Przeczytałem ostatnio tekst Bryana Caplana „Dlaczego nie jestem austriackim ekonomistą” . Składa się on z wielu oczywistych nonsensów i paru nieudolnych prób podważenia teorii „Austriaków”. Po przeczytaniu go wiem już więcej o tym, dlaczego jestem zwolennikiem ASE. Zastrzegam, że nie jestem ekonomistą z wykształcenia, ale wiele myśli z tekstu jest dla mnie kompletnie nie do zaakceptowania z naukowych względów. Znajduje się w nim również pewne ciekawe spostrzeżenie, do którego odniosę się pod koniec, ale całość dowodzi, niestety, ignorancji autora względem Austriackiej Szkoły Ekonomii. Przedstawię pokrótce moje zastrzeżenia, które oczywiście tematu nie wyczerpują.
Funkcja użyteczności a skale wartości
Autor wspomina o teorii, zgodnie z którą jednostki maksymalizując swoją satysfakcję przyrównują krańcową użyteczność dóbr podzieloną przez ich ceny, i zaprzecza, żeby to miało związek z użytecznością kardynalną. Ale ten problem był rozważany już dawno temu. Jak pisze Rothbard w „Toward a Reconstruction of Utility and Welfare Economics”:
„Ordynalistyczni rozłamowcy z Hicksem i Allenem na czele w latach 30 czuli, że niezbędne jest odrzucenie koncepcji krańcowej użyteczności razem z mierzalnością. Robiąc to, wylali dziecko użyteczności razem z kąpielą kardynalności. Uzasadniali, że użyteczność krańcowa sama z siebie skutkuje mierzalnością. Dlaczego? Ich spostrzeżenie oparte było na domniemanym założeniu neoklasycznym, że „krańcowa” w użyteczności krańcowej jest tym samym, co ‘nieskończenie mała’ (marginal) w rachunku różniczkowym. Skoro, w matematyce, łączna ilość ‘czegoś’ jest całką nieskończenie małych egzemplarzy tego „czegoś”, ekonomiści szybko założyli, że łączna użyteczność jest matematyczną całką serii użyteczności krańcowych. Być może, również, uświadomili sobie, że takie założenie było niezbędne, aby stworzyć matematyczną reprezentację użyteczności. W rezultacie musieli założyć, dla przykładu, że użyteczność krańcowa dobra o podaży równej sześć jednostek jest równa ‘łącznej użyteczności’ sześciu jednostek minus ‘łączna użyteczność’ pięciu jednostek. Jeżeli użyteczności mogą być poddawane operacjom dodawania i mogą być różniczkowane i całkowane, wtedy oczywiście koncepcja użyteczności krańcowej musi skutkować kardynalną mierzalnością użyteczności.” (tł. własne)
Jak widać, nie wszyscy ordynaliści się przez ostatnie 70 lat pokapowali, że przyrównywanie, na przykład, „krańcowej użyteczności dóbr podzielonej przez ich ceny” oznacza kardynalność, ponieważ wykonujemy na tych niby-nie-liczbach działanie matematyczne. Rothbard pisze, że ten błąd pochodzi od Jevonsa, który był jednym z twórców „rewolucji marginalistycznej”.
Dalej podany jest pewien dość dziwny przykład wizualizujący pewną myśl nieobecną u „Austriaków”:
„Co jest takiego ważnego w rozpoznaniu dwóch efektów zmiany ceny? Uznaje się, że wzrost ceny zmniejsza popyt, gdyż aktor przestawia się na inne dobra (efekt substytucyjny). Ale co gdyby istniało tylko 1 dobro? W tym wypadku jest oczywiste, że wzrost ceny nie zmniejsza popytu z powodu przejścia na inne dobro. Popyt spada raczej dlatego, iż przy jednym dobrze, stałych dochodach i wyższej cenie, realny przychód aktora jest mniejszy.”
To proste: jeśli istniałoby jedno dobro, nie byłoby cen, bo nie byłoby potrzeby istnienia pieniądza. Jeśli więc istnieją ceny, oczywiste jest, że z chwilą utraty możliwości zakupu jakiegoś dobra staramy zaspokoić jego brak czymś innym, na przykład pożywieniem o podobnym składzie chemicznym zaspokajającym nasze konkretne potrzeby metaboliczne. To jest realny świat, prawdziwe życie.
Obojętność
Autor pisze, że „Ponieważ moje działania to coś więcej niż moje usposobienie, moje preferencje to coś więcej niż moje akcje.” Proponuje zależność preferencje->działanie->zachowanie. Ale trzeba zauważyć, że jeżeli mamy jakieś preferencje, z których nie wynikają działania, to ich analizowanie nie należy do zadań ekonomii, lecz psychologii. Która też jest ciekawą dziedziną i powinna być rozpatrywana jako oddzielna nauka. Badanie ludzkich obyczajów przez ekonomistów, tworzenie na przykład „ekonomii małżeństwa”, to wulgarna substytucja braku wiedzy psychologicznej.
Dalej pisze, że bardzo często jest „obojętny” w kwestii kolorów ubrań i wybrałby inny kolor, gdyby ceny nie były równe. Ale to nie dowodzi obojętności, tylko tego, że skala wartości jest, na przykład, taka:
niebieski sweter i zaoszczędzona różnica cen
zielony sweter
jego cena
niebieski sweter
inna, niższa cena
Ciągłość
Podobno nieciągłe zestawy punktów podaży i popytu nie mają punktu przecięcia, co więcej, Rothbard unikał tego problemu i rysował „krzywe” popytu i podaży. W „Ekonomii Wolnego Rynku” („Man, economy, and state”) jak byk stoi:
„Zestawienie wielkości podaży oferowanej przy danych cenach zwane jest tabelą podaży, a jego graficzna reprezentacja, w której DLA PRZEJRZYSTOŚCI poszczególne punkty są połączone, znana jest jako krzywa podaży.”(wyr. własne)(s.249)
Dalej Caplan upiera się, że popyt i podaż jako zestaw punktów nie przetną się. Ale jest to po prostu prawda, jeśli weźmiemy pod oferty sprzedaży i kupna, które rzeczywiście zostały zrealizowane – ilość dóbr sprzedanych z całą pewnością jest taka sama jak kupionych, reszta to psychologia.
Ekonomia dobrobytu
Czy „etatyści mogliby z łatwością odwrócić obiekcje Rothbarda i stwierdzić, że ponieważ nie ma ‘żelaznego dowodu’, że trzecia strona nie sprzeciwia się czyjejś dobrowolnej wymianie, to niemożliwe jest stwierdzenie, czy podnosi ona społeczną użyteczność”? Cóż, zwykle nie muszą uciekać się do takich rozważań. „Austriakom” natomiast wystarczy, że nie ma żelaznego dowodu na to, że trzecia strona się sprzeciwia. Wrażliwość na efemeryczne emocje urażonych zazdrośników to nie jest ekonomia.
Autor chce, aby ekonomia dostarczała argumentów przeciwko komunizmowi na gruncie efektywności. Tak bardzo chce dowodzić nieefektywności, że pisze: ”To nie pokazuje, że ‘optymalne w sensie Pareto’ kryterium dobrobytu jest poprawne, ale z pewnością dostarcza prima facie podstawę, by rozważyć je mocniej.” Co ciekawe, David Friedman podobnie rozumując odrzuca kryterium Pareto i zastępuje je kryterium Marshalla. Błąd leży, moim zdaniem, w tym, że nie można mówić o efektywności narodu, klasy, rządu – a jedynie efektywności pojedynczego człowieka.
Niemożliwość socjalizmu
Oto kolejny kuriozalny przykład wymyślony przez autora:
„To sugeruje pewne oczywiste pytania. Czy jednoosobowy socjalizm Crusoe stanie się ‘niemożliwym’, gdy pojawi się Piętaszek? Raczej nie. A co jeśli pojawi się 100 osób? 1000? Podział Misesa na współczesną i crusoewską gospodarkę i to, że argument kalkulacji stosuje się tylko do tej pierwszej, ponownie pokazuje, że Mises stosuje podświadomie ilościowe założenia mimo swojego sprzeciwu wobec nich.”
Zdaje się, że to nie jest założenie ilościowe, tylko dotyczące kalkulacji, a więc takie, że istnieją ceny. Robinson może dzielić się z Piętaszkiem bez pieniędzy, i mógłby również nie używać lub zabronić używania pieniędzy w swojej 1000 – osobowej wsi i to byłaby utopia społeczna, ale nie ekonomiczna. Autor zastanawia się też, czy poważniejszym problemem socjalizmu nie były „problem nakładów pracy albo innowacji, albo czarnego rynku, albo jakikolwiek inny”. Wydaje się jednak, że wszystkie te problemy to skutek braku dobrze ustalonych cen…
Teoria monopolu
Podobno „Rothbard z łatwością obala teorię Misesa, ale poświęca zbyt mało uwagi współczesnej neoklasycznej teorii: konkretnie temu, że zawsze występują w pewnym stopniu monopolistyczne zakłócenia, jeśli firmy nie spotykają się z poziomą krzywą popytu.” Jest tak wtedy, gdy rozważa się „krzywe popytu” jako funkcje na zbiorze liczb rzeczywistych. Jeśli rozumie się to pojęcie po „Austriacku”, to nie ma to żadnego sensu. Jeżeli nie ma rządowej interwencji, cena jest punktem spotkania popytu i podaży. Ale przykład ilustrujący te rozważania jest mocno chybiony.
„To jednak w żadnym wypadku nie jest założenie, ale wniosek. Jeśli np. producent oprogramowania musi zapłacić 1$ by stworzyć dodatkową kopię swojego programu, ale napotykając opadającą krzywą popytu, ustala cenę maksymalizującą zysk na poziomie 10$; wówczas istnieją niezrealizowane zyski. Konsumenci, którzy gotowi byliby zapłacić za program od 1 do 9,99$ nie robią tego, mimo że przekracza to krańcowy koszt produkcji.”
Nie wiem, czy to celowa manipulacja, czy autor naprawdę nie zdaje sobie sprawy, że dla skrajnego zwolennika ASE ten przykład jest bezsensowny. Biorąc pod uwagę, że jest doktorem ekonomii, chyba to pierwsze. Dla wielu z „Austriaków” prawa autorskie i patenty to interwencje, które ograniczają podaż i windują ceny w górę. Jeżeli z tego wyciągamy jakieś wnioski, nie patrząc na przyczyny, to jest to jakiś ponury dogmatyzm. Trochę wyjaśnia stwierdzenie, że Rothbard powinien „po prostu zaakceptować oczywiste braki niedoskonałej konkurencji, a potem wskazać jej liczne zalety.” I tu widać, po której stronie są sympatie autora: wiwat monopoliści!
Dobra publiczne
Kolejny ciekawy przykład:
„Załóżmy, że mój sąsiad zakłada sklep z pączkami obok mojej posesji i zapach pączków rozchodzi się po mojej posesji. Mimo że jest to korzyść zewnętrzna – kocham zapach pączków – jako właściciel domu mogę twierdzić, że mój sąsiad dokonuje naruszenia terenu. Dlaczego strzeliłbym sobie w stopę czyniąc to? Być może wyceniam zapach pączków na 10$ rocznie, a sklep zarabia 1000$. Zatem w moim interesie byłoby narzucić właścicielowi sklepu opłatę 100$ za zgodę na emitowanie zapachu pączków na moją ziemię. Mimo że korzystam z tego zanieczyszczenia, to korzystam więcej z zanieczyszczeń plus 100$.”
Tak, ale który sąd by się na coś takiego zgodził? Jeżeli byłaby jakaś szansa na to, to bardzo mała, sądzę, że mniejsza, niż 0,1. Tak więc bardziej opłacalne jest nic nie robić niż wymuszać odszkodowanie, którego możemy nie dostać, za cenę konfliktu z sąsiadem, który może nam popsuć lub uniemożliwić satysfakcję związaną z zapachem pączków. Autor próbuje tutaj odwrócić teoremat Coase’a, zgodnie z którym liczy się, ile stracę na czyimś efekcie zewnętrznym, i jeśli koszty porozumienia się będą większe, to nie ma o czym gadać, bo wszystko jest tak efektywne, jak tylko może być. Chęć odebrania jednostce możliwości decydowania o swojej własności uzasadnia tym, że w skrajnych sytuacjach jednostka owa źle sobie poradzi i zacznie spiskować przeciwko tym, którzy jej pomagają. A zdaje się, że jest libertarianinem…
Austriacka teoria cyklu koniunkturalnego
Podobno Rothbard pisząc o Wielkim Kryzysie w zacytowanym przez autora fragmencie był w szczycie formy, bo „w większości dyskusji – podobnie jak Mises – koncentrował się on wyłącznie na działalności rządu i związków, całkowicie pomijając rynkowe przyczyny” Cóż, uważano wtedy, że rząd sobie z kryzysem poradzi…
Ekonomiści neoklasyczni rzekomo akceptują część ATCK, ale autor ma taką oto wątpliwość:
„zakładając że stopy są na sztucznym i niemożliwym do utrzymania niskim poziomie, dlaczego jakikolwiek biznesmen oparłby swoje kalkulacje na założeniu, że niskie stopy trwać będą w nieskończoność? Przeciwnie, w rzeczywistości przedsiębiorcy zdaliby sobie sprawę, że stopy procentowe są na tak niskim poziomie jedynie tymczasowo i wzięliby to pod uwagę.”
Liczenie NPV to problem dość trywialny, nawet, jeśli inflacja ma się zmienić. Istnieje poważniejsze zakłócenie: ceny dóbr kapitałowych rosną, co skłania do inwestowania w wyższe etapy produkcji. Być może autor w chwili pisania tego tekstu nie znał jeszcze książki „Pieniądz, kredyt bankowy i cykl koniunkturalny” Jesusa Huerta de Soto, która wiele rzeczy porządkuje, ale dwa lata po jej pierwszym angielskim wydaniu powinien ten tekst już dawno poprawić, aby nie wprowadzać czytelników w błąd.
Czy teoria wystarcza?
W całym tekście natrafiłem na jedną interesującą myśl autora:
Teoria cen pokazuje nam, że płaca minimalna ponad poziomem rynkowym przyczyni się do wzrostu bezrobocia. Jednak, co Mises i Rothbard akcentują, teoria ekonomiczna nic nam nie powie o tym, jak duży wzrost bezrobocia nastąpi. Studia empiryczne na temat wprowadzenia płacy minimalnej czynią więcej, jak tylko ilustrują teorię; pomagają ekonomistom pojąć, jakie teoretycznie ważne czynniki w rzeczywistości maja znaczenie. Parafrazując lorda Kelvina, o ile teoria ekonomiczna jest prawdziwą wiedzą, jeśli nie studiujesz historii ekonomicznej jest ona pośledniego i niesatysfakcjonującego gatunku. Ekonomista, która przypisuje hiperinflację radykalnym i trwałym spadkom w popycie na pieniądz, nie sprzeciwia się żadnej teorii. Ale jest to kiepski ekonomista, gdyż analizuje on czynniki, które są daleko od bycia istotnymi.
Sądzę, że jest to jedyny poważny zarzut wobec ASE sformułowany w tekście. Rzeczywiście, wydaje się, że teoria może czasem nie mieć zastosowania, ale można ten argument odnieść również do przedstawionych przez autora alternatywnych teorii tłumaczących stagflację – prawdopodobnie zależności opisywane przez te teorie nie miały dla gospodarki świata w latach 70-tych takiego znaczenia, jak ekspansja kredytowa i spowodowany przez nią kryzys gospodarczy.
Matematyka, ekonometria i rozwój ekonomii
Według autora:
„M&E ma za sobą 50 lat coraz większej hegemoni w ekonomii. Empiryczne dowody ich wkładu są bezdyskusyjnie ujemne. Ale nie oznacza to jednak, że ekonomiści powinni natychmiast zaprzestać używania M&E w swoich pracach. To była odpowiedź „Austriaków” i doprowadziła ich do ekstremalnej izolacji od pozostałych ekonomicznych profesji. Prostym faktem jest, iż M&E są językiem współczesnej ekonomii, tak jak łacina była językiem średniowiecznej filozofii. Owe zawodowe języki powodują utratę ogromnej ilości czasu i sprawiają, że trudno jest porozumieć się akademikom i prostym ludziom. Ale jeśli zostaną opanowane, nawet dysydenci mogą używać tych narzędzi by wyrazić swoje myśli.”
„Austriacy” używają żargonu matematycznego tam, gdzie uważają, że jest to uprawnione. Matematyka jest nauką ścisłą, traktowanie jej pojęć jak uniwersalnego języka to rzeczywiście prawdziwe średniowiecze.
Wnioski
Autor parafrazuje Deng Xiaopinga: “Nie należy mówić codziennie o metodologii. W prawdziwym życiu nie wszystko jest metodologią”, ale w przypisach podaje, że tak naprawdę Deng powiedział: „Nie należy codziennie mówić o walce klas. W prawdziwym życiu nie wszystko jest walką klas”. Jeśli piszemy o teorii ekonomii, dziwi mnie powołanie na taki „autorytet”. Co po raz kolejny pokazuje ideologiczne sympatie autora. Moim zdaniem, „walka klas” to po prostu błędna teoria, i dlatego unikanie myślenia o niej przynosi jemu i narodowi, któremu przewodził, korzyść.
Porzucenie własnego paradygmatu ma być pożądaną postawą „Austriaków” połączoną ze „zgodą na podzielenie się wszelkimi wartościowymi pomysłami, jakie posiadają, z resztą ekonomistów – i oczywiście z intelektualnie zaangażowaną publiką”. Zwróćmy jednak uwagę na to, że mimo wszystko starają się oni dzielić swoimi poglądami, czego dowodem jest chociażby działalność Instytutu Misesa. Ale okazuje się, że ludzie nauki, których ukształtowane już poglądy filozoficzne są inne, niż te reprezentowane przez Szkołę Austriacką, nie są w stanie zainteresować się ich pomysłami. Jeśli mieliby to zrobić na skutek zmiany założeń metodologicznych „Austriaków”, to nie wiem, czy gra byłaby warta świeczki.
Dochodzę po poznaniu tekstu do wniosku, że Austriacka ekonomia rzeczywiście ma dobre podstawy, skoro wykształcony krytyk jest w stanie przedstawić tylko takie argumenty, które pomijają podstawowe tezy „Austriaków”, bądź przedstawiają je w zniekształconej formie i manipulują nimi za pomocą błędnych przykładów. To potwierdza pewne moje wcześniejsze poglądy na temat współczesnej nauki. Wiele koncepcji i teorii nie powstaje dlatego, że są poprawne, ale dlatego, że szeroko pojęta opinia publiczna akceptuje je. Na publicznej uczelni, gdzie autor pracuje, i tak pewnie niewielu ma zwolenników. Ślepe siły społeczne zmieniają ludzkie umysły w stopniu bardzo dalekim, czego dowodzi Bryan Caplan swoim tekstem.
Karol Korczak
14.01.2009 r.