Robert Gwiazdowski

Robert Gwiazdowski: Świnki cztery i wilk Krugman – ”o mniej pożytecznym jak przyjemny najlepszy pieniądzu”

Staram się trzymać z dala od publicznych komentarzy na temat tak zwanych „rynków finansowych”, bo jeszcze ktoś weźmie sobie do serca moje opinie i postanowi „zainwestować” zgodnie z nimi i wtedy zamiast odpowiedzialności tylko za siebie, będę miał na głowie jeszcze innych… Tak to postępują jedynie poważni analitycy i uczestnicy „rynku”. Nie mamy euro, więc losy tej waluty specjalnie mnie nie frapują, nasze OFE nie mogą zabranych mi pod przymusem pieniędzy inwestować w „świńskie” obligacje, więc co się dzieje w Grecji też mnie na razie nie obchodzi, zacznie dopiero latem – jak przyjdzie pora wakacji. Póki co ważniejsze są warunki pogodowe w Alpach. Ale informacje na temat PI(I)GS biją jednak po oczach, tak, że nie sposób choćby chwilki się nad nimi nie zatrzymać. To drugie „I” zależy od tego, czy Włochy (Italy) już dodamy do czterech „świnek” (Portugal, Irland, Greece, Spain), czy jeszcze nie. Ale od składu drużyny „świnek” ważniejszy jest cel gry. Za sprawą „świnek” i debaty: pomogą, czy nie pomogą, wraca bowiem „sprawa euro”.

Wczoraj głos zabrał na ten temat sam Poul Krugman. Laureat Nagrody Nobla z Ekonomii i wielki zwolennik Planu Paulsona tudzież innych trików monetarno-księgowych podejmowanych w celu „ożywienia” gospodarki.

I co rzecze nasz „Zaratustra”, który, tak jak Nietzsche ogłosił śmierć Boga, ogłosił śmierć wolnego rynku, a „nadczłowiekiem” zrobił prezesa FED, który przy pomocy maszyny drukarskiej uratuje gospodarkę?

Otóż rzecze, tak w skrócie, że grecki kryzys pokazuje, że nie należało jeszcze wprowadzać w Europie wspólnej waluty (The Making of a Euromess http://www.nytimes.com/2010/02/15/opinion/15krugman.html)

Bardzo to ciekawe, bo jeszcze tydzień temu Pan Profesor uznał koncentrowanie się na problemach Grecji za „Understandable”, albowiem Grecka ekonomia „is very small” w porównaniu do takiej, na przykład, Hiszpanii (http://krugman.blogs.nytimes.com/2010/02/09/anatomy-of-a-euromess/)

Właśnie dlatego Panie Profesorze, że problem grecki jest mały (stosunkowo) Frau Angela i Monsieur Nicolas mogą się na nim „koncentrować”. A dokładniej mogą się koncentrować na gadaniu o nim. Bo jak dojdzie do Hiszpanii, to już nie będzie o czym nawet gadać, biorąc pod uwagę poziom zaangażowania banków niemieckich i francuskich w hiszpańskie obligacje i bony skarbowe, co można zobaczyć między innymi tu: http://socioecohistory.wordpress.com/2010/02/13/europes-exposure-to-pigs-problem/

Jak wynika z danych BIS (Bank for International Settlements), niemieckie, francuskie i brytyjskie banki mają „zaangażowane” (czytaj: „utopione”) w „świnkach” ponad 2 biliony USD („po amerykańsku ponad 3 triliony)! Niemieckie – 540 miliardów („po amerykańsku” bilionów), co stanowi 26% całej ich ekspozycji w papiery dłużne, francuskie – 370 miliardów/bilionów (18%), a brytyjskie – 350 miliardów/bilionów.

„Niemiaszki” mimo to zachowują większy spokój, od, jak zwykle bardziej panikujących Francuzów. Główny ekonomista Societe General Klaus Baader dość nerwowo powiedział Bloomberg’owi „The crisis in Greece is…a concrete problem for Europe ′s whole banking sector” i nie omieszkał dodać, że „that explains the interest of finance ministers in stabilizing the situation”.

Trzeba jednak pamiętać, że na Grecję przypadają „raptem” 253 miliardy/biliony. Toż to „pikuś”. Na Hiszpanię przypada ponad 840 miliardów/bilionów USD! A na Irlandię nie wiele mniej, tylko inaczej rozłożone – głównie w bankach angielskich. No chyba, że „Goldmaniątka”, którzy pomagali Grekom ukrywać prawdziwą wysokość ich długu, fałszując dane dotyczące currency i przyjmując w rozliczeniach CCS (Cross Currency Swap) fikcyjne kursy walutowe (http://www.nytimes.com/2010/02/14/business/global/14debt.html) zrobili to lepiej niż się nam wydaje i prawdziwy dług Grecji jest wyższy.

Ale wracając do Krugmana: najciekawszy jest taki oto „Krugmaniz”: „the real story behind the euromess lies not in the profligacy of politicians but in the arrogance of elites — specifically, the policy elites …” Bardzo mnie zaciekawiło tak wyraźne odróżnienie „politicians” od „policy elites”. Od dawna było wiadomo, że nie wszyscy „politicians” zasługują na miano „elite”, bo generalnie niektórzy są „oszołomami”. Ale dotąd za oszołomów uchodzili ci, którzy uważali, że wprowadzanie euro jako projektu stricte politycznego, który ma przyśpieszyć integrację Europy, a w szczególności uchronić nas od niemieckiej dominacji, a w jeszcze większej szczególności od dominacji na kontynencie niemieckiej marki (funt się jakoś wówczas jeszcze trzymał) nie ma szans powodzenia z przyczyn ekonomicznych właśnie. A tu proszę – do „oszołomów” dołączył Krugman. Co więcej, za winne wszystkiemu uznał te „policy elites”, które „pushed Europe into adopting a single currency well before the continent was ready for such an experiment”.

Rychło w czas – chciałoby się rzec. Ale jakby się Krugman zorientował wcześniej czym się może skończyć wspólna waluta dla krajów tak odmiennych jak Niemcy i Grecja, i gdzieś o tym rozpowiedział, to nie dostałby Nobla. No chyba że „pokojowego” – zamiast Gore’a albo Obamy, za „ratowanie świata przed nieurodzajem” (ekonomicznym). Bo dziś Nobla z Ekonomii mogą dostać tylko „drukarze”. A Krugman zresztą do dziś nie uważa, żeby problemem była jakaś tam „rozrzutność” Greków, którzy przecież w zestawieniu z radami Krugmana udzielanymi Obamie, wydają się nad wyraz powściągliwi w wydawaniu pieniędzy – zwłaszcza, że teraz to ich nie mają, a euro dodrukować sami sobie nie mogą. Hiszpania była przecież mniej rozrzutna niż Grecja, a problemy za chwilę będzie miała jeszcze większe. Ależ oczywiście rozrzutność nie stanowi na krótką metę żadnego problemu! Jak można drukować/dewaluować własną walutę, to można jakoś dociągnąć do wyborów, a potem winę za kryzys zrzucić na następców, bo w nieskończoność bez konsekwencji drukować się jednak nie da.

Najbardziej rewolucyjne jest twierdzenie Krugmana, że Hiszpania, czy Grecja mogłaby szybko pokonać kryzys dewaluując swoją narodową walutę. Gdyby ją jeszcze miały!!!

Co na to nadwiślańscy zwolennicy euro? Ich reakcja nie będzie niespodzianką. Bo reakcją będzie brak reakcji. W nadziei, że na tę wypowiedź Krugmana nikt nie zwróci specjalnej uwagi. Większą niespodzianką jest twierdzenie Krugmana, że to wszystko „nie powinno być niespodzianką”. „Na długo, zanim wprowadzono euro, ekonomiści ostrzegali, że Europa nie jest gotowa na jedną, wspólną walutę. Ostrzeżenia te zostały zignorowane i przyszedł kryzys ” – pisze Krugman. Znaczy się, że musiał Krugman do panteonu ekonomistów dopuścić Miltona Friedmana. Co prawda nazwisko tego „faszysty” i „poplecznika Pinocheta” – używając tonu Nami Klein – nie pada w felietonie Krugmana, ale przecież to właśnie autor „Wolnego wyboru” wieścił, że euro długo nie wytrzyma jako wspólna waluta. W tej sytuacji trzeba będzie pewnie wprowadzić jakieś zmiany w encyklopediach na temat Friedmana, jak robił Winston Smith w „1984”.

Jak zatem uratować Grecję, Hiszpanię i ewentualnie inne świnki, a wraz z nimi euro? Toż to oczywiste! Trzeba przyspieszyć integrację polityczną – aby kraje europejskie zaczęły funkcjonować jak stany w USA. To też może nie przynieść rozwiązania problemu – jak pokazuje przykład zbankrutowanej Kalifornii. Może lepsze byłoby, żeby Kalifornia wprowadziła własną walutę, niż żeby się Europa szybciej jednoczyła?

Najważniejsza jest jednak konkluzja: euro to projekt polityczny, a nie ekonomiczny. Nad Wisłą niektórzy też już podzielają ten pogląd. Na popularnym blogu przeczytałem: „Jakże inaczej wyglądałaby teraz Unia, gdyby wpierw przyjęto konstytucję tego związku państw, w której byłyby jej prawdziwe władze (nie to, co teraz mamy), prawdziwe zasady głosowania (bez liberum veto), prawdziwe, twarde, łatwe do wyegzekwowania reguły rządzące finansami i jednolite podatki, dzięki czemu nie byłoby szkodliwego dumpingu podatkowego. Po ugruntowaniu takiej Unii można by było zapraszać powoli kolejne państwa, które musiałby się zgodzić ze wszystkimi jej regulacjami. Nie byłoby derogacji powalających na przykład na nieprzyjęcie euro. Byłyby za to zasady pozwalające szybko i bez problemu wykluczyć z Unii państwo, które nie stosowałoby się do jej praw”. To taka troszkę „Libellus aureus nec minus salutaris quam festivus de optimo Reipublicae statu de que nova insula Utopia” („Książeczka zaiste złota i niemniej pożyteczna jak przyjemna o najlepszym ustroju państwa i nieznanej dotąd wyspie Utopii”). Pamiętajmy tylko, że Morus prawdopodobnie celowo nazwał swoją wyspę dwuznacznie. „Utopia” od greckiego outopos (ou — nie, topos — miejsce) to „nie-miejsce”, albo miejsce, którego nie ma, lub od eutopia dobre miejsce. Czyli dobre miejsce, którego nie ma. Przyjęcie „wspólnej konstytucji” przez Niemcy, Francję i Wielką Brytanię czy wybór wspólnych „prawdziwych władz” były tak samo realne, jak

Mam dwa pytania. Po pierwsze, czy „przyłączanie” miałoby wyglądać tak jak w przypadku Kalifornii do USA? A po drugie: czy samemu też można byłoby wystąpić? Czy trzeba byłoby czekać na „wykluczenie”? Grecy, Hiszpanie i coraz więcej Włochów już od jakiegoś czasu wiedzą to samo, co dostrzegła Pan Profesor Krugman, że łatwiej byłoby im z własną walutą. Ale nikt ich nie tylko nie „wykluczy”, ale nawet nie pozwoli „wystąpić” jakby im przyszedł taki pomysł do głowy. No chyba, że pomysł taki przyjdzie do głowy Niemcom, którym obiecywano, że euro będzie tak silne, albo nawet jeszcze silniejsze, jak marka a nie jakaś tam drahma, czy pesso! Jakby się jednak „Niemiaszki” połapały, że mają zamiast marki coś na kształt lira, to sami mogliby strefę euro „rozwiązać”. A dalsze kupowanie obligacji greckich czy hiszpańskich przez niemieckie banki może spowodować, że się w końcu „połapią”.

Prosiłbym więc wszystkich zwolenników euro o uznanie faktów oczywistych: euro jest projektem politycznym, a nie ekonomicznym. A unia ekonomiczna, to zupełnie co innego niż polityczna. Posiadanie wspólnej waluty nie jest konieczne do funkcjonowania strefy wolnego handlu, która się charakteryzuje brakiem barier celnych, a nie takim samym kolorem papieru, na którym jest napisane, że to oficjalny środek płatniczy.

Wspólna waluta papierowa ułatwia integrację polityczną, a nie ekonomiczną. Jak się nie powiodła francuskim socjalistom i brytyjskim torysom misja polityczna u Pana Gorbaczowa, żeby się broń Boże nie godził na zjednoczenie Niemiec, (http://www.timesonline.co.uk/tol/news/politics/article6829735.ece) rozpoczęła się polityczna gra walutą i integracją. Za swą zgodę na połączenie Niemiec Monsieur Mitterand zażądał zgody Her Kohla na wspólną walutę, na którą Francuzi będą mieli taki sam wpływ, albo może nawet większy, jak Niemcy. I do dziś euro pozostało projektem politycznym, przy pomocy którego, niektóre „policy elites” – używając określenia Krugmana – chciałyby nam ustanowić „niemniej pożyteczny jak przyjemny, najlepszy ustroju państwa na nieznanej dotąd wyspie Utopia”.

Robert Gwiazdowski
16.02.2010
***
Tekst był wcześniej opublikowany na blogu autora

1 comment

  1. cyberius

    bardzo fajny tekst, nawet zalinkowałem do niego wczoraj na „flakerze”
    do rzeczy: jak upadnie pięć gospodarek w strefie „euro” to:
    – czy euro będzie jeszcze do wakacji walutą
    -i czy unia przetrwa jeszcze do wakacji?

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *