Filip „FatBantha” Wysocki: Nie jestem cyborgiem!

Zadziwiające. O ile do myśli, że libertarianie bywają atakowani z różnych stron, zdążyłem się już przyzwyczaić, o tyle ten kierunek krytyki jednak mnie zaskoczył. No, może nie całkowicie, bo z bzdurnymi zarzutami, że jesteśmy draniami, którzy chcą aby ludzie podporządkowali się całkowicie rachunkowi zysków i strat, miałem wielokrotnie do czynienia, o tyle bezpośredniego twierdzenia, że cierpię na „zanik wrażliwości” naprawdę nie pamiętam.

Mowa tu o sądach buttersa, stałego bywalca liberalis.pl, zdecydowanego i zdeklarowanego przeciwnika własności prywatnej, który jawi mi się anarchokomunistą. Specjalnie unikam słowa „jest”, bo chcę uniknąć zbędnych wykładów o realizmie, prawdzie, przeczołgiwania po definicjach, etc.

Butters kiedyś w dyskusji pod pracą Piotra Pieniążka o oświacie, zarzucił mi patologiczną, konserwatywno-liberalną wrażliwość i oznajmił, że budzi w nim ona odrazę. Wtedy tę uwagę zdecydowałem się puścić obok uszu, generalnie nie widząc w niej większego problemu: ludzie w końcu nie muszą być identyczni, a to, że ich odmienność budzi czasem awersję, to norma. Jednych denerwują ‘obleśne grubasy’, drugich ‘zboczeni pederaści’ a innych jeszcze ‘nieczuli konserwatywni liberałowie’. Generalnie uznaję, że życie nie jest konkursem popularności, nie zabiegam więc o miejsca w serduszkach całej ludzkości.

Być może dziś wcale bym tego tematu nie podjął, jednak osoba buttersa, a przede wszystkim motywy jego misjonarskiej obecności na zdominowanym przez libertarian portalu, na tyle mnie zaintrygowały, że postanowiłem dowiedzieć się o nim czegoś więcej – stąd też trafiłem na jego wcale ciekawy blog, ale co ważniejsze, znalazłem na forum an-arche.pl posta , który zawiera podobne do wspomnianego wcześniej oskarżenie i rzuca światło na biograficzny szczegół naszego bohatera i przez to w jakimś stopniu tłumaczy, jak mniemam, jego motywy działania.

Mamy bowiem do czynienia z eks-libertarianinem, który usiłuje nas ustrzec przed błędami swojej młodości, fair enough. Ale najciekawsze i tak są zarzuty wobec tej doktryny. Nie skupiają się one bowiem na szukaniu w jej wnętrzu jakichś skaz, nieścisłości czy też sprzeczności, do czego w sumie przywykłem, ale koncentrują się na tym, co rzekomo libertarianizm, podobnie jak dragi czy wóda, robi z człowiekiem. „Ludzie, odstawcie to gówno, póki jeszcze czas, zanim będzie za późno!” zdaje się krzyczeć butters i podpiera swoimi doświadczeniami z tą „używką”.

A co robi ten libertarianizm? Ano powoduje zanik „uczucia empatii, bliskości” a te „wściekłości i nienawiści”, po jego spożyciu „chowają się za „spójnym i logicznym” układem sieci, która zwykle przybiera postać algorytmu”. Przykładowo.

Dzięki temu mogę sobie przy okazji wywnioskować, czym jest wrażliwość kolibra, o którą wcześniej zostałem posądzony. W ramach uzupełnienia, można przytoczyć chyba najkrótszą jej definicję, która narzuca się po lekturze już pierwszego, po wyboldowanym nagłówku, ustępu tego wywiadu z Januszem Korwinem ‘Za-Hitlera-Były-Niższe-Podatki‘ Mikke. Albo umiłowanie ludzi, albo umiłowanie zasad. Wybór tego drugiego, ma świadczyć o wrażliwości kolibra. Mniemam, że w tej kwestii butters zgodziłby się z Korwinem w stu procentach.

A ja tutaj generalnie trafiam na mały zgrzyt. Wydaje się bowiem, że na umiłowanie reguł podatni są przede wszystkim racjonaliści – ludzie, którzy uznają, że pewne poznanie można osiągnąć jedynie dzięki rozumowi. Zasady wywodzić można tylko w sposób racjonalny, nie występują one w przyrodzie, jako takiej, nie można postrzegać ich zmysłowo.

I tutaj jakoś mi libertarianizm w wersji z austriacką podpórką, jako dopełnienie racjonalistycznego obrazka zdecydowanie nie pasuje. Dlaczego? Ano z tej prostej przyczyny, że trudno uznać za taki nurt, który tak wiele środków i czasu przeznacza na dowodzenie, że w wielu wypadkach rozum zawodzi a samo poznanie jest niemożliwe bądź nieopłacalne. Oczywiście możemy uznać ASE za racjonalistyczną, z tego względu, że do takich krytycznych wniosków dochodzi metodami spekulatywnymi, ale zachowując konsekwencję, za równie racjonalistycznych musielibyśmy uznać sceptyków, którzy także pozycje rozumu deprecjonowali za jego pomocą, podobnie zresztą każdego innego, kto czyni podobnie, łącznie z samym buttersem i filozofami, na jakich się często powołuje – Maksymilianem Stirnerem i Fryderykiem Nietzsche.

Naprawdę trudno byłoby mi uznać obraz hayekowskiej koncepcji ewoluującego samorzutnego ładu, który zmienił się w ten rozszerzony za racjonalistyczny. Ładu, który przecież działa na zasadzie algorytmu siłowego (brute force) – metodą prób i błędów i ślepego testowania każdej dostępnej możliwości. Trudno bowiem za jakoś specjalnie racjonalistyczny uznać ekonomiczny odpowiednik feyerabendowskiego „anything goes”, a tym właśnie jest wolny rynek, co często zarzucają mu różni poprawiacze, którzy wiedzą, jak należałoby go usprawnić i zracjonalizować, np. zmniejszając dystans między najuboższymi i najbogatszymi. Podobnie nie jestem pewny, czy uznanie w kręgach ludzi ze strony racjonalista.pl znalazłoby austriackie przekonanie o tym, że i przesąd można podciągnąć pod racjonalne działanie człowieka, jeśli tylko ten uważa, że zdając się na takowy, osiągnie swój cel.

No nie układa mi się to w żadną rozsądną całość. Za dużo w ideach wolnorynkowych jest takich „ignoranckich” kawałków. I z libertarianami jest zresztą podobnie: wielokrotnie przecież butters zarzucał nam braki w wiedzy z dziedzin takich jak socjologia czy antropologia, nie zdając sobie chyba sprawy z tego, że jeśli ktoś jest zwolennikiem wolnego rynku, to poniekąd jest kimś w rodzaju agnostyka, zdającego się na naturalny bieg rzeczy, który z czasem zapewni właściwe rozwiązania, nawet jeśli nie będziemy znali przyczyn, takiej a nie innej ich selekcji. Wtedy możemy sięgać po wiedzę i próbować wyjaśnić zastaną rzeczywistość, zanim jednak to nastąpi, podejmowanie takich prób nie ma najmniejszego sensu, chyba, że ktoś chce przewidzieć przyszłość na podstawie jakiejś teorii. To też jednak powinno traktować się jako nieuprzywilejowaną niczym prognozę, jedną z wielu możliwych, ostateczny głos pozostawiając ludzkiemu działaniu.

To trochę jak z podziurawionym plastikowym kubeczkiem: butters chce, abyśmy obliczali ewentualne pozycje dziur dostępnymi sobie metodami, ugruntowanymi w takich a nie innych dziedzinach nauk humanistycznych, a wolnorynkowiec zda się na wodę, która podobnie jak rynek działa na zasadzie ‘brute force’ i wypłynie w odpowiednich miejscach, a ten wskaże, o, tu, tu i tam cieknie, te rozwiązania są prawidłowe.

Dlatego też libertarianom może być całkowicie obojętne, czy ludzie kierują się jakimiś zasadami, które należy rozumieć jako racjonalizacje irracjonalnych impulsów czy też nie, czy decyzje będą podejmować grając w marynarza czy butelkę, czy wolna wola istnieje czy raczej panuje determinizm. Generalnie i tak nic się nie zmienia, bo to rynek swoim nieustającym waleniem w ścianę ma niezawodnie znaleźć w końcu, prędzej czy później, jakieś wyjście – inaczej po prostu wyglądałby opis tego procesu w każdym z tych przypadków.

Rzecz jasna libertarianizm, jak każda ideologia, ma pozytywny program, ale czym on tak naprawdę jest? Zwyczajną instrukcją obsługi: jeśli chcesz stworzyć wolne, samoregulujące się społeczeństwo, postępuj w podany sposób: uznawaj, że inni ludzie mają wyłączność do siebie samych, szanuj ich obowiązujące w miejscu, na którym sprawują kontrolę (własność), podejmuj interakcje wyłącznie z tymi, którzy sobie tego życzą. I oczekuj tego samego od innych. Podobnie jak to jest z przepisem na szarlotkę, książeczkami z zestawów klocków lego czy też sposobem złożenia dołączonym na karteczce do ikeowskich mebli. Aby osiągnąć zamierzony rezultat, działaj zgodnie z zaleceniami. Czy opłaca się robić szarlotkę, składać klocki albo meble z Ikei? O tym zadecydujesz już sam. Podobnie jak o tym, czy opłaca Ci się żyć w takim społeczeństwie.

Sama instrukcja obsługi może być napisana na wiele sposobów. Podać można ją w różnej formie: jej treść można przedstawić zarówno w spinozańskich punkcikach, tworzących sieci jakichś koniecznych relacji, ale także i naśladując chaotyczny styl „filozofującego młotem”. Co ważniejsze, możemy je wesprzeć niemal każdym stanowiskiem filozoficznym – skoro bowiem mając dany świat, roztrząsamy go na tyle różnorakich sposobów, decydujemy na tyle rozbieżnych jego opisów, możemy zrobić to samo w stosunku do jego wycinka, czyli tego, co postuluje ideologia. Sądzę, że gdybym się uparł, mógłbym libertarianizm wyprowadzić, zarówno stosując metodę Arystotelesa (co poniekąd zostało zrobione) jak i Kanta, Marksa czy kogokolwiek innego – wystarczy inaczej rozłożyć akcenty. Generalnie i tak liczy się sama propozycja i to czy zalecane kroki prowadzą faktycznie do celu, a nie forma w jakiej zostanie ona złożona.

Wróćmy jednak do „zaczadzenia”. Sądzę, że jest kilka sposobów na wytłumaczenie tych buttersowych symptomów. Pierwszy, który przychodzi mi do głowy, to jakaś ekstaza poznawcza. Najwyraźniej rzuca się w oczy u małych dzieci. Pokażesz jakiemuś szkrabowi jak robić za pomocą foremek babki z piasku, to nawet przez murowane parę godzin może się on poświęcać temu zajęciu, próbując niedawno nabytą wiedzę czy raczej umiejętność, eksperymentując z rzeczywistością coraz to bardziej niekonwencjonalnie, szukać granic możliwych zastosowań.

Z niektórymi po prostu jest jak z dziećmi. Dostaną do ręki młotek, to wszystko wokół będą nim obijać i obserwować reakcje otoczenia, natury martwej bądź żywej. Dostaną do ręki jakąś ideę, to na cały świat będą patrzeć przez jej pryzmat. Chodzą wtedy tacy i zastanawiają się, jak wyglądałoby libertariańskie wychowanie dzieci, libertariańska psychologia, libertariańska fizyka kwantowa, libertariańska terapia małżeństw i rozpatrują czy przypadkiem oczekiwania żony, dotyczące dłuższej gry wstępnej, nie są nieuzasadnionym, socjalistycznym roszczeniem, sprzecznym z aksjomatem nieagresji. Co też takiego powiedziałby o tym Rothbard? Mniemam, że to jest po prostu spowodowane euforią doniosłego dla siebie odkrycia, że nabyło się jakąś umiejętność i potrafi się jej użyć. Na ogół się z tego wyrasta i uznaje, że nie ma uniwersalnych, niczym spinacz MacGyvera, idei, rozwiązujących wszystkie problemy. Ale tak naprawdę, podatni na to są wszyscy. Przecież marksiści są tego jeszcze dobitniejszym przykładem – im udało się to swoje tłumaczenie Marksem wszystkiego zinstytucjonalizować.

Mnie taka działalność nigdy specjalnie nie irytowała. Jeśli ktoś chce ją uskuteczniać, nie bronię mu tego, mimo że bywa monotonny. Czasami może z tego wyjść coś inspirującego, na ogół jest śmiesznie. Ogólnie rzecz biorąc, uznaję to za rzecz niegroźną i daję ludziom czas na przetrawienie tego, co tak ich zajmuje. Są gorsze rzeczy…

Może się bowiem zdarzyć, że jakąś ideę pozna osoba, mająca tendencje do myślenia obsesyjnego. A wtedy może się zrobić naprawdę niewesoło. Jeśli już uzna, że jakaś idea proponuje godny realizacji cel, fanatycznie będzie śledzić i eliminować u siebie czy też u innych, najmniejsze od niego odstępstwa. Chodzi mi o skrupulatyzm. Obawiam się, że gdybym trafił, na ogarniętego nim libertarianina, to nawet mimo tego, że jestem skrajnym akapem, zostałbym przez niego uznany za kryptoetatystę bądź czystej wody komucha. Jeżdżę samochodem (akcyza!), pociągiem (państwowa kolej!), studiuję (państwowa uczelnia!), od czasu do czasu oglądam jakiś dramat historyczny, który koncentruje się na jakichś intrygach na szczytach władzy (pewnie sam byś tak chciał, dlatego oglądasz tę zgniliznę!), od lat okazjonalnie grywam ze znajomymi w „Heroes of Might and Magic III”, doprowadzając do ogromnych rzezi czy też opodatkowuję (czasami wysoko) wirtualnych ludzi w tytułach takich jak „Lords of the Realm” czy „Medieval: Total War” (wyszło szydło z worka, Ty gnido!). Stracony jestem. Po prostu. Co ze mnie za libertarianin? Hipokryto, wyślemy Cię do obozu poprawczego!

Beatlesów też nie mogę słuchać, oczywiście z powodu poglądów Lennona na własność prywatną, podobnie zresztą powinienem wyrzucić przez okno płyty Emerson, Lake & Palmer. Kibicowanie Liverpool Football Club też odpada, z powodu Billa Shankly’ego, socjalisty-górnika, który jako manager, położył kamień węgielny pod dalsze sukcesy tego klubu – a w ogóle, to co to za herezja, aby kibicować komukolwiek w tym komuszym mieście? I to jeszcze pasjonować się dyscyplinami drużynowymi… ZŁO! Jako anarchokapitalista, czyli niejako spadkobierca anarchoindywidualizmu, powinienem oglądać i uprawiać tylko sporty indywidualne – drużynowe są nieprawomyślne. I tak dalej, i tak dalej, i tak dalej…

A jeśli, mimo wszystko, taki inkwizytor będzie musiał dokonać jakiegoś „nieczystego” wyboru, zawsze będzie się jakoś samobiczował, autocenzurował i działał w myśl zasady: „mam takie poglądy, ale się z nimi nie zgadzam”. Tylko, że znowu – „ofiarą” tego typu ludzi, może się stać jakakolwiek ideologia. Mam znajomego. Znajomy jest socjalistą. Pojechaliśmy kiedyś do Wiednia, a że mieliśmy trochę czasu, oprowadziłem go trochę po mieście, w którym wcześniej nie był. Architektura go oczarowała. Gdy na samym końcu przechodziliśmy przez Hofburg, a następnie przez Josefsplatz skierowaliśmy się ku parlamentowi, patrzyłem na jego reakcje: zachwyt miał wymalowany na twarzy niemal non-stop. Kiedy jednak wróciliśmy do samochodu, zapytany o opinię, stwierdził coś w stylu: ilu głodnych można byłoby zamiast tego wykarmić, za te wszystkie imperialistyczne i burżuazyjne fanaberie – ja wolę nasz socrealizm. A potem jeszcze bardziej zaczął sobie sprawę obrzydzać. Ech, to tak jakby zapytany o urodę kobiety przechodzącej obok, przed udzieleniem odpowiedzi, zawrócił i zaczął ją wypytywać o poglądy i genealogię… Ja chciałem usłyszeć ocenę estetyczną, a on uznał, że wyciągając go na przechadzkę po Wiedniu, dokonałem ataku ideologicznego na jego osobę. No i co? Czy z tego powodu, miałbym bić na alarm i wrzeszczeć, że socjalizm odpowiada za zanik wrażliwości? Tłumienie własnych emocji i wypieranie ich?

Nie wiem, buttersie, czy te swoje spostrzeżenia oparłeś tylko i wyłącznie na introspekcji, czy też poczyniłeś jakieś obserwacje na innych libertarianach. Jeśli to pierwsze, to nie pozostaje mi nic innego, jak tylko pogratulować Ci trafnego wyboru – jeśli sądzisz, że coś na Ciebie źle działa, to chyba faktycznie lepiej, jeśli z tego zrezygnujesz. Cyborgów nam raczej nie potrzeba. Jeśli drugie – możliwe, że po prostu nie masz dobrego punktu odniesienia.

Napisałeś, że wśród libertarian też można znaleźć fajnych ludzi. Jako przykłady podałes założycieli liberalis.pl. I ja się z tym zgadzam. Pytanie tylko, w jaki sposób się o tym dowiedziałeś? Bez względu czy znasz ich realnie (nieinternetowo, „analogowo”), czy też nie, najprawdopodobniej po prostu spotkałeś się z ich sądami, które przekroczyły granice ideologii czy już nawet doktryn, jakie wyznają. Po prostu dali się poznać z innej strony. Przemówili ludzkim głosem. I to chyba cały sekret.

Ja ostatnio zacząłem czytać blog Quatryka. Osobnik ten, bezsprzecznie chyba pokazuje każdemu, że nie brakuje mu, ani empatii, ani w ogóle zróżnicowanego życia emocjonalnego. I jest w dodatku libertarianinem. (!) Niesamowite, niemożliwe połączenie? Nie sądzę. „Fajnych libertarian” jest tak mało, bo większość, gdy wbija na liberalis.pl tudzież gdzieś indziej, oczekuje merytorycznych tekstów na tematy stricte systemowe, takich samych sporów pod nimi, a nie wzajemnego epatowania swoimi wrażliwościami, w dodatku także po to, by udowadniać odwiedzającym podobne przybytki anarchistom społecznym, że się takowe posiada i nie są one w stanie atrofii.

Sądzę, że przebywając na portalach poświęconych numizmatom albo butelkowemu szkutnictwu, czy wędkarstwu, czytając wzajemne porady i fachowe teksty też uznałbyś, że tubylcy to totalni no-liferzy, bez żadnego wewnętrznego życia, bez żadnych emocji, pochłonięci całkowicie swoimi bezdusznymi zajęciami. A człowiek nie kończy się przecież na poglądach (anty)politycznych.

To, że co jakiś czas nie zamieszczam tutaj osobistego odpowiednika Wielkiej Improwizacji czy też nie biadolę nad losem ludzi, którym powodzi się gorzej niż mnie, nie świadczy wcale, że nie pozwala mi na to moja wrażliwość. Uznaję, że to nie jest odpowiednie do tego miejsce, a zresztą takich pokazówek od jakiegoś czasu nie znoszę. Może zresztą to obrzydziło mi kiedyś lewicę. Cały ten zakłamany lans, żerowanie na czyichś emocjach, moralność strażników ludzkich sumień, którzy za cel stawiają sobie ich budzenie. Niewątpliwie w liceum, jako true-romantyk, zdecydowanie sprzeciwiający się ‘szkiełku i oku’ byłem niezłym targetem dla lewicy, ale po kolejnych manipulacjach, uznałem, że sama wrażliwość to za mało, by nie robić rzeczy kompletnie pozbawionych jakiegokolwiek sensu, będąc rozgrywanym wte i we wte, rzucanym w morze dysonansów poznawczych, z którymi intuicja nie potrafi sobie poradzić. Generalnie rzecz biorąc, poczucie winy bardzo łatwo wywołać w człowieku i sądzę że jako osoba, obeznana z dziełami Nietzschego, doskonale zdajesz sobie z tego sprawę. Dziwi mnie jedynie to, że sam stosujesz niewolniczą taktykę i w tak nieudolny sposób próbujesz przewartościować, w tym wypadku, niektóre wartości, imputując libertarianom, że są zimnymi draniami, a nie powinni, że są racjonalistami, a nie powinni. Ja zachowuję sceptycyzm po obu stronach tego swoistego błędu naturalistycznego: zarówno wątpię w to, że są tacy jak mówisz, jak i w to czy powinni być inni, jeśli faktycznie tacy są.

Nie rozstrzygam tutaj kwestii tego, co lepsze: rozum czy intuicja – na pewno uznaję, że wszystko jest niedoskonałe i jeśli już, to te dwie instancje powinny się wzajemnie kontrolować. Ewentualnie każdy powinien zdać się na to, co najlepiej mu służy. Mnie zdanie się na samą intuicję zdecydowanie się nie przysłużyło. A libertarianizm, jako taki, owszem, bo otworzył kolejne przestrzenie dla mojej wrażliwości. Dzięki niemu się nie miotam, nie oczekuje już, że będę Wujkiem Samo Dobro, który rozwiąże problem każdego, o ile ten powierzy swój los mojemu sumieniu. Nauczyłem się dostrzegać sprawy, których jako troskliwy miś nie dostrzegałem – potrafię afirmować każde, nawet ewidentnie błędne działania ludzi, bo uznaję, że sam błąd też może mieć swoją doniosłą rolę do odegrania, o ile ci są wolni. Może i powinien się przysługiwać innym, którzy go zauważą i zrozumieją. Dlatego też całkowicie pochwalam „Wielki Aksjomat o prawie do zabicia złodzieja”, nad którym się tak pastwisz – chodzi bowiem o prostą rzecz: o zwyczajne zaufanie, prawdziwe zaufanie skutkujące uznaniem czyjejś wolności, powierzeniem mu kompetencji do kierowania sobą samym, wytyczania swojej życiowej ścieżki i przyznaniem mocy do jej obrony, gdy zostanie przez kogoś zakwestionowana – nawet jeśli miałoby się to kończyć czyimś zgonem. Zaufanie tak wielkie, że skutkujące wzajemnym powierzaniem sobie własnego życia. To jest coś, czego Ty zapewne się boisz, kryjesz się za demokratycznymi głosowaniami i szukaniem systemu bez antywolnościowych implikacji. Nie ma czegoś takiego! Ostatecznie, gdy zechcą Cię zabić, zrobią to wszędzie. Ty szukasz czułego systemu, bądź odrzucasz jakikolwiek, narzekasz na bezduszność libertarianizmu w jego skrajnych postaciach, a ja uznaję, że to nie system, a ludzie powinni być wrażliwi, w jego obrębie.

I jeśli zajdzie potrzeba, będę strzelał do złodziei – nie dlatego, że to materialne przedmioty są dla mnie ważniejsze niż czyjeś życie, a dlatego, że moja łamana wola, przekreślane zaufanie wobec obcego, kwestionowane życiowe zamierzenia i sposób ich realizacji jaki dla siebie obrałem, wolność po prostu, z pewnością taką jest. Będę strzelał, właśnie w obronie swojej wrażliwości, której ktoś najwyraźniej nie potrafi lub nie chce uszanować, narzucając mi swoją i działając jak tyran. Potem przyjdzie mi pewnie pytać, dlaczego to się stało, dlaczego to mój dom napastnik obrał sobie za cel, ale ostatecznie i tak uznam, że nie wszystko zależy ode mnie i nie mam żadnego prawa, by czyjąś decyzję, nawet tak głupią, kwestionować. Być może dałoby się podciągnąć to pod wrażliwość kolibra, ale sądzę, że ważniejsze od samych ludzi są relacje między nimi. Wolni będą tylko wtedy, gdy sami zaczną ponosić ryzyko ich formowania. Bez żadnego państwa czy komuny. Gdy nawzajem będą udzielali sobie wyłączności do dokonywania swoich własnych ocen, bez względu czy za pomocą umysłu czy intuicji, nawet tak doniosłych jak ta, czy ktoś zasługuje, czy też nie zasługuje by żyć. A może przede wszystkim takich.

A za wymienione metody leczenia serdecznie podziękuję, nie skorzystam. Nic tak u mnie nie wpływa na pogłębianie tendencji do przyrostu konserwatywno-liberalnej wrażliwości jak kontakt ze środowiskami lewicowymi i współczesną sztuką, której założenia programowe są ciekawszymi przedmiotami estetycznymi, niż same jej owoce. Co innego starocie różnorakie i prawdziwe arcydzieła, które maestrią wykonania przyciągają oko i ucho. Wybacz butters, ale mam na te leki alergię, a w dodatku bezczelnie nie uważam się za chorego. Nie jestem, ani bergmanowskim Isakiem Borgiem, ani żadnym w ogóle cyborgiem!

Filip „FatBantha” Wysocki
19.01.2010

Tagi:

21 komentarzy dla wpisu “Filip „FatBantha” Wysocki: Nie jestem cyborgiem!”

Strony: « 1 2 [3] Show All

  1. 21
    FatBantha mówi:

    E tam, najlepsze rzeczy jakie pisałem, były zazwyczaj tymi w komentarzach, pod tekstami innych ludzi. Ale teraz dokładnie nie pamiętam pod jakimi i czyimi konkretnie. Moje dziedzictwo zatem jest zgubione i stracone dla Cywilizancji i W Ogóle Wszystkiego i Wszystkich. Pewnie za ileśset lat odkryją te teksty jacyś Arabowie, przetłumaczą jak Arystotelcia i na każdym suku postawią mi pomnik w ramach podzięki i kvltv, w zamian za zasługi dla handlu…

    A tak na serio, to dzisiaj sam przyczepiłbym się do tego tekstu, bo wydaje mi się, że w większym stopniu rozumiem, o co mogło chodzić buttersowi wtedy. No ale to i tak nie zmienia faktu, że nie poczuwam się do bycia maszyną i nie sądzę, abym miał jakieś emocjonalne deficyty. Tak po prawdzie, to właśnie teraz przytrafia mi się okres takowego rozkwitu, a poglądów nie zmieniłem nawet o tyle, o!

    Jeszcze żyję, jakby ktoś pytał, neta po prostu nie miałem, bo za niego nie zapłaciłem, wolałem wydać kasę na co innego dla odmiany – na życie jak najbardziej analogowe. Wszystkich porzuconych fanów mojego talentu serdecznie przepraszam, nie obiecując jednak poprawy.

    Przepraszam też wszystkich, którym na coś nie odpisałem, przerwałem dyskusję, ale oni wszyscy to się chyba zawierają w jasiu, któremu coś tam marudziłem na blogu. Przez ten tydzień spróbuję ogarnąć, co się działo, gdy mnie w tym Zerojedynkowie nie było, i odpowiedzieć tam, gdzie będę miał coś do napisania.

    Boskie cześć zsyła Wam wszystkim,
    Wujaszek GrubaBantha, szarżujący gdzieś po piaskach Morza Wydm, na dwusłonecznej Tatooine.

Strony: « 1 2 [3] Show All

Skomentuj:

Możesz używać: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>