Tags:
Robert Gwiazdowski

Robert Gwiazdowski „Lehman i inni”

Chyba już nigdy nie zmądrzejemy. Po bankructwie „Braci Lehmańskich” w telewizorach na całym świecie pełno gadających głów tak zwanych „analityków finansowych”, którzy nie bardzo wiedzą co mówić. Więc plotą o kryzysie. A to nie kryzys. To rezultat – że pozwolę sobie sparafrazować nieodżałowanego Kisiela. Od czasu gdy wypowiedział on tę sentencję w odniesieniu do kryzysu w gospodarce socjalistycznej nic się nie zmieniło. Również w przypadku socjalizmu panującego na Giełdzie Nowojorskiej.

Oczywiście nie brakuje dziś deklaracji różnych guru „alterglobalizmu”, którzy obwieścili, że sprawdzają się właśnie ich przewidywania o kryzysie „neoliberalizmu” i gospodarki „wolnorynkowej”!!! Winą za „kryzys” obarczyli administrację Busha „za brak nadzoru” i nadmierną „liberalizację” rynków finansowych.

Karol Marks twierdził, że w kapitalizmie mamy do czynienia z kryzysem nadprodukcji. Więc ciśnie mi się pytanie: czegoż to mamy dziś za dużo? Instrumentów pochodnych, derywatów, futursów i innych takich. Tylko co one mają wspólnego z liberalizmem i wolnym rynkiem, na którym pieniądz jest jedynie miernikiem wartości a nie wartością samą w sobie? Karol Marks miał zdaje się rację w jednym: władzę bankierów powinna zmieść jakaś rewolucja. Ale na to się, niestety nie zanosi. Dziś ci, którzy nie zdążyli się „zapakować” w kredyty subprime – i bardzo tego żałowali – odgrywają rolę „mędrców”, którzy byli ostrożni i teraz zastąpią „skompromitowanych” menadżerów bankowych.

„…Nie pieniądz ale tylko reprezentowane przezeń dobra stanowią dochód jednostki albo społeczeństwa” – pisał Adam Smith w „Badaniach nad naturą i przyczynami bogactwa narodów”. Ale to przecież było ponad 200 lat temu. Ten właśnie argument, że nie możemy się „cofnąć” w ekonomii do połowy osiemnastego wieku, pozwalał przez ostatnie lata przedstawicielom „rynków finansowych” ramię w ramię z przedstawicielami „alterglobalistów” i innych komunistów, dyskredytowć poglądy zarówno klasycznej szkoły manchesterskiej, jak i austriackiej (choć to już była połowa dwudziestego wieku) i pompować kolejne bański spekulacyjne w imię teorii, że wszystko można wyprodukować, pod warunkiem, że ktoś to kupi. Zgodnie z tą teorią tworzono różne „instrumenty pochodne”, żeby ludzie mogli „kupować”. Problem polega jednak na tym, że w dłuższej perspektywie w „realu” siła naszego popytu wynosi tyle, ile wartość dóbr lub usług przez nas dostarczonych na rynek, a nie tyle, ile ktoś nam zapisze w jakimś komputerze „świadectw udziałowych”.

P.S. Czy zwróciliście Państwo uwagę, że ofertę Bank of America nabycia akcji Merrill Lynch przyjął…. zarząd „Merrilla”. A taki naiwny „wolnorynkowy liberał” pewnie sądzi, że akcje to mają akcjonariusze – a zarządy to tylko zarządzają!

P.S. 2 Kilka dni temu poszedłem sobie na lunch robiąc przy okazji „prasówkę” i musiałem się bardzo starać, żeby nie słyszeć co facet przy stoliku obok wygadywał do kilku słuchających go osób na temat inwestycji w nowe „struktury” – czyli różne „strukturyzowane produkty finansowe”. Dotąd korzystały z nich jedynie „instytucje finansowe”. Tak, tak… Lehman and „consortes”. Dziś zaczęto je oferować klientom indywidualnym, żeby powstrzymać wycofywanie środków z funduszy inwestycyjnych. Są to „produkty”, które dają możliwość zarabiania na rynku kapitałowym z jednoczesnym ograniczeniem do minimum ewentualnej straty zainwestowanych pieniędzy (100% gwarancja kapitału). Ich specyfika polega na tym, że inwestor uczestniczy w zyskach zależnych od instrumentu bazowego (underlying), czyli instrumentu finansowego, na którym oparty jest dany produkt strukturyzowany. Mogą to być indeksy giełdowe, akcje wybranych spółek, ceny towarów rolnych, surowców, metali szlachetnych, walut obcych czy nawet – funduszy inwestycyjnych. Zrozumiałe? Nie? I właśnie o to chodzi. Nie trzeba rozumieć – trzeba inwestować ciesząc się, że nasze pieniądze są bezpieczne. Pewnie tak samo, jak inwestycje Lehmana. Produkty te zaczęły być oferowane klientom indywidualnym po tym, gdy spanikowane sytuacją na „rynkach finansowych” banki centralne dodrukowały setki miliardów dolarów, funtów i euro, żeby ratować płynność „instytucji finansowych”. A więc tak naprawdę, to gwarancja ochrony kapitału jest gwarancją straty jedynie tych kilku procent – tyle ile wynosi inflacja. Ale i to jest nie do końca prawdą, gdyż opiera się na przekonaniu, że jak znowu będzie „wtopa” podobna do tej, jaką odnotowaliśmy na subprimach, to banki centralne uruchomią „tani” pieniądz. A najciekawsze jest to, że zysk z tych inwestycji jest zależny od… uwaga! uwaga!… metody jego obliczania!!! Tych metod jest bardzo wiele, a ich nazwy dla niewtajemniczonych brzmią egzotycznie (np. autocall, lookback, opcja barierowa in/out, czy swing). Jedno mają wspólne: zysk zależy nie tylko od obiektywnych wartości, ale także od sposobu jego liczenia!!! Pełny Matrix!

Robert Gwiazdowski
16 wrzesień 2008

Tekst został wcześniej opublikowany na blogu autora www.blog.gwiazdowski.pl

1 comment

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *