Natalia Dueholm

Natalia Dueholm: Rodzice jako nauczyciele – niewykorzystane bogactwo

Wielu ludzi zgodzi się jednak, że istnieje istotny związek pomiędzy zainteresowaniem rodziców, zachęcaniem przez nich do nauki swoich dzieci chodzących do szkoły, a ich edukacyjnymi osiągnięciami. Z drugiej strony, fakt, że rodzice powinni być podporządkowani instytucji edukacyjnej dla wielu wydaje się normalną konsekwencją wyboru rodziców. Jeśli decydują się oni powierzyć edukację swoich dzieci jakiejś instytucji, to nie powinni się wtrącać. I tutaj dochodzi do paradoksu. Rodzice są potrzebni, ale lepiej żeby się za bardzo nie angażowali. Na szczęście, są jednak instytucje edukacyjne: małe szkoły czy przedszkola, które rozwijają z rodzicami relacją partnerską. Edukacja domowa, w której to rodzice kierują edukacją dla wielu ludzi jest nie do pomyślenia. Jest tak między innymi dlatego, że ludzie ci nie wierzą, że rodzice mogą nauczać. Nic bardziej błędnego.


RODZICE RYWALAMI CZY SPRZYMIERZEŃCAMI SZKOŁY?

Nieprzypadkowo zwolennicy edukacji domowej, podobnie jak rodzice, którzy za bardzo ingerują w szkolne kształcenie swoich dzieci traktowani są z wrogością przez nauczycieli, gdyż są postrzegani jako ich rywale. Jest to zapewne reakcja naturalna, ale błędne podejście do sprawy. Ludzie, którym naprawdę zależy na kształceniu dzieci powinni zrozumieć, że rodzice w przeważającej większości są sprzymierzeńcami szkoły. Tak samo przeważającej większości rodziców zależy, aby ich dzieci osiągały sukcesy edukacyjne. Cały proces edukacyjny poprawiłby się, aby nauczyciele uwierzyli, że rodzice mogą nauczać (co najmniej wspólnie z nimi) i pomogli im sprostać temu zadaniu.

A. Greek i A. Sharp w „Education and Social Control” (1973) dowodzą nawet, że wbrew przekonaniom nauczycieli, iż to dzięki ich nauczaniu uczniowie rozwijają się dobrze (lub nie), kluczowym czynnikiem jest aktywność lub jej brak ze strony rodziców, czyli to, jak dobrymi pedagogami są poza szkołą (podkreśl. ND). Większość rodziców wcale nie ma ochoty zastąpić szkoły, a czasem nawet zaangażować się w edukację własnych dzieci. Jednak w interesie wszystkich stron byłoby, aby nauczyciele postarali się wciągnąć chętnych rodziców w proces edukacji i zaufać tym, którzy chcą nauczać samodzielnie. Liczne tego typu projekty pokazują, że jest to działanie co najmniej warte świeczki.

Roland Meighan w „Socjologii edukacji” pisze, że „rodzice mogą być obarczani w coraz większym stopniu obowiązkiem nauczania”. Rodzice mogą pomagać nauczycielom, otrzymywać od nich pomoc, a nawet zastąpić nauczycieli całkowicie. Co do trzeciego typu większość ludzi może w najlepszym wypadku uznać, że jest to prawda w okresie przed-szkolnym. Pedagodzy przed-szkolni starają się coraz częściej rozwijać współpracę z rodzicami, stąd są oni zapraszani do przedszkoli, mogą tam prowadzić wspólnie z nimi lekcje. Ta działalność rodziców zyskała sobie chyba największą akceptację społeczną, bo ludziom generalnie wydaje się, że rodzice są z natury kompetentnymi nauczycielami swych małych pociech. Ale przecież wielu rodziców wcale kompetentnymi się nie czuje, stąd szukają porad u innych, dokształcają się książkami itd.

RODZICE POMAGAJĄ NAUCZYCIELOM

Część rodziców wie, co robić, by dziecko rozwijało się edukacyjnie – rozumieją, że dziecku warto codziennie czytać, czy że trzeba pójść od czasu do czasu do muzeum. Inni rodzice, aby sprostać dziełu edukacji muszą po pierwsze sami uwierzyć, że się do tego nadają. Dlatego poparcie nauczycieli jest tutaj nie bez znaczenia. Często potrzebne są też ich rady. Niskie formalne wykształcenie rodziców i brak doświadczenia wcale tu nie przeszkadza. Liczne projekty angażujące rodziców w procesie nauki czytania i pisania pokazały, że rodzice chętnie wykonają pracę edukacyjną, jeśli tylko będą wiedzieć, co mają robić, szczególnie jeśli ich dzieci mają kłopoty w szkole. Pomoc w czytaniu i pisaniu wydaje się czynnością banalną, ale przecież jest kluczowa dla procesu edukacji. Jeśli nauczyciel zdobędzie zaufanie rodziców (w sposób przyjazny, nie ingerując w życie rodziny), wytłumaczy im, że dziecko może polepszyć swoje wyniki i pokaże, jak należy z nim pracować, może liczyć, że w większości przypadków zostanie osiągnięty sukces, bo większość rodziców jest chętna i zdolna pomóc własnemu dziecku.

NAUCZYCIELE POMAGAJĄ RODZICOM

Osobą, która zaufała rodzicom i uznała ich dominującą rolę w procesie edukacji jest Dorothy Rich, sama nauczycielka, mama i babcia, która założyła Instytut Domu i Szkoły (Home and School Institute – HIS) w Waszyngtonie. Jej celem było zbudowanie dziecięcej zdolności do uczenia się i chęci do ciągłego rozwoju edukacyjnego. Podała ona klucz do sukcesu definiując cechy potrzebne do nauczania: ufność, motywacja, wysiłek, odpowiedzialność, inicjatywa, wytrwałość, troska, praca w zespole, zdrowy rozsądek, rozwiązywanie problemów i koncentracja. HIS prowadzi warsztaty i kursy rozpowszechniając porady nauczania, podaje proste wskazówki, jak wykorzystywać domowe sprawy oraz domowe doświadczanie (takie jak np. wizyta w supermarkecie), aby pomóc dzieciom nabyć i rozwinąć umiejętności czytania, pisania i liczenia. Takie porady można znaleźć tutaj >>>. 4 tys. szkół w USA przyjęło jej recepty na nauczanie, szczególnie w nauczaniu dzieci z trudnościami, co zakończyło się sukcesem dla większości dzieci. Jej praca edukacyjna została doceniona nie tylko przez rodziców i ich dzieci, ale również przez amerykańskie ministerstwo edukacji.

Kolejnym projektem, zresztą z przeszło stuletnim dorobkiem wykorzystującym rodziców jako pedagogów jest Światowa Służba Edukacji (World-wide Education Service – WES) Narodowego Związku Edukacyjnego Rodziców (Parents National Educational Union), założona w 1887 r. przez Charlotte Mason. WES pomaga rodzinom w około stu krajach, umożliwiając kształcenie dzieci w domu. System WES zapewnia przewodnictwo i szkolenie rodziców jako integralną część kursu.

Pewna część nauczycieli jest w stanie zaufać rodzicom w ich edukacyjnych zadaniach i tak powstawały projekty w USA czy w Wielkiej Brytanii w przypadku dzieci za specjalnymi potrzebami edukacyjnymi, gdzie wizytujący nauczyciele pokazali rodzicom jak nauczać dzieci w domu. W ten sposób pomogli rodzicom w efektywnym nauczaniu swych upośledzonych dzieci. Innym projektem był angielski „Parkway” gdzie nauczyciele wykonywali tylko połowę działań edukacyjnych, resztę oddano w ręce rodziców czy studentów. Takie przyciąganie nauczycieli kursowych, niewyszkolonych jako nauczyciele, ale chętnych do pracy nie jest jednak mile widziana w polskich szkołach, a szkoda.

RODZICE POMAGAJĄ RODZICOM

W 1977 r. w Anglii powstała organizacja „Edukacja inaczej” (Education Otherwise), którą założyła niewielka grupka rodziców, którzy zdecydowali się nauczać w domu. Obecnie liczy 3 tys. rodzin. Takich grup samopomocy jest na całym świecie mnóstwo, a ich organizacja może być tylko godna podziwu. Większość takich rodziców rzeczywiście naucza swoje dzieci w domu, a działanie to nie wydaje się aż takie trudne przy akceptacji społeczeństwa, istnieniu całej sieci pomocy dydaktycznej, materiałów i wymiany doświadczeń. W USA większości przypadków edukacja domowa odbywa się w pełnych rodzinach, gdzie rodzice mają wykształcenie wyższe, chociaż zdarzają się także samotni ojcowie i matki, które decydują się pracować na pół etatu. Wygląda na to, że za tę formę edukacji w przeważającej większości zabierają się ludzie, którzy wiedzą, że są w stanie temu podołać.

Członkowie takich grup często wyrażają pragnienie więzi z lokalną szkołą w ramach pewnej kooperacji, partnerstwa, czegoś w rodzaju szkoły elastycznej, chcieliby np. żeby dzieci mogły uczęszczać na zajęcia sportowe do szkoły, co jest zrozumiałe, gdyż funkcjonowanie szkoły często finansują z podatków. Niestety szkoły niezbyt często są tak otwarte jak edukujący domowo rodzice, chociaż w USA jedna piąta edukowanych domowo uczniów chodziła na wybrane zajęcia do szkół (dane z 2001 r.). Najczęstszym przypadkiem jest wywieranie presji na rodziców, aby jednak wybierać szkołę, czasem akceptacja edukacji domowej, której świetne wyniki podważają tylko ci, którzy o tym niewiele wiedzą.

URZĘDNICY OŚWIATOWI A RODZICE

Mimo że edukacja domowa dowiodła swej skuteczności w wielu krajach, niektórzy urzędnicy edukacyjni wciąż nie mogą uwierzyć, że rodzice mogą naprawdę dobrze nauczać i nie robić krzywdy własnym dzieciom. Badania Rolanda Meighana, autora „Socjologii edukacji” nad rodzinami w Midland (Wielka Brytania) doprowadziły do „mocnego stwierdzenia, że ekstremalna podejrzliwość, zazdrosna uwaga i często otwarta wrogość niektórych urzędników lokalnych władz edukacyjnych jest bezpodstawna i niegodziwa oraz jest złym wykorzystaniem publicznych pieniędzy”. Podobne agencje procesują się z rodzicami nie tylko w Wielkiej Brytanii, ale także w USA. W większości przypadków rodzice sprawy te wygrywają. To, że może się zdarzyć jakiś pojedynczy przypadek zaniedbań ze strony rodziców, nie oznacza, że rodzice nie powinni mieć prawa do nauki własnych dzieci. Wielu z nas zna fatalne przykłady nauczycieli, wśród których zdarzają się nawet mordercy uczniów, co nie jest powodem, aby deprecjonować cała grupę nauczycieli. To również nie powód, aby zamykać szkoły. Dlaczego podobnej miary nie przyłożyć w stosunku do rodziców chcących nauczać własne dzieci?

W każdym kraju system edukacji przeżywa swoje kłopoty i różne stosuje się metody naprawcze. Dlaczego i u nas nie spróbować postawić na rodziców ucząc chętnych, jak uczyć, a tych, którzy sami chcą zająć się edukacją swoich dzieci zostawić po prostu w spokoju? Pomysł ten działa, a może również przynieść ogrom satysfakcji nauczycielom gotowym naprawdę pomóc w edukacji.

Natalia Dueholm
***
Artykuł ukazał się w 2004 r. w kwietniowym numerze „Gazety Szkolnej” i „Najwyższym Czasie
***
Artykuł publikujemy za zgoda autorki

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *