Jakub Wozinski: Z czego żyje libertarianin

Najważniejszą rzeczą dla libertarianina powinna być zgodność czynów z własnymi słowami. W dzisiejszym pół-komunistycznym świecie nie jest to łatwe, szczególnie gdy chodzi o zdobywanie środków na własne utrzymanie. Wyjątkowo ważna jest zatem postawa teoretyków wolności – na nich spoczywa moralny obowiązek nie pobierania żadnych pieniędzy od lewiatana.

Okazuje się jednak, że spora część tzw. „wolnorynkowców”, szumnie głosząc wzniosłe hasła nieingerencji państwa w rynek, przyjmuje postawę całkowicie sprzeczną z libertariańskim credo. Potępiając ingerencję państwa np. w rynek paliw, nie znajdują własnej winy w przyczynianiu się do regulacji rynku usług naukowych poprzez nauczanie na państwowych uniwersytetach. Najdonioślejsze w historii wolnorynkowej myśli postacie pokazują jednak, że życie poza państwową uczelnią jest możliwe – ba, wręcz dopiero wtedy staje się prawdziwie owocne.
Naukowcy żyli z państwowej kasy od zawsze, gdyż mieli w tym z władcami wspólny interes. Natomiast pierwszy w pełni państwowy system edukacji wyższej przyniosła Reformacja. Średniowiecze opierało swą naukę na prywatnych uczelniach fundowanych przez zamożne osoby lub przez zakony żebracze. Dwa największe zakony tego typu: dominikanie i franciszkanie miały w swych szeregach takich myślicieli, jak: św. Bernardyn ze Sieny, św. Tomasz z Akwinu czy Mikołaj z Oresme. Ponadto utrzymujący się z datków wiernych franciszkanie z Uniwersytetu w Bolonii (m.in. Gracjan) byli autorami nowych koncepcji prawa naturalnego, które dało podwaliny klasycznie wolnościowej definicji prawa własności. Świat niezależności finansowej naukowców miał się jednak wraz z upadkiem Średniowiecza szybko załamać.

Myśli zabarwione podatkami
Podczas gdy Kościół katolicki nadal opierał swą naukę na zakonach żebraczo-kaznodziejskich, większość myślicieli powoli garnęła się pod skrzydła władców państw. Kartezjusz darzył „miłością” królową Szwecji, Wolter i d’Alembert czuli wzajemną miętę z carycą Katarzyną, zaś Leibniz żył przy boku księcia Hanoweru. Chlubnym wyjątkiem może być tu jedynie John Locke, który żył na dworze Lorda Shaftesbury i raczej stronił od państwowych uczelni. Co prawda jego mecenas był przez chwilę u władzy jako lord kanclerz, ale na ogół ojciec liberalizmu unikał akademickiego świata i przebywał w gronie eksperymentalistów oraz lekarzy.
Od czasów Oświecenia tradycja prawa naturalnego została zepchnięta do głębokiego podziemia. Dominować zaczęli opłacani z podatków jej przeciwnicy. Jednakże to właśnie myśliciele utrzymujący się z własnej pracy, a nie z państwowej kasy, przyczyniali się do rozwoju myśli. Tak właśnie było w przypadku multimilionera – bankiera Richarda Cantillona. Swoje dzieło Essai Sur la Nature du Commerce en Général oparł na praktyce przedsiębiorcy, choć wcale nie pracował na uczelni. Zupełnie inaczej rzecz się miała w przypadku Adama Smitha, który czerpał z teorii Cantillona w ogóle o tym nie wspominając. Zyskał dzięki temu niesłuszną sławę twórcy współczesnej ekonomii oraz panstwową premię w wysokości 600 funtów rocznie, którą wypłacał mu książę Buccleuch. Plagiator Smith cieszył się tą ogromną jak na tamte czasy pensją, pochodzącą z pobierania ceł, aż do końca życia.

Współczesny gigant myśli ekonomicznej Ludwig von Mises tym się różnił od innych ekonomistów, że aż do końca swej kariery nie pobierał od swych uniwersytetów państwowej pensji – było tak zarówno we Wiedniu jak i w Nowym Jorku. Przez wiele lat utrzymywali go biznesmeni, m.in. Lawrence Fertig. Podobną drogę obrał Murray Rothbard – utrzymywali go prywatni przedsiębiorcy, m.in. korzystał ze wsparcia William Volker Fund. Cały zresztą powojenny ruch libertarian był możliwy dzięki jego bogatym zwolennikom: Harry’emu Earhartowi, Alfredowi Kohlbergowi czy Claudowi Robinsonowi. Rothbard prowadził wprawdzie zajęcia na stanowych uczelniach w Nowym Jorku i w Las Vegas, ale cały czas stanowczo odmawiał pobierania wypłaty. Uważał to zresztą za podstawowy wymóg moralny zwolennika wolnego rynku.
Poprzednicy i nauczyciele Misesa (tak jak zresztą sam Mises przed wojną) Böhm-Bawerk i Menger zajmowali jeszcze uniwersyteckie katedry i państwowe posady, a pierwszy z nich był nawet ministrem finansów Cesarstwa. Myśli austriacka nie miała jeszcze wtedy wydźwięku libertariańskiego i dopiero stopniowa ewolucja myśli Misesa doprowadziła go do powzięcia zupełnie odmiennych przekonań. Swoje seminaria prowadził własnym sumptem, bez pomocy uczelni. Na co dzień pracował w Izbie Handlowej, a nauką zajmował się po godzinach. Nie przeszkodziło mu to w stworzeniu wiekopomnego dzieła „Ludzkie działanie” oraz wielu innych książek i artykułów z zakresu ekonomii.
Także i dzisiaj najbardziej znaczący libertarianie decydują się na życie bez państwowych pensji. Tacy ludzie, jak Hans-Hermann Hoppe, Stephan Kinsella czy Walter Block od lat dają dowód na to, że poza państwowymi wynagrodzeniami też jest życie. Część z nich powiela albo schemat Misesa: praca + nauka, albo schemat Rothbarda: życie naukowe opłacane z prywatnych środków. Oczywiście wielu z nich nie zawsze się to udaje i są za to później krytkowani przez konsekwentnych libertarian.
Żywot libertarianina może być bardzo uciążliwy. Hans-Hermann Hoppe opowiadał kiedyś o austriackim filozofie-libertarianinie, który porzucił karierę na uczelni i rozpoczął pracę na własny rachunek: trudni się teraz pisaniem artykułów, sporadycznie wygłasza odczyty oraz prowadzi warsztaty. Kilka początkowych lat okazało się niezwykle trudnych finansowo, ledwo wiązał koniec z końcem. Obecnie wiedzie się mu już lepiej, ale nadal jego zarobki wynoszą o wiele mniej niż pensja jego kolegów-konformistów z uczelni. Postanowiłem wysłać do niego e-mail i spytać go ocenę jego decyzji sprzed lat. Odpowiedział mi, że w ogóle nie żałuje i że każdy kolejny rok utwierdza go w przekonaniu o słuszności i moralności tego kroku. Poza tym, z roku na rok powodzi mu się coraz lepiej. Ilu jest dziś w Polsce równie konsekwentnych i moralnych osób?
Czasem zdarza się, że drogę odmowy pobierania wynagrodzenia od lewiatana przejmują nawet myśliciele nie do końca libertariańscy. Z funduszu Williama Volkera korzystał przecież także Friedrich August von Hayek. Jednakże i on miał przecież wielki wpływ na historię analizy ekonomicznej oraz wskazał na nadużycia związane z opisem XIX-wiecznego kapitalizmu.

Autonomia uniwersytetu
W świetle prezentowanych czasami przez monarchistów poglądów dawny ustrój zapewniał spory zakres uniwersyteckiej autonomii. Wedle nich dopiero demokracja miała zupełnie zdegenerować szlachetny ideał universitas. Zasłaniają jednak w ten sposób własne uczestnictwo we współczesnym pół-komunizmie. Jak zauważył prof. Walter Block, w świetle odpowiedzialności za dzisiejsze przestępstwa dokonywane przez państwo tak naprawdę nie ma znaczenia czy zatrudniany przez nie naukowiec jest marksistą czy libertarianinem. Ważne, że bierze aktywny udział w złodziejskim procederze rabunku mienia i że nie umie własną postawą zamanifestować wobec tego faktu sprzeciwu.
Na dzisiejszych państwowych uczelniach w Polsce nie brak ludzi, którzy określają się jako wolnorynkowcy i odnoszą się do dzisiejszych czasów z wielką dezaprobatą. Tkwi w nich zarazem dziwne przekonanie, że ich obecność na państwowej uczelni jest w stanie coś istotnego zmienić. Najczęściej wierzą w ideały państwa minimalnego i arbitralnie dobierają sobie strefy, w które państwo może jeszcze interweniować. Brak im jednak odwagi intelektualnej Rothbarda czy Misesa – ludzi, którzy swoją bezkompromisową postawą przybliżyli ludzkości możliwość ucieczki od totalitaryzmu. Bezpsornym faktem pozostaje bowiem, że każdy etat stworzony przez państwo jest w sposób konieczny finansowany z cudzej pracy. Zatrudnieni przez państwo naukowcy, utyskujący na lewicową ofensywę, są więc tak naprawdę jej twórcami. Dotyczy to zarówno zwolenników PiS, jak i zwolenników UPR.
Prawdziwy opór socjalizmowi naukowcy mogą dzisiaj stawić jedynie poprzez rezygnację ze swych posad na państwowych uczelnianych molochach. Jako zdolni ludzie nie powinni mieć kłopotów ze znalezieniem uczciwej pracy, na przykład na uczelniach kościelnych. Skoro Ludwig von Mises był w stanie rozwijać się naukowo, pracując jednocześnie na pełen etat, na taki krok stać powinno każdego z rodzimych naukowców. Cały wysiłek powinien się teraz skupić na kształceniu młodzieży i rozwijaniu prawdziwej idei wolności – libertarianizmu. Młodzi ludzie powinni zacząć w końcu myśleć, że prawdziwa i wartościowa wiedza z wielu dziedzin jest dostępna poza wszechnicami lewiatana. Ażeby im to umożliwić trzeba wreszcie porzucić ciepłe posady i stworzyć pozapaństwowe ośrodki nauki. Innym wyjściem jest znalezienie dla siebie sponsora. Wtedy można z czystym sumieniem prowadzić dysputy z uniwersyteckimi kolegami-socjalistami i uważać się za wolnorynkowca. Na razie jednak jednymi z najważniejszych grabarzy wolności są zadeklarowani liberałowie w profesorskich togach.

Jakub Wozinski
12.12.2009
***
Tekst pochodzi ze strony autora.

  • RSS
  • Print
  • PDF
  • Add to favorites
  • Wykop
  • Facebook
  • Twitter
  • BLIP - Bardzo Lubię Informować Przyjaciół
  • pinger.pl - Nie taki zwykły blog.
  • Wrzuć to na Flakera - powiadom swoich Znajomych
  • MySpace
  • grono.net - internetowa społeczność przyjaciół
  • LinkedIn
  • del.icio.us
  • Digg
  • Technorati
  • Google Bookmarks

Pomóż otagować nam wpisy. Wpisz poniżej proponowany przez Ciebie tag dla tego wpisu. Gdy tylko 2 osoby opiszą powyższy post tak samo zostanie on automatycznie dodany do listy tagów dla tego wpisu.

354 Responses to “Jakub Wozinski: Z czego żyje libertarianin”

Strony: « 1 … 26 27 28 29 30 31 32 33 34 35 [36] Show All

  1. 351
    LBM Says:

    @FatBantha

    Ale mój propertarianizm nie ma rozwiązywać problemu przejmowania jakiejś meta-inicjatywy, bo ja nie uznaję tego w ogóle za problem

    Ale problemem nie jest tu jakaś „meta-inicjatywa”, tylko już sama możliwość wyegzekwowania przemocą przez pojedynczego właściciela jego prawa własności (jego prawa do wyłączności na użytkowanie danego dobra). Czym to jest, jak nie ograniczaniem niektórym ludziom możliwości realnego, fizycznego wpływania na otoczenie?

    Znowu pojawia się pytanie: co masz na myśli mówiąc o kapitalistycznych strukturach – państwo? Czy tylko hierarchię i pracę najemną?

    Państwo i hierarchiczne instytucje zatrudniające najemną siłę roboczą.

    Jeżeli jednakowe prawo do decydowania o tym, w jak urządzonym otoczeniu chce się żyć, ma polegać na dyktowaniu innym, jak mają żyć, aby utworzyli otoczenie moich marzeń, a polecenia takie nie mają granic, poza którymi traciłyby moc, to ja się na takie prawo wypinam

    Pierwsza kwestia jest taka, że twoje wizje świata „wolnego od dyktowania innym jak mają żyć” i świata „sztywnych i nieprzekraczalnych granic”kwalifikują się jako utopie w najgorszym tego słowa znaczeniu. Abstrahując już od dyktatury nieodłącznie związanej z egzekwowaniem własności i umów (do tych kwestii jeszcze powrócę), pomijasz nawet taką oczywistość, jak występowanie kosztów zewnętrznych rozmaitych działań. Często kosztów tych nie da się uniknąć inaczej, niż właśnie „dyktując innym, jak mają żyć”. Zakaz takich interwencji oznaczałby, że przykładowo społeczność truta smrodliwymi wyziewami ze spalarni śmieci nie mogłaby wymusić na jej właścicielu zamknięcia działalności, instalacji jakichś filtrów etc, w końcu spalarnia to część jego prywatnej NIENARUSZALNEJ posesji – a przecież lista potencjalnie uprzykrzających życie „eksternaliów” na zanieczyszczeniach powietrza bynajmniej się nie kończy. Zresztą podobnie David Friedman argumentował na rzecz „elastycznego” (kontekstowego) podejścia do własności, więc moje stanowisko nie jest specjalnie odległe od propertariańskiej klasyki w tym względzie.
    Druga kwestia jest taka, że wolnościowy komunizm nie polega na tworzeniu lotnych komand w celu „wyzwalania” ludzi wbrew ich woli – wracając do właściwego kontekstu rozmowy, czyli stosunku do kapitalistycznych przedsiębiorstw i zatrudnionych w nich ludzi. Jeśli sami zainteresowani, czyli pracownicy, nie zechcą się zorganizować żeby znieść hierarchię w firmie, to mi nic do tego. Podkreślałem to wielokrotnie, ale jak widzę, ciebie wciąż trzymają się bolszewickie klisze.

    Ale dlaczego jedna strona swoją kontrolę nad jakimś terytorium będzie mogła utrzymywać przemocą (kolektywy), a druga nie (kapitaliści)? Z czego ten brak symetrii ma niby wynikać?

    Z tego, że każde kapitalistyczne przedsiębiorstwo uznajemy po prostu za instytucję rządzącą się tą samą logiką, co państwa narodowe: są władcy i poddani, wydający polecenia i ci, którzy mają ich słuchać. Resztę dośpiewaj sobie sam.

    Zresztą… historycznie patrząc, w trakcie ostrych walk klasowych kapitaliści zazwyczaj nie pytają się kogokolwiek, a już na pewno nie zrewoltowanych robotników, o zgodę na użycie siły fizycznej w obronie swoich tytułów własności. Po prostu tę siłę stosują. Więc cały problem „będą/nie będą mogli” jest bezprzedmiotowy na dobrą sprawę, gdy jedna ze stron na ogól nie chce negocjować.

    Jeżeli z kimś coś uzgodnię i się do czegoś zobowiążę, to OK. Ale jeżeli tego uniknąć nijak nie mogę, tak jak podatków i prawodawstwa państwowego, to przestaje być zabawnie

    Prawo własności ma to do siebie, że nie musi być za każdym razem uzgadniane, żeby właściciel mógł z niego korzystać. Może po prostu użyć siły w celu wpłynięcia na osobę, którą chce wykluczyć z użytkowania zawłaszczonego dobra. To stawia tę osobę w pozycji analogicznej do poddanego państwa („albo uszanujesz moje prawo, albo nie unikniesz kłopotów”), więc postulujesz nic innego, jak państwowe rozwiązania. Już samo zawarcie umowy na propertariańską modłę wygenerowałoby sytuację, w której wynikających z niej zobowiązań „uniknąć nijak nie mogę”, bo byłoby to równe z agresją na legalną własność.

    W związku z powyższymi uwagami nie bardzo rozumiem, co chcesz swoimi „zarzutami” udowodnić – że komunizm nie znosi zupełnie władzy, nie wyłączając tej opartej na fizycznym przymusie? Propertarianizm tym bardziej jej nie znosi, więc o co kaman?

    Bardzo szybko może się bowiem okazać, że znajduje się nagle pod panowaniem norm, których uznawać nie chcę i nic z tym nie mogę zrobić

    Mowa jest o elastycznych rozwiązaniach, a więc podlegających negocjacji. A z negocjowaniem jest jak z tangiem, trzeba (co najmniej) dwojga. Twoje „nic z tym nie mogę zrobić” pod taki scenariusz się niestety nie łapie, za to doskonale wpisuje się w logikę twoich propertariańskich postulatów (patrz zresztą poprzedni akapit).

    Tobie kapitaliści przeszkadzają, nawet jeśli wpływu na Ciebie nie mają żadnego albo jakiś znikomy

    Być może w twojej „wolnorynkowej” utopii. W rzeczywistym świecie z moich podatków państwo dokłada do biznesu niejednego prywaciarza i po niejednym sprząta, samo też się z nich utrzymując. Więc gdy słyszę „państwo”, to myślę „narzędzie kapitału”.

    Dla mnie ta liczba jest nieistotna, o ile rzecz się dzieje na prawdziwie wolnym rynku

    Ale tu i teraz rzecz nie dzieję się na jakimś „prawdziwie wolnym rynku”. Zrozum, że wobec faktu powstawania i rozwoju historycznych rynków w bezpośrednim związku z państwem (zawsze i wszędzie), twoje rojenia o „prawdziwie wolnym rynku” są dla mnie bezużyteczne. Z wolnościowego punktu widzenia – tak samo.

    Różnica między nami jest taka, że ja potrafię zaakceptować znacznie szersze spektrum zachowań ludzkich, o ile tylko nie mają ambicji panować niepodzielnie wszędzie

    Jakoś nie bardzo się tym przejmuję mając na uwadze, jakie konkretnie zachowania dopuszczasz. Nie rusza mnie to zupełnie – odbieram to tak, jakbyś „dowodził” swojej „wyższości moralnej” nade mną, powołując się na swoją tolerancję dla seryjnych gwałcicieli. Dziękuję, postoję, nie skorzystam.

    Tym się właśnie różnimy. Tym, że dla mnie jesteście obojętni, a ja dla Was, jako kapitalista, nie…

    Tak się akurat składa, że ty jako kapitalista też mnie gówno obchodzisz. Dosłownie – przykładowo nie płakałbym, gdyby cię pracownicy któregoś dnia po prostu zabili. Wręcz przeciwnie, potraktowałbym to jak usunięcie, nomen omen, śmierdzącej kupy z chodnika. Z kapitalistycznych przedsiębiorstw obchodzi mnie tylko sytuacja pracowników najemnych, którzy podjęli się walki klasowej.

    Uuu… Argument liczebności? No toś mi pojechał… Ale ja mam większego, więc wygrywam ten konkurs popularności.

    Nie było moją intencją rozpoczynać konkurs popularność, tylko delikatne zasugerowanie, że twoje postulaty skazane są na bytowanie w świecie utopii i tylko tam. Dotychczasowa historia jest zawsze historią walk klasowych, toczonych często gęsto przeciwko ustanawianiu sztywnych i nienaruszalnych granic prywatnej własności.

    Nie wiem jak mam przyznawać, że chcę zjeść ciastko i mieć ciastko. Jak mogę chcieć w przyszłości obecnych kapitalistycznych relacji własnościowych, skoro one zakładają istnienie państwa (bo obecnie państwo istnieje), a ja państwa nie chcę?
    Nie nadążam chyba

    O to akurat nie mam pretensji, mając na uwadze nędzę propertariańskich teorii państwa.

    Ja uznaję, że zaczyna się tam, gdzie mogą oni formułować swoje oczekiwania wobec innych ludzi i gdzie one są przez tych innych respektowane

    „Respektować coś” oznaczać może wiele postaw – od entuzjastycznej zgody na coś, po akceptację podyktowaną strachem i/lub brakiem alternatyw – więc taka metoda nic mi nie mówi na temat tego, czy ludzie dobrowolnie akceptują swoje położenie w relacjach społecznych.

    Po prostu przestaliśmy rozmawiać o tym “co?”, a zaczęliśmy o tym “jak?”. Nie wiem czemu miałoby to być tward(sz)ym gruntem

    Nie dziwota że nie wiesz, mając skłonności do utopizmu na modłę Fouriera.

    A czy ja znoszę odpowiedzialność za czyn popełniony pod jakąkolwiek presją?

    Nie, ty często tej presji po prostu nie dostrzegasz. Jak większości propertarian, brakuje ci do tego odpowiednich narzędzi analitycznych. I nic dziwnego, skoro albo macie programowo wyjebane np. na prace Foucaulta, albo nie zdajecie sobie sprawy z ich istnienia.
    Masz, doedukuj się: recyklingidei.pl/lemke_foucault_rzadomyslnosc_krytyka_0

    Zresztą nie rozumiem Twojego oburzenia, bo przecież jestem w identycznej sytuacji jak kolektyw, który może przecież podjąć analogicznie skrajną decyzję

    Nie, nie może. Tym się właśnie komunizm różni od propertarianizmu (ale też mutualizmu i anarcho-kolektywizmu), że poprawę losu ludzi pozbawionych podstawowych środków do przeżycia stawia wyżej niż prawa własności, jeśli zaspokojenie tych najpilniejszych potrzeb nie grozi wpędzeniem właściciela w podobnie beznadziejną sytuację.

    Doskonale wiem, że każe Ci wątpić, bo jesteś w tym względzie po prostu ograniczony

    Mylisz się. Dopuszczam do siebie, że swojej empatii zwyczajnie nie wiążesz z postulowanymi zasadami politycznymi. Ale to jest dyskusja właśnie o zasadach politycznych i mnie po prostu nie obchodzi, że w głębi ducha nie podoba ci się np. opcja odstrzeliwania ludzi kradnących z głodu. Jeżeli te pobożne życzenia nie mają przełożenia na konkretne postulaty polityczne, to traktuję je tak, jakby ich nie było.

    Komfort życia zależy więc nie od mojego ewentualnego postulatu: “nie bądź okrutny”, a od tego czy do podobnego wniosku dojdą inni ludzie. Najszybciej i najskuteczniej do niego dojdą, wg. mnie wtedy, gdy będą wolni, nawet jeśli wolność będzie oznaczać możliwość brutalnego działania względem siebie

    Hitlerowcy mieli zagwarantowaną możliwość brutalnego działania np. względem żydów i jakoś nie potrafię uznać ich za ludzi trenujących się w empatii. Rzekłbym nawet, że u wielu z nich okrucieństwo i dehumanizacja Innego uległy tylko pogłębieniu.

    Tak samo jak można było gdy budowało się pierwszy balon, sterowiec, samolot, rakietę kosmiczną. Wszyscy mieli wyjebane na historyczne przykłady, których wtedy nie było

    Oczywiście bredzisz i zapewne nie zadałeś sobie trudu, żeby zapoznać się z historią tych wynalazków. Każdy z nich bazował na wiedzy skumulowanej przez poprzednie pokolenia, nie wyłączając wiedzy na temat sukcesów i porażek praktycznych eksperymentów.

    Jeja, serio pytasz? Wszystko. Od “wzorów” zaczynając

    Rozumiem, że negujesz w związku z tym użyteczność całej psychologii rozwoju, mogącej poszczycić się masą badań empirycznych nad onto- i socjogenezą ludzi oraz małp naczelnych (np. badania Michaela Tomasello, autora „Kulturowych źródeł ludzkiego poznania”)? To może wzorem hardcore’owych solipsystów od razu zaneguj istnienie fizykalnej rzeczywistości, tudzież użyteczność takiej koncepcji. Przynajmniej będzie jasne, że masz wyjebane na dorobek nauki, a ja ze spokojnym sumieniem będę mógł odpuścić sobie dalszą dyskusję z tobą.

    Pracę człowiek wybiera sobie sam

    W sytuacji popytu na pracę znacznie przewyższającego jej podaż (norma w większości sektorów kapitalistycznego rynku), to w większym stopniu „praca wybiera ciebie”. Samemu to możesz pielgrzymować od jednego pracodawcy do drugiego i liczyć na ich łaskę, czując na karku oddech konkurencji ze strony reszty bezrobotnych, która już na starcie potrafi skutecznie ograniczyć spektrum opcji do wyboru i dyscyplinować pracobiorców – czy im się to podoba, czy nie. Niby więc mogę „swobodnie” się przemieszczać, ale po z góry wyznaczonych trajektoriach, niezależnych od mojej woli – mniej więcej tyle w tym „dobrowolności”, co w emigracji z jednego państwa do drugiego. Pomijam już rzecz tak oczywistą, jak utrzymywanie i pogłębianie tych dysproporcji siły przetargowej na korzyść kapitalistów przez państwo

    Poza tym, czemu ograniczać się do samej tylko czynności szukania pracy i nie rozszerzyć analizy także na warunki pracy, czyli stan po otrzymaniu zatrudnienia? Pomijając przesłanki wypływające z propertariańskiej aksjologii, którą uważam za fałszywą i bezużyteczną, nie widzę sensu w takim redukcjonizmie.

    może nawet stworzyć swoje własne miejsce, w którym nie będzie nikomu podległy

    Na kapitalistycznym rynku samozatrudnienie albo jest fikcją wymuszoną przez kapitalistów przy zatrudnieniu, albo nie jest dostępne z powodu nieposiadania innych środków produkcji niż własna siła robocza, albo skazuje na bycie pomniejszym ogniwem łańcucha podwykonawców w systemie post-fordowskim, znajdującym się pod nieustanną presją większych ogniw (i często przez nie dymanym na kasę, rzecz w Polsce powszechna) – co się nieraz kończy pracą ponad siły według narzuconego z góry schematu (gdzie to twoje „niepodleganie nikomu”?) lub wypadnięciem z rynku i lądowaniem na bezrobociu.

    Może też z niej zrezygnować

    To zrezygnuj z pracy za niewiele ponad 1000 zł miesięcznie przy ok. 20% bezrobociu, bez szans na zasiłek i mając do opłacenia rachunki za przeszło 400 zł. Ciekawe, czy twój pogląd na „dobrowolność” pracy najemnej pozostałby wówczas taki sam.

    Zresztą to z leksza schizofreniczne, buntować się przeciw stosunkom pracy, jakie sobie sam człowiek wybrał

    Jedynie przy założeniu, że wybrał ochoczo i dobrowolnie, czyli np. bez presji w postaci braku alternatyw, ergo bezrobocia. Tyle że przyjęcie takiego założenia jest właśnie cokolwiek schizofreniczne i nie najlepiej świadczy o posiadanej wiedzy w temacie rzeczywistości kapitalistycznego rynku pracy.

    I niech to robią, ale czemu inni mają się im podporządkowywać?

    Bo kapitaliści prawdopodobnie nie będą mieli innego wyboru poza otwartą wojną. Dlatego w Hiszpanii AD 1936 r. myśląca część kapitalistów w obliczu rewolucji sama zrzekła się swojej władzy, za co robotnicy odwdzięczyli się, pozwalając im pracować w zakładach na równych z innymi prawach. Ci mniej myślący kończyli często z dziurą w potylicy lub ozdabiali latarnie, jeśli nie udało im się w porę spierdolić na stronę faszystów Franco.

    This is class war, dude.

    Powtarzasz się. Już to słyszałem. I powiedziałem, że abym uznał szkodliwość i niemożliwość pogodzenia pracy najemnej z anarchokapitalizmem, musiałbyś wykazać konieczność odwrotnej relacji – praca najemna powoduje państwo

    Ale w oparciu o co mam wykazać? Twój „wolny” i „bezpaństwowy” rynek nigdy nie istniał, więc nie mam podstaw do analizy. Natomiast na babranie się w „austriackich” ahistorycznych abstrakcjach po prostu szkoda mi czasu.

    A on decydując się na pracę u mnie, nie określa dla niego, to co wolnościowe

    Określa co najwyżej tyle, że decyduje się na pracę u ciebie. Nie mam pojęcia jaką sofistykę stosujesz, że wychodzi ci z tego „określanie tego, co wolnościowe”. Chyba sam zainteresowany powinien określić, czy ma to dla niego cokolwiek wspólnego z wolnością, nie sądzisz?

    Z drugiej jednak strony, na ile idee Marksa są żywe, a na ile marksistów?

    A to zależy, do jakich konkretnie marksisów pijesz. Jeśli wolnościowych – autonomiści, luksemburgiści, zwolennicy tzw. komunizmu rad, część lewicowych komunistów – to myślę, że dość żywe.

  2. 352
    qatryk Says:

    LBM – jak Cie przeczytam to ostatnio bardzo humor mi się poprawia bo juz dawno żadnego ciśnienia we mnie nie wywołujesz.
    Jesteś po prostu smieszny poczynając od uogólniania i wyzywania dość licznej rzeszy ludzi którzy nikomu krzywdy nie robia “kupą na chodniku”.
    Jesteś tez żałosny twierdząc że samozatrudnienie jest fikcją. Chcesz podam Ci tak mniej więcej z 10 pomysłów na to jak “samozatrudniając” się, nie majac żadnego kapitału osiągnąc dość wysoki standard życia nie pracując jako najemnik i nie będąc jak twierdzisz wyzyskiwanym. Gdyby mi nie było wygodnie jako pracownikowi najemnemu, i startowałbym teraz od zera pewnie bym sam kilka z tych możliwości wykorzystał. Problem polega na tym że te 10 sposobów wymaga nieco wysiłku, trochę wyrzeczeń i ruszenia leniwego dupska, a przede wszystkim podjęcia pewnego ryzyka i zaangażowania troche znacznie wiekszego niż moje wygdne 8 h na etacie. Zawsze jednak fajniej i przyjemniej ponarzekać jaki to swiat jest okrutny i zuuuuy.

  3. 353
    butters Says:

    @qatryk
    Na moje to te twoje neoliberalne wypociny tylko uzasadniają tezę LBMa.

    Głupi robol. Zły robol. Leniwy robol. Chorobą wszystkich roboli jest brak zaangażowania i niechęć do podjęcia ryzyka, dlatego trzeba ich przy najbliższej okazji wydymać naszym kapitalistycznym prawem. Prawem własności, hurra.
    Następnym razem powiedz, jak przyjdzie ci coś takiego napisać, to zaprowadzę cię do bloku socjalnego, gdzie będziesz mógł swoje bajki o wyrzeczeniach nawalać ludziom, którzy pracują po 10 godzin dziennie, żeby zarobić na rodzinkę. I o ryzyku też sugeruję co nieco wspomnieć, zwłaszcza tym, którzy mają trójkę dzieci na przykład.
    Ach, no tak.
    [włączono głęboką kapitalistyczną analizę]
    Po chuj dzieci robią, jak nie mają pieniędzy?

  4. 354
    qatryk Says:

    butters – o czym ty do mnie piszesz? Bo ja pisałem o dwóch konkretnych rzeczach które w swej łaskawości LBM był łaskaw rzucić.
    Twój przykład z blokiem socjalny mogę skontrowac dziesiątkami przykładów ludzi którzy mają konkretnie w dupie. I tylko cwaniactwem pasą dupy. m.in. równiez na krzywdzie tych ludzi z tych bloków socjalnych.
    Rzygam tą waszą walką klas, która jest niczym innym jak antagonizowaniem ludzi tylko i wyłącznie na podstawie statusu posiadania, ale w jednym kontekście jest ona słuszna walki pomiędzy uczciwymi ludzmi (m.in właśnie tymi z bloków socjalnych) a pieprzonymi nierobami których system nauczył postawy roszczeniowej wobec całego świata a wy im dupska liżecie bo przecież według ciebie tylko i wyłącznie dlatego że ktoś zyje to mu sie należy.
    Pieprzeni inżynierowie dusz i rzeczywistości.

Strony: « 1 … 26 27 28 29 30 31 32 33 34 35 [36] Show All

Leave a Reply