Jan M. Fijor

Jan M. Fijor ”Dolar (mimo wszystko) jeszcze sobie poradzi”

Wbrew prognozom Mateusza Machaja i Maciej Bitnera ja wierzę, że w perspektywie długookresowej dolar sobie poradzi. Jestem natomiast pesymistą, jeśli chodzi o perspektywę krótkookresową, do lat czterech. Do tego czasu może być z greenbackiem naprawdę źle.

Moim zdaniem siła dolara nie tkwi w niespodziewanym odwróceniu polityki monetarnej przez FED, lecz w zmianach politycznych, jakie w Stanach Zjednoczonych wkrótce nastąpią oraz ogólnej słabości pozostałych rynków walutowych, które mimo woli przychodzą dolarowi w sukurs. Tymczasem obaj panowie, Mateusz i Maciej, przyszłość dolara oceniają bardziej z punktu widzenia polityki monetarnej, a za mało z perspektywy prakseologii, czyli w oparciu o preferencje zwykłych ludzi.

1. Obaj eksperci twierdzą, że gdyby mieli zamiar ulokować oszczędności w jakiejś walucie na wiele lat, to na pewno znaleźliby walutę inną niż dolar. Po pierwsze, po co lokować pieniądze w walutach? Jest tyle znacznie korzystniejszych lokat. Ale skoro tak ma być, pozwolę sobie zapytać: o jaką „inną walutę” chodzi? O yena? Euro? Juana? Franka szwajcarskiego? Czy może tajlandzkiego bahta, jedną z najsilniejszych walut Azji? Pamiętajmy, że wciąż prawie 2/3 światowych rezerw gotówkowych, czy to w skarpetach czy w bankach, opiewa w dolarach amerykańskich. Gdyby ciułacze mieli alternatywę już dawno by do niej odeszli. Nie robią tego, bo nie mają dokąd pójść. Jeśli na dolara godzą się krezusi z OPEC, trudno się dziwić maluczkim. Yen i japońskie banki są w tarapatach od ponad 25 lat i końca tamtejszej stagflacji nie widać. Euro trzyma się dzielnie, ale wygląda dobrze tylko na tle dolara, który obecnie jest w sytuacji fatalnej. Pewną szansę mógłby stworzyć frank szwajcarski, ale raz, że jest go za mało, aby zastąpić dolara, dwa, że gospodarka szwajcarska jest za słabą lokomotywą, aby frank mógł stać się standardem walutowym dla świata, wreszcie, ponieważ nawet mądrzy Szwajcarzy nie ustrzegli się socliberalizmu i zadłużają swój budżet, osłabiając swój pieniądz. Juan i baht – to rzecz jasna żarty.

2. O ile rację ma Maciej Bitner, pisząc że „obniżka stóp procentowych w USA już się dokonała”, o tyle dokonała się ona jedynie do końca 2008. Potem FED będzie kontynuować ekspansję kredytową, bo innego wyjścia nie będzie. Wprawdzie odejściu George’a W. towarzyszyć będzie westchnienie zbiorowej ulgi, a wtedy dolar na krótko może zyskać kilka czy nawet kilkanaście procent, wkrótce jednak pojawi się refleksja i to niezależnie od tego, kto zwycięży w listopadzie 2008. Jeśli będzie to McCain – źle, jeśli Barrack Obama czy Hillary Clinton – też źle. Ameryka znalazła się w sytuacji podobnej do tej z końca lat 1970. Wtedy też, zmęczona aferami epoki Nixona, szukała oczyszczenia wybierając moralnie czystego Jamesa Cartera, dziś takim sprawiedliwym wydaje się być Obama (ewentualnie p. Clintonowa). I znowu, na krótką metę, może to poprawić nastroje, zwłaszcza gdyby nowy prezydent zakończył – jak obiecuje duet kandydatów partii Demokratycznej – wojnę w Zatoce Perskiej. Wkrótce jednak król zostanie obnażony: ani Obama, ani Clintonowa nie mają cienia doświadczenia w rządzeniu, są skrajnymi etatystami, żeby nie powiedzieć socjalistami. Ich arsenał środków – podobnie jak to było z Jimmy Carterem – ogranicza się do podwyżki podatków i dalszej nacjonalizacji gospodarki. Zacznie się droga pod górkę, trzeba będzie zwrócić się do FED, aby ratował gospodarkę, czyli znowu nadmuchał pieniądz. John McCain to jeszcze większa katastrofa. Ten urodzony oficer, który ani godziny nie przepracował w cywilu szykuje Amerykanom tzw. nowy program energetyczny. Jego inauguracją będzie wojna z Iranem, potem pewnie z Syrią, program ma się zakończyć uroczystym odkryciem alternatywnych źródeł energii, aby „amerykańscy chłopcy już nigdy nie musieli ginąć w wojnach o ropę”. A zatem, prezydentura 2009 – 2013 przebiegać będzie analogicznie do tego, co działo się przed nastaniem Ronalda Reagana. Moim zdaniem dopiero po tym okresie można będzie liczyć na korektę amerykańskiej waluty i jej wzmocnienie.

