypowiedzi, motywując go tym, że wypowiedzi takie mogą przyczyniać się do takich zjawisk, jak przemoc czy dyskryminacja na tle narodowym, rasowym, itp., można by uzasadnić zakaz głoszenia jakichkolwiek poglądów. (26)
Jeśli więc ściganie za słowa z tego powodu, że mogą one prowadzić do wyrządzających krzywdę innym ludziom czynów może być uzasadnione, to tylko wówczas, gdy wynikające z danej wypowiedzi niebezpieczeństwo spowodowania takich czynów jest tak bezpośrednie, że nie istnieje w danej sytuacji inna, niż powstrzymanie samej wypowiedzi, metoda zapobieżenia takim czynom. Przyjęcie innego stanowiska groziłoby praktycznym zniweczeniem wolności słowa. Jak pisze wspomniana już Nadine Strossen „nie możemy przyzwolić na to, by wypowiedzi były powstrzymywane w oparciu o spekulatywne obawy, że mogą one w pośredni sposób przyczynić się do wyrządzenia jakiejś szkody w bliżej nieokreślonym, przyszłym czasie. Takie podejście w nieuchronny sposób znosiłoby ochronę wolności słowa. Wynika to z tego, że każda wypowiedź może prowadzić do jakiegoś potencjalnego zagrożenia w jakimś przyszłym momencie. Sędzia Holmes ujął to bardzo dobrze, gdy stwierdził, że „każda idea jest podżeganiem”. (…) Gdybyśmy zabronili ekspresji wszelkich idei, które mogą pobudzać niektórych ludzi do działań mogących wyrządzić szkodę dla tak nawet ważnych interesów, jak bezpieczeństwo publiczne czy bezpieczeństwo państwa, to wówczas żadna idea nie byłaby bezpieczna, a z pewnością nie byłaby bezpieczna żadna idea, która podważa istniejące status quo”. (27)
Z takiego właśnie m.in. powodu 17 lat temu sędzia amerykańskiego Federalnego Sądu Apelacyjnego Frank Easterbrook orzekł, że uchwalone przez Radę Miejską miasta Indianopolis w stanie Indiana, z inicjatywy osławionych feministek – antypornografek, Catherine McKinnon i Andrei Dworkin przepisy przeciwko pornografii (definiowanej jako „seksualna dyskryminacja kobiet poprzez słowa lub obrazy”) są niezgodne z I Poprawką do Konstytucji USA. Co ważne, sędzia Easterbrook uznał, że należy przyjąć podstawowe założenie, na którym oparte były inkryminowane przepisy – to jest założenie, że pornografia wywiera negatywny wpływ na postawy wobec kobiet i w następstwie tego przyczynia się do wielu szkód społecznych – takich, jak gwałty, przemoc wobec kobiet w rodzinach czy jak dyskryminacja kobiet w stosunkach pracy .
Jednak, mimo iż sędzia Easterbrook uznał, iż należy zaakceptować argument, że pornografia przyczynia się do różnych negatywnych zjawisk (co oczywiście nie oznacza, że naprawdę uważał on, że twierdzenia takie są rzeczywiście udowodnione. Jak napisał on na marginesie uzasadnienia wyroku „mówiąc że akceptujemy twierdzenie, że pornografia, jak ją zarządzenie definiuje, prowadzi do nieszczęśliwych konsekwencji mamy na myśli jedynie to, że są dowody świadczące o takich efektach, że dowody te zgodne są z dużą częścią ludzkiego doświadczenia, i że jako sędziowie musimy przyjąć legislacyjną rezolucję odnośnie tak spornych z empirycznego punktu widzenia kwestii”), to stwierdził on jednak, że uchwalone przepisy są niezgodne z konstytucją – właśnie z powodu konsekwencji, do jakich prowadziło by rozumowanie, że można zakazywać wypowiedzi z tego powodu, że mogą one przyczyniać się to takich czy innych szkód społecznych czy indywidualnych. Jak pisał on w uzasadnieniu wydanego przez Sąd Apelacyjny orzeczenia, fakt, że pornografia przyczynia się do szkodliwych zjawisk „po prostu demonstruje siłę pornografii jako wypowiedzi. Wszystkie te nieszczęśliwe skutki zależą od mentalnego pośrednictwa. ( ) Próby zdławienia komunistycznej mowy w Stanach Zjednoczonych oparte były na przekonaniu, że publiczna akceptacja takich idei może zwiększyć prawdopodobieństwo totalitarnych rządów. ( ) Wielu ludzi uważa, że istnienie telewizji, niezależnie od treści konkretnych programów, prowadzi do intelektualnego lenistwa, skłonności do przemocy i do wielu innych złych skutków. Ustawa o Obcych i Działalności Wywrotowej (będąca niejako synonimem prawa niezgodnego z I Poprawką uchwalona w 1798 r. ustawa, przewidująca kary więzienia za obraźliwe wypowiedzi na temat rządu USA)… opierała się na szczerym przekonaniu, że brak szacunku dla rządu prowadzi do społecznego upadku i rewolucji – przekonaniu mającym poparcie w historii wielu narodów”. „Wiele wypowiedzi jest niebezpiecznych – stwierdził w końcowej części uzasadnienia decyzji unieważniającej zaskarżony przepis sędzia Easterbrook – Chemików, których prace mogą pomóc komuś w zbudowaniu bomby, politycznych teoretyków, których rozprawy mogą zapoczątkować ruchy polityczne mogące prowadzić do zamieszek, mówców, których idee przyciągają gwałtowne protesty, wszystkie te i inne zostawiają straty poza sobą. Jeśli remedium (przeciwko szkodom, do jakich mogą prowadzić wypowiedzi) nie byłoby bardzo ściśle ograniczone, mogłoby ono być czymś bardziej niebezpiecznym dla wolności słowa, niż wszelkie wyroki za zniesławienie, jakie miały miejsce w historii”. (28)
Trzeba tu, oczywiście, powiedzieć, że represjonowanie ludzi za wypowiedzi z tego powodu, że władze są zdania, że to, co oni mówią lub piszą może mieć „zły wpływ” na niektórych słuchaczy lub czytelników, nie było czymś nieznanym choćby nawet w historii USA – najsilniej obecnie chroniącego wolność ekspresji państwa na świecie. Droga do takiej wolności wypowiedzi, jaka obecnie istnieje w Stanach Zjednoczonych była długa i trudna. Na początku XX wieku w amerykańskiej doktrynie prawnej przyjmowane było, że prawo może zakazywać wypowiedzi po prostu z tego powodu, że mogą mieć one „tendencję” mogącą ewentualnie prowadzić do przyszłego zła. Rzecz jasna, nie trudno nie domyślić się, że za „niebezpieczne” były uznawane przede wszystkim wypowiedzi skierowane przeciwko polityce państwa i rządzącemu establishmentowi. W okresie tym, jak pisze wspomniana Nadine Strossen, wszelcy krytycy polityki rządu i propagatorzy politycznych reform byli w praktyce zagrożeni kryminalnymi sankcjami za propagowanie swoich poglądów. W okresie I Wojny Światowej tysiące ludzi trafiło w USA do więzienia po prostu za to, że wypowiadali się oni przeciwko udziałowi Ameryki w wojnie. Wypowiedzi takie były uznawane przez sądy za utrudnianie poboru do wojska lub usiłowanie wywołania buntu – stojące za tym rozumowanie było takie, że, jak wiadomo, ludzie przekonani np. do poglądu, że wojna toczy się jedynie w interesie Wall Street i że władze traktują ich po prostu jako mięso armatnie mogą być bardziej skłonni do buntowniczych zachowań lub też mieć mniejszą ochotę do pójścia w kamasze, niż tacy, którzy są zdania, że udział Stanów Zjednoczonych w wojnie jest słuszny. Do tego, aby wypowiedź mogła być uznana za przestępstwo, wcale nie było wymagane, by np. wzywała ona swoich odbiorców do złamania prawa. Sędziowie instruowali przysięgłych, że muszą oni skazać oskarżonego, jeśli tylko uznają, że wypowiedziane przez niego słowa były „nielojalne” wobec rządu. (29)
Nie trzeba też chyba dodawać, że ograniczanie wolności słowa z tego powodu, iż władze obawiają się, że takie czy inne wypowiedzi mogą mieć „zły wpływ” na ludzi, którzy mogliby się takich wypowiedzi naczytać lub nasłuchać jest czymś generalnie typowym dla wszelkiego rodzaju reżimów autorytarnych i totalitarnych. Dobitnym przykładem takiego podejścia było istniejące w dawnym prawie angielskim przestępstwo „wywrotowego oszczerstwa” (seditious libel). Na jego podstawie ścigana jako przestępstwo mogła być praktycznie każda krytyka władzy. Ratio legis, uzasadniające karalność krytyki rządu było takie, że wypowiedzi mogące prowadzić do obniżenia szacunku dla rządu w oczach poddanych stwarzają atmosferę sprzyjającą zaburzeniom społecznym i próbom przewrotu. To, że inkryminowana wypowiedź stwierdzała prawdziwe fakty, nie było usprawiedliwieniem – przeciwnie, rozumowanie angielskich jurystów było takie, że im bardziej prawdziwa jest dana wypowiedź, tym bardziej jest ona niebezpieczna, i tym bardziej należy za nią karać (The Greatest Truth, The Greatest Libel). Ewidentne przykłady ograniczania wolności ekspresji w oparciu o rozumowanie bardzo zbliżone do tego, na jakim oparta była wspomniana doktryna „wywrotowego oszczerstwa” bez trudu spotkać można na dużo bliższym, bo polskim podwórku. Np. w okresie stalinowskim skierowana przeciwko rządzącym wówczas Polską komunistycznym bandytom „wroga propaganda” traktowana była przez sądy jako przestępstwo „podjęcia czynności przygotowawczych” do obalenia ustroju przemocą. Jak w roku 1947 uznał ówczesny Najwyższy Sąd Wojskowy „rozpowszechnianie wiadomości, mogących urobić wśród szerokich warstw społeczeństwa nastroje wrogie ludowo – demokratycznemu ustrojowi Państwa, wyczerpuje pojęcie czynności przygotowawczych do zbrodni z art. 86 Kodeksu Karnego Wojska Polskiego (usiłowania zmiany przemocą ustroju państwa)”. Jeszcze ciekawsze twierdzenia odnaleźć można w jednym z późniejszych orzeczeń NSW. Jak stwierdzili w nim sędziowie najwyższego wojskowego trybunału komunistycznej Polski „czynność przygotowawczą z art. 87 KKWP stanowi również rozpowszechnianie wiadomości, które z uwagi na swą treść obliczone są na stopniowe, długotrwałe urabianie poglądów w duchu wrogim dla ludowego ustroju, na systematyczne sączenie w zacofane odłamy społeczeństwa jadu niechęci i nienawiści do ustroju ludowego, do ludzi stojących u steru Państwa, do narodów i państw sprzymierzonych. Jedną z wrogich form działania przewidzianego w art. 87 KKWP może być rozpowszechnianie wiadomości, o których wyżej była mowa, w postaci anegdot, tzw. „kawałów” itp. Taka forma wrogiego działania jest niekiedy nie mniej szkodliwa od innych form rozpowszechniania fałszywych czy alarmujących wiadomości, gdyż ma naturalną tendencję i łatwość rozprzestrzeniania się pod niewinnym płaszczykiem mniej lub więcej udanego dowcipu. Skazany, nie tylko rozpowszechniał wrogie wiadomości w postaci „kawałów”, lecz sam był autorem takich kawałów, a nadto szerzona przezeń wroga propaganda przyjmowała również inne formy”. (30)
Tak więc, jeśli ktoś domaga się karnego ścigania takich wypowiedzi, jak np. rozpowszechnianych przez Świtonia w Oświęcimiu ulotek, określających Żydów i Niemców mianem „sił szatańsko pogańskich, dążących do eksterminacji narodu polskiego” czy antysemickich dowcipów, rozpowszechnianych swego czasu przez Leszka Bubla, uzasadniając swe żądania tym, że tego rodzaju wypowiedzi mogą doprowadzić do pogromów, czy generalnie – przemocy, albo co najmniej dyskryminacji wobec osób należących do słownie atakowanych „grup ludności”, to przyjmuje – nie owijając w bawełnę – filozofię bardzo zbliżoną do filozofii wyznawanej przez stalinowskich sędziów i prokuratorów. Przy wszelkich różnicach między takimi wypowiedziami, a wypowiedziami, za które stawiano ludzi przed wojskowymi sądami w czasach stalinowskich, prezentowany powyżej sposób uzasadnienia karalności „wrogiej propagandy” w najciemniejszym okresie naszej powojennej historii i sposób, w jaki niektórzy zwolennicy karnego ścigania „mowy nienawistnej” uzasadniają potrzebę istnienia w prawie karnym przepisów typu art. 256 i 257 k.k. są, w istocie rzeczy, praktycznie identyczne. Zarówno w jednym jak i w drugim przypadku uzasadnieniem karnego ścigania za takie czy inne wypowiedzi jest (lub była) obawa przed tym, że wypowiedzi takie mogą wywrzeć „zły wpływ” na swoich słuchaczy, względnie czytelników i w następstwie tego mogą – w jakiś choćby tylko mglisty i pośredni sposób, przyczynić się do podjęcia przez niektórych z tych czytelników bądź słuchaczy działań, którym to zwolennicy represji za słowa chcieliby właśnie w taki sposób zapobiec. Do czego jednak prowadzi przyzwolenie na ograniczenie wolności słowa w oparciu o takie rozumowanie, najlepiej świadczyć mogą cytowane powyżej fragmenty orzeczeń stalinowskiego sądu wojskowego. Jak w swoim artykule “Media Violence and Free Speech” (31) słusznie stwierdziła Marjorie Heins z Amerykańskiej Unii Wolności Obywatelskich „nie ma krótszej drogi do kontroli myśli i utraty wolności, niż taka filozofia”.
IV
Przede wszystkim jednak, przeciwko karalności „mowy nienawistnej” przemawia chyba w pierwszym rzędzie argument praktyczny: z doświadczeń krajów, w których neonazistowska i rasistowska propaganda jest karalna wynika bowiem to, że zakaz takiej propagandy i sadzanie jej autorów na ławie oskarżonych nie zapobiega zjawiskom niechęci, lub nawet nienawiści wobec imigrantów, czy mniejszości narodowych i religijnych, rozwojowi neonazistowskich i rasistowskich ruchów i organizacji (np. skinheadów), a wreszcie, aktom dyskryminacji i, co gorsza, brutalnej niekiedy przemocy na tle narodowościowym, rasowym czy religijnym.
Jako ilustrację weźmy choćby jako pierwszy z brzegu przykład w postaci Niemiec. Niemiecki kodeks karny zakazuje, jak wiadomo, propagowania faszyzmu, publicznego używania faszystowskich symboli i pozdrowień i, wreszcie, wszelkiego „szerzenia nienawiści” wobec grup narodowościowych, rasowych itd., a także, aprobowania, negowania lub choćby jedynie bagatelizowania zbrodni Holocaustu (32). Z całą pewnością nie można powiedzieć, by prawa zabraniające tego rodzaju wypowiedzi istniały tylko na papierze. Dla przykładu mogę podać, że np. w roku 1999 za przestępstwa tego rodzaju, jak używanie nazistowskich symboli i pozdrowień, neonazistowską propagandę, czy „podżeganie do nienawiści”, według niemieckiego Urzędu Ochrony Konstytucji postawiono w stan oskarżenia łącznie 11 248 osób (z czego 8 698 za propagandę o charakterze skrajnie prawicowym, 1 025 lewackich ekstremistów i 1 525 ekstremistów obcego pochodzenia – głównie działaczy zakazanej w Niemczech Partii Pracujących Kurdystanu). (33) Za takie wypowiedzi niemieckie sądy wymierzają wysokie grzywny i kary więzienia. Tego rodzaju polityka prowadzona jest w Niemczech od czasów upadku nazizmu – i pod tym akurat względem nie różniła się specjalnie po obu stronach dawnej wewnątrzniemieckiej granicy.
Tylko, że jaki kraj co najmniej od początku lat 90 ubiegłego stulecia jest powszechnie znany z widoku maszerujących ulicami miast agresywnych skinheadów, z opanowania całych dzielnic w miastach przez neonazistowskie bandy i wreszcie – co najgorsze – z dokonywanych przez członków tego rodzaju grup brutalnych przestępstw przeciwko imigrantom i osobom należącym do mniejszości narodowych, rasowych i religijnych? Gdzie pod koniec XX wieku płonęły – niekiedy przy aplauzie zgromadzonych tłumów, schroniska dla azylantów, a cudzoziemcy bali się wieczorami wychodzić z domów ze strachu przed groźbą skierowanej przeciwko nim fizycznej przemocy? W ciągu ostatnich lat rasistowska przemoc stała się w Niemczech zjawiskiem tak powszechnym, że uznawana jest ona za zwykłą, w gruncie rzeczy, część niemieckiej codzienności. Jeśli nawet o wydarzeniach tego rodzaju, co rasistowskie napady na zamieszkałych w Niemczech cudzoziemców słyszy się obecnie rzadziej, niż kilka lat temu, to jest to, jak w listopadowym (z 2001 r.) numerze tygodnika “Wprost” pisał Piotr Cywiński „raczej wynik postępującej znieczulicy, niż mniejszej aktywności organizacji neofaszystowskich”. (34) Choć, jak wspomniałem, przepisy niemieckiego kodeksu karnego zabraniające rozpowszechniania propagandy zakazanych organizacji, publicznego używania zabronionych symboli i pozdrowień, „podżegania do nienawiści” i znieważania części populacji czy „kłamstwa oświęcimskiego” są rygorystycznie egzekwowane przez niemieckie władze, nic nie wskazuje na to, by egzekwowanie tych akurat praw prowadziło do redukcji, czy tym bardziej do wykorzenienia występujących w niemieckim społeczeństwie zjawisk ksenofobii i związanej z nią rasistowskiej agresji. Niestety, dzieje się wręcz odwrotnie. Świadczy o tym kolejna fala ataków na imigrantów i obcokrajowców, jaka ogarnęła Niemcy w ostatnich latach. Jak na łamach hamburskiego tygodnika „Die Woche” stwierdził niemiecki minister spraw wewnętrznych Otto Schilly, w samym tylko roku 2000 liczba przestępstw przeciwko cudzoziemcom wzrosła w Niemczech o 40 %. (35) Jeszcze bardziej symptomatyczne – z punktu widzenia tego artykułu – jest to, że akty przemocy wobec „obcych” spotykają się – przynajmniej we wschodnich Niemczech, jeśli nie z sympatią, to co najmniej z obojętnością opinii publicznej. Jak stwierdził piszący o neonazizmie na wschodzie Niemiec dziennikarz Frank Jansen „nie znam ani jednego wypadku, aby mieszkańcy Brandenburgii w swej większości wyrazili współczucie dla ofiar”. (36) Zwolennikom walki z rasizmem i narodową nietolerancją za pomocą ograniczania wolności słowa, zrzeszania się i zgromadzeń – co, jak nikt chyba inny czynią właśnie Niemcy, warto poddać pod rozwagę fakt, że w tych samych Niemczech, mimo rozwiązywania skrajnie prawicowych organizacji, policyjnego konfiskowania neonazistowskiej propagandy i sądowego ścigania autorów rasistowskich, czy pronazistowskich wypowiedzi, jak stwierdził niemiecki (tureckiego pochodzenia) poseł do Parlamentu Europejskiego w Strassburgu Ozan Ceyhun, „nienawiść do cudzoziemców znalazła stałe miejsce wśród społeczeństwa”, zaś „rasistowska przemoc jest nową niemiecką normalnością”. (37)
Prawo przeciwko podżeganiu do narodowościowej i rasowej nienawiści posiada także np. Anglia . § 18. 1. Ustawy o Porządku Publicznym (Public Order Act) z 1986 roku, przewiduje karę do 2 lat więzienia dla osoby, która „używa grożących, obelżywych lub znieważających słów lub zachowania, albo wystawia jakikolwiek pisemny materiał, który jest grożący, obelżywy lub znieważający ( ) jeżeli osoba ta ma na celu wzniecenie nienawiści rasowej (w org. „he intends thereby tu stir up racial hatred”) albo biorąc pod uwagę wszelkie okoliczności, nienawiść rasowa może być przez to wzniecona” (w org. „having regard to all the circumstances racial hatred is likely to be stirred up thereby”). Tego rodzaju, specyficznie skierowane przeciwko rasistowskiej propagandzie prawo istnieje w Wielkiej Brytanii od 1965 r. (w początkowej wersji dla zaistnienia przestępstwa wymagało ono zarówno intencji wywołania nienawiści rasowej, jak i prawdopodobieństwa wywołania takiej nienawiści, jednak w 1976 r. słowo „i” w tekście ustawy zostało zmienione na „lub” i od tego czasu karalna może być zarówno wypowiedź, co do której sąd uzna, że miała ona na celu podsycanie nienawiści na tle rasowym, choćby nawet było rzeczą nieprawdopodobną, że w danym przypadku inkryminowana wypowiedź mogłaby osiągnąć taki skutek, jak i wypowiedź, odnośnie której sąd uzna, że mogłaby ona podniecać nienawiść rasową, choćby nawet autor wypowiedzi nie miał takiego wzniecania nienawiści na celu). Wypowiedzi takie stanowią przestępstwo niezależnie od tego, czy mają one charakter publiczny czy prywatny (spod karalności wyłączone są jedynie rozmowy w prywatnym mieszkaniu, pod warunkiem, że nie są słyszane w innym mieszkaniu lub na zewnątrz). Przestępstwem jest już samo posiadanie, w zamiarze rozpowszechnienia, materiałów zawierających rasistowskie treści.
Tylko, czy dzięki takiemu prawu Wielka Brytania stała się krajem, w którym jest mniej przypadków rasistowskiej dyskryminacji i przemocy, niż miało to miejsce przed jego wprowadzeniem? Jak czasem się ocenia, w kraju tym każdego dnia zdarza się, średnio rzecz biorąc, ok. 400 rasistowskich incydentów – co daje łączną liczbę około 130 000 takich incydentów w ciągu jednego roku. Prawdopodobnie tylko o ok. 10 % tych zdarzeń zostaje poinformowana policja. (38) Jak w swoim artykule „Laws Against Incitement to Racial Hatred in United Kingdom” (39) pisała Anne Twomey (australijski prawnik i urzędnik Parlamentarnej Służby Badawczej parlamentu Australii) „w Wielkiej Brytanii, podczas każdego przeglądu legislacji skierowanej przeciwko nienawiści rasowej twierdzi się, że legislacja ta spełzła na niczym i musi być poprawiona, gdyż rasistowska przemoc i ilość rasistowskich materiałów zwiększają się raczej, niż zmniejszają”. We wspomnianych już Niemczech, jak w artykule „Tolerance, Equal Freedom and Peace – A Human Rights Approach” (40) pisze David Little z United States Institute of Peace „jakkolwiek prawa zredukowały lub doprowadziły do likwidacji niektóre skrajne grupy, w sposób oczywisty nie powstrzymały one rozwoju ruchu skinheadów lub niedawnych, brutalnych przestępstw przeciwko imigrantom. Jedną z możliwych tego przyczyn jest – rzecz jasna – to, że publiczne oskarżenia lub inne represje skierowane przeciwko rasistowskim grupom mogą czynić je widzialnymi i uatrakcyjniać je – robiąc z nich „zakazany owoc” – zwiększając w ten sposób ich zdolność do rekrutowania nowych członków.
Pewne przesłanki pozwalają zresztą sądzić, że zakazy „nienawistnej mowy” nie tylko nie zapobiegają nienawistnym czynom – takim jak przemoc, ale wręcz przyczyniają się w jakiejś mierze do takich czynów. Jak np. kanadyjski autor Stefan Braun pisał w swoim artykule „Can hate laws stop hate speech?” „wolność słowa delegitymizuje użycie siły. Kiedy mamy prawo do tego, by mówić, przekonywać i skutkiem tego obrażać, mamy mniejszą żądzę uciekania się do siły jako środka do osiągnięcia naszego celu. W Kanadzie akty przemocy stopniowo zajmują miejsce niedopuszczalnych, raniących wypowiedzi. Dla bojaźliwych, jest to dowód tego, że potrzebne są jeszcze większe represje przeciwko wypowiedziom i jeszcze większa cenzura. Dla tych, których ci pierwsi się obawiają, większe represje przeciwko wypowiedziom są usprawiedliwieniem dla większej przemocy. Represje wobec wypowiedzi i przemoc żywią się sobą nawzajem”. W innym miejscu wspomnianego artykułu ten sam autor stwierdził: „kanadyjskie prawa przeciwko nienawistnym wypowiedziom udowadniają działanie przeciw swoim celom. Z pewnością nie spowodowały one tego, że siewcy nienawiści znikli. Liczba incydentów nietolerancji w Kanadzie wzrasta alarmująco od czasu procesów przeciwko autorom nienawistnych wypowiedzi. Kanadyjskie niepowodzenie w tym względzie, przychodzące z kraju zauważanego z powodu jego multikulturalizmu i tolerancji społecznej powinno służyć jako ostrzeżenie dla wzrastającej liczby Amerykanów, którzy widzą cenzurę jako właściwe narzędzie kontroli rasistowskich i seksistowskich propagatorów”. (41) Również brytyjski komentator Nicolas Walter, odnosząc się do obowiązującego w Wielkiej Brytanii ustawodawstwa kryminalizującego „podżeganie do nienawiści rasowej” konkluduje, że ustawodawstwo to zwiększyło raczej, niż zredukowało istniejące w Wielkiej Brytanii zjawiska rasowej nienawiści i nietolerancji. Jak Walter pisał w swoim artykule „The Right to be Wrong” (42) krytykującym prawne ograniczenia wolności wypowiedzi w Wielkiej Brytanii, „kryminalne prawo przeciwko rasistowskim obelgom, jak i wszelkim obelgom w ogóle kreuje nie żałujących grzeszników, lecz zbuntowanych męczenników. Karanie rasistów czyni zarówno ich, jak i nas gorszymi raczej niż lepszymi, zrzucając na kozły ofiarne winę za uprzedzenia, które przenikają nasze społeczeństwo, odwołując się do naszej skłonności do widzenia źdźbła w oku drugiego, lecz nie belki we własnym. Karanie i zapobieganie rasizmowi są nie komplementarne, ale wzajemnie sprzeczne. Tym, co trzyma rasizm przy życiu jest nie to, co osoba tego rodzaju jak Robert Relf mówi i nie to, co Front Narodowy robi, lecz raczej to, co się mówi i co się robi w stosunku do nich – nie ich patologiczne akcje, lecz nasze równie patologiczne reakcje. Nie mam wątpliwości, że prawo przeciwko podżeganiu do nienawiści rasowej zwiększyło raczej, niż zmniejszyło nienawiść rasową, spolaryzowało raczej, niż uspokoiło obydwie strony i uczyniło nasz kraj raczej bardziej nietolerancyjnym, niż bardziej tolerancyjnym. Więcej ludzi zginęło i zostało rannych w zamieszkach na tle rasowym od czasu uchwalenia Ustawy o Relacjach Rasowych niż wcześniej, i więcej jeszcze zginie, jeśli nie nauczymy się postępować rozsądnie”.
Nie są to, oczywiście, jedyne przykłady, które każą wątpić w to, czy prawa zakazujące rasistowskich wypowiedzi są odpowiednią metodą powstrzymywania i zwalczania rasizmu jako zjawiska społecznego. Choć, jak wspomniałem, olbrzymia większość (jeśli nie wszystkie) z krajów europejskich mają – i to przeważnie od bardzo dawna, przepisy w rodzaju art. 256 lub 257 naszego kodeksu karnego, zjaw