Genialny, zmuszający do myślenia artykuł Karla Hessa w tym wydaniu każe zmierzyć się z problemem konkretów, którego skala wykracza poza ruch libertariański. Przykładowo, muszą być w tym kraju setki tysięcy „profesjonalnych” antykomunistów. Nikt jednak z tego wytrawnego towarzystwa na drodze swych krucjat nie stworzył konkretnego planu dekomunizacji. Przypuśćmy, że Panowie Breżniew i Spółka nawracają się na ideały wolnego społeczeństwa; pytają oni wtedy naszych antykomunistów, dobra, jak się teraz zabrać do tej całej desocjalizacji? Co mogliby nasi antykomuniści im zaoferować?
Na to pytanie w praktyce odpowiedziały ekscytujące wydarzenia w Titowskiej Jugosławii. Zaczynając od 1952, Jugosławia podlega desocjalizacji w niewiarygodnym tempie. Zasadą, z jakiej zrobili użytek Jugosłowianie jest libertariańska zasada „zadomowienia”: państwowe fabryki robotnikom w nich pracującym! Praktyczną własność w znacjonalizowanych zakładach sektora „publicznego” oddano robotnikom w poszczególnych fabrykach, tworząc kooperatywy produkcyjne i czyniąc ogromny skok w kierunku jednostkowych udziałów własnościowych pojedynczych pracowników. Jaka jest inna możliwa droga do deetatyzacji? Zasadą rządzącą państwami komunistycznymi powinna być: ziemia chłopom, a fabryki robotnikom, w ten sposób odbierając własność Państwu i oddając ją prywatnym zadomownikom.
Zasada zadomowienia oznacza, że dostanie się bezpańskiej własności w prywatne ręce wyznacza to, kto pierwszy ją znajdzie, użyje i przemieni swą pracą. To całkiem jasne w przypadku pioniera i ziemi niczyjej. Ale co z własnością kradzioną?
Załóżmy, dla przykładu, że A ukradł B konia. Nagle przychodzi C i odbiera konia A. Czy można nazwać C złodziejem? Z pewnością nie, nie możemy nazwać przestępcą kogoś, kto ukradł od złodzieja. A wręcz przeciwnie, C dokonał szlachetnego czynu konfiskaty, gdyż pozbawił złodzieja A owoców jego przestępstwa i agresji i przynajmniej przywrócił konia z sektora „kryminalnego” niewinnemu sektorowi „prywatnemu.” Oczywiście jeszcze lepiej by było, gdyby oddał konia B, pierwotnej ofierze. Nawet jeśli tego jednak nie zrobi, bardziej sprawiedliwym jest koń w rękach C niż w rękach A, złodzieja i przestępcy.
Zastosujmy teraz naszą libertariańską teorię własności w przypadku własności pochodzącej od aparatu Państwowego lub pozostającej w jego rękach. Dla libertarianina Państwo jest jednym wielkim gangiem zorganizowanych przestępców, którzy żyją z kradzieży zwanej „podatkami” i używają tych wpływów, by zabijać, brać w niewolę i generalnie popychać ludzi dookoła. Stąd wynika, że własność Państwowa jest w rękach złodziei i powinna zostać wyzwolona najszybciej, jak tylko można. Każda osoba lub grupa osób, która wyzwala taką własność, zawłaszcza lub konfiskuje Państwu, popełnia czyn szlachetny i wyświadcza znakomitą przysługę sprawie wolności. W przypadku Państwa, co więcej, ofiarę trudniej jest zidentyfikować niż B, właściciela konia. Wszyscy podatnicy, wszyscy poborowi, wszystkie ofiary Państwa zostały okantowane. Od której strony ugryźć zwracanie całej tej własności podatnikom? Jakich należy użyć proporcji w tej całej makabrycznej plątaninie rozboju i niesprawiedliwości, której wszyscy doświadczyliśmy z rąk Państwa? Zwykle najbardziej praktyczną metodą desocjalizacji jest po prostu przyznanie moralnego prawa posiadania tej osobie lub grupie, która odbierze własność Państwu. Z tej grupy najbardziej na to moralnie zasługują ci, którzy już używają tej własności, a którzy nie są współodpowiedzialni za Państwowe akty agresji. Ci stają się zatem „zadomownikami” kradzionej własności i zarazem prawowitymi właścicielami.
Weźmy za przykład Państwowe uniwersytety. Własność zbudowaną z funduszy skradzionych podatnikom. Skoro Państwo nie znalazło ani nie zastosowało sposobu zwrócenia tej własności społeczeństwu podatników, właściwymi posiadaczami uniwersytetu są „zadomownicy,” którzy już używają i w ten sposób „mieszają swą pracę” z organami. Najważniejszą przesłanką jest pozbawienie złodzieja, w tym przypadku Państwo, najszybciej jak to możliwe władania i kontroli nad owocami swej defraudacji i zwrócenie własności czystemu sektorowi prywatnemu. To oznacza studencką i/lub pracowniczą własność w uniwersytetach.
Spomiędzy tych dwóch grup, studenci mają pierwszeństwo, gdyż studenci płacą przynajmniej pewną ilość pieniędzy na wsparcie uniwersytetu, podczas gdy profesura nosi moralne znamię życia z funduszy Państwowych i w ten sposób stania się w pewnym stopniu częścią aparatu Państwowego.
Tę samą zasadę należy zastosować w przypadku nominalnie “prywatnej” własności, która w rzeczywistości pochodzi od Państwa jako efekt nieustającego lobbowania. Uniwersytet Columbia, dla przykładu, niemal dwie trzecie przychodów którego pochodzi od rządu, można nazwać „prywatnym” collegem tylko z ironicznym uśmieszkiem. Zasługuje on na podobny koniec w postaci szlachetnego czynu konfiskaty.
A jeśli Uniwersytet Columbia, co z General Dynamics? Co z gromadą korporacji, nieodłącznych części kompleksu militarno-przemysłowego, które nie tylko otrzymują ponad połowę, a czasem praktycznie całość swoich przychodów od rządu, lecz także uczestniczą w aktach masowego morderstwa? Jakie jest ich prawo do własności „prywatnej”? Mniej niż zero, bez wątpienia. Ci gorliwi lobbyści o kontrakty i subsydia, jako współzałożyciele państwa garnizonowego, zasługują na konfiskatę i przywrócenie ich własności prawdziwemu sektorowi prywatnemu z największym możliwym pośpiechem. Stwierdzić, że ich własność „prywatna” musi być respektowana to stwierdzić, że własność koniokrada i mordercy musi być „respektowana.”
Ale jak się zabrać za desocjalizację całego ogromu własności państwowej i do tego “własności prywatnej” typu General Dynamics? To wszystko wymaga skrupulatnego namysłu i dociekliwości za strony libertarian. Jednym sposobem byłoby oddanie jej w posiadanie zadomownikom, pracownikom poszczególnych zakładów; innym oddanie jaj w odpowiednich proporcjach pojedynczym podatnikom. Musimy jednak zmierzyć się z faktem, że najbardziej praktyczną drogą mogłaby się okazać nacjonalizacja poprzedzająca redystrybucję. Jak więc możnaby przekazać General Dynamics zasłużonym podatnikom nie nacjonalizując wpierw firmy? Ponadto, nawet gdyby rządowi przyszło na myśl znacjonalizować General Dynamics – bez odszkodowania rzecz jasna – per se, nie jako wstęp do rozdania go podatnikom, nie jest to niemoralne lub coś, z czym trzeba walczyć. Oznaczałoby to tyle, że jedna banda złodziei – Państwo – wywłaszcza inny, dotąd współpracujący gang, korporację, która żyła na koszt państwa. Nieczęsto zdarza mi się zgadzać z Johnem Kennethem Galbraithem, ale jego niedawna propozycja, by znacjonalizować firmy, których ponad 75% przychodów pochodzi od rządu lub od wojska, ma sporo zalet. Nie oznacza ona w końcu agresji przeciw prywatnej własności, a w dodatku moglibyśmy oczekiwać mniejszej gorliwości ze strony kompleksu militarno-przemysłowego gdyby wyciąć zysk z obrazka wojny i grabieży. Do tego uczyniłoby to amerykańską machinę wojenną mniej efektywną, w końcu rządową, a to są z pewnością dobre wieści. Czemu jednak zatrzymywać się przy 75%? Pięćdziesiąt procent zdaje się rozsądnym punktem przecięcia między organizacją w większości publiczną i w większości prywatną.
Jest jednak jeszcze jeden czynnik. Dow Chemical, dla przykładu, jest gęsto krytykowane za produkowanie napalmu dla amerykańskiej machiny wojennej. Odsetek sprzedaży napalmu w przychodach firmy jest z pewnością niewielki, więc sądząc po procentach może się ona nie wydawać zbyt winna; napalm jest jednak i może być jedynie instrumentem masowej zagłady i z tego względu Dow Chemical jest po szyję zamieszane w masowe morderstwa w Wietnamie. Żaden odsetek sprzedaży, niezależnie jak mały, nie może go rozgrzeszyć.
W ten sposób dochodzimy do argumentu Karla o niewolnikach. Jednym z tragicznych aspektów wyzwolenia chłopów w Rosji w 1861 było to, że choć sami poddani zyskali osobistą wolność, ziemia – ich środek produkcji i życia, ich ziemia pozostała pod władaniem ich feudalnych panów. Ziemię powinni byli otrzymać sami chłopi, gdyż według zasady zadomowienia to oni orali ziemię i to im należy się tytuł. Co więcej, byli oni uprawnieni do palety odszkodowań od ich panów za wieki ucisku i wyzysku. To, że ziemia pozostała w rękach lordów nieuchronnie doprowadziło do Rewolucji Bolszewickiej, gdyż rewolucja, która wyzwoliła chłopów pozostała niedokończoną.
To samo dotyczy zniesienia niewolnictwa w Stanach Zjednoczonych. Niewolnicy zyskali wolność, to prawda, lecz ziemia, plantacje, które orali i które z tego względu im się należały według zasady zadomowienia, pozostały w rękach ich byłych właścicieli. Do tego nie przyznano wyzwoleńcom żadnych odszkodowań za ich ucisk z kieszeni ich panów. Zniesienie niewolnictwa pozostało więc niedokończone i zasadzono ziarna nowej rewolty, która wciąż kiełkuje do dnia dzisiejszego. Stąd ogromna waga przeniesienia nacisku w żądaniach Czarnych z większych zasiłków na „odszkodowania”, odszkodowania za lata niewoli i wyzysku i za nieoddanie Czarnym ich ziemi, za zignorowanie nawoływań Radykalnych abolicjonistów o „40 akrów i muła” dla byłych niewolników. W wielu przypadkach można zidentyfikować stare plantacje oraz spadkobierców i potomków byłych niewolników i odszkodowania mogą stać się w istocie bardzo konkretne.
Alan Milchman, w czasach, gdy był błyskotliwym młodym libertariańskim aktywistą zwrócił jako pierwszy uwagę, że libertarianie dali się zwieść czyniąc swą główną dychotomią „rządowe” vs. „prywatne,” gdzie to pierwsze jest złe, a to drugie dobre. Rząd, zauważył, nie jest w końcu jakimś mistycznym ciałem lecz grupą jednostek, „prywatnych” nawet, operujących na zasadzie zorganizowanego gangu kryminalnego. To jednak oznacza, że mogą również istnieć „prywatni” przestępcy, a także ludzie bezpośrednio powiązani z rządem. Tym, czemu my libertarianie się w takim razie sprzeciwiamy jest nie rząd jako taki, lecz przestępczość, tym, czemu się sprzeciwiamy są niesprawiedliwe, kryminalne tytuły własności; tym, co popieramy jest nie własność „prywatna” sama w sobie, lecz sprawiedliwa, czysta, niewinna własność prywatna. To na sprawiedliwości a niesprawiedliwości, niewinności a przestępczości powinny się nasze wysiłki koncentrować.
______________________
Tłumaczenie: Jędrzej Kuskowski
na podstawie: Murray Rothbard, Confiscation and the Homestead Principle
Tekst zamieszczony w The Libertarian Forum, 15 VI 1969:
http://www.mises.org/journals/lf/1969/1969_06_15.aspx#3