3. Czy do tego czasu może pojawić się na rynku alternatywa dla dolara? Bardzo wątpię. Gdy w Nowym Jorku będą kichać, Europa i Azja zapadną na ciężką grypę. Efekt domino po długim kryzysie (2008 – 2013) w Stanach Zjednoczonych będzie dla świata bardziej bolesny, zwłaszcza, że dzięki uprzywilejowanej pozycji dolara i gospodarki USA, amerykańską konsumpcję finansują Chińczycy, Azja Pd. – wschodnia, a nawet Ameryka Łacińska. Nie ma co liczyć na Europę, gdzie po konsolidacji Unii Europejskiej nastąpi wzmocnienie sił lewicy i dalsza socjalizacja. Na krótką metę rządy UE mogą – jak przewiduje Maciej Bitner – interweniować w sprawie wzmocnienia kursu dolara, to niewiele zmieni. Jeśli już, to tylko osłabia euro. Takie interwencje kończą się zwykle redystrybucją dochodu od biednych do bogatych i nigdy nic dobrego z nich nie wynikało. Przykro to stwierdzić, ale po euforii wolnościowej z końca lat 1980. świat znowu brnie w socjal, żeby nie powiedzieć: socjalizm. Rosną zastępy klasy próżniaczej, Stany Zjednoczone nie są tu żadnym wyjątkiem, ale właśnie tam najwcześniej nastąpi otrzeźwienie; Amerykanie już nie raz wychodzili ze ślepych uliczek. Poprawi się kondycja moralna Ameryki, w ślad za nią stanie na nogi gospodarka i waluta. Być może ziści się sen Rona Paula i przywrócony zostanie standard złota? Europa i Azja nie będą miały innego wyjścia, jak kopiować Stany Zjednoczone. Marzenia? No, nie wiem. Do takich wniosków prowadzi przecież lektura dzieł „Austriaków”. Z chwilą, gdy rządy nie będą w stanie same się utrzymać, wrócimy na drogę liberalizacji i wolnego rynku. W tym momencie przewiduję ok. 1,5 euro za dolara. Polska będzie wtedy członkiem strefy waluty europejskiej. Złoto, już jako pieniądz prawdziwy, poszybuje gdzieś na wysokość 15 – 20 tysięcy dolarów za uncję. W każdym razie nic nie wskazuje na to, aby się „Austriacy” w swych teoriach pomylił.

Jan M Fijor
13.05.2008
***
Tekst był wcześniej opublikowany na stronie Jana M. Fijora

4 comments

  1. Timur

    No cóż! Jak widzę niektórych serwilizm nie opuszcza i nie opuści do końca.
    A złoto nie poszybuje do 20 tys dolarów za uncję.
    Prędzej powstanie „koszyk kruszców” na których oprze się pieniądz.
    Chyba… że komuś marzy się średniowiecze i możliwość zakupu wioski z chłopami i chłopkami za jednego florena jak to w XII wieku było. Ale to se ne vrati!

    Juan i Bath to żarty? Jakby 15 lat temu ktoś by mi powiedział, że mocną walutą będzie złotówka tobym się uśmiał. Dziś już się nie śmieję.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *