Wolności osobiste

Rafał Lorent „Kawa, ciastka i aksjomat o nieagresji – czyli klęska wolności”

Rozważmy tu sytuację i perspektywy ogólnie pojętego ruchu wolnościowego w Polsce. Na początek zaznaczmy jeszcze, że warunkiem powodzenia partii w jej drodze po władze (bo kto jeszcze wierzy w Pinocheta na białym koniu?) jest spełnienie tych kilku niezbędnych wymagań: silna struktura partyjna, potężne zasoby finansowe, przychylność bądź chociaż neutralność mediów i ogólnie pojętego establishmentu oraz pewna popularność idei przez nią głoszonych. Zacznijmy rozważać te warunki sine qua non począwszy od ostatniego.

(Nie)popularność wolności

W Polsce liberalizm nigdy nie cieszył się znaczącą popularnością. W okresie, w którym idee wolnościowe rodziły się i umacniały, społeczeństwo pogrążało się w marazmie i abnegacji, co przerwało dopiero oświecenie stanisławowskie (też nie mające wiele wspólnego z liberalizmem) oraz rozbiory. Następnie przez 123 lata najważniejszymi zagadnieniami były takie bytu urojone jak „Naród” czy „klasy pracujące” – myślenie kolektywistyczne zatriumfowało całkowicie i w okresie ugruntowywania się liberalizmu czy to w USA czy w UK, w naszym kraju prym wiodły idee pozaekonomiczne (narodowowyzwoleńcze, quasi-religijne <Chrystus narodów> czy religijne). Podczas II Rzeczypospolitej liberałów było mniej niż członków KPP a na pewno odgrywali mniejsza rolę – endecja, partie socjalistyczne mniej lub bardziej a w końcu autorytaryzm Piłsudskiego doprowadziły do okrzepnięcia państwa. Pierwszy plan gospodarczy był przecież autorstwa Kwiatkowskiego. O wpływie półwiecza rządów sowieckich nie trzeba nikomu przypominać. Koniec końców, po tylu dekadach walki między socjalizmem pobożnym, socjalizmem narodowym a socjalizmem bezbożnym, na progu III Rzeczypospolitej powstała malutka partyjka założona przez Stefana Kisielewskiego oraz Janusza Korwina-Mikke – pierwsza od lat i jedyna formacja wolnościowa.

Lecz cóż to oznacza? Ano to, że „zwykli ludzie” ustosunkowując się do rzeczywistości biorą za punkt odniesienia PRL (często z nostalgią) a „inteligencja” próbuje odbudowywać swój status wzorując się albo na Zachodzie (gdzie wpływy ’68 wciąż są bardzo silne) albo na II Rzeczypospolitej właśnie. Znamienne jest to, że w dyskursie politycznym (o ile można tak nazwać wieczną pyskówkę w mediach) pewne kwestie w ogóle się nie pojawiają, bo są nie do pomyślenia. Nie istnieje w umyśle Polaka taki twór jak płatna podstawówka czy płatny szpital – one są „darmowe i bezpłatne”. Jeśli w ogóle mowa o wolności, to chadekom kojarzy się z wolnością do postępowania dobrze, lewicy z wolnością do ( i tu: samochodu, mieszkania itd), konserwatystom z wolnością do wypełniania obowiązku wobec Tradycji/Ojczyzny/niepotrzebne skreślić. Samo pojęcie wolności, kluczowe przecież dla libertarian, jest całkowicie niezrozumiałe dla przeważającej części społeczeństwa.

Propagujmy!

Tylko jak? By propaganda się powiodła, należy mieć media, pieniądze i przemyślaną taktykę. W porównaniu do mainstreamowych mediów „propaganda” liberałów jest wręcz śmieszna – z jednej strony moloch codziennie wypluwający setki stron reportaży, felietonów i artykułów o wykluczonych i pozbawionych prawa do godnego życia, o bezrobotnych, o nie wspieraniu sportowców przez budżet, o biednych pielęgniarkach i nauczycielach, o korzyściach z Unii płynacych – a z drugiej strony sporadyczne akcje przeprowadzane przez paręnaście osób (Koliber), odezwy i memoranda w internecie (UPR), bicie internetowej piany na forach i portalach dyskusyjnych, czasem jakieś ulotki, spotkania. Oczywiście, przyczyną tego jest brak dostępu do mediów i z tej przyczyny wolnościowcom pozostaje internet, ewentualnie NajwyższyCzas! Jednak owocuje to wirtualnością całego ruchu – istnieje tylko w internecie. Tylko w formie 010101 – w rzeczywistości spotkać go prawie nie sposób.
Jak to zmienić? Odpowiedź może być brutalna – nie da się. Owszem, można rozważać możliwość skaptowania pana Waltera czy Solorza do obozu wolności (ale czym przekupić?) ale jest to bardziej political fiction niż realna możliwość działania. Telewizja czy radio to są miliony złotych – nawet wielkie partie, takie jak PO czy PiS nie mają „swoich” mediów, tylko sympatyzujące z nimi; a poniekąd sympatyzują wszystkie, bo wszystkie tolerują interwencjonizm, naruszanie własności i traktowanie dorosłych ludzi jak dzieci. Nawet gdyby pieniądze były, to brakuje kadry – nawet gdyby były pieniądze i kadra, to pozostaje kwestia koncesji. Powiedzmy sobie szczerze – żadnej z wpływowych dziś osób lub grup „trzymających władzę” wolność nie jest w żaden sposób przydatna. Jeśli w ogóle sporadycznie pojawia się w ustach polityków, to takich szczerych wolnościowców jak nasz obecny premier. Jesteśmy sami pośród socjaldemokratów.

„Wałęsa! Dawaj moje sto milionów!”

Kwestia finansowa ściśle łączy się z negatywną cechą już „nawróconych” na liberalizm, o której zaraz wspomnę. Teraz starczy powiedzieć, że cały ruch wolnościowy można wycenić na jakiś milion czy dwa złotych* – tyle są warte zarejestrowane domeny, koszulki, gadżety, składki członkowskie i nieruchomości oraz ruchomości stowarzyszeń oraz partii wolnościowcych. W porównaniu do parudziesięciu milionów którymi dysponują inne partie co roku to niewiele. A przypominam, że inne partie nie muszą redefiniować pewnych terminów, zmieniać dyskursu politycznego a ich członkowie nie muszą latać z Rothbardem do każdego i nawracać, bo każdy niemal ma zakorzenione głęboko w mózgu, że SIĘ NALEŻY. Szkoła SIĘ NALEŻY, szpital SIĘ NALEŻY i zasiłek SIĘ NALEŻY. Wolność jest dla ludzi dojrzałych – odpowiedzialność, konsekwencje i ciężka praca. O ile łatwiej jest być socjaldemokratą.

We, the people..

Co do samych wolnościowców, to można ich określić jako kawiarnianych filozofów. Przyjdzie taki na kawę, nadgryzie ciasteczko, objaśni Rothbarda w świetle laborystycznej teorii wartości, podeprze się Hayekiem, nadgryzie, zaatakuje Misesa, przełknie ciastko, siorbnie resztę kawusi i rzuci na odchodne błyskotliwym cytatem anty-demokratycznym z Hoppego. Tak jest – lubimy gadać. Gadanie, pisanie, czytanie – nic nie kosztuje i nic nie znaczy. Oczywiście, dzięki temu „nasi ludzie” są prawdopodobnie najlepiej wykształconym, oczytanym i elokwentnym elektoratem. Lecz musimy pamiętać o Lepperze – burak, cham i prostak a dzięki SPRAWNEJ partii oraz odrobinie populizmu i socjotechniki wdrapał się na stołek wicepremiera. Kulturą osobistą i wykształceniem można zdobyć punkty w kawiarni czy na salonach – w polityce liczy się skuteczność. A ta, jeśli o nas chodzi, jest mizerna. O wynikach wyborczych UPR nie będe wspominał, każdy wie, jak to wygląda. Pewną nadzieję dają młode organizacje, takie jak SM UPR czy Koliber. Jednak im też grozi stetryczenie a la Unia Polityki, która już ani realną ani polityczną nie jest.

Wyraźnie istnieje potrzeba nowej formy – struktury, która potrafiłaby wykorzystać potencjał tkwiący w nas. Bo, mimo wszystkich wymienionych wad, potencjał jest spory. W perspektywie 10-15 lat możliwe jest przekształcenie – starzy odejdą z polityki, trafią do niej młodzi, za pan brat z internetem, z językami, przedsiębiorczy, aktywni, jednym słowem: my. My będziemy wybierać z naszego pokolenia nowych polityków. Skuteczne lobbowanie na rzecz uznania wolności jako czegoś tredny nie jest niemożliwe – jest tylko bardzo trudne.

Podsumowując, sytuację wolnościowców można określić metaforycznie jako jajko. Robieni w jajo przez polityków, obrzucani zgniłym jajem przez s-demokratów, jesteśmy pełni możliwości (jako to jajo). Od naszej zdolności do samoorganizacji i zjednoczenia zależy, czy to jajko się stłucze i miast dać efekt jakikolwiek zacznie lekko śmierdzieć kompromisami, czy też wykluje się z niego to, do czego dążymy –
na razie słabe i niezdarne ale mogące wzrastać pisklę wolności.

Rafał Lorent

Ten utwór jest dostępny na licencji Creative Commons Uznanie autorstwa-Użycie
niekomercyjne-Na tych samych warunkach 2.5 Polska.

* Szacunki własne autora.