Rafał Lorent Recenzje

Rafał Lorent: Ayn Rand – Źródło

Ayn Rand, czyli tak naprawdę Alicja Rosenbaum była rosyjską Żydówką. W wieku 9 lat postanowiła, że zostanie pisarką. Była świadkiem rewolucji 1917 roku; w 1921 rozpoczęła studia nad historią i filozofią w Piotrogrodzie. W 1924 roku zbiegła do Ameryki. Nie wdając się w szczegóły biograficzne – Rand stworzyła filozofię zwaną obiektywizmem, będącą jednym z „nurtów” libertarianizmu, obok minarchizmu i anarchokapitalizmu.

Dokładna terminologia jest w tym momencie nieistotna – ważne jest to, co Rand zawarła w swojej książce. A starała się w niej, tak jak w innych dziełach jej autorstwa, pokazać swój ideał etyczny. Reprezentantem tego ideału jest Mr. Roark.

Howard Roark jest wybitnie uzdolnionym architektem. Howard Roark jest niezależny i egotyczny. Howard Roark jest bezlitosny i litości nie oczekuje. Howard Roark nie kocha ludzi za to, że są, lecz za to, czym są. Jest uosobieniem człowieczeństwa wg Rand – jest Twórcą, jednostką kreatywną. Howard Roark przeciwstawia się tłumowi, uosabianemu przez Ellswortha M. Tooheya – jednak nie w histeryczny, udramatyzowany sposób. Howard Roark ma świadomość tego, kim jest i jacy nie są otaczający go ludzie – lecz nie wyraża tego intencjonalnie; wyrasta ponad morze pustych skorup ludzkich i przyjmuje to jako rzecz naturalną, jak oddychanie czy sen. Mr. Roark jest ateistą, czci ducha ludzkiego wyrażającego się w nim samym. Jest przepełniony radością życia, jest spełniony i pewny. Howard Roark w wydarzeniach przedstawionych w książce spotyka zaledwie czterech ludzi podobnych do niego – lecz żaden z nich nie wytrzymuje ciśnienia wszechobecnej masy. Jako jedyny jest człowiekiem. Nienawidzą go zwykli ludzie, szukających sensu życia w innych, a nie w sobie. Howard Roark jest odkrywcą ognia spalonym na stosie, wynalazcą koła łamanym kołem, wynalazcą stali ściętym gilotyną, odkrywcą elektryczności na krześle elektrycznym, projektantem statku nadziemskiego ciśniętym w próżnię. Howard Roark ma duszę – w przeciwieństwie do mas, mających zamiast duszy tylko zwierciadło odbijające zwierciadła odbijające zwierciadła. Howard Roark jest apoteozą człowieka, amerykańskim snem uczłowieczonym. Howard Roark jest Prometeuszem posiadającym iskrę i nie dzielącym się nią. Howard Roark jest celem samym w sobie.

Książka opisuje walkę Mr.Roarka o możliwość tworzenia w świecie chylącym się ku amorficznej masie. Masami kieruje i masy wyraża pan Toohey – inteligent, krytyk sztuki, architektury, poezji, literatury, mówca, dziennikarz, socjalista, absolwent Harvardu. Jest najbardziej pustą istotą ze wszystkich które Roark spotyka – jest niczym gąbka, największym pasożytem na ludzkości. Chce przeobrazić ją w szarą masę – dla władzy; swoimi intrygami przyspiesza socjalizację Ameryki. Reprezentuje wszystkich „powielaczy”, ludzi nic nie tworzących, żyjących w głowach innych ludzi, dbających o „prestiż”, „sławę”, „uznanie”, „szacunek”. Przeobraża ludzkość z powrotem w błoto, z której powstała. Jest kolektywnym Mefistofelesem niszczącym Fausta-Roarka w świecie bez Boga.

Jedno z najbardziej znaczących zdań w książce, Toohey do Roarka:

– Panie Roark, jesteśmy tu sami. Dlaczego mi pan nie powie, co pan o mnie myśli? W jakichkolwiek słowach pan zechce. Nikt nas nie słyszy.
– Ależ ja o panu nie myślę.
Na twarzy Tooheya widniał wyraz skupienia, spokojnego nasłuchiwania czegoś tak oczywistego jak przeznaczenie. Milczał.

Niemal wszystkie jednostki przedstawione w książce, to pospolity ludzki pył. Urodzony, wykarmiony, wyedukowany, kieruje się tym, co włożono mu do głowy. Nie myśli – czyta. Nie mówi – słucha. Nie widzi, nie działa, nie żyje. Szuka uznania u drugiego człowieka, w sobie nie znajdując szacunku dla samego siebie. Przejmuje się cudzą opinią, bo to wszystko co zostało człowiekowi odczłowieczonemu. W Wielkiej Improwizacji Tooheya wygłoszonej do Petera Keatinga – architekta i kolegi Howarda ze szkoły, będącego esencją szarego człowieka – przedstawiona jest wizja ludzkości jako dwóch luster ułożonych naprzeciwko siebie. Odbijają nicość do nieskończoności. Szukasz szacunku u niego, u niej; oni szukają u następnych, następnych i następnych, dookoła świata. Zera się sumują. Roark nigdy się nie obraża, nie błaga, nie cieszy, nie smuci z powodu innych ludzi – nie mogą go dosięgnąć. Szary czytelnik „Sztandaru” Gaila Wynanda uznaje to za dehumanizację, nieludzki egoizm ostateczny. Zbijają się w masę, szydzą z samotności Jednostki, rozpaczliwie szukają potwierdzenia w innych, równie pustych jak oni sami. Nienawiść do Roarka bierze się między innymi ze świadomości własnej pustki – cóż jest ważniejsze niż szacunek dla samego siebie? W świecie „Źródła” Roark samą swoją obecnością to właśnie niszczy – nie sam szacunek, on jest nienaruszalny. Roark żyjąc robi coś znacznie gorszego – zabiera pozory szacunku. Pod koniec książki Peter Keating uświadamia to sobie. Spogląda w głąb samego siebie – a pustka nie odpowiada. Reagując agresją na Roarka, wszyscy potwierdzają tym samym to, do czego obawiają się przyznać. Są gorsi, są nieskończenie gorsi i wiedzą o tym.

Rand była ateistką. Traktowała wszystkie religie jako mechanizm kontroli i wykorzeniania najcenniejszego – „świętego EGO”. Nazizm, komunizm, buddyzm, socjaldemokracja, chrześcijaństwo, demokracja sama w sobie – wszystko, by zniszczyć jednostkę. Z Improwizacji Tooheya:

Opróżnij duszę ludzką, a miejsce, które po niej pozostanie, jest twoje. Nie wiem, dlaczego jesteś taki zszokowany, Peter. To najstarsza ze wszystkich metod. Przyjrzyj się historii. Przyjrzyj się jakiemukolwiek wielkiemu systemowi etycznemu, od Wschodu począwszy. Czyż nie głosiły one poświęcenia osobistej radości? (…) Czyż nie zdołałeś wychwycić ich refrenu: „Poddaj się, poddaj się, poddaj się”? Przyjrzyj się moralnemu klimatowi naszych dni. Wszystko, co sprawia przyjemność, od papierosów poprzez seks, ambicję, chęć zysku uważane jest za niemoralne czy grzeszne. Dowiedz się, że jakaś rzecz czyni człowieka szczęśliwym, a potępisz ją. Oto, jak daleko zaszliśmy. Powiązaliśmy szczęście z winą. Trzymamy ludzkość za gardło. Złóż ofiarę ze swego pierworodnego – leż na pryczy z gwoździ – idź na pustynię, by umartwiać ciało – nie tańcz – nie chodź w niedzielę do kina – nie próbuj się wzbogacić – nie pal – nie pij. (…)Weź moją gazetę i przeczytaj nagłówki. Czyż nie nadchodzi? Czyż nie jest już tutaj? Wszystko, o czym ode mnie usłyszałeś? Czyż nie połknęło już Europy i czyż my nie zmierzamy z wolna ku temu samemu? Wszystko, co powiedziałem, zawiera się w jednym słowie – kolektywizm. Czyż nie on właśnie jest bogiem naszego stulecia? Działać razem. Myśleć – razem. Czuć – razem. Jednoczyć się, zgadzać, podporządkowywać. Podporządkowywać się, służyć, poświęcać. Dziel i rządź – najpierw. Potem – łącz i rządź.

Nie można przecenić znaczenia myśli Rand na polu walki z takimi zgubnymi ideami jak równość, litość, altruizm (nie w ich potocznym rozumieniu). „Atlas zbuntowany”, wydany również w Polsce, jest – według Biblioteki Kongresu – najczęściej po Biblii czytaną książką w USA. Rand miała odwagę czcić jednostkę w czasach agresywnego kolektywizmu – Mussolini, Hitler, Stalin, Piłsudski, Franco, Salazar a w Stanach Roosvelt i jego New Deal. Będąc outsiderem, dokładnie tak jak Hayek piszący „Drogę do zniewolenia”, Rand przyczyniła się do uratowania najcenniejszych idei i wartości podczas rządów mas – wolności, własności, niezależności, samodzielności, kreatywności, egoizmu wreszcie (nie w potocznym rozumieniu). I za to jej dziękuję.

Łukasz Lorent
03.11.2008 r.

***

Tekst ukazał się wcześniej na www.mojeopinie.pl

14 comments

  1. smootnyclown Post author

    W moim odczuciu najważniejszym fragmentem w całej książce jest mowa obrończa przy drugiej rozprawie Roarka:

    „Tysiące lat temu pierwszy człowiek odkrył, jak krzesać ogień. Prawdopodobnie zginął na stosie, który nauczył swoich braci rozpalać. Uznano go za złoczyńcę, który zadał się z demonem. Od tego czasu ludzie mieli jednak ogień, który ogrzewał ich, oświetlał ich jaskinie, pozwalał ugotować posiłek. Ten pierwszy człowiek podarował ludziom coś, czego sami nie zdołali wymyślić i sprawił, że ziemia wyłoniła się z ciemności. Wiele wieków po nim ktoś inny wynalazł koło. Prawdopodobnie zginął wskutek tortury łamania kołem, które nauczył swoich braci konstruować. Uznano go za przestępcę, który przekroczył dozwolone granice. Od tego czasu ludzie mogli jednak podróżować poza horyzont. Podarował im coś, czego sami nie zdołali wymyślić i otworzył przed nimi drogi świata.

    Ten niepokorny pionier jest bohaterem pierwszego rozdziału każdej legendy, jaką stworzyła ludzkość na temat swoich początków. Prometeusz został przykuty do skały i był rozszarpywany przez sepy za to, że ukradł bogom ogień. Adam został skazany na cierpienie za to, że zjadł owoc z drzewa wiedzy. Którąkolwiek legendę weźmiemy, z otchłani ludzkiej pamięci wyłania się świadomość, że chwała jest zasługą pojedynczego człowieka i że zapłacił on za swoją odwagę.

    W ciągu wieków pojawiali się ludzie, którzy stawiali pierwsze kroki na nowych drogach, uzbrojeni jedynie w swoją własną wizję. Ich cele różniły się, ale łączyło ich to samo: ich krok był pierwszy, droga – nowa, wizja – własna, a odpowiedzią jaką otrzymywali była nienawiść. Wielcy twórcy – myśliciele, artyści, naukowcy, wynalazcy – samotnie stawiali czoło społeczeństwu swoich czasów. Każda wielka nowa myśl napotykała opór. Każdy wielki wynalazek był odrzucany. Pierwszy silnik uznano za głupotę. Samolot uważano za niemożliwy do skonstruowania. Krosno mechaniczne za przeklęte. Znieczulenie za grzeszne. Ale ludzie, którzy mieli własną wizję, parli do przodu. Walczyli, cierpieli, płacili. Lecz zwyciężali.

    Żadnemu twórcy nie przyświecała idea służenia bliźnim, bo jego bliźni odrzucali dar, który im oferował, dar ten bowiem niszczył leniwą rutynę ich dni. Jedynym motywem postępowania, jakim kierował się wynalazca, była prawda. Jego własna prawda i jego własne dążenie do osiągnięcia jej na swój własny sposób. Symfonia, książka, silnik, filozofia, samolot czy budynek – to był cel jego życia. Nie ci, którzy słuchali, czytali, obsługiwali, wierzyli, latali czy zasiedlali dom, który stworzył. Dzieło, nie użytkownicy. Dzieło, nie korzyści, które będą z niego czerpać inni. Dzieło, które nadawało kształt jego prawdzie. Prawdzie będącej najwyższą wartością i tarczą, którą dzierżył przeciwko wszystkim ludziom.

    Jego wizja, jego siła, jego odwaga pochodziły z jego własnego ducha. Duchem człowieka jest jego jaźń. Jedność, która stanowi jego świadomość. Myśleć, czuć, sądzić, działać – oto są funkcje ego.

    Twórcy nie byli bezinteresowni, pozbawieni własnego ja. W tym tkwi cały sekret ich siły: była samowystarczalna, samonapędzająca się, samowytwarzająca się. Praprzyczyna, źródło energii, siła życiowa, czynnik nadrzędny.

    I tylko żyjąc dla siebie, mógł osiągnąć rzeczy, które dziś są chlubą ludzkości. Taka jest natura osiągnięć.

    Człowiek nie może przetrwac inaczej, jak tylko dzięki własnemu umysłowi. Przychodzi na ziemię nieuzbrojony. Jego mózg jest jego jedyną bronią. Zwierzęta zdobywają żywność siłą. Człowiek nie ma szponów, kłów, rogów ani wielkiej siły fizycznej. Musi hodować żywność lub polować na nią. Aby hodować, potrzebuje procesu myślenia. Aby polować, potrzebuje broni, a aby ją stworzyć – procesu myślenia. Od tej najprostszej potrzeby po najwyższą abstrakcję religijną, od koła po drapacz chmur, wszystko, czym jesteśmy i co mamy, pochodzi od jednego atrybutu człowieka – od jego rozumu.

    Rozum jest jednak atrybutem jednostki. Nie istnieje rozum kolektywny. Nie istnieje myśl kolektywna. Porozumienie osiągnięte przez grupę ludzi jest tylko kompromisem, średnią wyciągniętą z wielu indywidualnych myśli. Konsekwencją wtórną. Akt pierwotny – proces rozumowania – odbywa się w głowie pojedynczego człowieka. Możemy podzielić posiłek pomiędzy wielu ludzi. Nie możemy go jednak przetrawić w kolektywnym żołądku. Żaden człowiek nie może użyczyć swoich płuc innemu człowiekowi. Żaden nie może używać swojego mózgu, by myśleć za kogoś innego. Wszystkie funkcje ciała i ducha są indywidualne. Nie można się nimi podzielić ani ich zamieniać.

    Dziedziczymy produkty myśli innych ludzi. Dziedziczymy koło. Budujemy wóz. Wóz staje się samochodem. Samochód staje się samolotem Ale przez cały ten proces to, co otrzymujemy od innych, jest tylko końcowym produktem ich myśli. Siłą napędową jest zdolność twórcza, która przyjmuje ten produkt za materiał, używa go i rozpoczyna kolejny etap. Tej zdolności twórczej nie można dać ani otrzymać, podzielić się nią ani pożyczyć. Należy do jednostek. To, co stworzy jest własnością twórcy. Ludzie uczą się od siebie nawzajem, ale nauka to tylko wymiana materiałów. Żaden człowiek nie może przekazać drugiemu zdolności myślenia. A jednak to właśnie ta zdolność jest dla nas gwarancją przetrwania.

    Na ziemi nic nie jest człowiekowi dane. Wszystko, czego potrzebuje, trzeba stworzyć. I tu człowiek staje przed podstawową alternatywą: może przetrwać tylko w jeden z dwóch sposobów – dzięki niezależnej pracy swojego umysłu lub jako pasożyt karmiący się umysłami innych. Twórca rozpoczyna. Pasożyt czerpie. Twórca stawia czoło przyrodzie samotnie. Pasożyt stawia jej czoło przez pośrednika.

    Troską twórcy jest podbój przyrody. Troską pasożyta jest podbój ludzi.

    Twórca żyje dla swojej pracy. Nie potrzebuje innych ludzi. Jego nadrzędny cel leży w nim samym. Pasożyt żyje, powielając. Potrzebuje innych. Inni stają się jego nadrzędnym celem.

    Podstawową potrzeba twórcy jest niezależność. Rozumny umysł nie może pracować, gdy jest poddany jakiejkolwiek formie przymusu. Nie może być ograniczony, poświęcony czemuś ani podporządkowany żadnym okolicznościom. Wymaga to całkowitej niezależności w działaniu i motywach postępowania. Dla twórcy wszelkie stosunki z innymi ludźmi są rzeczą drugorzędną.

    Podstawową potrzebą powielacza jest umacnianie więzi między ludźmi, którzy go żywią. Stosunki międzyludzkie stawia na pierwszym miejscu. Twierdzi, że człowiek istnieje, by służyć innym. Głosi altruizm.

    Altruizm jest doktryną wymagającą, by człowiek żył dla innych i umieszczał ich ponad własnym ego.

    Żaden człowiek nie może żyć dla innego człowieka. Nie może dzielić się duchem, tak samo jak nie może dzielić się ciałem. Ale powielacz użył altruizmu jako broni służącej wyzyskowi i przeinaczył podstawy zasad moralnych ludzkości. Wpojono ludziom to wszystko, co niszczy twórcę. Nauczono ich, ze zależność jest cnotą.

    Człowiek, który usiłuje żyć dla innych, jest zależny. Jego motywy są motywami pasożyta. Czyni pasożyty z tych, którym służy. Taki związek nie wytwarza nic poza wzajemnym zepsuciem. Jest zasadniczo niemożliwy. Najbliższe mu jest niewolnictwo. Niewolnik to człowiek, który żyje, by służyć innym. Jeśli fizyczne niewolnictwo jest odrażające, to o ileż bardziej odrażająca jest koncepcja służalczości ducha? Człowiek wzięty do niewoli posiada resztki honoru. Można zapisać mu na plus to, że się opierał i że uważa swą obecną pozycję za złą. Ale człowiek, który z własnej woli czyni z siebie niewolnika i czyni to w imię miłości, jest najpodlejszym ze stworzeń. Degraduje godność człowieka i degraduje koncepcję miłości. Ale teka właśnie jest kwintesencja altruizmu.

    Nauczono ludzi, że największą cnotą nie jest zdobywać, lecz dawać. Nie można jednak dać coś, czego przedtem nie stworzono. Tworzenie poprzedza rozdawanie – inaczej nie byłoby co rozdawać. Potrzeba twórcy poprzedza potrzebę każdego potencjalnego beneficjenta. A jednak uczą nas podziwiać powielacza rozdającego dobra, których nie wyprodukował i stawiać go ponad człowiekiem, który ich przysporzył . Sławimy dobroczynność. Wzruszamy ramionami w obliczu osiągnięć.

    Nauczono ludzi, że ich największą troską powinno być, jak ulżyć innym w cierpieniu. Ale cierpienie jest chorobą. Kiedy ktoś napotyka się na nią, próbuje ulżyć i pomóc. Prawdziwą próba cnoty jest uczynienie z cierpienia istotnego elementu życia. A zatem człowiek musi pragnąć widoku cudzych cierpień, bo tylko dzięki nim może być cnotliwy. Taka jest natura altruizmu. Twórca nie myśli o chorobie, lecz o życiu. A jednak to jego praca eliminowała jedną chorobę po drugiej, w ludzkim ciele i duszy i przyniosła więcej ulgi w cierpieniu niż jakikolwiek altruista kiedykolwiek zdoła sobie wyobrazić.

    Nauczono ludzi, że cnotą jest zgadzać się z innymi. Ale twórca to człowiek, który się nie zgadza. Nauczono ludzi, że cnota jest płynąć z prądem. Ale twórca to ktoś, kto płynie pod prąd. Nauczono ludzi, że cnota jest trzymać się razem, ale twórca to człowiek, który stoi sam.

    Nauczono ludzi, że ego jest synonimem zła, a brak ego ideałem cnoty. Ale twórca jest egoistą w sensie absolutnym, a altruista kimś, kto nie myśli, nie czuje, nie sądzi i nie działa. To bowiem są funkcje ego.

    Tutaj owo podstawowe odwrócenie norm jest najpełniejsze. Człowieka postawiono bez alternatywy – i bez wolności. Jako bieguny dobra i zła zaoferowano mu dwie koncepcje: egoizm i altruizm. Egoizm oznaczał poświęcenie się własnemu ego; altruizm – poświęcenie się egu innych. To nieodwołalnie wiązało człowieka z innymi ludźmi i nie pozostawiało mu innego wyboru, jak tylko ból zadawany innym w imieniu własnego ja. Potem okazało się, że człowiek musi znajdować w składaniu siebie w ofierze, a wtedy pułapka zamknęła się. Człowiek został zmuszony do zaakceptowania masochizmu jako swojego ideału – pod groźbą, że drugą ewentualnością jest sadyzm. To było największe oszustwo, jakie kiedykolwiek popełniono wobec ludzkości.

    To było narzędzie, za pomocą którego uczyniono z zależności i cierpienia fundamentalne zasady życia.

    Nie chodzi o wybór między poświęceniem a dominacją. Chodzi o wybór między niezależnością a zależnością. Miedzy kodeksem twórcy, a kodeksem powielacza. To podstawowa kwestia. Kwestia wyboru między życiem a śmiercią. Kodeks twórcy oparty jest na potrzebach rozumnego umysłu, który pozwala człowiekowi przetrwać. Kodeks powielacza oparty jest na potrzebach umysłu niezdolnego do przetrwania. Wszystko, co pochodzi od niezależnego ego człowieka, jest dobre. Wszystko co wynika z zalewności człowieka od innych ludzi jest złe.

    Egoista w sensie absolutnym nie jest człowiek, który poświęca innych. Jest to ktoś, kto stoi ponad potrzebą wykorzystywania innych w jakikolwiek sposób. Nie działa poprzez nich. W żadnej ważnej sprawie nie kieruje się myślą o nich. Ani jego cel, ani tez jego myśl, ani jego pragnienia, ani źródło jego energii nie mają związku z innymi ludźmi. Nie żyje dla żadnego innego człowieka – i nie prosi nikogo, by żył dla niego. To jedyna forma braterstwa i wzajemnego szacunku możliwa pomiędzy ludźmi.

    Stopień zdolności bywa różny, ale podstawowa zasada pozostaje taka sama: stopień niezależności człowieka, inicjatywa i miłość własna determinują jego talent jako pracownika i jego wartość jako człowieka. Niezależność jest jedyną miarą cnoty i wartości człowieka. To, czym jest i co z siebie robi, nie to, co zrobił lub czego nie zrobił dla innych. Nie ma substytutu dla godności osobistej. Nie ma innej normy godności osobistej, jak tylko niezależność.

    We wszystkich zdrowych stosunkach międzyludzkich nie istnieje poświecenie jednej osoby dla drugiej. Architekt potrzebuje klientów, ale nie podporządkowuje swojej pracy ich żądaniom. Oni też go potrzebują, ale nie zamawiają domu tylko dlatego, by miał co robić. Ludzie wymieniają się swoją pracą za obopólna zgodą, dla obopólnego zysku, kiedy ich osobiste zainteresowania są zbieżne i kiedy pragną wymiany. Jeśli jej nie pragną, nie musza zadawać się ze sobą. Szukają dalej. To jedyna forma wzajemnej zależności możliwa miedzy równymi sobie. Wszystko inne jest zależnością niewolnika od pana ulub ofiary od kata.

    Żadnej pracy nigdy nie wykonuje się kolektywnie, poprzez decyzję większości. Każda praca twórcza jest wykonywana pod przewodnictwem jednej indywidualnej myśli. Architekt do budowy swego domu potrzebuje wielu ludzi. Ale nie prosi ich, by głosowali na jego projekt. Działają razem dzięki niewymuszonej zgodzie i każdy jest wolny, występując we własnej roli. Architekt używa stali, szkła, betonu, które wyprodukowali inni. Ale materiały te są jedyni stalą, szkłem, betonem, dopóki on ich nie dotknie. To, co z nich uczyni, jest jego osobistym produktem i osobistą własnością. To jedyny model właściwej kooperacji między ludźmi.

    Pierwszym prawem na ziemi jest prawo ego. Pierwszym obowiązkiem człowieka jest obowiązek wobec samego siebie. Jego prawem moralnym jest, aby nigdy nie umieszczał swego nadrzędnego celu w innych ludziach. Jego obowiązkiem moralnym jest robić to, czego pragnie, pod warunkiem, że głównym źródłem tego pragnienia jest on sam, nie inni. Dotyczy to całej sfery jego sił twórczych, jego myślenia, jego pracy. Nie dotyczy natomiast działań gangstera, altruisty i dyktatora.

    Człowiek myśli i pracuje sam. Nie można kraść, wyzyskiwać ani rządzić w pojedynkę. Kradzież, wyzysk i władza zakładają istnienie ofiar. Implikują zależność. To sfery działania powielacza.

    Ci, którzy rządzą ludźmi, nie są egoistami. Niczego nie tworzą. Istnieją całkowicie dzięki osobom trzecim. Ich cel leży w ich podwładnych, w dziele zniewalania. Są równie zależni jak żebrak, pracownik socjalny czy bandyta. Forma zależności nie ma znaczenia.
    Ludzi nauczono jednak uważać powielaczy – tyranów, imperatorów, dyktatorów – za wcielenie egoizmu. Poprzez to kłamstwo zmuszono ich do zniszczenia ego, własnego i cudzego. Celem tego kłamstwa było zniszczenie twórców. Lub ujarzmienie ich. Co na jedno wychodzi.

    Od zarania dziejów ścierały się ze sobą dwa przeciwieństwa: twórca i powielacz. Kiedy pierwszy twórca wynalazł koło, pierwszy powielacz zrewanżował mu się. Wynalazł altruizm.

    Twórca – odrzucany, blokowany, prześladowany, wyzyskiwany – pracował dalej, posuwał się do przodu i niósł na swoich barkach całą ludzkość – dzięki swej energii. Powielacz nie dodał do tego procesu niż z wyjątkiem przeszkód. Zmagania te noszą tez inną nazwę: jednostka przeciw kolektywowi.

    „Wspólne dobro” kolektywu – rasy, klasy, państwa – było sztandarem i usprawiedliwieniem każdej tyranii, jaką kiedykolwiek w historii dokonywało się w imię altruizmu. Czy jakikolwiek akt egoizmu można porównać z rzeziami apostołów altruizmu? Czy wina leży w hipokryzji człowieka, czy też w jego zasadach? Najstraszliwsi rzeźnicy byli najszczersi. Wierzyli, że dzięki gilotynie lub plutonowi egzekucyjnemu stworzą idealne społeczeństwo. Nikt nie kwestionował ich prawa do mordu, gdyż mordowali z pobudek altruistycznych. Przyjmowano, że trzeba poświęcić człowieka dla dobra innych ludzi. Aktorzy się zmieniają, tragedia jednak pozostaje taka sama. „Człowiek humanitarny” zaczyna od deklaracji miłości dla ludzkości, a kończy morzem krwi. Taki stan trwa i będzie trwał tak długo, jak długo ludzie nie przestaną wierzyć, że dobre są działania, które są „bezinteresowne”. To pozwala altruiście działać i zmusza jego ofiary by to znosiły. Liderzy ruchów altruistycznych nie proszą o nic dla siebie. Przyjrzyjcie się jednak ich rezultatom.

    Jedyne dobro, jaki ludzie mogą uczynić dla siebie nawzajem i jedyna deklaracja ich właściwej zależności brzmi: ręce precz!

    […]

    To odwieczny konflikt. Ludzie zbliżali się do prawdy, te jednak za każdym razem niszczono i jedna cywilizacja po drugiej upadała. Cywilizacja to postęp w kierunku społeczeństwa prywatności. Cała egzystencja dzikusa jest publiczna, rządzona prawami plemienia. Cywilizacja to proces uwalniania człowieka od innych ludzi.”

    Wydaje mi się, że to jest jej swego rodzaju credo.

  2. triarius

    @ smootnyclown

    Dłuższe znaczy? Miło mi, że im więcej tym dla Ciebie lepiej, ale mój koment zawarł dokładnie wszystko co mam do powiedzenia na temat p. Rand.

    Swoją drogą czytałem zbiór jej felietonów, mam go nawet, w których dwa znalazłem b. dobre. I jednemu nawet poświęciłem dłuższy wpis na blogu.

    Ale to są w sumie b. niebezpieczne rzeczy dla młodych móżdżków, a dla mózgów dojrzałych interesujące jedynie jako symptom schyłku Zachodu.

  3. Gozdi

    Triarius, skoro nie popierasz postawy Howarda Roarka to co dajesz w zamian ? Proszę o jakąś konstruktywną krytykę a nie rzucanie dziwnych wiązanek. Dla tych co czytali Źródło mam pytanie. Który architekt nam wspołczesny może najlepiej pasować do postaci Howarda ??
    Tak na marginesie dodam , że postać Howarda bardziej do mnie przemawia niż John Galt nie ujmując nic temu drugiemu.
    tymczasem zmykam do teatru na sztukę pt „Żadnej skóry z twojej twarzy” a w przerwie poczytam „Sztandar”

  4. Autor

    Triarus, uargumentuj swoje stanowisko zamiast rzucać epitetami, bo takie prowadzenie „dyskusji” jest żałosne – w przeciwieństwie do obiektywizmu IMO.

  5. KaGie

    Rand miała odwagę czcić jednostkę w czasach agresywnego kolektywizmu – Mussolini, Hitler, Stalin, Piłsudski, Franco, Salazar a w Stanach Roosvelt i jego New Deal.

    To to nie były jednostki? 😛

  6. Premislaus

    @triarius

    Nie zgadzam się z Tobą. Sam jestem świadomym, krańcowym egoistą. Tyle, że nie zacząłem od Ayn Rand. Sam się określiłem egoistą i stwierdziłem, że wszyscy są egoistami, nawet jak działają z pobudek altruistycznych, to są egoistami bo im to sprawia przyjemność, satysfakcję. Jeśli cierpią to „wiedzą”, że nagrodą będzie niebo, albo powiedzenie się czegoś. Albo upatruję nadzieje, szczęście w zgubie tego, przez co cierpią, etc. Miałem wtedy 15 lat, potem dowiedziałem się o Maxie Stirnerze i jego książce „Jedyny i jego własność”. Teraz mam 20 lat i poglądów nie zmieniłem w tej materii i wiem, że nigdy nie zmienię. To jest nietzscheańska idea wiecznego powrotu, wiem, że jeśli by mi było dane przeżywać moje życie w ten sam sposób, w nieskończoność, to bym na to przystał. Głoszę indywidualizm.

    „A gdyby tak (…) jakiś demon (…) rzekł ci: „Życie to, tak jak je teraz przeżywasz i przeżywałeś, będziesz musiał przeżywać raz jeszcze i niezliczone jeszcze razy; i nie będzie w nim nic nowego, tylko każdy ból i każda rozkosz i każda myśl i każde westchnienie i wszystko niewymownie małe i wielkie twego życia wrócić ci musi, i wszystko w tym samym porządku i następstwie” – (…) Czy nie padłbyś na ziemię i nie zgrzytał zębami i nie przeklął demona, który by tak mówił? Lub czy przeżyłeś kiedy ogromną chwilę, w której byś był mu rzekł: „Bogiem jesteś i nigdy nie słyszałem nic bardziej boskiego”. Gdyby myśl ta uzyskała moc nad tobą, zmieniłaby i zmiażdżyła może ciebie, jakim jesteś. Pytanie przy wszystkim i każdym szczególe: „czy chcesz tego jeszcze raz i jeszcze niezliczone razy?” leżałoby jak największy ciężar na postępkach twoich. Lub jakże musiałbyś kochać samego siebie i życie, by niczego więcej nie pragnąć nad to ostateczne, wieczne poświadczenie i pieczętowanie”

    http://pl.wikipedia.org/wiki/Nietzsche#Wieczny_powr.C3.B3t

  7. Pingback: Michał Wolski: Dwie córki wolnego rynku | Liberalis

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *