Wolności osobiste

Jeremi Libera “Wolność – zrób to sam!”

Tak to już z nami jest. Możemy godzinami rozwodzić się nad teoriami prywatnego systemu sądownictwa (anarchiści), sposobów pozapodatkowego finansowania minimalnego rządu (minarchiści), ale mamy duże problemy z odpowiedzeniem na pytanie: jak libertariańskie pomysły realizować?

Najprostsza, prawdziwa i głupia zarazem, odpowiedź brzmi: przekonajmy ludzi! No jasne, ale co ma się za tym kryć? Czy tabuny tych przekonanych ludzi mają ruszyć na parlament uzbrojeni w kałasznikowy? A może swoje „przekonanie” powinni wyrazić za pomocą karty wyborczej? Tu zaczynają się duże rozbieżności.

Jak już pewnie wiecie, wolnościowa przemiana musi oznaczać zmianę ustroju. A drogi ku niej są dwie: rewolucyjna i demokratyczno-ewolucyjna. Nie mam pojęcia, jak miałaby wyglądać ta pierwsza. Rewolucja zakłada wstrzymanie się od działań politycznych (biernego i czynnego prawa wyborczego) do czasu, gdy czas i poparcie będzie na tyle odpowiednie, aby móc wzniecić płomień wolności i rozpędzić państwo w cztery wiatry. Czy aby na pewno? Już pisałem (a w wywiadzie opublikowanym niedawno na Liberalis.pl mówi o tym David Friedman), że radykalne zmiany muszą prowadzić do antywolnościowej reakcji. Obiektywnie rzecz biorąc są więc propaństwowe! Szybkie zniesienie struktur państwa spowodowałoby wojnę przeciwników anarchii z jej zwolennikami, a w dalszej części, w stanie coraz większego chaosu, używając hobbesowskiego terminu, „wojnę wszystkich ze wszystkimi”. Suma przemocy prywatnej przekracza tu ilość przymusu stosowaną przez zniesione niedawno państwo. Nie mówiąc już o tym, że sama rewolucja wiąże się z użyciem przemocy, co delikatnie mówiąc, jest mało libertariańskie.

Drugą, popieraną przeze mnie formą zmian, niosącą tyle samo nadziei, co zagrożeń, jest droga demokracji. Prawo Murphy’ego głosi, że jak coś może być zepsute, to się zepsuje. Na tej drodze powodów do błędów i wypaczeń jest aż nadto. Ale zacznijmy od początku:

Założyć partię i wygrać wybory.

Prawda, że brzmi prosto? Ale tylko teoretycznie. W praktyce nawet stworzenie partii, nazwijmy ją roboczo Partią Wolnościową, jest na skali trudności gdzieś między rozstąpieniem wód morskich a wypiciem czterdziestu tequllii. Przyjmijmy jednak, że warunki są dla nas sprzyjające. Idea robi się popularna chociaż w środowiskach akademickich i wśród młodzieży (bez tego ani rusz), do tego dochodzi kryzys europejskiego państwa opiekuńczego (to też nam bardzo na rękę) i systemów partyjnych. Zabawę czas zacząć! Nasza partia, najlepiej jako europejska międzynarodówka o organizacji bliższej partii zielonych niż brytyjskich Torysów, zadomawia się na dużej części sceny politycznej. Przy wyjątkowej dla Partii Wolnościowej koniunkturze wreszcie dochodzimy do władzy (najlepiej w kilku europejskich krajach).

Co robimy? Etap 1.

Co się da! Ale po pierwsze nie dajemy się omamić posiadanej władzy. Nie możemy zapominać, że naszym głównym zadaniem jest demontaż państwa, a nie rozdawanie subsydiów dla bogatych kumpli. Musimy pamiętać, iż jesteśmy ludźmi ideowymi, którzy robią to, co robią, bo wierzą, że istnieją wartości ponadczasowe (i nie chodzi tu o Beatlesów, tylko o aksjomat o nieagresji). Już w ciągu pierwszych kilku miesięcy należy rozpocząć prywatyzację przedsiębiorstw państwowych, zmniejszyć i uprościć podatki, znieść wszelkie niedogodności dla przedsiębiorców (hasło „firma w 10 minut”) i wprowadzić masę oszczędności, nawet na najprostszych rzeczach jak druki i samochody. W tym samym czasie powinniśmy także po trochu likwidować wszelkie prawa regulujące dobrowolne stosunki między dorosłymi ludźmi.

Pozostały jednak jeszcze trzy bardzo ważne drażliwe kwestie: szkolnictwo, służba zdrowia i ubiezpieczenia społeczne. W pierwszym etapie naszych przemian wystarczy przejście na system bonów edukacyjnych (przy całkowitej prywatyzacji), nie sądzę, aby społeczeństwo dało przywolenia na coś ponad to. W przypadku szpitali i systemu ubezpieczeń społecznych nie widzę innego ratunku niż natyczmiastowa prywatyzacja. Ale tu mała uwaga i dość nowatorska idea. Jeśli część ludzi chce nadal korzystać z edukacyjnych, medycznych i ubezpieczeniowych usług rządu, to czemu im na to nie pozwolić? Możemy pozwolić na dobrowolne finansowanie rządowych instytucji i zostawiać część z nich, na które obywatele łożą pieniądze (bo to ich, w pełni rynkowy, wybór).

Na deser, na tyle, na ile pozwoli nam sytuacja w parlamencie i nastroje na ulicach – reforma konstytucyjna. Skreślenie istotnych socjalistycznych zapisów i wprowadzenie bardziej wolnorynkowych (np. o zakazie deficytu budżetowego). Prawda, że już po pierwszym etapie jest lepiej?

Etap 2. Państwo – nocny stróż.

Możemy powiedzieć, że jeżeli pierwsza część (r)ewolucji wprowadzała państwo neoliberalne, to jej drugi etap wskaże cel w postaci klasycznie liberalnego państwa minimum – nocnego stróża. Na tym etapie głównie dokończymy to, co zaczeliśmy (o ile nie zepsuje nas wcześniej władza i nie udobruchają lobbyści oraz związki zawodowe) i zagramy uwerturę do kolejnego punktu w naszym programie.

A zatem konieczne do wykonania zadania to: zakończenie prywatyzacji, obniżka podatków do niezbędnego minimum płaconego od dochodu, prywatyzacja (na zasadach znanych z przypadku opieki medycznej), zlikwidowanie wszelkich niewolnościowych praw pozagospodarczych, a także zrezygnowanie, z dużą dozą ostrożności, z wydawania bonów na szkoły i zniesienie obowiązkowej frekwencji. Jeszcze „tylko” napisanie nowej, wyrażającej wolnościową myśl polityczną, filozoficzną i gospodarczą konstytucji, zakazującej działalności rządu poza bezpieczeństwem i sprawiedliwością (lub wielu ustaw zasadniczych, jeśli myślimy o większej ilości krajów) i żyjemy w państwie w którym świetnie czują się panowie Locke, Mises i Bastiat. Pannę Rand, pana Rothbarda, D. F. Friedmana i Konkina prosze o cierpliwość i zapraszam do poczekalni…

Etap 3. Państwo – pijany nocny stróż.

Odkryłem niedawno, że państwo to całkiem fajna instytucja, która zawsze musi powstać i dzieje się to na wolnym rynku. Na pewno nie ma jednak prawa pobierać podatków, bo nie może w żaden sposób (oprócz pewnych wyjątkowych sytuacji) inicjować przemocy. Etap trzeci to stworzenie państwa bez podatków, opierającego się wyłącznie o dobrowlonie uzyskane dochody i opłaty za własne usługi dotyczące bezpieczeństwa i sprawiedliwości. Jak mamy to jednak zrobić, co z policją i sądami, czy mamy je prywatyzować? Zrobimy tak samo, jak np. z medycyną. Dajmy ludziom zdecydować! Jeśli chcą korzystać z rządowej policji i sądów, proszę bardzo, z tym, że będzie to pewnie przytłaczająca większość ludzi (ze względu na to, iż większy dostarczyciel usług zawsze gwarantuje większe bezpieczeństwo, państwowy monopol powstaje więc na rynku). Oczywiście zawsze będzie istnieć marginalna konkurencja, proszę bardzo, ale musi ona respektować przyjęte przez nowopowstały quasi-rząd wolnościowe prawa. Tylko po to, aby konkurencyjne agencje bezpieczeństwa nie naruszały praw naturalnych. Rząd istnieje nie po to, aby inicjować przemoc, ma on za zadanie tylko chronić prawa ludzi. To prawdziwe urzeczywistnienie tego ideału. Tradycyjnie musimy także zmienić ustawę zasadniczą na zabraniającą pobierania podatków. Ot tak, dla zasady.

Etap 4.

??? (Do dyskusji zapraszam pana Nozicka i Rothbarda. Co mamy teraz począć? Wrócić do wersji 2.0 czy szukać prawdziwej wolności w anarchii? A może pozostać na obecnym etapie? Wszystko zależy od nas!)

Miłej zabawy!!!

Jeremi Libera

===========================

Tekst został wcześniej opublikowany na blogu Jeremi Libera odrażający wolnościowiec

Autor artykułu jest współzałożycielem serwisu Liberalis oraz prowadzi bloga Jeremi Libera odrażający wolnościowiec