Tekst niniejszy nie rości sobie pretensji do bycia profesjonalnym opracowaniem naukowym, stąd też nie zawiera przypisów, a niektóre z cytatów przytaczane są z pamięci. Jest to raczej luźne, publicystyczne ujęcie tematu, zainspirowane niektórymi dyskusjami toczonymi w kręgach prawicowych, narodowych i konserwatywnych. Czasami można bowiem usłyszeć, że Janusz Korwin-Mikke jest „libertarianinem”, okazjonalnie nawet on sam siebie tak określał, twierdząc przy tym jednocześnie, że libertarianizm to nic innego, jak „klasyczny”, „dawny” lub „stary” liberalizm, których musiał zmienić nazwę, ponieważ pierwotną zawłaszczyli amerykańscy demokraci i inni „socjaliści”. Oczywiście Korwin-Mikke nie jest libertarianinem, a przynajmniej nie w ścisłym tego słowa znaczeniu. Słowa tego nie wymyślono bowiem na określenie najogólniej pojętego „radykalnego wolnorynkizmu”, ale po to, by nazwać w ten sposób całą filozofię polityczną, której celem jest budowa ustroju opartego o odrębny system etyczny, wywiedziony nieomal tylko z praw własności prywatnej i aksjomatu nieagresji. Czym natomiast jest „korwinizm” – czyli zespół poglądów głoszonych (jawnie od ponad dwóch dekad) przez p. Janusza i powtarzanych (czasami w zwulgaryzowanej formie) przez jego zwolenników, by nie rzec – wyznawców? Nie jest moim celem ocena tego zjawiska, chciałbym jedynie – na podstawie kilkunastoletniej lektury „Najwyższego Czasu!” i innych źródeł wypowiedzi JKM – podsumować korwinizm i wyróżnić jego elementy składowe.
Przede wszystkim trzeba sobie powiedzieć, że korwinizmu nie sposób traktować jako głębokiej i szczegółowej filozofii politycznej czy w pełni spójnej doktryny. Jest to raczej narzędzie praktyczne, uzasadniane teoretycznie o tyle, o ile jest to akurat potrzebne. Przyznać należy, że korwinizm jest tworem na swój sposób oryginalnym, jeśli uwzględnić wszystkie pojawiające się w nim elementy – trudno nawet powiedzieć, czy gdziekolwiek w świecie istnieje nurt analogiczny.
Korwinizm jest osobliwym połączeniem co najmniej kilku elementów, nie zawsze zresztą dobrze do siebie pasujących. Klasyfikacja, którą przedstawię, jest oczywiście najzupełniej arbitralna i może to po prostu projekcja moich wrażeń i wyobrażeń, jednak jako wytrwały czytelnik publicystyki JKM poczuwam się do niej uprawniony. Każdy ma oczywiście prawo nie zgodzić się z nią i napisać polemikę. Wracając jednak do konkretów, w korwinizmie widzimy:
– poparcie dla ustroju wolnorynkowego (czy też – zamiennie, w szczegóły nie będziemy tu wchodzić – kapitalizmu), przy czym mówię tu o poparciu argumentowanym utylitarnie („bo to po prostu działa”, „bo tak jest taniej”, „bo to się bardziej opłaca”).
– indywidualizm, niekoniecznie w formie głębokiej doktryny filozoficznej, bardziej chodzi tu o praktyczny, zgoła instynktowny indywidualizm (a także samodzielność i nieufność) amerykańskiego farmera czy polskiego szlachcica, który chwyta strzelbę lub szablę i pokrzykuje: „To moje, własne! Moje pieniądze, moja sprawa! Coś nie chce mi się wierzyć w wasze gadanie! Won z posesji, bo psami poszczuję! Sam poradzę sobie lepiej!”
– konserwatyzm, ale przede wszystkim konserwatyzm estetyczny, dotyczący pewnych form, nie jest to natomiast całościowa doktryna tradycjonalistyczna czy reakcyjna. W uproszczeniu wygląda to tak, że w korwinizmie bardzo ważne jest, żeby całować kobiety w rękę, tłumaczyć imiona, pamiętać o przysługujących tytułach, przestrzegać pewnych konwenansów, zachęcać kobiety do tego, by nie pracowały zawodowo etc. Należy tu dodać, że przynajmniej część z tych postaw to osobiste poglądy Korwin-Mikkego, których (jako liberał) nie ma zamiaru nikomu narzucać metodami przymusu państwowego. Jest to uwaga istotna, ponieważ bardzo często słuchacze ulegają mylnemu przeświadczeniu, że JKM marzy o tym, by wszystko to, co mu się podoba w dziedzinie estetyki czy stylu życia, zaprowadzić odgórnie po przejęciu władzy.
– kult „męskości”, „twardego faceta” – kogoś w rodzaju anglosaskiego zdobywcy lub carskiego oficera „ze starej szkoły”, który gotów jest się bić, pojedynkować, „strzelić w pysk” w obronie czci swojej lub niewieściej, pogonić dzikusów, rozpędzić tłuszczę itd.
W tym miejscu warto może uczynić dygresję dotyczącą dwóch ostatnich punktów. Otóż korwinizm niekoniecznie wiąże się z surowym konserwatyzmem obyczajowym. Co prawda istotne są pewne zewnętrzne formy, ale z drugiej strony JKM nieraz pozwalał sobie na dość niefrasobliwe opinie dotyczące takich kwestii jak np. poligamia czy posiadanie kochanek przez mężczyznę. Są w tym widoczne ślady zarówno owego kultu „męskości” (rozumianego nieco cynicznie, w domyśle: mężczyzna jest samcem i nic na to nie poradzimy), jak i coś, o czym powiemy za chwilę – czyli ewolucyjne, darwinistyczne poglądy JKM. Wymownym przykładem omawianego podejścia może być jeden z argumentów, które JKM wysunął kiedyś przeciwko koedukacji (domagając się rozdziału płci w szkołach). Otóż – pomijając wszelkie kwestie związane z naturalnymi uzdolnieniami i możliwościami chłopców i dziewczynek – obyczajowi rygoryści (jak np. publicysta Mirosław Salwowski) twierdzą, że taki rozdział ułatwiłby dojrzewanie w czystości, ugaszenie popędów etc. Janusz Korwin-Mikke zaprezentował niegdyś zupełnie odmienne podejście do tej kwestii – otóż wychowanie chłopców bez towarzystwa dziewczynek jest właśnie dlatego lepsze, że rozbudza apetyty, popędy i pragnienia, że czyni z dziewcząt tajemniczy obiekt pożądania i adoracji, słowem – „nakręca” chłopców.
– kolejną częścią składową korwinizmu jest swoisty ewolucjonizm, rodzaj „darwinizmu społecznego”, posługiwania się z upodobaniem terminologią biologiczną w odniesieniu do społeczeństwa i prostymi kryteriami tego rodzaju. Nie oznacza to tak do końca „organicznej” wizji społeczeństwa, zaczerpniętej z konserwatyzmu, a czasami jest wręcz czymś przeciwnym. W uproszczeniu sprowadza się to do takich przeświadczeń jak np. to, że naród, którego kobiety gwałcone są przez zdobywców, w zasadzie na tym korzysta, ponieważ dzięki temu na dzieci zrodzone z owych „związków” przechodzą geny zwycięzców. Innym przykładem może być standardowy argument nt. legalizacji narkotyków, a mianowicie – że „im szybciej narkoman zginie, tym mniejsza szansa, że wciągnie innych w swój nałóg”.
– istotny jest także korwinowski kult „prawicowego zamordyzmu”, sympatii dla władzy „silnej jednostki”, która bierze tłum za pysk, po czym „rozpędza demokratów, zaprowadza kapitalizm, karę śmierci i karę chłosty”. Warto tu zaznaczyć, że osławiony monarchizm JKM nie ma charakteru legitymistycznego, nie są też w nim istotne głębokie uzasadnienia filozoficzne czy teologiczne – jest to raczej monarchizm „techniczny”, przekonanie, że król jest stróżem porządku wydajniejszym i bardziej opłacalnym od demokratów. Zamiast króla może być też dyktator, najlepiej prawicowy (w rodzaju Franco czy Pinocheta), ale niekoniecznie – JKM poważnie rozpatruje np. taką wersję, że polskim Pinochetem mógłby być w swoim czasie gen. Jaruzelski („zresztą człowiek bardzo poczciwy”).
– ostatnim elementem składowym, który wyróżnimy, będzie wielki worek, do którego zbiorczą wrzucane są rozmaite teoretyczne, filozoficzne, naukowe, bywa że i religijne uzasadnienia korwinizmu. Wspólnym ich mianownikiem jest to, że przedstawiane są (zazwyczaj) w postaci uproszczonej. Przewijają się tu bardzo różne motywy: religijne (JKM występuje jako „katolik”, „chrześcijanin”, „człowiek wierzący w Boga”), z dziedziny doktryn politycznych (JKM powołujący się na libertarianina Rothbarda, obiektywistkę Ayn Rand, klasyków liberalizmu konserwatywnego w rodzaju de Tocqueville’a, okazjonalnie nawet na myślicieli stricte reakcyjnych), ekonomiczne, „socjobiologiczne” i „cybernetyczne”. JKM zdaje się stosować te uzasadnienia dość dowolnie, co niewątpliwie czyni jego ideologię eklektyczną.
Korwinizm nie jest oczywiście reakcjonizmem czy tradycjonalizmem, nawet jeśli w takim przekonaniu żyją niektórzy entuzjaści wieloletniego prezesa UPR. W zasadzie jest to rodzaj klasycznego liberalizmu, ubarwionego jednak rozmaitymi (wypisanymi powyżej) dodatkami, sympatiami, antypatiami i uprzedzeniami. Z całą pewnością nie jest to jednak libertarianizm. Korwin-Mikke nie tylko, że postuluje istnienie państwa (co jeszcze dałoby się podpiąć pod minarchizm), ale aprobuje też np. obowiązkowe przeszkolenia wojskowe dla młodzieży w wieku szkolnym, istnienie tajnych służb specjalnych, czy cenzurę propagandy lewicowej. Postuluje proste i surowe kary, co samo w sobie nie jest może niezgodne z szeroko pojętym libertarianizmem, pamiętajmy jednak, że w ideologii tej istnieją nurty, w których głosi się, że kary (więzienia, chłosty czy śmierci) w ogóle nie są adekwatnym zadośćuczynieniem, a cały system prawny powinien być oparty o materialne odszkodowania za naruszenie praw własności. Korwin-Mikke domaga się co prawda ograniczenia czasu obowiązywania patentów i praw autorskich, ale godzi się na ich istnienie – co dowodzi, że nie podchodzi do tematu z perspektywy praw własności, ale według kryteriów utylitarnych („mimo wszystko opłaca się nadać ten przywilej, choć nie na tak wielką skalę, jak ma to miejsce obecnie”). Oczywiście libertarianizm nie musi się wiązać z infoanarchizmem, ale z pewnością nie ma w nim miejsca na uzasadnienia nie odnoszące się do praw własności i oparte na „umówieniu się” (przez państwo z samym sobą), że „tak będzie lepiej”.
Osobistą cechą JKM jest upraszczanie i uogólnianie większości zjawisk – np. podczas jednego ze spotkań usłyszałem na początku, że „za Hitlera podatki były trzy razy niższe”, na końcu zaś, że „cztery razy”. Takiego bezrefleksyjnego rzucania liczbami, kwotami i obietnicami („załóżmy, że rządzi UPR, wzrost gospodarczy jest, powiedzmy, 9% rocznie”) jest w publicystyce JKM więcej. Jeszcze bardziej uwidacznia się to w wypowiedziach najbardziej radykalnych wyznawców Prezesa, zwłaszcza tych młodych. Można np. często usłyszeć z ich ust stwierdzenie, jakoby „kiedyś było normalnie, kapitalizm i wolny rynek, aż do Rewolucji Francuskiej, bo wtedy przyszli socjaliści i wymyślili te różne swoje podatki, ubezpieczenia i zasiłki”. Nie trzeba oczywiście dodawać, że w okresie ancien regime nie było bynajmniej „wolnorynkowego kapitalizmu”, ale ustrój feudalny, korporacyjny – oparty nie o wolność dla wszystkich, ale o system rozmaitych przywilejów, zobowiązań i danin, rozmaitych dla różnych grup społecznych.
Jak wspomniałem na początku, artykuł ten w zasadzie nie ma być oceną korwinizmu, choć od pewnych uszczypliwych uwag nie udało mi się uciec. Nie jest też opracowaniem politologicznym. Niektóre zjawiska przedstawiłem być może w trochę przejaskrawiony sposób, nie popadając jednak przy tym w parodię. Jeśli kogoś temat interesuje – zapraszam do dyskusji.
Adam T. Witczak