Filip Paszko “O wolności”

Poprzednim swoim wpisem rozpocząłem cykl postów, dotyczących libertarianizmu. Każdy, kto go czytał, mógł się spodziewać, że następny wpis (zgodnie z moim zobowiązaniem) będzie dotyczył kwestii gospodarczych. Jednak po przeczytaniu uwag komentatorów postanowiłem zmienić zdanie i poruszyć inny temat – wolność. Doprawdy, nie potrafię powiedzieć, co jest dla anarchokapitalisty ważniejsze: wolność, czy własność. Wydaje mi się bowiem, że nie istnieje wolność, bez poszanowania prawa własności. Ale, nie wdając się w dygresję, przejdźmy do rzeczy.

Dzieciństwo

Powszechnie uważamy się za ludzi wolnych. Możemy chodzić gdzie chcemy, kupować co chcemy, jeść, co chcemy i ubierać się, jak chcemy. Czy nie tak myśli większość z nas? Nawet nie wiedzą, jak bardzo się mylą. Okazuje się bowiem, że wcale nie jesteśmy tacy wolni i sami sobie, jak nam się wydaje. Jak powinniśmy być. Nie będę już się rozpisywał na temat wymaganych do załatwienia spraw, by “zarejestrować” nowo narodzone dziecko. Tylko po co tak naprawdę Urzędom wiedza o tym, kto kiedy i z kogo się rodzi? Czy rzeczywiście tym powinno zajmować się państwo? Na szczęście (?) po kilku latach wyjaśnia się, po co taka wiedza państwu. Musimy dziecko wysłać do szkoły (o ile się nie mylę, przedszkola też są obowiązkowe, ale głowy nie dam). Nie możemy powiedzieć “nie”. Nie możemy sami wychować dziecka tak, jak byśmy tego chcieli. Państwo uważa, że to do niego należy wychowanie i wyuczanie naszych dzieci. Litościwie zostawia nam wybór między szkołą “darmową” – publiczną i płatną – prywatną. Ciężko jednak, by taki przeciętny Kowalski, którego państwo okrada na 33% jego pracy, posyłał dziecko do płatnej placówki. De facto nie pozostawia mu się wyboru – posyła dziecko do szkoły państwowej. Nierzadko gorszej, niż prywatna. Ale cóż zrobić – nie będzie przecież płacił dwa razy za jedno dziecko. Wszystko to można jeszcze znieść, gdyby nie to, że państwo mówi mu, z jakich książek jego dziecko ma się uczyć, czy w co ubierać. Można więc zadać pytanie – jaki więc wpływ na wychowanie dziecka ma rodzic? Niezbyt duży. Oto bowiem poza utrzymywaniem go i pilnowaniem, by odrobił lekcje, by bym grzeczny i “prawy” rodzic pozbawiony jest narzędzi. Musi dziecku kupić podręczniki do szkoły, mundurek. Opłacać Radę Szkoły (w darmowej, państwowej szkole, prawda?). To wszystko ma na celu indoktrynowanie dziecka – i rodzic nie ma tu nic do powiedzenia. Państwo wie przecież lepiej.

Młodość

Po ukończeniu 6. klasy szkoły podstawowej następuje pierwszy kluczowy moment w procesie indoktrynacji – przejście do gimnazjum. Wydawać by się mogło, że tutaj już rodzic ma pełne pole do popisu. Jeżeli komuś się tak wydaje, to ma rację – wydaje mu się. Oto bowiem wybór ma taki sam, jak w wypadku wyboru szkoły podstawowej – państwowej, czy prywatnej? I wybierze, jak poprzednio – nie będzie płacił dwa razy. W związku z tym kolejny wybór – JAKA szkoła państwowa będzie ostatecznym wyborem rodzica (bo 13-letnie dziecko małe ma o tym pojęcie – pamiętam z własnego przykładu)? Ale tutaj prawdziwego wyboru też nie ma – w każdej szkole uczą tego samego. Państwo tego każe uczyć. A jak państwo każe, to zwykły Kowalski może najwyżej pokląć sobie pod nosem (byle nie za głośno, bo mu mandat jeszcze wcisną). Którą szkołę więc wybiera? Najbliższą, żeby dziecko nie musiało się tłuc pół miasta autobsem. “Wybór” logiczny. I sytuacja powtarza się. Znowu musi płacić za Radę Szkoły. A poziom nauczania? Jeszcze gorszy, niż w podstawówce, bo przecież do dzieci (młodzieży) w tym wieku nie jest w stanie dotrzeć marnie zarabiający nauczyciel. Przykre, ale prawdziwe. Wybaczcie, że nie będę się rozpisywał na temat przejścia do liceum, ale myślę, że każdy sobie sam może to wymalować. Analogicznie.

Dorosłość

W każdym razie – pomijając już drogę pogimnazjalną młodego człowieka, w pewnym momencie staje się dorosły. Wydaje się już, że teraz to może wszystko. Że już nikt mu nie będzie przeszkadzał i mówił, czego mu nie wolno. Ale nie – oczywiście państwo wie lepiej, co człowiek może, a czego nie. Urzędnik zabroni mu posiadania broni, albo brania narkotyków. Czemu? Co państwu do tego, czy obywatel sobie ćpa, czy nie? Argument, że narkotyki uzależniają i zabijają jest – delikatnie mówiąc – absurdalny. Jakoś nie zabraniamy dorosłemu człowiekowi pić wódki co wieczór – co zarówno uzależnia, jak i zabija. Nie zabraniamy mu palenia papierosów, co zarówno uzależnia, jak i zabija. Mało tego – urzędnik zabroni mu jeździć taksówką, bez odpowiednich uprawnień. Zabroni mu wybudować domu na jego ziemi, bez odpowiedniej zgody. A jak już uda się Kowalskiemu taką zgodę załatwić, to państwo się postara, żeby Kowalski na tym za dużo nie zarobił – zaraz nałoży odpowiedni haradż, zwany podatkiem.
W swoim czasie Kowalski został najszczęśliwszym człowiekiem na ziemi – wedle jego opinii – zakochał się. Na całe szczęście – z wzajemnością. Ma wziąć ślub. Idzie więc do Urzędu w miejscu urodzenia, by wziąć akt urodzenia, co kosztuje go 22 złote. Idzie później z narzeczoną (która uprzednio zrobiła to samo) do Urzędu Stanu Cywilnego, gdzie muszą spisać akt małżeństwa. W związku z tym dostaje od pani urzędniczki plik karteczek do wypełnienia, które można by złożyć w książkę. Co ciekawe – na każdej z tych karteczek ma wypisać to samo. Ale ta procedura kosztuje go 84 złote. I kilka godzin zmarnowanych. Tak oto, wydał ponad 100 złotych w urzędzie. Kowalski sobie zaklął, ale spojrzał na narzeczoną i powiedział sobie, że wytrzyma. [ten akapit znam z ostatnich dni, gdyż sam latam za dokumentami do ślubu – smootnyclown].
Pewnego dnia Kowalski musiał złożyć PITa. Znowu zaklął sobie pod nosem, bo raz, że to trudne jest, bo durny urząd nie jest na tyle sprytny, by procedurę uprościć, a dwa – bo dostrzega, że gdyby nie państwo byłby o 1/3 bogatszy (de facto o 80%, ale to już sprawa na wpis o gospodarce anarchokapitalistycznej). Na szczęście – Kowalski zaraz idzie na emeryturę. Przez 40 lat państwo zabierało mu część jego dochodów. Wszystko sobie wyliczył i wie, że emeryturę przez 20 lat powinien otrzymywać na godziwym poziomie. Ale – gdy przyszedł listonosz – z 7-dniowym opóźnieniem, bo państwowy monopolista w d***e ma obywatela, okazało się, że Kowalski ledwo dostaje 70% wyliczonej przez siebie stawki. Gdzie się podziała reszta? Znowu Kowalski sobie zaklął. I tak Kowalski żyje za psie pieniądze.
Niestety, nadchodzi taki dzień w życiu Kowalskiego, że ponownie musi udać się do Urzędu. Oto bowiem pani Kowalska zmarła. I co? Stary Kowalski idzie ponownie do Urzędu Stanu Cywilnego, wypełnia kolejne pliki kartek i płaci kolejne pieniądze. Traci pół dnia w USC. Coraz częściej choruje, więc chodzi do publicznej – a jakże – służby zdrowia. Ale gdy tam chodzi, to zastanawia się, czy to jest służba zdrowia, czy to aby nie on jest służącym uzdrowiciela. Potrzebna mu recepta na leki, więc musi dać lekarzowi koniaczku, by ten bez zwłoki wypisał Kowalskiemu receptę. Kowalski pędzi do apteki. Wychodzi z niej z pustym portfelem i klnie pod nosem. Znowu trzeba dociągnąć do 10. A za miesiąc sytuacja się powtórzy. Kowalski sobie klnie, ale przypomina sobie parafrazę słów Churchilla, którą usłyszał u jakiegoś pana polityka, że socjalizm – owszem jest zły, ale nic lepszego nie wymyślono. I pociesza się, plując na “dziki liberalizm”. A o tym będzie następująca historia.

Konkluzja poczynań Kowalskiego jest jedna – państwo upadla człowieka. Pozbawia go godności. Pozbawia go nawet nadziei na lepsze jutro (bo o dziś możemy zapomnieć). Państwo stara się kontrolować każdą dziedzinę życia człowieka – oczywiście dla jego dobra. I człowiek nie ma tu nic do gadania.
Ostatnio coraz częściej nachodzi mnie refleksja, że zapomnieliśmy do czego służy prawo. Doszliśmy do sytuacji, gdzie prawo mówi człowiekowi, co może robić. Tymczasem to człowiek powinien o tym decydować. Doszliśmy do sytuacji, gdzie dozwolone jest nie to, czego prawo nie obejmuje, a to, na co pozwala.
Prawo do życia w wolności. Prawo do własności (w tym i efektów własnej pracy). Prawo do bezpieczeństwa. Prawo do równości obywateli wobec sprawiedliwości. Oto, czym powinno się zajmować prawodawstwo. Oto, co powinno regulować. I nic więcej – o czym chyba już dawno zapomnieliśmy.

Filip Paszko
14 sierpnia 2007 r.

***

Tekst został wcześniej opublikowany w blogu Ostry, k…a, jak brzytwa

Autor tekstu prowadzi bloga Ostry, k…a, jak brzytwa

 

One thought on “Filip Paszko “O wolności”

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *