Rafał Lorent

Rafał Lorent: Dyskryminacja jest ok !

Problem dyskryminacji jest modnym tematem od lat. Setki gadających głów, dyskusje w radiu, bannery, inicjatywy, stowarzyszenia, reportaże, materiały filmowe, rezolucje PE. Jednak mało kto zadaje sobie pytanie, czym właściwie jest dyskryminacja. Na to pytanie postaramy się odpowiedzieć.

Na początek powinniśmy pozbyć się podejścia wartościującego. Załóżmy na czas lektury tego artykułu, że dyskryminacja nie jest ani „dobra” ani „zła”, lecz postarajmy się przeanalizować samo zjawisko. Zjawisko dyskryminacji wiąże się ściśle z pojęciem wykluczenia Z wykluczeniem mamy do czynienia wówczas, gdy zachodzi sytuacja swoistego odizolowania jednostki od grupy, braku akceptacji dla niej, ograniczenie możliwości aktywności społecznej. Jest to niejako banicja społeczna. Na tak rozumiane wykluczenie składa się między innymi wykluczenie strukturalne (miejsce zamieszkania – np: wieś), wykluczenie fizyczne (inwalidztwo, podeszły wiek) oraz wykluczenie normatywne, polegające na wyłączeniu z grupy za łamanie pewnych ustalonych norm. Chodzi tu min. o alkoholizm, używanie narkotyków, konflikt z prawem, samotność a niekiedy także o płeć, narodowość, wygląd, przekonania itp.

Zatem możemy wstępnie zdefiniować dyskryminacje jako zjawisko występujące, gdy „jakimś kategoriom obywateli odmawia się równych praw i utrudnia dostęp do ważnych aspektów życia społecznego ze względu na ich szczególne cechy”, choćby te wymienione wyżej. Zwróćmy uwagę na rzeczownik „obywateli” – definicja ta akcentuje rolę państwa w szerzeniu/zwalczaniu dyskryminacji. Dlaczego? Ponieważ w przypadku instytucji państwowych niezwykle łatwo jest orzec o dyskryminacji czy jej braku. Jeśli urzędnik sprawia mi kłopoty bo mam czarny kolor skóry, jestem ateistą czy ubieram się ekstrawagancko, jest to ewidentna dyskryminacja. Wychodzimy tutaj z aksjomatu równości prawno-politycznej obywateli. Państwo jako powstałe poprzez umowę społeczną i jako Rechtstaat musi traktować obywateli jako równych.

Gdyby chodziło tylko o kwestie państwa, ten wywód można by zakończyć już teraz. Jednak pojawia się daleko bardziej istotna kwestia – zagadnienie dyskryminacji osobistej. Doszliśmy już do tego, że państwo prawa uznające koncepcje zawarte min. w Powszechnej Deklaracji Praw Człowieka z 1948 musi traktować swoich obywateli w taki sam sposób. Jednak co w sytuacji, w której na przykład właściciel sklepy spożywczego nie będzie chciał sprzedać ziemniaków Senegalczykowi? Albo właścicielka zakładu fryzjerskiego nie będzie chciała obsługiwać lesbijek? Na Zachodzie odpowiedź na to pytanie jest znana – nie można dyskryminować nikogo i nigdy. Znane są przypadki wygranych odszkodowań od firm, które w ramach przystosowania się do gorszych warunków na rynku redukowały zatrudnienie i jako pierwsze zwalniały Afroamerykanów. Znane są także przypadki, w których właściciele małych przedsiębiorstw byli zmuszani werdyktem sądu do świadczenia usług właśnie homoseksualistom czy innym grupom, których usług świadczyć nie chcieli.

Zastanówmy się – czym różni się dyskryminacja prywatna od publicznej? Czy zakładając sklep mamy prawo nie przyjąć od kogoś zlecania czy wyprosić kogoś z naszej własności? Naturalnie – wiąże się to z nietykalnością własności a także wolnością ekonomiczną. Jednostka może robić interesy z kim chce. Zatem czy odmawiając obsługi na przykład Murzyna z Alabamy dyskryminujemy go? Oczywiście tak – odmawiamy mu równych prawa, „prawa do korzystania z naszego sklepu”. I tu pojawia się kwestia kluczowa: jednostka nie jest państwem. Nie jesteśmy w żaden sposób obowiązani do traktowania wszystkich na równi. Pan Jan, który wziął sobie za żonę Janinę, dyskryminuje przecież wszystkie inne Janiny, Małgorzaty i Haliny na świecie – dyskryminuje wszystkie kobiety, bo tylko z tą szczególną Janiną wszedł w związek małżeński. Każdy nasz wybór jest związany z preferencją – mając do wyboru skorzystanie z autobusu czy metra w drodze do pracy i wybierając jedno z nich, musimy dyskryminować drugie. Dyskryminacja to ciemna strona preferencji – cień każdego wyboru. Czytelnik poświęcając 2, 3 minuty na dotarcie tutaj dyskryminuje cały świat odmawiając mu tych konkretnych minut, które poświęca na lekturę tego tekstu.

Dyskryminacja jest czymś niezwykle istotnym dla funkcjonowania jednostki. Zawsze będziemy wybierać jedną możliwość ze wszystkich istniejących, ponieważ nasze życie jest ograniczone w czasie. Dyskryminacja jest nieodłączna od życia, ponieważ niemożliwe jest traktowanie wszystkich na równi. Jak to doskonale ujął Murray Rothbard:

„Dyskryminacja”, jako decyzja na czyjąś korzyść lub niekorzyść, podjęta według dowolnie wybranych kryteriów, stanowi integralny składnik wolności wyboru. Jest zatem warunkiem wolnego społeczeństwa. Oczywiście na wolnym rynku każda taka dyskryminacja jest kosztowna i właściciel będzie musiał zapłacić za jej egzekwowanie.

Zwróćmy uwagę na ostanie cytowane zdanie – mówi ono ni mniej ni więcej jak o odpowiedzialności. Wynika z niego to, że właściciel sklepu spożywczego może sobie w ramach światopoglądu czy ułańskiej fantazji powiesić tabliczkę „Żydom, Murzynom i blondynom powyżej 160cm wstęp wzbroniony” – i nie może być za to karany przez prawo. Właściciel taki jest „karany” przez rynek (mniej klientów), przez otoczenie (może stracić szacunek, klientów) czy wreszcie może być „ukarany” przez bojkotowanie jego osoby (Żydzi mający sklepy w okolicy mogą przestać wpuszczać jego do swoich sklepów).

Jak więc widzimy, istnieją dwie dyskryminacje. Dyskryminacja publiczna, powiązana z państwem i dyskryminacja prywatna, powiązana z jednostką. O ile dyskryminacja publiczna powinna być surowo potępiana i rugowana, o tyle dyskryminacja prywatna jest niezwykle ważna dla każdego z nas. W końcu emocjami czy czasem obdarzamy tylko niektórych a nie wszystkich – trudno sobie wyobrazić kogoś, kto kochałby wszystkich, łącznie z matką czy ukochaną osobą, na równi. Ciężko też wyobrazić sobie władzę, która nakazywałaby taką miłość wszystkich do wszystkich. A przecież na Zachodzie władza nakazuje dokładnie to samo na polu ekonomicznym – nie ważne, kto lepiej pracuje, ważne żeby w firmie był Biały, Czarny, Azjata i Meksykanin. Wszyscy kogoś dyskryminujemy – i bardzo dobrze. Dyskryminacja prywatna jest równie niezbędna do życia, co tlen. Zatem dyskryminujmy, póki można!

Rafał Lorent
23 listopad 2008 r.

Na podstawie:
Diagnoza społeczna 2007 – warunki i jakość życia Polaków, pod redakcją Janusza Czapińskiego i Tomasza Panka, Rada Monitoringu Społecznego, Warszawa 2007

***
Tekst ukazał się wcześniej na blogu autora

14 comments

  1. jaś skoczowski

    nie, dyskryminacja nie jest ok na tyle, na ile sprzeciwiamy się władzy. żeby kogoś wykluczyć z przebywania w jakimś miejscu lub korzystania z jakiegoś przedmiotu, trzeba zawładnąć tym kimś. no ale libertarianom przecież nie chodzi o wolność, raczej o zabezpieczenie słusznych praw własności, które, w sposób oczywisty, mogą ograniczać czyjąś wolność. ja oczywiście potrafię zaakceptować jakieś ograniczenia wolności dotyczące kogoś. tylko robi się to dużo trudniejsze, gdy pomija się w mówieniu o tym, że to są zwyczajne ograniczenia wolności. a jeszcze bardziej jest irytujące, gdy ktoś usilnie udowadnia mi, że zabezpieczenie własności praw własności zabezpiecza wolność. bo zabezpiecza zapewne, ale czyjąś wolność, a komuś, przynajmniej na poziomie postulatu, ją odbiera.

  2. Autor

    To dość oczywiste, że jeśli ja mam konkretny przedmiot, na przykład klawiaturę, to ograniczam wolność innych do korzystania z niej. Ale w ten sam sposób ogranicza ich grawitacja czy wiek – co to ma wspólnego z libertarianizmem? Własność=wolność

  3. jaś skoczowski

    klawiatury nie ma się na takiej samej zasadzie, na jakiej działa grawitacja. w prawie własności nie chodzi o to, że czymś realnie władasz, tylko, że masz prawo do władania czymś. nie o to, co jest, tylko co powinno być.

    wszystko, co pozwala unosić się w powietrzu komuś, pomimo tego, że unosi go, nie jest niesłuszne. a o ile prawo własności jest słuszne, to jego nie przestrzeganie jest niesłuszne. dwa różne tematy, w jednym przypadku mamy do czynienia z pewnym zdarzeniem, w drugim – z normą.

    a własność to wolnośc, jasne, ale właściciela.

  4. Kamil

    a Ty jako kryptokomunista się jej sprzeciwiasz, bo wszystko powinno być wspólne albo nie wiem jakie, by nikt nie był wykluczony i każdy był wolny? :>

    „nie, dyskryminacja nie jest ok na tyle, na ile sprzeciwiamy się władzy. żeby kogoś wykluczyć z przebywania w jakimś miejscu lub korzystania z jakiegoś przedmiotu, trzeba zawładnąć tym kimś.”

    jak nie slucha grzecznych prosb, to ostrzegam, ze bede strzelal. nie musze go zniewalac, ale jak nie poslucha ostrzezen, to moje strzaly w jego strone sa jak najbardziej moralnie uzasadnione.

  5. DysKordian

    @Kamil

    Widzę, że reductio ad communism to już standardowa linia obrony u (zwłaszcza prawicowych) libertarian, kiedy ktoś im zabije ćwieka. Pytanie retoryczne: czym to się różni od zachowania niektórych lewaków, wyzywających adwersarzy od „zgniłych kapitalistów”, hmm?

    Ale ad rem. Skoro uważasz, że grożenie komuś poważnym uszczerbkiem na zdrowiu za nieposzanowanie „własności” nie podchodzi pod „zniewalanie” z powodu braku bezpośredniego przymusu, to na jakiej w ogóle podstawie buntujesz się przeciwko państwu? Przecież nikt Cię bezpośrednio, fizycznie nie przymusza do np. płacenia podatku dochodowego, siłą zaciągając do Urzędu Skarbowego. I wielu unika tej konfiskaty, np pracując w szarej i nic sobie nie robi z gróźb państwa…

  6. Gigabyte

    Wydaje mi się, że Jasiowi chodzi o to, że prawo własności obowiązuje niezależnie od użytkowania danego dobra; np. jak mam prawo własności (takie dzisiejsze, państwowe) do budynku, to nawet jak z niego nie korzystam, to mam prawo do pobierania opłat, mogę go nawet sprzedać komuś, kto nigdy nie wejdzie na ten teren, a będzie miał z tego zyski.

    Ale z drugiej strony, przy własności użytkowej, wyjeżdżając gdzieś ma dłużej (parę lat), mógłbym stracić cały swój dorobek, bo ktoś mógłby go zająć i zrobić z niego squat.

    Trudna kwestia. Warto by to poruszyć na forum.

  7. jaś skoczowski

    nie Giga, ja po prostu napisałem, że prawo własności to prawo rządzenia drugą osobą w określonych okolicznościach. nie czyni ze mnie ten pogląd komunisty, ale sprawia, że rozumiem własność. a Autor nie.

    do Autora – rozumiem, żę jeśli policjant nie użyje pałki lub broni, to Cię nie zmusza do czegoś „grzecznie prosząc”? nie jestem kryptokomunistą (nie dbam w ogóle o to, czy panują komunistyczne, czy inne porządki, tylko najwyżej cenię te dobrowolne), ale chciałbym, żeby libertarianizm (niezależnie, prawicowy, lewicowy) nie był bzdurny. bdzurą jest mówić, że jeżeli mogę użyć wobec kogoś przemocy, czy pogrozić nią, po to, by wymusić na nim jakieś zachwoanie, to nim nie rządzę. jasne, zawsze moze mi się sprzeciwić – A Ty w razie czego możesz sprzeciwić się policji.

    jedyna różnica, jaka może istnieć między przemocą lub jej frożbą, a przemocą lub jej groźbą, to różnica słuszności. nie ma natomiast różnicy, czy jest to groźba publiczna, czy prywatna. stąd nei ma różnicy między pozbawieniem kogoś wolności, a pozbawieniem kogoś wolności. stąd libertarianizm może być poglądem sprzeciwiajaćym się wolności. jakiejś. i wspierajacym jakąś. w zasadzie tylko konsekwentny pacyfizm jest poglądem skrajnie wolnościowym. i pojęcie tego jest dużo bardziej ważniejsze, niż rozróżnianie publicznej i prywatnej dyskryminacji.

  8. Autor

    W jednym z moich tekstów na liberalis (bodajże lekcja libertarianizmu numer 4) pisałem o konsekwencjach wynikających z uznania aksjomatu o nieagresji – i owszem, zgadzam się że pacyfizm jest nieodłączną częścią „ethosu” libertarian. Chcesz być prawdziwym libertarianinem, musisz być pacyfistą – inaczej twoje stanowisko jest nielogiczne i wewnętrznie sprzeczne.

  9. smootnyclown

    Chcesz być prawdziwym libertarianinem, musisz być pacyfistą
    Błąd:)
    I wyjaśniają go uczniowie Rand, Tannehillowie. Otóż, jako obiektywiści napisali oni, że pacyfizm ogranicza się do niestawiania oporu, czyli, ujmując to obrazowo, nadstawiania drugiego policzka, gdy ktoś Cię w mordę bije. Konsekwentny pacyfizm prowadzi nieuchronnie do śmierci. Tymczasem libertariański aksjomat nieagresji odrzuca INICJOWANIE przemocy, takoż stosowanie przymusu.
    Różnica wygląda następująco:
    leją cię w mordę. Pacyfista nadstawi drugi policzek, a libertarianim kopnie boksera w jaja:)

  10. Karoll

    Można też inaczej rozumieć wolność, i jak się zdaje, nie jest to obce libertarianizmowi. Własność – bezpośrednie skojarzenie to: cecha, określenie – etymologia słów często może bardzo wzbogacić rozumienie znaczenia danego słowa. Chodzi tu o to, że własność to coś, co mnie określa, dostarcza informacji o tym, kim ja jestem. Jest jakby częścią mnie. Porównanie z grawitacją nie jest do końca słuszne. Ale własność nie jest po prostu zwykłą normą, umową, która z nie wiadomo jakiego powodu działa w tą, a nie w drugą stronę. Wywodzi się z tego, że dostarcza informacji o nas. Jeżeli ktoś przekształca te informacje, tracimy część siebie, a więc zagrożona jest nasza wolność – ale wolność rozumiana pozytywnie. Nie dowolność podejmowania jakiegokolwiek działania, ale działania wynikającego właśnie z faktu bycia człowiekiem – podejmowania świadomych decyzji w oparciu o swoją wiedzę i indywidualne preferencje.

  11. Autor

    Nie do końca. Pacyfizm rozumiany jest jako ruch sprzeciwiający się wojnom. Radykalni pacyfiści sprzeciwiają się nawet wojnom obronnym – ale mówimy o PACYFISTACH a nie PACYFISTACH RADYKALNYCH. Libertariański pacyfizm wiąże się z nieinicjowaniem przemocy a nie odrzuceniem przemocy we WSZELKICH przypadkach. Tak więc, libertarianin broniłby się przed agresją, a drugi policzek nadstawiłby albo pacyfista radykalny albo chrześcijanin – ale nie libertarianin.

    Za słownikiem języka polskiego:
    pacyfizm
    1. «pogląd głoszący konieczność zaprzestania i niewszczynania wojen»
    2. «ruch społeczno-polityczny działający na rzecz utrzymania pokoju, potępiający wszystkie wojny bez względu na ich przyczyny i charakter»

    Także nie kieruj się błędnymi definicjami obiektywistów, którzy zauważają tylko drugie znaczenie tego terminu; ja cały czas mówiłem o pierwszym znaczeniu.

  12. Kamil

    DysKordian, rozśmieszasz mnie, oby tak dalej. Naprawdę nie przypuszczałem, że ktoś tamtą wyczuwaną na kilometr ironię potraktuje jako poważny zarzut do kogokolwiek. 😀

    Ale państwo nie jest posiadaczem ani mnie, ani ziemi, na której się znajduje, tak jak złodziej nie posiada skradzionego samochodu na własność, więc porównywanie tej sytuacji z groźeniem komuś, kto wkroczył na moją własność BEZ MOJEGO pozwolenia, ma się nijak..

  13. Kamil

    „Pacyfista nadstawi drugi policzek, a libertarianin kopnie boksera w jaja:)”

    Wyciągnie rewolwer i powie: Argumenty merytoryczne nie działa, ta? Ok, więc czas na coś bardziej personalnego…

  14. DysKordian

    @Kamil

    1. Ironię jednak trochę trudniej rozpoznać w necie, niż w realu gdzie zazwyczaj towarzyszy jej odpowiednia intonacja, mimika itp. Tego nie uświadczysz obcując z ciągiem zer i jedynek, objawiających się jako tekst na monitorze komputera. Poza tym, wielokrotnie spotkałem się z praktyką (głównie uskutecznianą przez prawicowych libertarian) wyzywania od komunistów ludzi odrzucających koncepcję Prawa Naturalnego lub wskazujących na jej ułomności/nieuświadomione konsekwencje, zazwyczaj w agresywnej i zdecydowanie nie-ironicznej formule. Wystarczy zresztą wejść na pierwsze z brzegu forum gdzie dominują prawicowo-libertariańskie klimaty (vide mikke.fora.pl) i przykładów znajdzie się całe mnóstwo. Zbyt wiele się tego gówna naczytałem w necie, żeby marnować czas i rozkładać każdą taką wypowiedź na części pierwsze, bo „a nuż autorowi zachciało się poironizować”…

    2. Moim zdaniem podstawowy błąd twojego i większości przedmówców rozumowania tkwi w bezrefleksyjnym przyjmowaniu Prawa Naturalnego (lub podobnych, intelektualnych konstrukcji) jako coś „oczywistego” i „obiektywnego”. A przecież historycznie rzecz biorąc, to bzdura. Dystrybucja własności na Lockeańską modłę nigdy nie była powszechna w ludzkich zbiorowościach. Analogicznie ma się sprawa z rozumieniem agresji. Abstrahując od rozważań natury kognitywno-epistemologicznej, już sam ten fakt powinien skłonić do przeegzaminowania uporczywego trzymania się rozumienia agresji w kategoriach „naruszenia własności zdobytej przez zadomowienie lub dobrowolną wymianę” – tudzież skłonności do wmawiania go innym i ignorowania innych sposobów pojmowania wspomnianych kwestii. Czy to się komuś podoba czy nie, byli, są i (prawdopodobnie) będą ludzie zupełnie inaczej definiujący kluczowe dla libertarian pojęcia; którzy praktyczną realizację waszych postulatów będą mogli odczuwać jako wymierzoną w nich agresję. Nieustanne mantrowanie o „świętych prawach własności” automagicznie nie zmieni rozumowania i uczuć tych osób. Chociaż nie wątpię, że może pomóc libertarianom zachować dobre samopoczucie i wiarę w przynależność do klubu czempionów wolności… :-> Wypisz wymaluj jak u autorytarnych komunistów, którym zakładany cel – świetlana przyszłość powszechnej równości i wolności – pozwalał rozgrzeszać sumienie ze stosowania mniej wolnościowo-równościowych środków… :->

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *