Murray Rothbard

Murray Rothbard „Konkin o strategii libertariańskiej”

Dobrze, że wydano (w mniej lub bardziej uporządkowanej formie) „Nowy Manifest Libertriański” – łatwiej jest go teraz ocenić i skrytykować. Do tej pory swoją wizję Konkin wyrażał głównie w licznych atakach na swoich ideologicznych przeciwników, w tym na mnie*. Okazuje się, że postawa Sama Konkina przypomina pod wieloma względami sytuację marksistów. Tak jak marksiści są bardziej przekonujący, krytykując istniejącą formę społeczeństwa, niż jeśli chodzi o przedstawianie swoich mglistych i raczej absurdalnych wizji komunistycznej przyszłości, tak Konkin jest o wiele bardziej konsekwentny w swojej krytyce obecnego ruchu libertariańskiego niż w zarysowaniu swojej własnej pozytywnej agorystycznej wizji. To oczywiście nie przypadek. Po pierwsze, o wiele łatwiej krytykować wady obecnych instytucji niż zaoferować przekonującą alternatywę, a po drugie znacznie lepiej jest być w ataku.

1.Konkinowska Alternatywa

W tej konkretnej sprawie Konkin próbuje podjąć wyzwanie, które rzuciłem lata temu „anty-partyjnym” libertarianom: O.K., ale jak wolność ma zwyciężyć? Uważam Konkinowski agoryzm za totalną porażkę, ale, jakby nie było, on chociaż próbował, co pisze mu się na plus i stawia go o klasę wyżej niż jego anty-partyjnych kolegów, którzy zazwyczaj odpowiedzi szukają w postach czy modlitwie; każdy z nich stara się wyłącznie zostać lepszym i bardziej pokojowym człowiekiem, nawet pobieżnie nie ustosunkowując się do problemu władzy państwowej, nie wspominając o próbie jego rozwiązania. A więc zanim odniosę się do Konkinowskiej krytyki obecnych libertariańskich instytucji, chciałbym przeanalizować jego agorystyczną alternatywę.

Po pierwsze, teoria Konkina cierpi na fatalną wadę, która nie tylko wypacza agorystyczną strategię Konkina, ale także pozwala mu uciec przed problemem organizacji (patrz poniżej). Mianowicie, Konkin twierdzi, że praca najemna jest w jakiś sposób nierynkowa albo nielibertariańska i że znikłaby w wolnym społeczeństwie. Konkin twierdzi, że jest austriackim wolnorynkowym ekonomistą, więc jego twierdzenie, że dobrowolna sprzedaż swojej pracy jest w jakikolwiek sposób nieuprawniona czy nielibertariańska wykracza poza moje pojęcie. Równie absurdalne jest jego przekonanie, że na wolnym rynku przyszłości praca najemna przestanie istnieć. Niezależne wykonawstwo (independent contracting), obojętnie jak sympatyczne by było, w przypadku działalności produkcyjnej jest po prostu rażąco nieopłacalne. Koszty transakcyjne byłyby o wiele za wysokie. Jak na przykład wyglądałaby produkcja samochodów przeprowadzana przez samozatrudnionych, niezależnych wykonawców? Konkin zapomina, że pojawienie się pracy najemnej było zbawieniem dla wielu tysięcy biednych robotników i ocaliło ich od śmierci głodowej. Gdyby praca najemna nie istniała, jak to było przez większość historii przed rewolucją przemysłową, każdy robotnik musiałby posiadać wystarczającą ilość pieniędzy, żeby zakupić swój własny kapitał i narzędzia. Pojawienie się systemu fabrycznego i pracy najemnej sprawiło, że biedni robotnicy nie musieli już zakupywać własnego kapitału w postaci wyposażenia; mogli zostawić to zadanie kapitalistom (patrz wspaniałe „Wprowadzenie” w „Capitalism and the Historians” F.A. Hayeka).

Faktem jest jednak, że błędne i jakże nielibertariańskie odrzucenie pracy najemnej umożliwia Konkinowi kilka rzeczy. Po pierwsze, pozwala mu na przedstawienie wielce optymistycznej wizji dotyczącej potencjalnego zakresu możliwości czarnego rynku. Wpływa także na jego kuriozalne lekceważenie „białego rynku” i jego odrzucenie jako nieistotnego. Mimo tego, że czarny rynek faktycznie odgrywa poważną rolę w Rosji czy we Włoszech, jego znaczenie drastycznie spada w obliczu legalnego, białego rynku. A więc wizja Konkina, w której instytucje czarnorynkowe kolejno pojawiają się, bronią się przed zakusami państwa, tworząc w rezultacie wolnorynkowe anarchistyczne społeczeństwo przyszłości, zawodzi chociażby na tym gruncie. Zauważmy, że czarny rynek zajmuje się takimi usługami i towarami, które są jednocześnie wartościowe i łatwe do ukrycia: przykładem niech będą klejnoty, złoto, narkotyki, słodycze, pończochy, itp. Wszystko w porządku, ale to nadal nie rozwiązuje problemu, kto będzie wytwarzał samochody, stal, cement, itd. Jak oni poradziliby sobie na czarnym rynku? Odpowiedź jest taka, że w ogóle by sobie nie poradzili, tak jak nie radzą sobie na rynku niezależnych producentów.

Chodzi o to, że te fatalne w skutkach luki w konkinowskiej wizji są ze sobą ściśle powiązane. Opierając swoją analizę na dobrach takich, jak marihuana (a nie na samochodach, stali, „Wonder Bread” czy czymkolwiek innym) i je właśnie przedstawiając jako agorystyczny paradygmat, Konkin pomija zdecydowaną większość ekonomicznego życia i koncentruje się na wątkach o marginalnym znaczeniu. Jedynie dzięki temu może on w ogóle zacząć swoje rozważania o świecie samodzielnych producentów i czarnych rynków.

Tu dochodzimy do drugiego ważnego punktu. Cała teoria Konkina przemawia do interesów i problemów jedynie marginalnej klasy samozatrudnionych. Przeważająca większość ludzi to bowiem pełnoetatowi pracownicy najemni, ludzie o stałych posadach. „Konkinizm” nie ma niczego do zaoferowania tym ludziom. Implementacja strategii Konkina, tylko na tej podstawie, stanowiłaby śmiertelny cios dla ruchu libertariańskiego. Nie możemy wygrać, jeżeli możemy odwołać się do potrzeb olbrzymiej liczby pracowników najemnych w tym oraz w innych krajach.

To samo tyczy się rebelii podatkowej, która przypuszczalnie stanowi część agorystycznej strategii. Ponownie, komuś, kto nie dostaje pensji, ławiej jest wymigać się od przedstawienia sprawozdania podatkowego. Jednakże, jest to niemal niemożliwe dla pracowników najemnych, których podatki są oczywiście potrącane odgórnie. Również w tym przypadku nie da się przekonać pracowników najemnych do pomysłu niepłacenia podatków, ponieważ oni po prostu nie mają wyboru. Konkin, naiwne odrzucając płacenie podatków w ogóle, które rzekomo jest w pewnym sensie dobrowolne, znów ignoruje sytuację pracowników najemnych.

Obawiam się, że istnieje tylko jedna możliwość wyeliminowania potwornego podatku potrącanego z pensji (witholding tax). Czy odważę się wypowiedzieć jej nazwę? Jest to działalność polityczna.

I znów, nie jest przypadkiem, że czarny rynek, poczynając od osób odmawiających płacenia podatków, na teoretykach agoryzmu kończąc, to pracownicy samozatrudnieni. Przywołując podział, jakiego dokonał Konkin, czarnorynkowcy mogą czerpać znaczne zyski w sensie mikro, ale nie mają żadnego wpływu w walce o wolność przeciwko państwu w sensie „makro”. W rzeczy samej, przypominają oni odwróconą niewidzialną rękę: możliwe, że przynoszą rezultat odwrotny do zamierzonego. Na przykład, sowiecki czarny rynek może być tak produktywny, że utrzymuje przy życiu bestialski sowiecki reżim i że bez niego sowiecki system by upadł. Nie oznacza to, rzecz jasna, że pogardzam działalnością czarnorynkową w Rosji albo sprzeciwiam się jej. Moim celem jest jedynie ukazanie, że świat nie jest taki kolorowy.

Koncepcja agorystyczna stoi również przed innymi problemami. Skłaniam się do stanowiska pana Pyro Egona, które zajął on w dyspucie z Konkinem; czarny rynek, jeżeli w ogóle się rozwija, będzie to robił sam, i nie widzę tutaj żadnej roli czy to dla pana Konkina i Nowego Sojuszu Libertariańskiego, czy libertariańskiej lewicy. Konkin ma rację, jeśli chodzi o podział pracy. Jego efekty są najbardziej wyraźne w przypadku tych, którzy odnieśli sukces dzięki przedsiębiorczości. Jeżeli czarny rynek ma się rozwijać, odnoszący sukces przedsiębiorcy nie mogą być teoretykami agoryzmu, tak jak pan Konkin, ale odnoszącymi sukces przedsiębiorcami, kropka. Do czego jest im potrzebny pan Konkin i spółka? Do niczego. Konkin wspomina w NML, że libertarianie byliby a priori skuteczniejsi niż inni ludzie, ponieważ są oni bardziej godni zaufania i bardziej racjonalni, lecz ten bełkot obaliło już dawno temu doświadczenie. Również czarnorynkowcy nie chcą, żeby pan Konkina i spółka pocieszali ich i oczyszczali z winy. Doświadczenie pokazało, że mają się świetnie sami i że nawoływanie ich do działania na wolnym rynku jest jak nakłanianie kaczek do pływania.

Jeśli weźmiemy pod uwagę, że po pierwsze praca najemna odgrywa tak ważną rolę i po drugie, że zakres działalności czarnorynkowej jest silnie ograniczony, agorystyczny scenariusz osiągnięcia libertariańskiego społeczeństwa upada. Rozważmy jeszcze ostatni etap formowania się takiego społeczeństwa, w którym czarnorynkowe agencje stosują siłowe rozwiązania do obrony nielegalnych transakcji, osób odmawiających płacenia podatków itp., przed państwem. Pomimo że Konkin nie przedstawia tego w ten sposób, jest to brutalna rewolucja, a jest historyczną prawdą, że w żadnym, bez wyjątku, demokratycznym państwie z wolnymi wyborami brutalne rewolucje nie odniosły sukcesu. A więc ta droga odpada. Często takich rezultatów nie osiąga się nawet w dyktaturze. Sowiecki system uciska swoich obywateli od ponad sześćdziesięciu lat; a jest tam cały czas dobrze rozwinięty czarny rynek. Pomimo tego ciągle działa tam Gułag. Dlaczego czarny rynek nie rozwinął się w konkinowską agorę albo chociaż nie poszedł w tym kierunku?

Nie. Choć bardzo kocham rynek, za nic nie uwierzę w to, że kiedy wezmę udział w jakichkolwiek rynkowych transakcjach (np. kupię sobie kanapkę) albo podejmę się działalności czarnorynkowej (np. jeżdżąc z prędkością 60 mil na godzinę), to zbliżę się choćby o jotę do libertariańskiej rewolucji. Czarny rynek nie będzie drogą ku wolności, a libertariańscy teoretycy i działacze nie mają na ten rynek żadnego wpływu. Dlatego też sądzę, że jedynym sukcesem pana Konkina i spółki jest podirytowanie niektórych członków Partii Libertariańskiej. Może być to całkiem pobudzające intelektualnie doświadczenie, ale to chyba nie wystarczy, żeby zapewnić Konkinowi i spółce miejsce na libertariańskim firmamencie. Nie. Agoryzm jest ślepym zaułkiem; używając starego stalinowskiego terminu możemy stwierdzić, że jest on „obiektywnie kontrrewolucyjny”.

2. Problem organizacji

Przejdźmy teraz do Konkinowskiej krytyki obecnego ruchu libertariańskiego. Konkin swoją krytykę opiera na trzech głównych (w gruncie rzeczy to całkowicie odrębne kwestie, ale dla Konkina to żaden problem), przewijających się w różnych jego pracach wątkach. Mianowicie, są to: hierarchiczna organizacja, problem tzw. „Kochtopusa”, no i Partia Libertariańska. Ogólnie ujmując, Konkin wrzuca je do jednego worka i przez to myli wszystkie te zagadnienia. My jednak musimy potraktować je oddzielnie. Na potrzeby naszego dowodu, założymy, że nie ma żadnej Partii Libertariańskiej, a że są po postu inne libertariańskie instytucje, organizacje, instytuty, czasopisma, czy cokolwiek innego.

Czy Konkin straciłby powód do narzekania, gdyby Partia Libertariańska upadła? Oczywiście, że nie. Wynika to z tego, że przez jego pisma przemawia atak nie tylko na hierarchiczną organizację, ale na organizację jako taką. Konkin sprzeciwia się idei spółki akcyjnej, ponieważ opiera się ona na hierarchii; wydaje się wręcz, że przeciwny jest wszystkim dobrowolnym organizacjom. Nie tylko sprzeciwia się koncepcji płacy jako takiej, ale postuluje istnienie wyłącznie indywidualnych sojuszy, nie organizacji.

Po pierwsze, nie ma nic nielibertariańskiego ani nierynkowego w jakiejkolwiek dobrowolnej organizacji, czy to spółce akcyjnej, czy jakiejkolwiek innej. Ludzie organizują się, ponieważ uważają, że ta droga umożliwi im osiągnięcie swoich celów bardziej efektywnie niż poprzez niezależną produkcję czy sojusze ad hoc. A więc mogą. Zatem 1) organizacje nie są ani niemoralne, ani nielibertariańskie i 2) stanowią jedyną drogę, którą można cokolwiek osiągnąć, niezależnie czy jest to produkcja aut, wznoszenie mostów, czy też turnieje szachowe. Preferowane przez Konkina doraźne grupy współpracy nie będą w stanie zbyt wiele osiągnąć, a nawet to możliwe będzie tylko i wyłącznie, gdy zaangażuje się w nie niewielu ludzi. Natomiast, jeżeli więcej osób chce współpracować w ramach jakiegoś przedsięwzięcia, obojętnie czy będzie to produkcja stali, czy też turniej szachowy, organizacja staje się konieczna.

Oczywiście, organizacje stwarzają problemy, ale zajmowanie się nimi jest kompletnie bez sensu. Jeżeli więcej niż troje czy czworo osób bierze udział we wspólnym przedsięwzięciu, to życzenia jednych będą kolidować z życzeniami innych (np. czy powinniśmy odmalować biuro na niebiesko czy beżowo); z całą pewnością będą mieli do czynienia z walką o stołki, wojną frakcji itd. Nawet korporacje, które muszą maksymalizować zysk, stają przed problemami tego rodzaju; trudności z całą pewnością nasilą się w przypadku organizacji non-profit, gdzie nie ma występuje stały dopływ informacji w postaci zysków i strat. Tak więc prawdą jest, że organizacje stwarzają problemy, ale co z tego? Samo życie stwarza problemy, przyjaźń, romans czy cokolwiek innego. Większość ludzi uważa, że pomimo trudności i tak warto w nich brać udział, i że wszystkie problemy rekompensowane są z nadwyżką dzięki uczestnictwu w organizacji. Jeśli mają inne zdanie, zawsze mogą wystąpić i zrezygnować z członkostwa. W wolnym społeczeństwie mają tę możliwość. Oczywiście, mówimy tu o dobrowolnych organizacjach. Podejrzewam, że pan Konkin i spółka nie przepadają za organizacjami, w porządku, niech tak będzie. Ale ci z nas, którzy chcą osiągnąć różne cele, dalej będą uczestniczyć w organizacjach. I wydaje mi się, że mamy przynajmniej prawo uznać, że i organizacja, i hierarchia, i grupy zwolenników są zgodne z libertarianizmem dopóty, dopóki są dobrowolne. Jeżeli Konkin i spółka odrzucają tę fundamentalnie libertariańską zasadę, to ich libertariańskie bona fides staje pod dużym znakiem zapytania.

3. Problem „Kochtopusa”

Konkin szydził także z dobroczynnej działalności Charles’a Kocha. Nie tylko za to, że był on zwolennikiem Partii Libertariańskiej, ale także dlatego, że dążył do zdobycia „monopolu” w ruchu .

Pozostawiając nadal kwestię Partii Libertariańskiej na boku, spróbujmy postawić się na miejscu Kocha. Jesteś multimilionerem i przekonałeś się do libertarianizmu. Jesteś nim zafascynowany i chcesz zrobić coś dla spawy. W takiej sytuacji najłatwiej poświęcić ci jest swoje pieniądze. Co powinieneś zrobić? Problem z wyobrażeniem sobie tego polega na tym, że większość z nas nie umie postawić się w sytuacji multimilionera, a także na tym, iż zbyt wielu z nas przyjęło prymitywny, populistyczny obrazek milionerów jako czarnych charakterów w stylu doktora Fu Manchu, których jednym życiowym celem jest wyzysk. Ale postarajmy się wyciągnąć wnioski z tego eksperymentu. Czy Konkin rzeczywiście powiedziałby w takiej sytuacji, że nie powinien nic robić, ponieważ może to doprowadzić do „monopolu” w ruchu? Czy naprawdę nie chcemy nawracać multimilionerów na libertarianizm, czy naprawdę nie sądzimy, że pieniądze są ważne w rozwoju ruchu? Zatem absurdem byłoby, gdybyśmy odprawili multimilionerów z kwitkiem. Wręcz przeciwnie, powinniśmy przyjąć ich datki i mieć nadzieję na jak najwięcej. OK, a więc jesteś multimilionerem, który właśnie nawrócił się na libertarianizm. Dla kogo lub na co powinieneś przeznaczyć swoje pieniądze? Jest to poważna odpowiedzialność, a ponieważ nikt nie jest wszechwiedzący, również nasz multimilioner może popełniać błędy. Ale jedyne czego możemy mu – albo sobie – życzyć, to żeby zrobił to jak najlepiej, zgodnie ze swoją wiedzą.

Multimilioner zasługuje więc na naszą aprobatę; powinniśmy przyjąć go z otwartymi rękami. Zamiast tego otrzymuje on to, co zawsze – jako że ludzka natura jest jaka jest – narzekanie i bezustanne ataki. Jeżeli A, B i C (ludzie lub instytucje) skorzystają z jego szczodrości, to jasne jest, że jacyś D, E i F zostaną na lodzie i czy to z zazdrości, czy też słusznego oburzenia będą wołać o pomstę do nieba.

Dla nas, biedaków, stwierdzenie, że życie multimilionera jest ciężkie i niewdzięczne, będzie absurdem, ale, co oczywiste, powinniśmy sobie to dobrze zapamiętać.

Wróćmy jednak do meritum. Krytycy multimilonera mówią: „ok, to świetnie, że daje tyle kasy dla sprawy, ale dlaczego musi mieć nad wszystkim kontrolę?” I znów, jesteś multimilionerem i chcesz zrobić wszystko, co w twojej mocy na rzecz wolności; najlepszym po temu środkiem będą pieniądze, które wydajesz. Nie chciałbyś miec kontroli nad tym, jak twoje pieniądze będą wydane? Cholera, pewnie, że tak. Musiałbyś być idiotą, gdybyś nie chciał. W przeciwnym razie albo nie dbałbyś o swoje pieniądze, albo o libertarianizm. Niewielu jest multimilionerów, którzy są idiotami.

Ale co z „monopolem”, który Koch rzekomo sprawuje? Tutaj pan Konkin powinien przypomnieć sobie o austriackiej ekonomii. Przypuśćmy, że tylko jedna firma produkuje aluminium. Czy powinniśmy zacząć protestować, że jest „monopolistą”, czy raczej powinniśmy mieć nadzieję, że więcej firm wejdzie na rynek? Chyba jasne, że to drugie rozwiązanie jest odpowiedniejsze, dopóki „monopolista” nie wykorzystuje rządu do powstrzymywania konkurencji, czego pan Koch oczywiście nie robi. Wręcz przeciwnie. Koch byłby zachwycony, gdyby inni multimilionerzy przekonali się do wolności i przekazywali pieniądze na ruch; zresztą, wszyscy byśmy byli. A więc rozwiązaniem problemu „monopolu” Kocha jest znalezienie kolejnego tuzina multimilionerów – libertarian. Bardzo niefair jest zrzucanie całej winy za tę sytuację na monopolistę.

Twierdzę, że Konkin postąpił bardzo nie w porządku w stosunku do Charlesa Kocha. Konkin mógłby krytykować „Kochtopusa” nie za sam fakt istnienia, ale za to, że rzeczony „Kochtopus” powziął niewłaściwy i mylny kierunek. Przykładowo, w świetle antypartyjnych poglądów Konkina, można krytykować Kocha za powiązania z Partią Libertariańską, ale nie za jego dobroczynną działalność jako taką.

Przeczytawszy wiele prac Konkina, można jednak odnieść wrażenie, że nawet otrzymanie datku czy zatrudnienie się u Kocha, ba, zatrudnienie się w ogóle jest czystym złem (zob. poglądy Konkina na pracę najemną)

Ale jakkolwiek monopol Kocha w ruchu libertariańskim nie jest ani niemoralny, ani bezprawny, stwarza on istotne socjologiczne problemy. Jeżeli jeden człowiek lub organizacja stanowi lub kontroluje cały ruch, wtedy każdy popełniony błąd czy to ideologiczny, czy strategiczny, czy taktyczny, będzie miał śmiertelne konsekwencje dla całego ruchu. Jeżeli jednak błąd popełnia mała organizacja, konsekwencje nie będą tak katastrofalne. Tu pogrzebany jest prawdziwy problem. Nie sposób mu jednak zaradzić, chyba że znajdziemy jeszcze tuzin takich ludzi, jak Koch. (Pomysł Konkina, tj. usunięcie Kocha ze sceny, który rzekomo ma stanowić remedium, jest rozwiązaniem o wiele gorszym niż sama choroba). Jedyne, co przychodzi mi na myśl, to próba przekonania Kocha, aby założył różne, konkurujące ze sobą w ramach ruchu instytucje, podobnie jak korporacje często tworzą konkurencyjne ośrodki wewnątrz ich organizacji (w pewnym zakresie już tak się dzieje, tak jak w przypadku tak szacownej instytucji jak Rada Na Rzecz Konkurencyjnej Gospodarki [Council for a Competitive Economy]).

4. Problem partii libertariańskiej

Znaczną część swojej krytyki Partii Libertariańskiej Konkin połączył z atakami na organizacje i „monopole” jako takie. Myślę, że wykazałem, iż wszystkie jego argumenty są błędne i nietrafne – ignoruje on mianowicie fakt, że te instytucje są dobrowolne i ich zalety przeważają nad wadami, przynajmniej dla tych, którzy w nich uczestniczą. Żadna z tych instytucji nie jest nielibertariańska, a wspomniane trudności są problemami życia.

Przechodzimy do konkinowskiego bête noire, Partii Libertariańskiej. Musimy odpowiedzieć sobie na dwa pytania: (1) czy jest ona zła sama przez się oraz (2) zakładając, że nie jest, czy partia polityczna jest uzasadnioną czy nawet konieczną strategią dla libertarian?

Przyjmę na ten moment, że libertariańska partia polityczna (albo, dajmy na to, inne formy politycznej akcji, jak lobbing) nie jest zła sama przez się. Jeżeli jest to prawdą, to rozważania Konkina o hierarchicznej naturze PL, walkach o stołki, walkach frakcji itd., odnoszą się do problemów właściwym wszystkim organizacjom. Z tym argumentem rozprawiliśmy się powyżej.

Co ważniejsze, jedynie działalność polityczna wydaje się realną strategią zdobycia wolności. Religijne czy filozoficzne konwersje po prostu spełzną na niczym; ta strategia ignoruje bowiem kwestię władzy, pomija fakt, że miliony ludzi mają interes w istnieniu państwa i raczej nie są skłonni z niego zrezygnować. Brutalna rewolucja nie powiedzie się w demokratycznym systemie politycznym. Konkinowski agoryzm to żadna odpowiedź, co udowodniłem powyżej. Wolnościowa edukacja jest oczywiście konieczna, ale zdecydowanie nie wystarczy; musimy działać, żeby osłabić państwo, a przede wszystkim odwołać jego prawa, takie jak kontrola cen albo podatek dochodowy. Albo nawet zakaz palenia marihuany. Pomijając fakt, że są one powszechnie nieegzekwowalne, zawsze znajdzie się grupa ludzi, którzy wpadną, szczególnie, jeśli policja chce ich wsadzić z innych powodów. Osoby odmawiające płacenia podatków są godne szacunku, ale tylko w sensie micro; podatki wciąż istnieją, a pracownicy najemni wciąż je płacą. „Rebelia podatkowa” nie jest strategią na zwycięstwo. Grupy lobbujące za pewnymi kwestiami (jak np. organizacje sprzeciwiające się poborowi, stowarzyszenia podatników, grupy na rzecz standardu złota itp.) są dobre i godne szacunku, ale nie wykonują całego zadania. Z dwóch podstawowych powodów: (a) ponieważ skupiają się na jednym problemie i w związku z tym nie są w stanie przekonać ludzi do libertarianizmu od A do Z oraz (b) ponieważ nie mogą unieważnić państwowych praw. Mogą jedynie namawiać do zniesienia poboru; nie mogą same znieść poboru. Dlaczego mamy umywać ręce, jeśli chodzi o samo odwołanie tych ustaw? Oczywiście, jeżeli ktoś tak, jak Bob Le Fevre wierzy, że równie niemoralne jest wprowadzanie, jak i odwoływanie poboru, to odwoływanie czegokolwiek jest poza dyskusją. Ale ja wykrzyknę „hosanna” za każdym razem, gdy państwo choć o krok się cofnie i nie dbam w ogóle o to, że moje działanie będzie „przymusem” wobec tych, którzy chcieliby utrzymac pobór.

Przed powstaniem PL, jedynie Demokraci i Republikanie mieli legitymację do odwoływania praw. Libertarianie zaangażowani w tę formę politycznej działalności musieli znaleźć bardziej libertariańskiego, czy raczej, mniej etatystycznego kandydata. W przeciwieństwie do tego, co twierdzi Konkin, były w przeszłości partie polityczne, szczególnie w osiemnastym i dziewiętnastym stuleciu, które, choć nie anarchistyczne, poważnie przyczyniły się do szerzenie idei laissez-faire. Nie zniosły państwa (co w ogóle nie było ich intencją), ale osiągnęły ogromnie dużo dla wolności, zapoczątkowały Rewolucję Przemysłową, za co wszyscy nadal jesteśmy im dłużni. Myślę tu o Partii Demokratycznej w Stanach, Liberałach w Anglii, Progresywistach w Niemczech, itd. Historycznie rzecz biorąc, klasycznie liberalne partie polityczne osiągnęły o wiele więcej dla wolności człowieka niż jakiekolwiek czarne rynki.

Ale patrząc empirycznie, żadna duża partia nie jest teraz warta złamanego grosza, tak więc Partia Libertariańska stanowi mile widzianą alternatywę, pozwalając nam angażowac się w libertariańską działalność polityczną.

Partia Libertariańska stwarza wiele problemów. Z całą pewnością stale istnieje pokusa, żeby jako miernik sukcesu uznać nie procent poprarcia, ale zysk, a to oznacza rozmycie zasady, żeby odwoływać do najmniejszego wspólnego mianownika głosujących. Tej pokusie poddano się z wielkim entuzjazmem podczas kampanii Clarka. Ale ceną wolności jest wieczna czujność, nie inaczej jest w partii politycznej. Partia Libertariańska potrzebuje ciągłej samokrytyki i, tak, także Konkinowskiej krytyki. Na szczęście, ma ona wspaniałą bazę; teraz musimy jedynie walczyć o to, by partyjni kandydaci oparli się na tej bazie. Walka z oportunizmem nie będzie łatwa, być może nawet nie będzie zwycięska. Ale PL jest wystarczająco wartościową instytucją, żeby o nią walczyć. Dlatego właśnie potrzebuje Radical Caucus.

Dlatego też potrzebuje libertarian, którzy znają libertariańskie zasady i są zdecydowani ich przestrzegać. Jeden z problemów z tą konkretną Partią Libertariańską wiąże się z tym, że powołano ją przedwcześnie: zanim pojawiło się wystarczająco dużo działaczy, którzy wprawiliby ją w ruch i przekonywali nowicjuszy. Partia Libertariańska wyrosła bardzo szybko. W rezultacie, co jest bardzo dziwne w przypadku partii ideologicznej, nie ma praktycznie żadnych instytucji wewnątrz partii (poza Radical Caucus), które angażowałyby się w edukację albo dyskusję nad pryncypiami czy sprawami politycznymi. PL jest jedną z najdziwniejszych ideologicznych partii w historii; to ideologiczna partia polityczna, w której większość członków nie wydaje się w ogóle zainteresowana ani ideologią, ani polityką. Marksiści przez długi czas nie tworzyli partii politycznych; najpierw budowali swego rodzaju ugrupowania przedpartyjne, które miały gromadzić siły i wiedzę potrzebne do stworzenia regularnej partii. My takich ugrupowań nie mieliśmy i teraz z tego powodu cierpimy. No ale partia już jest; powinniśmy więc starać się zrobić jak najlepszy użytek z tego, co mamy.

A zatem Partia Libertariańska jest potrzebna, jeśli nie konieczna, do zniesienia państwa. I w przeciwieństwie do tysiącletniego planu, którego rzecznikiem jest Konkin, uzbrojona i abolicjonistyczna Partia Libertariańska, gdyby kontrolowała Kongres, mogłaby obalić wszystkie ustawy z dnia na dzień. Potrzebujemy jedynie woli. Żadna inna strategia dla wolności nie może zadziałać. Wszystko to jednak nie znaczy nic w świetle najważniejszego: czy Partia Libertariańska jest zła sama przez się? Czy głosowanie jest złe per se? Moja odpowiedź brzmi: nie. Państwo to Moloch, który nas otacza; nie mógłby on jednak funkcjonować, gdybyśmy całkowicie odmówili mu naszej zgody. Nie sądzę, abym dopuszczał się agresji, kiedy chodzę po ulicach opłaconych przez państwo i do niego należących albo gdy latam regulowaną przez rząd linią lotniczą. Agresją byłby dopiero lobbing za utrzymaniem tych instytucji. Wcale się o nie nie dopominałem, do cholery, więc nie czuję się odpowiedzialny, jeżeli jestem zmuszony do korzystania z nich. Na tej samej zasadzie, jeżeli Państwo, z różnych przyczyn, pozwala nam co jakiś czas wybierać spośród dwóch lub więcej władców, nie wydaje mi się, żebyśmy byli agresorami, jeżeli uczestniczymy w głosowaniu, aby wybrać sobie bardziej łaskawych panów, albo głosując na tych, którzy dążą do zniesienia aparatu opersji. W rzeczy samej, sądzę, że powinniśmy dla dobra sprawy korzystać z tych możliwości. Ujmijmy to w ten sposób: załóżmy, że jesteśmy niewolnikami na Starym Południu, i że z pewnego powodu każda plantacja ma system, w którym niewolnicy mogą raz na cztery lata wybierać jednego z dwóch władców. Czy uczestnictwo w wyborach byłoby złem i legitymizowaniem niewolnictwa? Załóżmy, że jeden z władców jest potworem, który systematycznie torturuje wszystkich niewolników, podczas gdy drugi jest łaskawy, niemalże nie narzuca robotnikom regulacji, uwalnia jednego niewolnika na rok, czy cokolwiek. Wydaje mi się, że głosowanie na bardziej łaskawego władcę nie tylko nie byłoby agresją, ale, wręcz przeciwnie, głupotą byłoby, gdybyśmy tego nie zrobili. Oczywiście, mogłyby zaistnieć takie okoliczności – powiedzmy, kiedy obaj władcy są do siebie podobni – kiedy lepszym wyjściem jest bojkot wyborów, widoczny protest, ale są to rozważania o strategii, a nie o etyce. I w takiej sytuacji głosowanie nie byłoby złe, a raczej tylko mniej efektywne niż protest.

Ale skoro niewolnicy mogą zgodnie z moralnością i aksjomatem nieagresji głosować i wybierać władców, to wychodząc z tych samych przesłanek również my możemy głosować na to, co uważamy za mniejsze zło, a zatem na otwarcie libertariańskich kandydatów.

No i właśnie. Proponowana przez Konkina strategia w ogóle strategią nie jest. Konkin rzuca kłody pod nogi libertarianom, tworząc moralne problemy tam, gdzie ich nie ma. Twierdzi, że całe multum działań (organizacja, hierarchia, praca najemna, datki od libertariańskich milionerów i partia libertariańska), które są niezbędne dla zwycięstwa wolności, jest nielibertariańskie lub nierynkowe. Konkin jest więc szkodnikiem; niech jakaś instytucja czy organizacja zrobi coś wolnościowego, a z całą pewnością zaraz pojawi się Sam Konkin z moralnym sprzeciwem.

A jednak, dzieło Konkina powinniśmy powitać z otwartymi rękami. Ponieważ potrzebujemy o wiele więcej policentryzmu w ruchu. Ponieważ potrząsa on „Partiarchami”, którzy zdają się popadać w bezmyślne zadowolenie. A przede wszystkim dlatego, że zależy mu bardzo na wolności i że potrafi on czytać i pisać, które to umiejętności jakby wychodzą ostatnio z mody w ruchu libertariańskim. Przynajmniej wiemy, że Sam Konkin nie pójdzie ślady bezmyślnych kretynów z reklam w Clark TV, którzy śpiewają „A New Beginning, Amer-i-ca”. A to bardzo ważne.

* Jeden z argumentów krytycznych Konkina jest nie tylko kłamliwy, ale i obraźliwy. Mianowicie, Charles Koch nigdy mnie nie przekupił; nie wykupił on również „Libertarian Forum”. Co więcej, pismo to nigdy nie otrzymało ani centa ze źródeł zewnętrznych: od powstania było w całości finansowane ze źródeł własnych. A podczas gdy mój dwuletni pobyt w Cato Institute był zadowalający pod wieloma względami, raczej na całym przedsięwzięciu straciłem niż zarobiłem.

Tłumaczenie: Kamil Łukasiewicz

Korekta: Krzysztof Śledziński

10 comments

  1. FatBantha

    Jak dla mnie, bardzo słaby tekst. Im Rothbard bardziej ideolo-wojujący, tym mniej rzetelny i precyzyjny.

    Konkinowi, poza celnym strzałem, że czarny rynek tworzy się bez jego namaszczenia, patronatu i troski, ewentualnie jeszcze podjęciem próby wykazania, że hierarchia i praca najemna nie jest nielibertariańska, niczego tutaj nie był w stanie zarzucić. A już z całą pewnością, poległ w momencie, gdy ominął (bo w żaden sposób nie był w stanie rozwiązać) problem(u) odpowiedzialności moralnej za decyzje (nawet i wolnościowe) podejmowane poprzez instytucję stosującą przymus.

    Czy to się p. Murrayowi podoba, czy nie: są ludzie, którzy nie chcą się, ani finansować z brudnych pieniędzy (podatki), ani nie chcą uczestniczyć w zorganizowanej grupie przestępczej (państwo), nawet jeśli ich działalność, miałaby ten stopień przestępczości ograniczać.

    I zamiast się bezsensownie kłócić o to kto jest bardziej tróe-libertariański, z punktu widzenia swojego stołka, panowie Rothbard i Konkin mogliby pokusić się o rozumne meta-spojrzenie na kwestie wolnościowe i dojść do wniosku, że najlepiej byłoby dla sprawy, gdyby każdy z nich robił swoje i nie wchodził innemu w paradę.

    Może i samym moralizatorskim agoryzmem da się dojść do wolności. Może i podążając drogą, tylko i wyłącznie, pragmatyczno-polityczną również się da. Ale po co stawać na takich rozstajach dróg i walczyć o prymat sposobu, skoro można iść prosto i stosować oba na raz?

    Niech sobie będą agoryści-szmuglerzy, agoryści-linczowcy, agoryści-„oszuści podatkowi”, agoryści-zboczeńcy, agoryści-ćpuny, agoryści-spekulanci – niech promują swoje wartości wśród ludu, zwiększają szarą strefę i robią pijar nielegalnym rzeczom, takie jak żarówki stuwatowe, walki w klatkach, produkcja termometrów rtęciowych, etc. Ale dobrze by było, gdyby w momencie, w którym państwo ma się już do nich dobrać i jest niewesoło, aby mieli, do jasnej cholery, kogoś tam, po drugiej strony barykady, kto ich politycznie przed zamordystami wybroni, wsypie piach w tryby administracji czy też sądownictwa, wykłóci się bądź wyaferzy, byle tylko tych agorystów do pierdla nie wsadzano i majątków im nie licytowano. A na codzień będzie starał się wywalczyć chociażby trochę pobłażliwości wobec ich działań, przesuwając prawo chociaż ociupinkę w stronę tychże agorystów.

    Tymczasem Konkin i Rothbard zachowują się jak niedojrzali gracze RPG, którzy po wykonaniu questa lub zdobyciu skarbu, wypominają sobie, dzięki komu w zasadzie ta sztuka się udała. Czy dzięki temu, że wojownik uratował w pewnym momencie życie czarodziejowi, tępiąc hordy jakichś agresorów, czy dzięki temu, że później bez pomocy kogoś obeznanego z magią, intryga byłaby nierozwiązywalna i przygoda nie ruszałaby z martwego punktu nawet o krok. Trzeci w zasadzie powinien zgłosić się z pretensjami złodziej, który mógłby chełpić się tym, że gdyby on nie odkrył pułapki, niechybnie wszyscy by zginęli, i żadne mięśnie, ani rozum nic by pozostałym nie dały, gdyby nie jego spryt czy przeczucie. Kto na miano złodzieja w środowisku libertarian zasługuje, tego nie wiem.

    Wiem jednak tyle, że istnieje jedna znacząca różnica i to na korzyść niedojrzałych graczy RPG: panowie Konkin i Rothbard jak na razie kuferka ze skarbem o nazwie wolność jeszcze nie zdobyli i na tym powinni się skupić, a nie na podgryzaniu się wzajemnie.

    A o ten skarb najlepiej walczyć różnymi metodami, stosując do tego celu talenty, jakimi jesteśmy obdarzeni, a nie wybrzydzać, że te cudze nie są one tożsame z naszymi.

    Więc zamknijcie te głupie ryje, Rothbardy i inne Konkiny, bo marnujecie tylko swój czas, czas tłumaczy i korektorów, w tym wypadku panów Łukasiewicza i Śledzińskiego, którzy mogliby tłumaczyć i poprawiać coś bardziej konstruktywnego, niż wasze wzajemne pojałanki.

    No ależ mnie zdenerwowali…

  2. Bob

    @FatBantha

    „A już z całą pewnością, poległ w momencie, gdy ominął (bo w żaden sposób nie był w stanie rozwiązać) problem(u) odpowiedzialności moralnej za decyzje (nawet i wolnościowe) podejmowane poprzez instytucję stosującą przymus.”

    Jak ominął? A to:
    „załóżmy, że jesteśmy niewolnikami na Starym Południu, i że z pewnego powodu każda plantacja ma system, w którym niewolnicy mogą raz na cztery lata wybierać jednego z dwóch władców. Czy uczestnictwo w wyborach byłoby złem i legitymizowaniem niewolnictwa? Załóżmy, że jeden z władców jest potworem, który systematycznie torturuje wszystkich niewolników, podczas gdy drugi jest łaskawy, niemalże nie narzuca robotnikom regulacji, uwalnia jednego niewolnika na rok, czy cokolwiek. Wydaje mi się, że głosowanie na bardziej łaskawego władcę nie tylko nie byłoby agresją, ale, wręcz przeciwnie, głupotą byłoby, gdybyśmy tego nie zrobili. Oczywiście, mogłyby zaistnieć takie okoliczności – powiedzmy, kiedy obaj władcy są do siebie podobni – kiedy lepszym wyjściem jest bojkot wyborów, widoczny protest, ale są to rozważania o strategii, a nie o etyce. I w takiej sytuacji głosowanie nie byłoby złe, a raczej tylko mniej efektywne niż protest.

    Ale skoro niewolnicy mogą zgodnie z moralnością i aksjomatem nieagresji głosować i wybierać władców, to wychodząc z tych samych przesłanek również my możemy głosować na to, co uważamy za mniejsze zło, a zatem na otwarcie libertariańskich kandydatów.”

    „I zamiast się bezsensownie kłócić o to kto jest bardziej tróe-libertariański, z punktu widzenia swojego stołka, panowie Rothbard i Konkin mogliby pokusić się o rozumne meta-spojrzenie na kwestie wolnościowe i dojść do wniosku, że najlepiej byłoby dla sprawy, gdyby każdy z nich robił swoje i nie wchodził innemu w paradę.

    Może i samym moralizatorskim agoryzmem da się dojść do wolności. Może i podążając drogą, tylko i wyłącznie, pragmatyczno-polityczną również się da. Ale po co stawać na takich rozstajach dróg i walczyć o prymat sposobu, skoro można iść prosto i stosować oba na raz?”

    Chyba nie doczytałeś do końca, bo mniej więcej to samo pisze Rothbard w ostatnim akapicie swojego tekstu.

  3. smootnyclown

    Bob,
    cytat z Rothbiego, który zapodajesz, jest słaby z jednego powodu. Otóż Rothbie tutaj zupełnie pomija problem rozróżnienia między prywatnym a publicznym niewolnikiem (który to temat był już ongiś na liberalis wałkowany). I tu jest cały pies pogrzebany.
    No ale zobaczymy, co odpowie Konkin, nie?:)

  4. Bob

    @smootnyclown

    A jaka to różnica (w tej konkretnej kwestii), czy jestem prywatnym, czy publicznym niewolnikiem? Jeśli mam do wyboru mniejsze lub większe zło, a powstrzymanie się od głosu zwiększa szanse tej drugiej opcji, to dlaczego wybór mniejszego zła miałby być czymś niemoralnym?

  5. FatBantha

    Ano omija, Bobie, omija. Nawet w tym cytacie, który wklejasz, Rothbard sam się do tego przyznaje, pisząc: „ale są to rozważania o strategii, a nie o etyce. I w takiej sytuacji głosowanie nie byłoby złe, a raczej tylko mniej efektywne niż protest.”, tymczasem dla Konkina to etyka jest oczkiem w głowie i tutaj Murray nic nie ma mu do zaproponowania.

    A tu sprawa nie jest taka prosta, bo nawet w tym przykładzie z niewolnikami, Konkin mógłby napisać, że złem jest już samo ograniczanie się do alternatywy: głosuj na dobrego/złego pana niewolników, zamiast chociażby propagować postawę: zachowujmy się tak, jakby nikt nie był niewolnikiem, a jeśli uwierzy w to odpowiednia liczba ludzi, niewolnictwo upadnie.

    Rothbard po prostu wyznaje zasadę ‚cel uświęca środki’ (można posługiwać się złym państwem do walki z nim samym) a Konkin nie. Obaj natomiast mają problem z tym, że ta różnica między nimi, powoduje konflikt, który chcą rozwiązać, poprzez zwalczanie się nawzajem, w celu wyłonienia jedyniesłusznej drogi libertarianizmu.

    A to głupota po prostu, bo miejsca jest sporo dla wyznawców obu tych postaw. Zawsze znajdą się ludzie, których przekona czysta postawa moralna i tacy, do których przemówi bezlitosny, czasem brudny pragmatyzm. Konkin i Rothbard nie muszą więc walczyć między sobą o jakiś ‚elektorat’, bo zwyczajnie ich zwolennikami są zupełnie inni ludzie. Panowie raczej powinni zatroszczyć się, aby ich ‚wyznawcy’ nie zwalczali się nawzajem, tylko uzupełniali i pomagali sobie, na tyle, na ile im doktryna i środki jej przynależne na to pozwalają.

    Ale na to liczyć raczej nie można, po publikacji takiego czegoś. Mamy więc dalej dzielenie kanapy ideologicznej, już na atomy chyba…

  6. Bob

    @FatBantha

    Rothbard w swoim przykładzie z niewolnikami pisze: „głosowanie na bardziej łaskawego władcę nie byłoby agresją”, więc jego zdaniem udział w wyborach sam w sobie nie jest nieetyczny, a ewentualny bojkot jest kwestią przyjętej strategii.

    Co do tego, że taki tekst powstał… Ja nie widzę w tym nic złego. Konkin przedstawił swoją wizję, Rothbard napisał co w tej wizji mu się nie podoba, a ci, którzy zapoznali się z tymi tekstami mogą zdecydować, kto w tym sporze ma lepsze argumenty.

  7. Pingback: Samuel E. Konkin III “Odpowiedź na krytykę Rothbarda” | Liberalis

  8. Pingback: Włodzimierz Gogłoza: Niewolnictwo, praca najemna wolność – Wordsworth Donisthorpe o radykalnych konsekwencjach kapitalizacji pracy | Liberalis

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *