Przeczytałem ostatnio tekst Bryana Caplana „Dlaczego nie jestem austriackim ekonomistą” . Składa się on z wielu oczywistych nonsensów i paru nieudolnych prób podważenia teorii „Austriaków”. Po przeczytaniu go wiem już więcej o tym, dlaczego jestem zwolennikiem ASE. Zastrzegam, że nie jestem ekonomistą z wykształcenia, ale wiele myśli z tekstu jest dla mnie kompletnie nie do zaakceptowania z naukowych względów. Znajduje się w nim również pewne ciekawe spostrzeżenie, do którego odniosę się pod koniec, ale całość dowodzi, niestety, ignorancji autora względem Austriackiej Szkoły Ekonomii. Przedstawię pokrótce moje zastrzeżenia, które oczywiście tematu nie wyczerpują.
Funkcja użyteczności a skale wartości
Autor wspomina o teorii, zgodnie z którą jednostki maksymalizując swoją satysfakcję przyrównują krańcową użyteczność dóbr podzieloną przez ich ceny, i zaprzecza, żeby to miało związek z użytecznością kardynalną. Ale ten problem był rozważany już dawno temu. Jak pisze Rothbard w „Toward a Reconstruction of Utility and Welfare Economics”:
„Ordynalistyczni rozłamowcy z Hicksem i Allenem na czele w latach 30 czuli, że niezbędne jest odrzucenie koncepcji krańcowej użyteczności razem z mierzalnością. Robiąc to, wylali dziecko użyteczności razem z kąpielą kardynalności. Uzasadniali, że użyteczność krańcowa sama z siebie skutkuje mierzalnością. Dlaczego? Ich spostrzeżenie oparte było na domniemanym założeniu neoklasycznym, że „krańcowa” w użyteczności krańcowej jest tym samym, co ‘nieskończenie mała’ (marginal) w rachunku różniczkowym. Skoro, w matematyce, łączna ilość ‘czegoś’ jest całką nieskończenie małych egzemplarzy tego „czegoś”, ekonomiści szybko założyli, że łączna użyteczność jest matematyczną całką serii użyteczności krańcowych. Być może, również, uświadomili sobie, że takie założenie było niezbędne, aby stworzyć matematyczną reprezentację użyteczności. W rezultacie musieli założyć, dla przykładu, że użyteczność krańcowa dobra o podaży równej sześć jednostek jest równa ‘łącznej użyteczności’ sześciu jednostek minus ‘łączna użyteczność’ pięciu jednostek. Jeżeli użyteczności mogą być poddawane operacjom dodawania i mogą być różniczkowane i całkowane, wtedy oczywiście koncepcja użyteczności krańcowej musi skutkować kardynalną mierzalnością użyteczności.” (tł. własne)
Jak widać, nie wszyscy ordynaliści się przez ostatnie 70 lat pokapowali, że przyrównywanie, na przykład, „krańcowej użyteczności dóbr podzielonej przez ich ceny” oznacza kardynalność, ponieważ wykonujemy na tych niby-nie-liczbach działanie matematyczne. Rothbard pisze, że ten błąd pochodzi od Jevonsa, który był jednym z twórców „rewolucji marginalistycznej”.
Dalej podany jest pewien dość dziwny przykład wizualizujący pewną myśl nieobecną u „Austriaków”:
„Co jest takiego ważnego w rozpoznaniu dwóch efektów zmiany ceny? Uznaje się, że wzrost ceny zmniejsza popyt, gdyż aktor przestawia się na inne dobra (efekt substytucyjny). Ale co gdyby istniało tylko 1 dobro? W tym wypadku jest oczywiste, że wzrost ceny nie zmniejsza popytu z powodu przejścia na inne dobro. Popyt spada raczej dlatego, iż przy jednym dobrze, stałych dochodach i wyższej cenie, realny przychód aktora jest mniejszy.”
To proste: jeśli istniałoby jedno dobro, nie byłoby cen, bo nie byłoby potrzeby istnienia pieniądza. Jeśli więc istnieją ceny, oczywiste jest, że z chwilą utraty możliwości zakupu jakiegoś dobra staramy zaspokoić jego brak czymś innym, na przykład pożywieniem o podobnym składzie chemicznym zaspokajającym nasze konkretne potrzeby metaboliczne. To jest realny świat, prawdziwe życie.
Obojętność
Autor pisze, że „Ponieważ moje działania to coś więcej niż moje usposobienie, moje preferencje to coś więcej niż moje akcje.” Proponuje zależność preferencje->działanie->zachowanie. Ale trzeba zauważyć, że jeżeli mamy jakieś preferencje, z których nie wynikają działania, to ich analizowanie nie należy do zadań ekonomii, lecz psychologii. Która też jest ciekawą dziedziną i powinna być rozpatrywana jako oddzielna nauka. Badanie ludzkich obyczajów przez ekonomistów, tworzenie na przykład „ekonomii małżeństwa”, to wulgarna substytucja braku wiedzy psychologicznej.
Dalej pisze, że bardzo często jest „obojętny” w kwestii kolorów ubrań i wybrałby inny kolor, gdyby ceny nie były równe. Ale to nie dowodzi obojętności, tylko tego, że skala wartości jest, na przykład, taka:
niebieski sweter i zaoszczędzona różnica cen
zielony sweter
jego cena
niebieski sweter
inna, niższa cena
Ciągłość
Podobno nieciągłe zestawy punktów podaży i popytu nie mają punktu przecięcia, co więcej, Rothbard unikał tego problemu i rysował „krzywe” popytu i podaży. W „Ekonomii Wolnego Rynku” („Man, economy, and state”) jak byk stoi:
„Zestawienie wielkości podaży oferowanej przy danych cenach zwane jest tabelą podaży, a jego graficzna reprezentacja, w której DLA PRZEJRZYSTOŚCI poszczególne punkty są połączone, znana jest jako krzywa podaży.”(wyr. własne)(s.249)
Dalej Caplan upiera się, że popyt i podaż jako zestaw punktów nie przetną się. Ale jest to po prostu prawda, jeśli weźmiemy pod oferty sprzedaży i kupna, które rzeczywiście zostały zrealizowane – ilość dóbr sprzedanych z całą pewnością jest taka sama jak kupionych, reszta to psychologia.
Ekonomia dobrobytu
Czy „etatyści mogliby z łatwością odwrócić obiekcje Rothbarda i stwierdzić, że ponieważ nie ma ‘żelaznego dowodu’, że trzecia strona nie sprzeciwia się czyjejś dobrowolnej wymianie, to niemożliwe jest stwierdzenie, czy podnosi ona społeczną użyteczność”? Cóż, zwykle nie muszą uciekać się do takich rozważań. „Austriakom” natomiast wystarczy, że nie ma żelaznego dowodu na to, że trzecia strona się sprzeciwia. Wrażliwość na efemeryczne emocje urażonych zazdrośników to nie jest ekonomia.
Autor chce, aby ekonomia dostarczała argumentów przeciwko komunizmowi na gruncie efektywności. Tak bardzo chce dowodzić nieefektywności, że pisze: ”To nie pokazuje, że ‘optymalne w sensie Pareto’ kryterium dobrobytu jest poprawne, ale z pewnością dostarcza prima facie podstawę, by rozważyć je mocniej.” Co ciekawe, David Friedman podobnie rozumując odrzuca kryterium Pareto i zastępuje je kryterium Marshalla. Błąd leży, moim zdaniem, w tym, że nie można mówić o efektywności narodu, klasy, rządu – a jedynie efektywności pojedynczego człowieka.
Niemożliwość socjalizmu
Oto kolejny kuriozalny przykład wymyślony przez autora:
„To sugeruje pewne oczywiste pytania. Czy jednoosobowy socjalizm Crusoe stanie się ‘niemożliwym’, gdy pojawi się Piętaszek? Raczej nie. A co jeśli pojawi się 100 osób? 1000? Podział Misesa na współczesną i crusoewską gospodarkę i to, że argument kalkulacji stosuje się tylko do tej pierwszej, ponownie pokazuje, że Mises stosuje podświadomie ilościowe założenia mimo swojego sprzeciwu wobec nich.”
Zdaje się, że to nie jest założenie ilościowe, tylko dotyczące kalkulacji, a więc takie, że istnieją ceny. Robinson może dzielić się z Piętaszkiem bez pieniędzy, i mógłby również nie używać lub zabronić używania pieniędzy w swojej 1000 – osobowej wsi i to byłaby utopia społeczna, ale nie ekonomiczna. Autor zastanawia się też, czy poważniejszym problemem socjalizmu nie były „problem nakładów pracy albo innowacji, albo czarnego rynku, albo jakikolwiek inny”. Wydaje się jednak, że wszystkie te problemy to skutek braku dobrze ustalonych cen…
Teoria monopolu
Podobno „Rothbard z łatwością obala teorię Misesa, ale poświęca zbyt mało uwagi współczesnej neoklasycznej teorii: konkretnie temu, że zawsze występują w pewnym stopniu monopolistyczne zakłócenia, jeśli firmy nie spotykają się z poziomą krzywą popytu.” Jest tak wtedy, gdy rozważa się „krzywe popytu” jako funkcje na zbiorze liczb rzeczywistych. Jeśli rozumie się to pojęcie po „Austriacku”, to nie ma to żadnego sensu. Jeżeli nie ma rządowej interwencji, cena jest punktem spotkania popytu i podaży. Ale przykład ilustrujący te rozważania jest mocno chybiony.
„To jednak w żadnym wypadku nie jest założenie, ale wniosek. Jeśli np. producent oprogramowania musi zapłacić 1$ by stworzyć dodatkową kopię swojego programu, ale napotykając opadającą krzywą popytu, ustala cenę maksymalizującą zysk na poziomie 10$; wówczas istnieją niezrealizowane zyski. Konsumenci, którzy gotowi byliby zapłacić za program od 1 do 9,99$ nie robią tego, mimo że przekracza to krańcowy koszt produkcji.”
Nie wiem, czy to celowa manipulacja, czy autor naprawdę nie zdaje sobie sprawy, że dla skrajnego zwolennika ASE ten przykład jest bezsensowny. Biorąc pod uwagę, że jest doktorem ekonomii, chyba to pierwsze. Dla wielu z „Austriaków” prawa autorskie i patenty to interwencje, które ograniczają podaż i windują ceny w górę. Jeżeli z tego wyciągamy jakieś wnioski, nie patrząc na przyczyny, to jest to jakiś ponury dogmatyzm. Trochę wyjaśnia stwierdzenie, że Rothbard powinien „po prostu zaakceptować oczywiste braki niedoskonałej konkurencji, a potem wskazać jej liczne zalety.” I tu widać, po której stronie są sympatie autora: wiwat monopoliści!
Dobra publiczne
Kolejny ciekawy przykład:
„Załóżmy, że mój sąsiad zakłada sklep z pączkami obok mojej posesji i zapach pączków rozchodzi się po mojej posesji. Mimo że jest to korzyść zewnętrzna – kocham zapach pączków – jako właściciel domu mogę twierdzić, że mój sąsiad dokonuje naruszenia terenu. Dlaczego strzeliłbym sobie w stopę czyniąc to? Być może wyceniam zapach pączków na 10$ rocznie, a sklep zarabia 1000$. Zatem w moim interesie byłoby narzucić właścicielowi sklepu opłatę 100$ za zgodę na emitowanie zapachu pączków na moją ziemię. Mimo że korzystam z tego zanieczyszczenia, to korzystam więcej z zanieczyszczeń plus 100$.”
Tak, ale który sąd by się na coś takiego zgodził? Jeżeli byłaby jakaś szansa na to, to bardzo mała, sądzę, że mniejsza, niż 0,1. Tak więc bardziej opłacalne jest nic nie robić niż wymuszać odszkodowanie, którego możemy nie dostać, za cenę konfliktu z sąsiadem, który może nam popsuć lub uniemożliwić satysfakcję związaną z zapachem pączków. Autor próbuje tutaj odwrócić teoremat Coase’a, zgodnie z którym liczy się, ile stracę na czyimś efekcie zewnętrznym, i jeśli koszty porozumienia się będą większe, to nie ma o czym gadać, bo wszystko jest tak efektywne, jak tylko może być. Chęć odebrania jednostce możliwości decydowania o swojej własności uzasadnia tym, że w skrajnych sytuacjach jednostka owa źle sobie poradzi i zacznie spiskować przeciwko tym, którzy jej pomagają. A zdaje się, że jest libertarianinem…
Austriacka teoria cyklu koniunkturalnego
Podobno Rothbard pisząc o Wielkim Kryzysie w zacytowanym przez autora fragmencie był w szczycie formy, bo „w większości dyskusji – podobnie jak Mises – koncentrował się on wyłącznie na działalności rządu i związków, całkowicie pomijając rynkowe przyczyny” Cóż, uważano wtedy, że rząd sobie z kryzysem poradzi…
Ekonomiści neoklasyczni rzekomo akceptują część ATCK, ale autor ma taką oto wątpliwość:
„zakładając że stopy są na sztucznym i niemożliwym do utrzymania niskim poziomie, dlaczego jakikolwiek biznesmen oparłby swoje kalkulacje na założeniu, że niskie stopy trwać będą w nieskończoność? Przeciwnie, w rzeczywistości przedsiębiorcy zdaliby sobie sprawę, że stopy procentowe są na tak niskim poziomie jedynie tymczasowo i wzięliby to pod uwagę.”
Liczenie NPV to problem dość trywialny, nawet, jeśli inflacja ma się zmienić. Istnieje poważniejsze zakłócenie: ceny dóbr kapitałowych rosną, co skłania do inwestowania w wyższe etapy produkcji. Być może autor w chwili pisania tego tekstu nie znał jeszcze książki „Pieniądz, kredyt bankowy i cykl koniunkturalny” Jesusa Huerta de Soto, która wiele rzeczy porządkuje, ale dwa lata po jej pierwszym angielskim wydaniu powinien ten tekst już dawno poprawić, aby nie wprowadzać czytelników w błąd.
Czy teoria wystarcza?
W całym tekście natrafiłem na jedną interesującą myśl autora:
Teoria cen pokazuje nam, że płaca minimalna ponad poziomem rynkowym przyczyni się do wzrostu bezrobocia. Jednak, co Mises i Rothbard akcentują, teoria ekonomiczna nic nam nie powie o tym, jak duży wzrost bezrobocia nastąpi. Studia empiryczne na temat wprowadzenia płacy minimalnej czynią więcej, jak tylko ilustrują teorię; pomagają ekonomistom pojąć, jakie teoretycznie ważne czynniki w rzeczywistości maja znaczenie. Parafrazując lorda Kelvina, o ile teoria ekonomiczna jest prawdziwą wiedzą, jeśli nie studiujesz historii ekonomicznej jest ona pośledniego i niesatysfakcjonującego gatunku. Ekonomista, która przypisuje hiperinflację radykalnym i trwałym spadkom w popycie na pieniądz, nie sprzeciwia się żadnej teorii. Ale jest to kiepski ekonomista, gdyż analizuje on czynniki, które są daleko od bycia istotnymi.
Sądzę, że jest to jedyny poważny zarzut wobec ASE sformułowany w tekście. Rzeczywiście, wydaje się, że teoria może czasem nie mieć zastosowania, ale można ten argument odnieść również do przedstawionych przez autora alternatywnych teorii tłumaczących stagflację – prawdopodobnie zależności opisywane przez te teorie nie miały dla gospodarki świata w latach 70-tych takiego znaczenia, jak ekspansja kredytowa i spowodowany przez nią kryzys gospodarczy.
Matematyka, ekonometria i rozwój ekonomii
Według autora:
„M&E ma za sobą 50 lat coraz większej hegemoni w ekonomii. Empiryczne dowody ich wkładu są bezdyskusyjnie ujemne. Ale nie oznacza to jednak, że ekonomiści powinni natychmiast zaprzestać używania M&E w swoich pracach. To była odpowiedź „Austriaków” i doprowadziła ich do ekstremalnej izolacji od pozostałych ekonomicznych profesji. Prostym faktem jest, iż M&E są językiem współczesnej ekonomii, tak jak łacina była językiem średniowiecznej filozofii. Owe zawodowe języki powodują utratę ogromnej ilości czasu i sprawiają, że trudno jest porozumieć się akademikom i prostym ludziom. Ale jeśli zostaną opanowane, nawet dysydenci mogą używać tych narzędzi by wyrazić swoje myśli.”
„Austriacy” używają żargonu matematycznego tam, gdzie uważają, że jest to uprawnione. Matematyka jest nauką ścisłą, traktowanie jej pojęć jak uniwersalnego języka to rzeczywiście prawdziwe średniowiecze.
Wnioski
Autor parafrazuje Deng Xiaopinga: “Nie należy mówić codziennie o metodologii. W prawdziwym życiu nie wszystko jest metodologią”, ale w przypisach podaje, że tak naprawdę Deng powiedział: „Nie należy codziennie mówić o walce klas. W prawdziwym życiu nie wszystko jest walką klas”. Jeśli piszemy o teorii ekonomii, dziwi mnie powołanie na taki „autorytet”. Co po raz kolejny pokazuje ideologiczne sympatie autora. Moim zdaniem, „walka klas” to po prostu błędna teoria, i dlatego unikanie myślenia o niej przynosi jemu i narodowi, któremu przewodził, korzyść.
Porzucenie własnego paradygmatu ma być pożądaną postawą „Austriaków” połączoną ze „zgodą na podzielenie się wszelkimi wartościowymi pomysłami, jakie posiadają, z resztą ekonomistów – i oczywiście z intelektualnie zaangażowaną publiką”. Zwróćmy jednak uwagę na to, że mimo wszystko starają się oni dzielić swoimi poglądami, czego dowodem jest chociażby działalność Instytutu Misesa. Ale okazuje się, że ludzie nauki, których ukształtowane już poglądy filozoficzne są inne, niż te reprezentowane przez Szkołę Austriacką, nie są w stanie zainteresować się ich pomysłami. Jeśli mieliby to zrobić na skutek zmiany założeń metodologicznych „Austriaków”, to nie wiem, czy gra byłaby warta świeczki.
Dochodzę po poznaniu tekstu do wniosku, że Austriacka ekonomia rzeczywiście ma dobre podstawy, skoro wykształcony krytyk jest w stanie przedstawić tylko takie argumenty, które pomijają podstawowe tezy „Austriaków”, bądź przedstawiają je w zniekształconej formie i manipulują nimi za pomocą błędnych przykładów. To potwierdza pewne moje wcześniejsze poglądy na temat współczesnej nauki. Wiele koncepcji i teorii nie powstaje dlatego, że są poprawne, ale dlatego, że szeroko pojęta opinia publiczna akceptuje je. Na publicznej uczelni, gdzie autor pracuje, i tak pewnie niewielu ma zwolenników. Ślepe siły społeczne zmieniają ludzkie umysły w stopniu bardzo dalekim, czego dowodzi Bryan Caplan swoim tekstem.
Karol Korczak
14.01.2009 r.
Co do walki klas, to jestem zwolennikiem agorystycznej teorii klas, która jest pozbawiona błędów, polologizmu i patrzy tylko na działania ludzi. A tak ogólnie to artykuł dobry. 🙂
Giga,
możesz mi powiedzieć, jak atk ujmuje ludzi, którzy pracują w państwowych firmach?
Powiem szczerze, że trochę więcej, po nieudolnej krytyce Caplana, się spodziewałem.
„Matematyka jest nauką ścisłą, traktowanie jej pojęć jak uniwersalnego języka to rzeczywiście prawdziwe średniowiecze.”
Porównanie nie tyle stereotypowe, co kompletnie nietrafione.
„Teoria cen pokazuje nam, że płaca minimalna ponad poziomem rynkowym przyczyni się do wzrostu bezrobocia. Jednak, co Mises i Rothbard akcentują, teoria ekonomiczna nic nam nie powie o tym, jak duży wzrost bezrobocia nastąpi.”
Tutaj można by się przyczepić i powiedzieć: Acha, czyli jednak jakieś bezrobocie mogło by być? :>
Już nie walczymy z bezrobociem, tylko zbijamy powoli statystykę?
„Studia empiryczne na temat wprowadzenia płacy minimalnej czynią więcej, jak tylko ilustrują teorię; pomagają ekonomistom pojąć, jakie teoretycznie ważne czynniki w rzeczywistości maja znaczenie.”
Przecież to jest jakaś totalna bzdura.
Jak można wnioskować, w sensie formalno-naukowym, coś z faktów bez przyjęcia wcześniej żadnej teorii lub hipotezy?
0_0
„Parafrazując lorda Kelvina, o ile teoria ekonomiczna jest prawdziwą wiedzą, jeśli nie studiujesz historii ekonomicznej jest ona pośledniego i niesatysfakcjonującego gatunku.”
To prawda.
„Ekonomista, która przypisuje hiperinflację radykalnym i trwałym spadkom w popycie na pieniądz, nie sprzeciwia się żadnej teorii.”
To znaczy mamy potraktować to twierdzenie jako formalne czy potoczne?
Oczywiście, że się nie sprzeciwia. Tzn. sprzeciwia się tej teorii, która mówi, iż źródła inflacji leżą tam, gdzie ich tak naprawdę nie ma, czyli dla przykładu – we wzrostach cen, spekulacjach lub najazdach kosmitów :>
„Ale jest to kiepski ekonomista, gdyż analizuje on czynniki, które są daleko od bycia istotnymi.”
To jest na podstawie teorii powiedziane! xD
Panie Korczak a co począć z ekonomicznymi wynalazkami typu : teorii gier – ignorować je czy może adoptować ???
Do komentarzy chciałem dodać…
Agorystyczna teoria klas ma charakter paranaukowy i tak naprawdę aż nie chce się jej komentować. Jej obserwacje są być może nawet trafne, natomiast nie tak istotne jak teorie Marksa. A dlaczego? Ano dlatego, że kierując się metodologicznymi dogmatami, pomijają sferę symboliczną, kulturową i generalnie w sposób iście prawicowy upraszczają człowieka do wizerunku behawiorystycznej maszynki, której rachunek zysków i strat sprowadza się do ciepłego tyłka. To, co szumnie agoryści nazwali teorią klas jest tylko nazwaniem grup interesu, zresztą niezbyt dokładnym i ściśle teoretycznym. Nie będę już mówił o tym, że u Marksa klasowość jest „bytem zupełnie innej natury” niż istnienie grup interesów.
Ach, do teorii gier niestety można podobne zarzuty wysunąć… otóż, niestety kieruje nią skrajny psychologizm i indywidualizm metodologiczny… czyli właściwie sytuuje się raczej w kwestiach wiary niż nauki; na jej podstawie nie można ani wyjaśniać, ani tym bardziej przewidywać złożonych zjawisk społeczno-kulturowych. O!
Hę?
Przecież teoria gier to sfera rachunku prawdopodobieństwa, czyli matematyki, a indywidualizm metodologiczny to sfera nauk społecznych, czyli np. ekonomii.
Jedno to uproszczona teoria przedstawiająca pewną konkretną, nierynkową sytuacje (kilku karteli), a drugie to koncepcja z zakresu metodologii nauk.
>czyli właściwie sytuuje się raczej w kwestiach wiary niż nauki; na jej podstawie nie można ani wyjaśniać, ani tym bardziej przewidywać złożonych zjawisk społeczno-kulturowych. O!
GÓwno, o! 🙂
I.m. mówi nam, że nie istnieją byty kolektywne, lecz tylko i wyłącznie byty jednostkowe.
Kategorie grup, mas.. są jedynie pojęcia arbitralnymi, wymyślonymi na potrzeby matematycznego ujęcia pewnych zależności, z których oczywiście żadnych praw ogólnych, tak jak w naukach przyrodniczych, gdzie stosuje się kolektywizm m., wysnuć nie można, gdyż ludzie zachowują się zgoła inaczej od zwierząt, roślin czy spadającego drewnianego klocka.
Polecam Hayeka „Nadużycie rozumu”, gdzie owa kwestia jest przejrzyście i logicznie wyłożona, panie Butters.
@butters:
ATK pomija sterę symboliczną i kulturową z jednego powodu – co to ma k… do rzeczy?! Przy formułowaniu takich teorii trzeba się sztywno trzymać faktów, a faktem ważnym dla prakseologii jest działanie. Tak więc klasowość zależy od tego co robisz, a nie od kulturowości, symboliki. Historycyzm i polilogizm Marksa pominę milczeniem.
Dla agorysty i zwolennika ASE klasa to właśnie grupa ludzi zajmujących dię daną dziedziną działania, nic dziwnego więc, że klasy się przeplatają (kapitalista-przedsiębiorca, „klasa średnia” łącząca trrochę kontrekonomii z białym rynkiem).
A teraz marksistowskie problemy do rozwiązania dla Ciebie:
1. Pokaż mi dowód na to, że klasy, jako „byt zupełnie innej natury”, tworzy rzekomo inną logikę u ludzi.
2. Obal „austriacką” tezę o tym, że prawa historyczne nie mogą istnieć z powodu braku stuprocentowej powtarzalności działań i preferencji, z których wynikają.
3. Pokaż, gdzie my tu traktujemy człowieka jako „behawiorystyczną maszynkę”.
@smootnyclown:
Raczej jako tych państwowych. Ale jedna uwaga – jeżeli pracownicy państwowego resortu przejmują placówkę i zaczynają działać kontrekonomiczie, to automatycznie zmieniają swoją klasę. Jeżeli gadam bzdury, to proszę mnie sprostować.
„Przecież teoria gier to sfera rachunku prawdopodobieństwa, czyli matematyki, a indywidualizm metodologiczny to sfera nauk społecznych, czyli np. ekonomii.”
Ale teoria gier jest formą opisywania i przewidywania działań poszczególnych jednostek i czyni to dosyć dobrze , chociażby słynny już dylemat więźnia.
giga,
Ale mi o coś innego chodziło. Bierzemy sprawę tak: mamy Zakłady Farmaceutyczne Polfa S.A., które z tego, co jeszcze pamiętam są przedsiębiorstwem państwowym. I jest pytanie: czy pracownicy tychże zakładów (nie tylko kadra, ale też pan Mietek, który zamiata podłogi i pani Hania, która robi kawę) należą do klasy uciskanej, czy uciskającej?
Od jakiegoś czasu już mnie to nurtuje i chyba się odezwę nawet do Krzyśka, żeby w swojej pracy coś o tym napisał. IMO wadą, jeśli mogę tak to nazwać, choć wydaje mi się to nadużyciem, libertariańskiej teorii klas jest jej nieprecyzyjność.
Widzę, że mój artykuł cieszy się sporym zainteresowaniem.
Kamilu,
zjawiska takie jak bezrobocie, hiperinflacja, kryzys czy spowolnienie gospodarcze mogą mieć różne przyczyny. Według Miltona Friedmana, rolą ekonomii ma być przewidywanie przyszłości, a skoro tak, to jest to trochę inny cel, niż zrozumienie zjawisk, do którego dążą Austriacy. Jeśli Friedman taki cel sobie i innym stawia, to możemy nawet powiedzieć, że to też nie jest ekonomia, tylko spekulacja. A do takiej spekulacji trzeba czegoś więcej niż poprawnego zrozumienia zależności przyczynowo-skutkowych. Jeżeli jakiś czynnik jest mało istotny, to wynika z to z okoliczności geograficznych, historycznych czy jakichkolwiek innych; na przykład kryzys w Nowym Orleanie po przejściu huraganu miał inne, istotniejsze przyczyny, niż cykl koniunkturalny.
Czytelniku,
już Kropotkin zauważył, że jeśli dylemat więźnia będzie ileś razy powtarzany, jednostki nabiorą doświadczeń, które pomogą im unikać pochopnych decyzji. Więcej na temat teorii gier tutaj: http://www.mises.pl/228/228/
Co do Agorystycznej Teorii Klas, to też się zasadniczo zgadzam, ale nie sądzę, aby o to chodziło Dengowi.
A co do pracowników firm państwowych, to sądzę, że to zależy od tego, czy ich praca jest innym potrzebna, a więc, czy przedsiębiorstwo przynosi zyski i jakie zyski temu przedsiębiorstwu przynosi ten konkretny człowiek, który mógł tam się dostać po znajomości.
„Ale teoria gier jest formą opisywania i przewidywania działań poszczególnych jednostek i czyni to dosyć dobrze , chociażby słynny już dylemat więźnia.”
A niby czym jest RP jak nie próbą przewidywania pewnych zjawisk lub działań?
Problem w tym, że cała teoria gier i dyl. więźnia mają sens jedynie w sytuacji kartelu wspieranego przez państwo, i nie pamiętam, czy nie ma więcej założeń, które musiała by spełniać dana sytuacja, żeby ta teoria mogła coś sprawnie przewidzieć.
TG to ledwie fragment, któremu brakuje silnej i ogólnej podstawy jaką jest właśnie SA.
Kamilu,
Ich weiss was indywidualizm metodologiczny ist. I absolutnie zgadzam się z tezą Hayeka o tym, że „są” jedynie byty indywidualne, a kryteria kolektywne są dobierane arbitralnie do opisu rzeczywistości. Problem w tym, że bez kolektywizmu metodologicznego zaprzeczylibyśmy „istnieniu” kultury jako jednak czegoś ponadjednostkowego. Dlatego kategorie wprowadzane przez kolektywizm (jak np. świadomość zbiorowa) są istotne w opisie świata, przy czym wciąż przyznaje się, że są to BYTY POSTULOWANE, nikt nigdy nie twierdził, że jest to coś innego. Agorystyczna „teoria” klas je kompletnie pomija… zresztą właśnie sobie zdałem sprawę, że to pominięcie jest rzeczywiście dosyć logiczne. Problem zasadza się w końcu na kompletnym rozminięciu teorii Marksa z teorią agorystów… one po prostu dotyczą czegoś zupełnie innego. A tu uzasadnienie:
„Tak więc klasowość zależy od tego co robisz, a nie od kulturowości, symboliki.”
A u Marksa właśnie od kulturowości i symboliki, która w dalszym ciągu prowadzi do powstania danej praktyki. I tak np. według teorii agorystów złamany w pół dziadek jest tym, który uciska młodego przedsiębiorcę. U Marksa takie twierdzenie jest oczywistym absurdem. W uproszczeniu młody przedsiębiorca „kontroluje” kulturę (tu się nadbudowa marksowska pojawia) spychając owego dziadka w sferę wykluczenia. Swoją drogą ATK również niebezpiecznie się do tego wykluczenia może przyczyniać.
Dla mnie ATK to parateoria, opis przedteoretyczny w większej mierze oparty o potoczne doświadczenie niż głębokie ujęcie problemu. Dlatego kiedy agoryści szumnie ogłaszają, że ich teoria „istotnie koryguje” teorię Marksa wykazują się po prostu niezrozumieniem marksizmu.
Trochę ciekawostek z zastosowania Marksa w praktyce badawczej proponuję odnajdywać np. w „Kulturowych sprzecznościach kapitalizmu” Bella i dużo, dużo Bourdieu (chyba tak się to pisze;)), choćby „Dystynkcja”.
„2. Obal “austriacką” tezę o tym, że prawa historyczne nie mogą istnieć z powodu braku stuprocentowej powtarzalności działań i preferencji, z których wynikają.”
Nie mam zamiaru tego obalać z dwóch powodów: z teorii marksowskiej odrzucam walkę klas jako zasadę przemian historycznych w historii W OGÓLE (zresztą ta walka klas również nie jest jakąś tam żelazną matrycą w marksizmie). Gdzieś od połowy XVIII w. do teraz sprawdza się jednak wyśmienicie, co nie oznacza, że zawsze będzie się sprawdzać. I tu chyba nawet jest fajny tekścik Carsona bazujący na Kapitale. Już go dobrze nie pamiętam, ale chyba całkiem ciekawie posługuje się tam Carson narzędziami marksowskimi do opisu współczesności.
Drugi powód jest taki, że austriacka teza niczego wielkiego nie odkrywa i właściwie (jak zwykle przy okazji krytyki Marksa, niestety) polemizuje z wulgarnie rozumianą teorią klas, a tak naprawdę z wulgarnie rozumianym Heglem i rozwojem dialektycznym. Cóż, niestety Hayek uchodzi tu za jakieś bóstwo, które wszystko już powiedziało i skomentowało. I to jest kolejny z wielu problemów libertarian.
I jeszcze co do prakseologii i behawiorystycznych maszynek. Cóż, wasza metodologia postuluje społeczeństwo jako wynik działań pojedynczych jednostek, które najczęściej działają jak homo economicus. Kompletnie pomijacie fakt, że człowiek przechodzi proces enkulturacji i że nie zawsze działa egoistycznie (jak za przeproszeniem jakieś bydlę), ale też czasami wyżej stawia wartość grupy, czy innych jednostek, czy czegoś jeszcze innego, nie wiem. I teraz do cholery jak ekonomia austriacka może cokolwiek przewidzieć, skoro przy okazji każdej analizy sprowadza wszystko do działań ekonomicznych? Austriacy doskonale sprawdzają się przy opisie systemu bankowego, ale są kompletnie nieprzydatni przy analizach społecznych, do których niestety roszczą sobie prawo.
I teraz przykład (w sumie abstrakcyjny; nie chce mi się szperać, ale jak ktoś zgłosi, że chce empirycznie, to poszperam:)). W sali królewskiej stoi pusty tron, wokół pełno zmęczonych chłopów. Nikt im niczego nie zabrania, siadanie na tronie nie wiąże się z żadnymi konsekwencjami, ale nikt nie usiądzie. A niby przecież proste: bodziec-reakcja, żadnych konsekwencji. Dla austriaka jasne. Ni mo kultury, więc zachowanie chłopów jest jakąś anomalią, wyjątkiem od reguły…
wasza metodologia postuluje społeczeństwo jako wynik działań pojedynczych jednostek, które najczęściej działają jak homo economicus. Kompletnie pomijacie fakt, że człowiek przechodzi proces enkulturacji i że nie zawsze działa egoistycznie (jak za przeproszeniem jakieś bydlę), ale też czasami wyżej stawia wartość grupy, czy innych jednostek, czy czegoś jeszcze innego, nie wiem. I teraz do cholery jak ekonomia austriacka może cokolwiek przewidzieć, skoro przy okazji każdej analizy sprowadza wszystko do działań ekonomicznych?
1. S.A. sprzeciwia się neoklasycznemu homo oeconomicus’owi.
2. S.A. nijak nie twierdzi, że człowiek zawsze działa egositycznie (tutaj Tannehillowie świetnie tłumaczą o co tak naprawdę come on)
3. S.A. nie przewiduje – jest szkołą opisową i niepostulatywną.
Dobrze urodzony :
I co mi po cytacie Misesa sprzed pół wieku , kiedy to teoria gier dopiero się rodziła.
Kamil : „Problem w tym, że cała teoria gier i dyl. więźnia mają sens jedynie w sytuacji kartelu wspieranego przez państwo”
Ale teoria gier nie ogranicza się tylko do tego przypadku , ma zastosowanie w wielu innych. Może zamiast potępiać w czambuł neoklasyczne narzędzia , warto było by z niektórych z nich korzystać.
„Ale teoria gier nie ogranicza się tylko do tego przypadku , ma zastosowanie w wielu innych”
Na przykład?
„Może zamiast potępiać w czambuł neoklasyczne narzędzia , warto było by z niektórych z nich korzystać.”
Jesus Mother Fucker Christ.
Kto to „potępia” tą teorie i te metody?
Ja wcześniej:
„TG to ledwie fragment, któremu brakuje silnej i ogólnej podstawy jaką jest właśnie SA.”
Nikt nie krytykuje TG jako takiej, lecz co najwyżej jako głównej teorii, na którym ma być oparta cała ekonomia. Analogicznie z ekonometrią, która jest narzędziem do opisu pewnych zjawisk, ale nie da się z niej wywieść żadnych praw.
Generalnie TG to nie jest nurt neoklasyczny.
„Kamilu,
Ich weiss was indywidualizm metodologiczny ist. I absolutnie zgadzam się z tezą Hayeka o tym, że “są” jedynie byty indywidualne, a kryteria kolektywne są dobierane arbitralnie do opisu rzeczywistości. Problem w tym, że bez kolektywizmu metodologicznego zaprzeczylibyśmy “istnieniu” kultury jako jednak czegoś ponadjednostkowego.”
JAK?
„Dlatego kategorie wprowadzane przez kolektywizm (jak np. świadomość zbiorowa) są istotne w opisie świata, przy czym wciąż przyznaje się, że są to BYTY POSTULOWANE, nikt nigdy nie twierdził, że jest to coś innego. Agorystyczna “teoria” klas je kompletnie pomija… ”
1.A co ma do tego teoria agorystyczna? To nie do mnie chyba?
2. To, co piszesz to już nie jest kolektywizm metodologiczny! Kolektywizm m. mówi, że owe byty postulowane istnieją jako rzeczywiste.
3. Indywidualizm m. mówi, że istnieją tylko jednostki, których współdziałanie tworzy „instytucje” takie jak pieniądz, kultura, prawo etc.
Z zaznaczeniem, iż jest to działanie czysto przypadkowe i nie zaplanowane przez nikogo.
>I jeszcze co do prakseologii i behawiorystycznych maszynek. Cóż, wasza metodologia postuluje społeczeństwo jako wynik działań pojedynczych jednostek, które najczęściej działają jak homo economicus.
Jeżeli to oznacza, że każdy dziala w celu minimalizacji dyskomfortu i maksymalizacji przyjemnosci – to masz racje.
>Kompletnie pomijacie fakt, że człowiek przechodzi proces enkulturacji i że nie zawsze działa egoistycznie (jak za przeproszeniem jakieś bydlę), ale też czasami wyżej stawia wartość grupy, czy innych jednostek, czy czegoś jeszcze innego, nie wiem.
1. Proszę o wyjasnienie terminu enkulturyzacja
2. Z zasady podanej powyzej nie mozna wywiesc, ze czlowiek to tylko egoista (w tym potocznym sensie, bo w szerokim i scislym altruizm takze mozna by zaliczyc do dbania o swoj wlasny interes!). To sa jakies redukcjonistyczne interpretacje. Wg mnie nie dopuszczalne na terenie ekonomii, gdyz przyjemnoscia moze byc wszystko to, co czlowiek uzna za przyjemne (np. pomaganie innym, chodzenie do Kosciola, zadawanie sobie bolu fizycznego..), a to juz wykracza poza sfere analizy prakseologicznej, ktora mowi nam tylko, ze ktos dziala, bo cos tam.
>I teraz do cholery jak ekonomia austriacka może cokolwiek przewidzieć, skoro przy okazji każdej analizy sprowadza wszystko do działań ekonomicznych? Austriacy doskonale sprawdzają się przy opisie systemu bankowego, ale są kompletnie nieprzydatni przy analizach społecznych, do których niestety roszczą sobie prawo.
Na przykład w czym?
>I teraz przykład (w sumie abstrakcyjny; nie chce mi się szperać, ale jak ktoś zgłosi, że chce empirycznie, to poszperam:)). W sali królewskiej stoi pusty tron, wokół pełno zmęczonych chłopów. Nikt im niczego nie zabrania, siadanie na tronie nie wiąże się z żadnymi konsekwencjami, ale nikt nie usiądzie. A niby przecież proste: bodziec-reakcja, żadnych konsekwencji. Dla austriaka jasne. Ni mo kultury, więc zachowanie chłopów jest jakąś anomalią, wyjątkiem od reguły…
Kompletnie nie rozumiem co to ma byc? Przyklad na poparcie czego???
Chyba chodzi o to, że jeśli mówimy, jak w agorystycznej teorii klas, o jakichś złożonych interakcjach między ludźmi, które pchają ich do ukształtowania systemu ekonomicznego, to wykraczamy chyba poza ekonomię. Tak naprawdę, problem teorii klasowej jest poruszany przez wielu libertarian. Ciekawe omówienie przedstawia Roderick Long, uwzględniając libertarian socjalistów i populistów:
http://praxeology.net/libclass-theory-part-1.pdf
http://praxeology.net/libclass-theory-part-2.pdf.
Nie znam się za bardzo na teorii gier, ale na stronie „Cafe Hayek” niejaki Russel Roberts pisze tak:
I to jest właśnie przykład na teorię, która nie ma zastosowania. Jeżeli chcemy z całą pewnością wiedzieć, czy rzeczywiście kolejki powstaną, to mamy problem. Bo nie możemy przewidzieć, czy ewentualni zainteresowani nie wybrną jakoś kompromisowo z tej sytuacji konfliktu interesów. Mogą powstać kolejki, ale przecież ludzie, którzy mieliby stać w kolejce mogą też równie dobrze organizować między sobą jakieś losowania. Niby to jest zupełna abstrakcja, ale można pewnie sobie wyobrazić jakieś inne wydarzenia, co sprawia, że fachowiec od teorii gier może powiedzieć, że nie wiadomo, co się stanie, gdy wprowadzimy cenę maksymalną.
Rzecz jasna, jakieś inne zastosowania teorii gier, na przykład teoria Vickerey’a na temat aukcji, mogą być przydatne. Ale nie tak bardzo, jak by się mogło wydawać, czego dowodzi Martin Kihn: http://www.fastcompany.com/magazine/91/debunk.html
„JAK?”
A tak. Indywidualizm metodologiczny przedstawia nam wizję ładu spontanicznego, czyli: jednostka plus jednostka = powstanie instytucji. Tylko teraz skąd jednostka otrzymuje instrumenty do działania? Ano od kultury, do której wchodzi niezależnie od siebie (enkulturacja). Kultura jest czymś zastanym i jednocześnie podzielanym (nie ze względu na obiektywną przydatność) przez pewną zbiorowość (może nawet rozproszoną), dlatego nie sposób jej opisać w kategoriach indywidualistycznych. Ind. prowadzi nas właściwie tylko do hipotezy „jak powstała kultura”, natomiast nie może już nic powiedzieć o jej rozwoju. Dlaczego? Ano dlatego, że czlowiek przekształcający kulturę jest przez nią warunkowany. Społeczeństwo nie jest więc sumą działań jednostek, ale sprzężonym działaniem uzależnionych od kultury jednostek.
Przy okazji kolektywizm nie uznaje, że byty ponadjednostkowe są (w rozumieniu takim, że żyją własnym życiem), lecz że istnieją (idealnie, językowo, jako przydatne abstrakcje). U Durkheima (skrajnego kolektywisty) społeczeństwo kieruje się inną klasą praw niż jednostka, tylko tyle. Nie jest wielkim puchatym potworem, któremu trzeba dogodzić.
Zresztą to nie jest ważne. SA jest przydatna przy pewnych analizach, na pewno. Problem w tym, że wyciąga się z niej jakieś debilne wnioski do analiz społecznych i tu przykładem jest ATK, która nie rozumie marksowskiego pojęcia klasy, ale rzekomo obala jego teorię. Nie chcę się kłócić, chciałem tylko zwrócić uwagę, że obie teorie dotyczą czegoś zupełnie innego, a stwierdzenia agorystów w tym temacie wynikają z dziwnych braków w dyscyplinie budowania teorii.
Chciałem jeszcze napisać o tym, że sprowadzenie wszystkiego do rachunku zysków i strat jest tak samo oczywiste jak bezużyteczne. W analizie społecznej, czy też psychologicznej należy raczej wyjaśniać, co sprawia, że jedne decyzje upatrujemy jako zysk, a inne jako stratę. I tu proste stwierdzenie, że działamy, na nic się nie przyda, bo zawsze jest coś od czego decyzja jest uzależniona, zawsze jest coś, co będzie jakąś decyzję blokowało. Cały problem jest taki, że w tej materii SA niczego nie osiągnęła, ale jej zwolennicy zachowują się, jakby już pożarli wiedzę świata.
1. S.A. sprzeciwia się neoklasycznemu homo oeconomicus’owi.
2. S.A. nijak nie twierdzi, że człowiek zawsze działa egositycznie (tutaj Tannehillowie świetnie tłumaczą o co tak naprawdę come on)
3. S.A. nie przewiduje – jest szkołą opisową i niepostulatywną.
No i w gruncie rzeczy dochodzimy do wniosku, że poza ścisłą ekonomią do niczego się nie przydaje, dlatego kiedy Rothbard pisze o tych swoich anarchiach, Hayek o mechanizmach działania ludzi, to możemy z wielkim prawdopodobieństwem wnosić, że nie dbają oni o związek z rzeczywistością. Znów zarzut o opis idealnego modelu, a nie realnego świata…
>A tak. Indywidualizm metodologiczny przedstawia nam wizję ładu spontanicznego, czyli: jednostka plus jednostka = powstanie instytucji. Tylko teraz skąd jednostka otrzymuje instrumenty do działania?
„Instrumenty”?
>Ano od kultury, do której wchodzi niezależnie od siebie (enkulturacja). Kultura jest czymś zastanym i jednocześnie podzielanym (nie ze względu na obiektywną przydatność) przez pewną zbiorowość (może nawet rozproszoną), dlatego nie sposób jej opisać w kategoriach indywidualistycznych. Ind. prowadzi nas właściwie tylko do hipotezy “jak powstała kultura”, natomiast nie może już nic powiedzieć o jej rozwoju.
Zapewne masz racje, ale to nie przeczy kulturze w ogóle.
>Dlaczego? Ano dlatego, że czlowiek przekształcający kulturę jest przez nią warunkowany. Społeczeństwo nie jest więc sumą działań jednostek, ale sprzężonym działaniem uzależnionych od kultury jednostek.
Popełniasz błąd logiczny we wnioskowaniu…
Kultura jest wynikiem działań i relacji między jednostkami. Człowiek wchodząc w zastaną kulturę sam ją przekszatłca, zmienia… nieświadomie, przypadkowo i 'spontanicznie’!
>Przy okazji kolektywizm nie uznaje, że byty ponadjednostkowe są (w rozumieniu takim, że żyją własnym życiem), lecz że istnieją (idealnie, językowo, jako przydatne abstrakcje). U Durkheima (skrajnego kolektywisty) społeczeństwo kieruje się inną klasą praw niż jednostka, tylko tyle. Nie jest wielkim puchatym potworem, któremu trzeba dogodzić.
No właśnie, czyli „żyją własnym życiem”, kieruja się inymi prawami niż jednostki, co jest absurdalne i nie może, po prostu, nie da się zachować prawidłowości między i.m a k.m.
>Chciałem jeszcze napisać o tym, że sprowadzenie wszystkiego do rachunku zysków i strat jest tak samo oczywiste jak bezużyteczne.
Wszystkiego, czyli czego??? :>
>W analizie społecznej, czy też psychologicznej należy raczej wyjaśniać, co sprawia, że jedne decyzje upatrujemy jako zysk, a inne jako stratę.
Nooo… tak. Psychologia to psychologią, ekonomia to ekonomia. And so?
> I tu proste stwierdzenie, że działamy, na nic się nie przyda, bo zawsze jest coś od czego decyzja jest uzależniona, zawsze jest coś, co będzie jakąś decyzję blokowało. Cały problem jest taki, że w tej materii SA niczego nie osiągnęła, ale jej zwolennicy zachowują się, jakby już pożarli wiedzę świata.
Nie rozumiem tego bełkotu, ale SA nie osiągnęła w psychologii niczego, gdyż nie miała niczego w tej nauce osiągać. Jasna cholera mać.
>No i w gruncie rzeczy dochodzimy do wniosku, że poza ścisłą ekonomią do niczego się nie przydaje, dlatego kiedy Rothbard pisze o tych swoich anarchiach, Hayek o mechanizmach działania ludzi, to możemy z wielkim prawdopodobieństwem wnosić, że nie dbają oni o związek z rzeczywistością. Znów zarzut o opis idealnego modelu, a nie realnego świata…
Z wielkim prawdopodobieństwem, to ja mogę sobie zgadywać, czy cząsteczki elementarne zderzają się ze sobą z prędkością X do kwadratu przez Y, 4 …
Albo mogę przyjąć to na wiarę… bo gdzie rozum śpi, rodzi się religia albo rachunek prawdopodobieństwa.
Do czego zmierzam – nie czytałeś Hayeka i Rothbarda?
@butters
I ten redukcjonizm ATK, wyrzucenie poza nawias analizy klasowej kwestii kulturowych, uważam właśnie za największą jej słabość. Co z tego, że agorystyczny model odznacza się spójnością i elegancją, skoro jego implikacje są mało istotne z poznawczego i taktycznego punktu widzenia?
Agorysta powie na ten przykład, że unikający podatków, dziany biznesmen i ubogi skłoters-anarchista ponoszą to samo „ryzyko przedsiębiorcy”, ergo obaj plasują się, zgodnie z postulowanymi przez ATK kryteriami, w tej samej klasie. Zgoda – tylko co z tego? Po pierwsze, patrząc na pozostałe cechy, należą jednak do różnych klas. Po drugie, i w związku z poprzednią uwagą, mogą być motywowani nie tylko przez różne, ale też wzajemnie się wykluczające systemy wartości. Przykładowo, biznesmen może używać kontr-ekonomii, aby zdobyć dodatkowe fundusze na lepsze zabezpieczenie swojej rozległej własności ziemskiej, której z kolei nie uznaje skłoters-anarchista. Lub w celu skuteczniejszego lobbowania u polityków, czego również nie uznaje nasz skłoters-anarchista.
Jeśli jakiś agorysta w tym momencie stwierdzi, że należy wspomagać kontr-ekonomię każdego z nich (lub przynajmniej nie utrudniać tej działalności), to na moje oko strzela sobie w stopę i przy okazji wszystkim ludziom, którzy pragną zniesienia państwowego kapitalizmu. W zasadzie należałoby powiedzieć, że taki „wulgarny agoryzm” jest nie tyle pozbawiony wartości z poznawczego i taktycznego punktu widzenia, co wręcz przeciwskuteczny, gdyż wspiera dokładnie te same siły, które w założeniu miał zwalczać.
Odnoszę wrażenie, że część agorystów, zwłaszcza na zachodzie, zdaje sobie sprawę z tych ograniczeń i teoretycznych pułapek, starając się uwzględnić w swoich układach odniesienia inne sposoby opisu rzeczywistości, w tym niektóre marksistowskie teorie klasowe. Niestety, w Polszy już można zaobserwować stopniową bastardyzację tego odłamu libertarianizmu. Wystarczy odwiedzić serwis Wolność i Kapitalizm, żeby poczytać wynurzenia samozwańczych „agorystów”, którym wydaje się, że każdy kontr-ekonomista zasługuje na wsparcie. Choćby był jebanym bydlakiem, zarabiającym jako właściciel nielegalnego sweatshopu czy kolejnym Krzysiem Habichem (nota bene, jeden z idoli wielu czytelników WiKu).
A ja znalazłem pewien artykuł, który nieco inaczej odnosi się do sweetshopów:
http://findarticles.com/p/articles/mi_qa3724/is_200306/ai_n9251504/pg_1?tag=artBody;col1
„Ale okazuje się, że ludzie nauki, których ukształtowane już poglądy filozoficzne są inne, niż te reprezentowane przez Szkołę Austriacką, nie są w stanie zainteresować się ich pomysłami.”
Ja też nie byłbym zainteresowany, gdyby jakakolwiek konstruktywna krytyka z mojej strony była z marszu witana jako „wiel[e] oczywistych nonsensów i par[ę] nieudolnych prób”. Gdyby moje obiekcje lub spostrzeżenia były kwitowane suchym stwierdzeniem, że „to nie jest ekonomia” (mimo że nikt poza austriackim kółkiem wzajemnej adoracji tak nie uważa). Gdyby odmienne poglądy w jakiejś sprawie były przedstawiane jako „pomijanie lub zniekształcanie i manipulacja” (których autor powyższego tekstu sam jest w pewnej mierze winny). No i przede wszystkim gdyby moje intencje były na każdym kroku podważane i atakowane, vide: „I tu widać, po której stronie są sympatie autora: wiwat monopoliści!”; „Chęć odebrania jednostce możliwości decydowania o swojej własności uzasadnia tym…”; „Jeśli piszemy o teorii ekonomii, dziwi mnie powołanie na taki „autorytet”. Co po raz kolejny pokazuje ideologiczne sympatie autora.”; „Ślepe siły społeczne zmieniają ludzkie umysły w stopniu bardzo dalekim, czego dowodzi Bryan Caplan swoim tekstem.” etc.
Ślepe siły społeczne, indeed! Zastanawia mnie, kto tu jest bardziej ofiarą psychologii kultyzmu: autor czy Bryan Caplan? Ale, ale! Pop-psychologizowanie zostawmy Randystom, jesteśmy wszak poważnymi ludźmi! 😉
Cóż, nie ze wszystkimi stwierdzeniami autora tekstu się nie zgadzam (acz z większością). Nie mam natomiast specjalnie czasu ani ochoty dyskutować z kimś, kto nie potrafi utrzymać cywilizowanego poziomu dyskusji i nie szansuje najwyraźniej ludzi, którzy się z nim nie zgadzają. Rzucę jednak małe spostrzeżenie:
„Ale trzeba zauważyć, że jeżeli mamy jakieś preferencje, z których nie wynikają działania, to ich analizowanie nie należy do zadań ekonomii, lecz psychologii.”
Jeśli tak, to należy zarzucić pojęcia „popytu” i „podaży,” bo to wszystko jest psychologia – kto „chce” a kto „nie chce” kupić dobra. W jednym punkcie czasu po prostu ileś ludzi kupuje ileś dobra od iluś innych ludzi za jakąś cenę a cała reszta nas nie obchodzi, prawda? (A w wielu punktach czasu, jak Austriacy słusznie stwierdzili, preferencje nie muszą być spójne).
Podejrzewam, że taki wniosek jest nie do zaakceptowania, a jeśli tak, to:
Czym się różni wyimaginowana, konceptualna (ale przydatna) krzywa nieistniejącego popytu od wyimaginowanej, konceptualnej (ale przydatnej) krzywej nieistniejącej użyteczności?
Jakie kółko wzajemnej adoracji? O czym Ty pieprzysz miłość boską!? 0_0
>Jeśli tak, to należy zarzucić pojęcia “popytu” i “podaży,” bo to wszystko jest psychologia – kto “chce” a kto “nie chce” kupić dobra. W jednym punkcie czasu po prostu ileś ludzi kupuje ileś dobra od iluś innych ludzi za jakąś cenę a cała reszta nas nie obchodzi, prawda? (A w wielu punktach czasu, jak Austriacy słusznie stwierdzili, preferencje nie muszą być spójne).
Nooo… bo popyt i podaż są UJAWNIONYMI, w realnych działań, preferencjami.
Autor ujal to niegrazbnie byc moze, bo chodzi o to, ze ekonomia zajmuje sie tylko preferencjami jako takimi, zas psychologiami bada przyczyny takich preferencji, dlatego logicznie wchodzi w to, jakie one sa (bada ich tresc).
>Podejrzewam, że taki wniosek jest nie do zaakceptowania, a jeśli tak, to:
Jaki wniosek, bo niczego odkrywczego, czego „dogmatysci austriaccy by nie objawili”, nie wywnioskowales.
>Czym się różni wyimaginowana, konceptualna (ale przydatna) krzywa nieistniejącego popytu od wyimaginowanej, konceptualnej (ale przydatnej) krzywej nieistniejącej użyteczności?
W jakiej sferze, w jakim sensie? :>
„Zapewne masz racje, ale to nie przeczy kulturze w ogóle.”
Jeżeli wciąż będziesz tkwić w religii indywidualizmu met., właśnie zaprzeczysz. Bo w języku ind. kultura (ani np. świadomość zbiorowa) nie istnieje.
„Kultura jest wynikiem działań i relacji między jednostkami. Człowiek wchodząc w zastaną kulturę sam ją przekszatłca, zmienia… nieświadomie, przypadkowo i ’spontanicznie’!”
No nieeeee… jest tak: człowiek wchodzi w kulturę – przejmuje od kultury systemy szeregowań, kategorie, wartości (te może odrzucić), widzi świat przez kulturę, każde jego działanie mieści się w wytyczonych ścieżkach kultury (ot, na przykład artysta musi się podporządkować zasadom pewnej praktyki społecznej, żeby być uważanym za artystę). Bagaż kulturowy (a zatem realizowanie się pewnej świadomości zbiorowej) jest tak znaczny, że nie można mówić o kulturze jako wyniku działań poszczególnych jednostek. Można tylko stwierdzić, że kultura jest jakoś przekształcana przez poszczególnych ludzi, że bez ludzkich działań nie ma kultury. Sęk w tym, że wszystkie te działania są PODPORZĄDKOWANE świadomości zbiorowej (ta kiedyś dawno, dawno temu, mogła być rezultatem jakichś tam jednostkowych działań). Zresztą kolejny raz wychodzi, że wyznawcy SA nie przerobili lekcji z Kanta. O Heglu pewnie nie słyszeli, a Marks to, rzecz jasna, komuch głupi…
„No właśnie, czyli “żyją własnym życiem”, kieruja się inymi prawami niż jednostki, co jest absurdalne i nie może, po prostu, nie da się zachować prawidłowości między i.m a k.m.”
No nie wiem. Mają się kierować takimi samymi prawami, co człowiek? 😉 Co jest absurdalengo w tym, że istnieją mechanizmy społeczne (raczej sądzę, że nie w postaci niezmiennych praw, ale jednak uchwytnych w pewnej rzeczywistości prawidłowości)? O psychologii tłumu polecam poczytać, na przykład. I w ogóle lekcję z socjologii przerobić radzę.
„Wszystkiego, czyli czego??? :>”
Działań wszystkich :]
„Nooo… tak. Psychologia to psychologią, ekonomia to ekonomia. And so?”
And so, że gówno wyjaśnia taka ekonomia, która ignoruje zmienny czynnik ludzki. Jak już napisałem, przydaje się tylko w sytuacji, w której można z wielkim prawdopodobieństwem mniemać, że człowiek będzie się zachowywał jak homo oeconomicus. A podobno SA temu przeczy, więc jest zupełnie nieprzydatna.
„Nie rozumiem tego bełkotu, ale SA nie osiągnęła w psychologii niczego, gdyż nie miała niczego w tej nauce osiągać. Jasna cholera mać.”
No właśnie nieprawda. Kontynuacje SA w postaci ideologii młodych libertarian jak najbardziej wykorzystują osiągnięcia szkoły do budowy abstrakcyjnego modelu społeczeństwa, jako rynku. Tego, że rynek jest zakłócany przez czynniki społeczne, kulturowe i psychologiczne, i że jest to nieuniknionym uwikłaniem rynku, nie bierze się pod uwagę. To już krytyka ideologii libertariańskiej, SA pośrednio.
@DysKordian
„Co z tego, że agorystyczny model odznacza się spójnością i elegancją, skoro jego implikacje są mało istotne z poznawczego i taktycznego punktu widzenia?”
I tu się zgadzam, poza jednym. ATK nie odznacza się elegancją.
>Jeśli tak, to należy zarzucić pojęcia “popytu” i “podaży,” bo to wszystko jest psychologia – kto “chce” a kto “nie chce” kupić dobra. W jednym punkcie czasu po prostu ileś ludzi kupuje ileś dobra od iluś innych ludzi za jakąś cenę a cała reszta nas nie obchodzi, prawda?
Słuszne spostrzeżenie! Też zauważyłem tą sprzeczność, a