Jakub Wozinski: Z czego żyje libertarianin
pobierz jako PDF 25 grudnia, 2009 — kapron
Najważniejszą rzeczą dla libertarianina powinna być zgodność czynów z własnymi słowami. W dzisiejszym pół-komunistycznym świecie nie jest to łatwe, szczególnie gdy chodzi o zdobywanie środków na własne utrzymanie. Wyjątkowo ważna jest zatem postawa teoretyków wolności – na nich spoczywa moralny obowiązek nie pobierania żadnych pieniędzy od lewiatana.
Okazuje się jednak, że spora część tzw. „wolnorynkowców”, szumnie głosząc wzniosłe hasła nieingerencji państwa w rynek, przyjmuje postawę całkowicie sprzeczną z libertariańskim credo. Potępiając ingerencję państwa np. w rynek paliw, nie znajdują własnej winy w przyczynianiu się do regulacji rynku usług naukowych poprzez nauczanie na państwowych uniwersytetach. Najdonioślejsze w historii wolnorynkowej myśli postacie pokazują jednak, że życie poza państwową uczelnią jest możliwe – ba, wręcz dopiero wtedy staje się prawdziwie owocne.
Naukowcy żyli z państwowej kasy od zawsze, gdyż mieli w tym z władcami wspólny interes. Natomiast pierwszy w pełni państwowy system edukacji wyższej przyniosła Reformacja. Średniowiecze opierało swą naukę na prywatnych uczelniach fundowanych przez zamożne osoby lub przez zakony żebracze. Dwa największe zakony tego typu: dominikanie i franciszkanie miały w swych szeregach takich myślicieli, jak: św. Bernardyn ze Sieny, św. Tomasz z Akwinu czy Mikołaj z Oresme. Ponadto utrzymujący się z datków wiernych franciszkanie z Uniwersytetu w Bolonii (m.in. Gracjan) byli autorami nowych koncepcji prawa naturalnego, które dało podwaliny klasycznie wolnościowej definicji prawa własności. Świat niezależności finansowej naukowców miał się jednak wraz z upadkiem Średniowiecza szybko załamać.
Myśli zabarwione podatkami
Podczas gdy Kościół katolicki nadal opierał swą naukę na zakonach żebraczo-kaznodziejskich, większość myślicieli powoli garnęła się pod skrzydła władców państw. Kartezjusz darzył „miłością” królową Szwecji, Wolter i d’Alembert czuli wzajemną miętę z carycą Katarzyną, zaś Leibniz żył przy boku księcia Hanoweru. Chlubnym wyjątkiem może być tu jedynie John Locke, który żył na dworze Lorda Shaftesbury i raczej stronił od państwowych uczelni. Co prawda jego mecenas był przez chwilę u władzy jako lord kanclerz, ale na ogół ojciec liberalizmu unikał akademickiego świata i przebywał w gronie eksperymentalistów oraz lekarzy.
Od czasów Oświecenia tradycja prawa naturalnego została zepchnięta do głębokiego podziemia. Dominować zaczęli opłacani z podatków jej przeciwnicy. Jednakże to właśnie myśliciele utrzymujący się z własnej pracy, a nie z państwowej kasy, przyczyniali się do rozwoju myśli. Tak właśnie było w przypadku multimilionera – bankiera Richarda Cantillona. Swoje dzieło Essai Sur la Nature du Commerce en Général oparł na praktyce przedsiębiorcy, choć wcale nie pracował na uczelni. Zupełnie inaczej rzecz się miała w przypadku Adama Smitha, który czerpał z teorii Cantillona w ogóle o tym nie wspominając. Zyskał dzięki temu niesłuszną sławę twórcy współczesnej ekonomii oraz panstwową premię w wysokości 600 funtów rocznie, którą wypłacał mu książę Buccleuch. Plagiator Smith cieszył się tą ogromną jak na tamte czasy pensją, pochodzącą z pobierania ceł, aż do końca życia.
Współczesny gigant myśli ekonomicznej Ludwig von Mises tym się różnił od innych ekonomistów, że aż do końca swej kariery nie pobierał od swych uniwersytetów państwowej pensji – było tak zarówno we Wiedniu jak i w Nowym Jorku. Przez wiele lat utrzymywali go biznesmeni, m.in. Lawrence Fertig. Podobną drogę obrał Murray Rothbard – utrzymywali go prywatni przedsiębiorcy, m.in. korzystał ze wsparcia William Volker Fund. Cały zresztą powojenny ruch libertarian był możliwy dzięki jego bogatym zwolennikom: Harry’emu Earhartowi, Alfredowi Kohlbergowi czy Claudowi Robinsonowi. Rothbard prowadził wprawdzie zajęcia na stanowych uczelniach w Nowym Jorku i w Las Vegas, ale cały czas stanowczo odmawiał pobierania wypłaty. Uważał to zresztą za podstawowy wymóg moralny zwolennika wolnego rynku.
Poprzednicy i nauczyciele Misesa (tak jak zresztą sam Mises przed wojną) Böhm-Bawerk i Menger zajmowali jeszcze uniwersyteckie katedry i państwowe posady, a pierwszy z nich był nawet ministrem finansów Cesarstwa. Myśli austriacka nie miała jeszcze wtedy wydźwięku libertariańskiego i dopiero stopniowa ewolucja myśli Misesa doprowadziła go do powzięcia zupełnie odmiennych przekonań. Swoje seminaria prowadził własnym sumptem, bez pomocy uczelni. Na co dzień pracował w Izbie Handlowej, a nauką zajmował się po godzinach. Nie przeszkodziło mu to w stworzeniu wiekopomnego dzieła „Ludzkie działanie” oraz wielu innych książek i artykułów z zakresu ekonomii.
Także i dzisiaj najbardziej znaczący libertarianie decydują się na życie bez państwowych pensji. Tacy ludzie, jak Hans-Hermann Hoppe, Stephan Kinsella czy Walter Block od lat dają dowód na to, że poza państwowymi wynagrodzeniami też jest życie. Część z nich powiela albo schemat Misesa: praca + nauka, albo schemat Rothbarda: życie naukowe opłacane z prywatnych środków. Oczywiście wielu z nich nie zawsze się to udaje i są za to później krytkowani przez konsekwentnych libertarian.
Żywot libertarianina może być bardzo uciążliwy. Hans-Hermann Hoppe opowiadał kiedyś o austriackim filozofie-libertarianinie, który porzucił karierę na uczelni i rozpoczął pracę na własny rachunek: trudni się teraz pisaniem artykułów, sporadycznie wygłasza odczyty oraz prowadzi warsztaty. Kilka początkowych lat okazało się niezwykle trudnych finansowo, ledwo wiązał koniec z końcem. Obecnie wiedzie się mu już lepiej, ale nadal jego zarobki wynoszą o wiele mniej niż pensja jego kolegów-konformistów z uczelni. Postanowiłem wysłać do niego e-mail i spytać go ocenę jego decyzji sprzed lat. Odpowiedział mi, że w ogóle nie żałuje i że każdy kolejny rok utwierdza go w przekonaniu o słuszności i moralności tego kroku. Poza tym, z roku na rok powodzi mu się coraz lepiej. Ilu jest dziś w Polsce równie konsekwentnych i moralnych osób?
Czasem zdarza się, że drogę odmowy pobierania wynagrodzenia od lewiatana przejmują nawet myśliciele nie do końca libertariańscy. Z funduszu Williama Volkera korzystał przecież także Friedrich August von Hayek. Jednakże i on miał przecież wielki wpływ na historię analizy ekonomicznej oraz wskazał na nadużycia związane z opisem XIX-wiecznego kapitalizmu.
Autonomia uniwersytetu
W świetle prezentowanych czasami przez monarchistów poglądów dawny ustrój zapewniał spory zakres uniwersyteckiej autonomii. Wedle nich dopiero demokracja miała zupełnie zdegenerować szlachetny ideał universitas. Zasłaniają jednak w ten sposób własne uczestnictwo we współczesnym pół-komunizmie. Jak zauważył prof. Walter Block, w świetle odpowiedzialności za dzisiejsze przestępstwa dokonywane przez państwo tak naprawdę nie ma znaczenia czy zatrudniany przez nie naukowiec jest marksistą czy libertarianinem. Ważne, że bierze aktywny udział w złodziejskim procederze rabunku mienia i że nie umie własną postawą zamanifestować wobec tego faktu sprzeciwu.
Na dzisiejszych państwowych uczelniach w Polsce nie brak ludzi, którzy określają się jako wolnorynkowcy i odnoszą się do dzisiejszych czasów z wielką dezaprobatą. Tkwi w nich zarazem dziwne przekonanie, że ich obecność na państwowej uczelni jest w stanie coś istotnego zmienić. Najczęściej wierzą w ideały państwa minimalnego i arbitralnie dobierają sobie strefy, w które państwo może jeszcze interweniować. Brak im jednak odwagi intelektualnej Rothbarda czy Misesa – ludzi, którzy swoją bezkompromisową postawą przybliżyli ludzkości możliwość ucieczki od totalitaryzmu. Bezpsornym faktem pozostaje bowiem, że każdy etat stworzony przez państwo jest w sposób konieczny finansowany z cudzej pracy. Zatrudnieni przez państwo naukowcy, utyskujący na lewicową ofensywę, są więc tak naprawdę jej twórcami. Dotyczy to zarówno zwolenników PiS, jak i zwolenników UPR.
Prawdziwy opór socjalizmowi naukowcy mogą dzisiaj stawić jedynie poprzez rezygnację ze swych posad na państwowych uczelnianych molochach. Jako zdolni ludzie nie powinni mieć kłopotów ze znalezieniem uczciwej pracy, na przykład na uczelniach kościelnych. Skoro Ludwig von Mises był w stanie rozwijać się naukowo, pracując jednocześnie na pełen etat, na taki krok stać powinno każdego z rodzimych naukowców. Cały wysiłek powinien się teraz skupić na kształceniu młodzieży i rozwijaniu prawdziwej idei wolności – libertarianizmu. Młodzi ludzie powinni zacząć w końcu myśleć, że prawdziwa i wartościowa wiedza z wielu dziedzin jest dostępna poza wszechnicami lewiatana. Ażeby im to umożliwić trzeba wreszcie porzucić ciepłe posady i stworzyć pozapaństwowe ośrodki nauki. Innym wyjściem jest znalezienie dla siebie sponsora. Wtedy można z czystym sumieniem prowadzić dysputy z uniwersyteckimi kolegami-socjalistami i uważać się za wolnorynkowca. Na razie jednak jednymi z najważniejszych grabarzy wolności są zadeklarowani liberałowie w profesorskich togach.
Jakub Wozinski
12.12.2009
***
Tekst pochodzi ze strony autora.
Podobne wpisy:







poniedziałek, 22 Marzec, 2010 o 16:24
No ale właśnie w tym sęk, że nie da się zapewnić możliwości swobodnego dysponowania jakimś dobrem jednej osobie, nie ograniczając takowego drugiej. No chyba, że umiesz kopiować przedmioty materialne. Naucz mnie.
No skoro tak stawiasz akcent, to mój anarchokapitalizm nie jest kapitalistyczny, bo w nim państwa nie ma. Nie spełnia więc pierwszego warunku. No chyba, że uznasz, że „państwo” to ja, ale tym samym musiałbyś za takie uznać i swoje komuny, czyli te byty, które mają zastąpić dzisiejsze państwo w sprawowaniu jego funkcjach.
Ustal więc w końcu znaczenia terminów jakimi się posługujesz, bo nie wiem czy chcesz rozmawiać o mojej utopii czy o stanie obecnym.
Nie pitol, bo nawet napisałem tekst o tym co nazywasz kosztami zewnętrznymi i ten tekst jest tutaj, na liberalis.pl. Z baardzo długim tytułem. Po prostu uznaję, że o stosunku do takowych zadecydują już jednostki wedle własnego uznania i możliwości i nie jest to kwestia, którą należałoby załatwić systemowo.
Jak to było? „Byt określa świadomość”. Widocznie swoją postawą, deklaracjami, ogólnie zachowaniem skutecznie nie pozwalasz mi z tymi kliszami zerwać. To moja wina?
Hahaha, dobre.
I całe szczęście. To jedna z jego największych zalet.
Gdybyś przeczytał do końca to, co do Ciebie piszę, jednocześnie nie zapominając o tym, co pisałem wcześniej, to najprawdopodobniej byś wiedział.
Oczywiście, że tak. Ja zwyczajnie nie chcę prowadzić musowo negocjacji z każdym, kto się do mnie zbliży, w każdej sprawie, o jaką raczy mi zawracać dupę. Szkoda mi czasu, zdrowia i chęci. Ty po prostu postulujesz piekło dla mnie.
Przede wszystkim, zastanów się o czym w końcu chcesz ze mną rozmawiać. O mojej wolnorynkowej utopii czy rzeczywistym świecie?
To nie jest żadna wyższość moralna, ale co najwyżej wolnościowa. Nie przeszkadzają mi niepodżądane przeze mnie zjawiska, jeżeli mogę ich unikać, jeżeli nie jestem wciągany w nie podstępem. Jeśli ktoś se postawi tablicę, na której obwieści wszem i wobec, że będzie odbywał stosunek z każdym, kto się znajdzie na jego ziemi, czy się takiemu to podoba czy nie, pozostanie mi tylko omijać jego posesje. Chętni pewnie będą mu składać wizyty. W czym problem? Masz jakiś problem z różnicami kulturowymi?
Hehe, jaki ścisły elitaryzm.
No trudno, najwyraźniej będę się musiał z tym, że tak sądzisz, pogodzić. I co mi zrobisz?
Bardzo ciekawe. Interesujący ruch wykonałeś. Jaki był jego cel? Co ta lektura miała zmienić w moim postrzeganiu presji?
Może, może. Przypomnij sobie jak mówiliśmy chociażby o komunie rasistów. No tak, ale oni nie są „prawdziwymi” komunistami… Ziew.
No to wybacz, ale mnie się nie chce grać w taką grę językową, w której swoją wrażliwość muszę udowadniać postulatami politycznymi. Poza polityką też jest życie. Zazwyczaj tam właśnie jest go najwięcej.
Pytanie tylko, czy Żydzi mieli zagwarantowaną analogiczną możliwość działania. Nie? No to nijak się ma to do tego o czym ja mówię. Jeżeli takie gwarancje mają tylko jedni, to odniesie dokładnie odwrotny skutek – całkowitą bezkarność i uprzedmiotowienie drugiego człowieka.
Geez, to analogiczną wiedzę akapy mają na przykładzie dzisiejszej Somalii czy średniowiecznej Islandii albo starożytnej Harappy. Zwyczajnie nie zbudowaliśmy jeszcze nawet swojego pierwszego samolotu i na razie mamy tylko modele i poszczególne części albo prototypy podobnych urządzeń. Bracia Wright dopóki nie ulecieli na swojej maszynie, też mogli powiedzieć co najwyżej tyle, że mają garść spekulacji i nadzieję, a nie historyczny przykład do analizy.
Nie, bo ja nie mam nic przeciwko metafizyce. W przeciwieństwie do Ciebie.
Bardzo ładna przenośnia. Ale artystyczne zabiegi w takich dyskusjach mnie nie rajcują. Nie możesz powiedzieć zwyczajnie, że masz mniejszy wybór?
Ojej. To nie lepiej zabrać kapitalistom tę ich zabawkę, którą te dysproporcje wywołują, bez pozbywania się samych kapitalistów? Bo ja właśnie coś takiego propaguję i jestem z takiej opcji wcale zadowolony. No ale oczywiście lepiej ze mnie zrobić wielbłąda.
Chociażby dlatego, że to już kwestia wypadkowej oczekiwań poszczególnych jednostek, a nie sprawa systemowa. Zbyt przygodna, krótko mówiąc.
No jasne. I jeszcze miałbym empiryczny przykład, popierający tezę, że z pracy można zrezygnować.
Nie tylko. Sorry, ale jeśli jakiś koleś zbrzuchaci na wsi panienkę i później żeby mieć jakiekolwiek życie, się z nią ożeni, to nie można mówić o jakimkolwiek wyborze? Gówno prawda. Wybiera się stale. Nawet w warunkach, jakie nam nie pasują, więc skończ chrzanić.
Tym bardziej trza więc szerszego dostępu do broni.
No to jest już Twój problem i Twojej metodologii.
No i określa. Poprzez swoje działania.
butters:
Nie znasz niczego pomiędzy neoliberalizmem a marksizmem? To spektrum można nawet określić stosunkiem do „robola”. O ile dla neoliberała każdy biedny musi być głupi, zły i leniwy, a dla marksisty, wręcz przeciwnie, bo to system jest zły, robol więc za nic nie odpowiada, to sądzę, że jest jeszcze dosyć pojemny środek, w którym mieści się jeszcze taki qatryk czy też ja.
Czemu więc nieszczęśnikowi jedziesz od zwolenników banków centralnych, fiducjarnego pieniądza i innych światowych organizacji rzekomego wolnego handlu? Przecież on nie zasługuje na takie traktowanie.
poniedziałek, 22 Marzec, 2010 o 17:20
@qatryk
Wskaż te konkretne „wynurzenia”, z których „jednoznacznie wynika” coś takiego, albo skończ konfabulować.
Za to propertarianie wcale nie antagonizują ludzi, z oburzeniem nawijając o zastępach pasożytniczych nierobów – do których lekką ręką, oprócz urzędników państwowych i polityków, zaliczają także wszystkich odbiorców świadczeń socjalnych. Bezpiecznie grzejąc dupy przed monitorami, bo przecież przy pracy u podstaw propertarian raczej nie uświadczysz…
Tyle ironii, a teraz na poważnie. Gdybyś nie był totalnym ignorantem historycznym, cokolwiek interesował się rzeczywistością ruchów pracowniczych etc, to wiedziałbyś, że klasowe antagonizmy istnieją od początku kapitalizmu. Od-jebanego-początku, czyli na długo przed narodzinami Marksa i Kropotkina (nota bene Kropotkin został anarcho-komunistą pod wpływem robotników zrzeszonych w Federacji Jurajskiej, wśród których miał okazję przebywać będąc w Szwajcarii). Anarchiści nie musieli więc niczego zaczynać i nikogo specjalnie skłócać, a ty bredzisz jak potłuczony.
Ten „problem” jest nieodłączną cechą każdego modelu społecznego, propertariańskich rojeń nie wyłączając. Tak więc – ty ssij.
Jeśli myślisz, że nie będziesz musiał zaciskać sobie i pracownikom pasa na starcie oraz że każdy z nich będzie w tych okolicznościach skakał z radości, to jesteś większym naiwniakiem niż myślałem.
„Rzygam tą waszą walką klas, (…) ale w jednym kontekście jest ona słuszna walki pomiędzy uczciwymi ludzmi (m.in właśnie tymi z bloków socjalnych) a pieprzonymi nierobami których system nauczył postawy roszczeniowej wobec całego świata a wy im dupska liżecie bo przecież według ciebie tylko i wyłącznie dlatego że ktoś zyje to mu sie należy”
Teraz widzę, że piłeś do bezrobotnych świadczeniobiorców, ale to w niczym nie zmienia mojej oceny – walisz prymitywnymi uogólnieniami. I nawet nie zadałeś sobie trudu, żeby sprawdzić, ilu z nich faktycznie zalicza się do „nierobów, zachlajmord, ciuli i żuli którzy mają w dupie jakikolwiek wysiłek”. Jeszcze by się okazało, że mowa o marginesie, a większość z tych „nierobów, zachlajmord, ciuli i żuli” i tak nie ma prawa do jakichkolwiek gwarantowanych świadczeń socjalnych, może poza pomocą z MOPSu. Swoją drogą, wielu ludzi rzeczywiście potrzebujących takiej pomocy tego prawa też nie ma, ale to kolejny „szczegół” nie warty uwagi qatryka. Lepiej poprawiać sobie samoocenę patrząc tylko na pijaczków spod bloku, nie?
Przy okazji, to chyba ciągle nie trybisz podstawowego faktu. Gdyby nie socjal, nawet tak kulejący jak polski, to twoi kapitalistyczni nadludzie ozdobiliby niejedną latarnię. Socjal to w dużej mierze właśnie ich dzieło, a nie tych wstrętnych socjaluchów, których większość jeszcze na początku XX wieku krytycznie odnosiła się do tej strategii państwa, widząc w niej próbę przekupienia klasy pracującej.
Nie musisz, w przeciwieństwie do ciebie potrafię czytać ze zrozumieniem. Za to ja powtórzę, co wcześniej pisałem, bo chyba nie dotarło: jesteś żałosnym hipokrytą.
poniedziałek, 22 Marzec, 2010 o 18:46
czil aut, ponowie, co??
poniedziałek, 22 Marzec, 2010 o 19:05
@qaytryk:
„kończąc z Wami jakiekolwiek dyskusje, bo z debilami się nie dyskutuje”
Przyganiał kocioł garnkowi
„jeszcze raz tu przeczytam uogólnienie w stylu wszyscy przedsiębiorcy to kupa na chodniku która trzeba uprzątnąć zwyczajnie zbanuje na wieki wieków amen”
Straszysz LBMa banem a sam nie jest lepszy nazywając ludzi : nierobami, zachlajmordami, ciulami i żulami.
„A każdy socjalny system to własnie powoduje”
Każdy ??? Dziwne w takiej Szwecji ( i nie tylko ) zasiłki są bardzo wysokie, a wskaźniki zatrudnienia najwyższe w Europie.
„którzy mają w dupie jakikolwiek wysiłek aby własnymi siłami zapewnić sobie to co tacy dobroczyńcy jak ty dają im z mojej kieszeni.”
Wzruszyła mnie twoja historia, chlip
Po za tym mam rozumieć że prowadzisz swój biznes w Somalii i z żadnej pomocy państwa nie korzystasz ???
„A potem jeszcze oczekują coby im dać więcej bo im się należy”
No tak liczą się tylko kapitaliści – przodownicy narodu, a reszta ma im tylko lizać tyłki.
poniedziałek, 22 Marzec, 2010 o 19:46
@Czytelnik
Niech straszy, w sumie mam wyjebane. Przed momentem uświadomiłem sobie, jak bardzo obrzydły mi wiecznie te same dyskusje z wiecznie tymi samymi adwersarzami, a przede wszystkim debilizm, ignorancja i hipokryzja qatryka. A jak się trafiła okazja, żeby pożegnać się z hukiem, to nie byłbym sobą gdybym nie skorzystał
Tak więc…
Pracodawcy są jak ŚMIERDZĄCE PSIE KUPY NA CHODNIKU. Nie, wróć! WIELKIE JEBIĄCE GÓRY GÓWNA.
@qatryk
Masz bucu jeden pretekst i to nawet zapodany capsem, żebyś się długo nie namyślał. Teraz pokaż o silnopalcy, że jesteś panem tej piaskownicy!
poniedziałek, 22 Marzec, 2010 o 20:02
Ej, tak się nie robi. Jeśli Cię zbanuje, to mi nie odpiszesz…