Patryk Bąkowski

Patryk Bąkowski “Mój głos”

Wśród anarchistów ostatnio daje się odczuć bieżączkową gorączkę wyborczą. Powstają sobie różne akcje co to niby mają zachęcać do niegłosowania. I w sumie argumentacja to nawet jest dość ciekawa. A dla mnie jest to tak naprawdę dość śmieszne, choćby z tego powodu że w zasadzie skoro anarchista ma w dupie wybory to powinien mieć w dupie zarówno agitację za jak i tę przeciw.
Ale mam też kilka wątpliwości cięższej wagi.
Po pierwsze efekt takiej agitacji anty będzie co najmniej marny, a wręcz przypuszczam że wynikiem będzie jeszcze większy ogólnopanujący syf. Fakt możemy sobie powiedzieć im więcej idiotów na Wiejskiej tym szybciej to wszystko się rozpadnie. Ale czy historia przypadkiem nie pokazuje że po idiotach to już tylko rewolucje, a co po rewolucjach to chyba każdy wie. W każdym razie, nie do końca moim zdaniem jest tak że ten pojedynczy głos się nie liczy. Jeżeli zniechęci się tych którzy jeszcze jako tako są w stanie zastanowić się nad sensem wyborów to kurde kto do cholery zostanie wybrany?
Rozumiem jeszcze jako tako argumentacje przeciw wyborom do sejmu. Tam faktycznie jeden głos w tę czy w tamtą nie ma znaczenia, a i 1000 głosów też pewnie nie koniecznie. Ale to nie jest powód aby nawoływać do nie głosowania. Najgorszy jest marazm i zniechęcenie. Samo oddanie głosu jest nie tyle wybraniem kogoś komu się ufa, ale pokazaniem że chce się być człowiekiem odpowiedzialnym za swój los. To że możliwości są kiepskie nie oznacza zaraz że mamy z nich rezygnować. A już kompletnie nie podoba mi się zniechęcanie do udziału w wyborach samorządowych, gdzie wystarczy poświęcić chwilę uwagi kandydatom, przyjrzeć się im i ten nasz jeden głos może naprawdę zaważyć czy będzie nami rządził podejrzany typ czy już nawet nie istotne jakiej opcji politycznej, ale porządny gość. A tacy naprawdę często mimo wszystko na listach wyborczych się znajdują.
Jeżeli już za czymś agitować, to może warto głośno krzyczeć że pomysł z jednomandatowymi okręgami wyborczymi nie jest taki głupi, i domagać się krzycząc tym samym głosem jakim mówi się o niegłosowaniu, takich zmian.
A tak naprawdę zamiast się napuszać, może warto zadać sobie trochę więcej trudu, poczytać na stronach sejmowych co nieco o (p)osłach i ich wystąpieniach, interpelacjach, zapytaniach. Gwarantuję że wśród tej swołoczy z pierwszych stron gazet można tam znaleźć gości którzy faktycznie dostrzegają debilizm prawa które przychodzi im tworzyć, starają się zadawać trudne pytania rządowi i występując nawołują tych misiów pysiów co to codziennie obrzydzają nam życie do zachowania odrobiny zdrowego rozsądku. Przez to że tych sejmowych Syzyfów nikt nie chce dostrzec coraz mniej do wyborów idzie takich ludzi którym nawet chciałby się dowiedzieć kim jest osoba przy której postawią krzyżyk, przez to właśnie na co dzień widzimy te buraczane mordy ludzi o małych penisach którzy swoje kompleksy chcą kamuflować posiadaniem coraz większej władzy. Może zatem lepiej zamiast krzyczeć o tym że są przyjemniejsze rzeczy niż głosowanie, że każda partia to syf, poszukać tych rodzynków co to jednak z uczciwością mają coś wspólnego i krzyczeć o nich?
Uważam się za wolnościowca i chyba wielokrotnie dałem wyraz temu że nie przepadam za instytucją państwa. Uważam że o wiele piękniej by się wszystkim żyło gdybyśmy nie musieli na każdym kroku podlegać decyzją jakiegoś urzędasa. Ale także uważam że wolność wymaga nie rewolucji, nie bierności ale ogromnej pracy w przekonywaniu ludzi że nie będzie im się żyło lepiej jeżeli sami nie będą chcieli być odpowiedzialnymi za własne życie. Wybory mimo wszystko dają namiastkę tej odpowiedzialności i są całkiem niezłym krokiem do pokazania ludziom że nie wymaga to wcale takiego wielkiego wysiłku.
Jeżeli przekonamy ludzi rozsądnych do tego aby nie głosowali, głosować i tak pójdą wszyscy fanatycy. I co wtedy? Na tym nam zależy aby z tych strzępów wolności które jeszcze mamy, i z których możemy wykrzesać jeszcze jakiś żar, pozostało jedno wielkie G?

Patryk Bąkowski
17 sierpnia 2007 r.

***

Tekst został wcześniej opublikowany na blogu Qatrykowe boje

Autor artykułu prowadzi bloga Qatrykowe boje

12 comments

  1. RadekFF

    Wątpliwość związana z głosowaniem ma charakter teoretyczno-prawny. Głosując legitymizuje się demokrację a więc władzę większości nad samym sobą. Chyba o to chodzi głównie przeciwnikom „chodzenia na wybory”.

    btw: system większościowy i jednomandatowy ma tę zaletę, że mógłby istnieć również bez partii politycznych. Proporcjonalny wymusza istnienie partii.

  2. Faer

    Ale nadal nie rozumiem, dlaczego głosowanie ma legitymizować demokrację. Jeśli zagłosuję na kogoś, kto chce demokrację obalić, gdy dojdzie do władzy w demokratycznych wyborach, czy nadal będę legitymizował demokrację?

  3. Timur

    A dlaczego niby legitymizowanie demokracji ma być złem?
    Ja pomimo licznych wad demokrację lubię, i kiedyś mam nadzieję napisze dlaczego.

    Czy tu są sami zwolennicy monarchii i oligarchii?

  4. Maciej Dudek

    Oczywiście nie zgadzam się tak dalece, że nie ma sensu polemizować 🙂

    Mam tylko prośbę o jakieś namiary na owe „różne akcje” bo póki co jedyną próbowałem sam sklecić ale ze skutkiem zerowym (a z chęcią bym przystał do jakiejś bardziej udanej 🙂

    Póki co nie trzeba rozdzierać szat: nie udało mi się znaleźć chociażby jednego ideologicznego abstynenta wyborczego, więc nie trzeba tak się martwić o głosy dla „dobrych” (hehehe) polityków.

    Głosujcie, zawsze się będzie można pośmiać z efektów 😉

  5. qatryk

    Np tu http://www.libertarianizm.mypunbb.com/viewtopic.php?id=178670. Ponadto w dużej mierze myślałem też o tobie:> No i ogólnie zapał anarchistów różnej maści do niegłosowania.

    Jasne że nie ma się co spierać, ty przedstawiłeś swój punkt widzenia ja swój. Gdzieś tam, wydaje mi się zresztą że o tym dyskretnie napisałem powyżej, trochę się z tobą zgadzam, ale z praktycznego punktu widzenia jednak mimo wszystko wole zachęcać do głosowania niż do niego zniechęcać.
    pozdrawiam

  6. Faer

    Są jeszcze zwolennicy anarchii 🙂

    Demokracja ma to do siebie, że politycy mogą bez żadnych konsekwencji pogrążać państwo, na przykład powiększając do niemożebnych rozmiarów zadłużenie, co też efektywnie robią. Przecież kiedy się to odbije na społeczeństwie, nie będą już rządzili i nikomu nie przyjdzie do głowy ich o to oskarżać oprócz garstki „fanatyków” domagających się procesu.

    Jestem zdania, że właśnie między innymi problem zadłużenia rozwali naszą cywilizację. Gdyby w pewnym momencie zaczęły dominować postawy zdroworozsądkowe i politycy stopniowo poczęliby zmniejszać zadłużenie (kosztem większych podatków i mniejszych wydatków), nie doszłoby do kryzysu, ale logika wskazuje na to, że nigdy tak się nie stanie, bo politycy nie mają żadnego interesu w tym, aby „zastój” spowodowany zmniejszaniem zadłużenia był właśnie podczas ich rządów (bo wyborcy oczywiście całą winę zrzuciliby na aktualnie rządzących, a nie na wcześniejszych), wolą za to przyspieszać „postęp” kosztem następnych pokoleń.

    Wszystko więc wskazuje na to, że w pewnym momencie, zupełnie nieoczekiwanie przyjdzie Ogromny Kryzys, kiedy NIKT nie będzie chciał pożyczać rządom pieniędzy, a wszelkie kreowanie pieniądza w celu spłaty będzie hamowane, bo wszyscy będą wypłacali pieniądze od razu, kiedy tylko dowiedzą się, że są problemy z ich spłatą. Być może Jan nie pomylił się tak bardzo z tą Apokalipsą 😉
    Oczywiście wszystko zaczęłoby się od Hameryki, której dług jest ogromny i wzrasta w potwornym tempie.
    Myślę, że Wielki Kryzys wraz z innymi kryzysami były nic nieznaczącymi okresowymi załamaniami w porównianiu z tym 🙂
    Być może w następstwie tego zbudowalibyśmy libertariańskie społeczeństwo, bo wszystko zostałoby sprywatyzowane, a rząd na zawsze utraciłby zaufanie obywateli. Ale równie dobrze w obliczu nieszczęścia każdy zacząłby się domagać pomocy i interwencjonizm zostałby powiększony, tak jak po WK. Poza tym czemu nie powszechna wojna, gdzie każdy chciałby za wszelką cenę wyzwolić się z kłopotów kosztem innych nacji? Poza tym takie stawianie sprawy przypomina mi Lenina, który nie angażował się w pomoc głodującym chłopom (kiedy wszyscy miejscowi inteligenci to robili) bo uważał, że każda klęska przyspiesza upadek burżuazyjnego społeczeństwa 😉 .

    Przypadek z długami jest oczywiście tylko wyjątkiem, bo takich przykładów można by mnożyć w nieskończoność.

    W przypadku monarchy sprawa byłaby prosta – gdyby tylko spostrzegł, że cały ten burdel spowoduje, że on albo jego potomkowie będą znienawidzeni i będą musieli się borykać z ogromnymi przeciwnościami, natychmiast zabrałby się za jego likwidację. Monarcha ma korzyści w unikaniu nieodpowiedzialnej i krótkowzrocznej polityki, natomiast prezydent – żadnych!

    Znamy rzecz jasna przypadki władców, którzy doprowadzili kraj do kryzysu nieodpowiedzialnymi posunięciami np. Ludwik XVI i Pani Deficyt. Ale to, co robili to nic w porównaniu z tym, co czynią d***kratyczne rządy (nie, nie jestem korwinnikiem 😛 ), które wynalazły tysiące mechanizmów wyszukiwanego oszukiwanego obywateli, przed którymi wzdragałaby się nawet Madame Deficyt wiedząc, co potem będzie miał na głowie Ludwik XVII.

    Oczywiście nie neguję, że w monarchii pojawiają się problemy, które w demokracji nie istnieją, i to problemy często poważniejsze (np. prawo do kradzieży dla koleżków króla, tzw. szlachty) – każdy system ma swoje wady.

    Ale abstrahując od oceny samych systemów rządów, mi bardziej zależy na samych rządach. Mam gdzieś, czy ktoś, kto mnie ciemięży (no, nie tylko mnie, powiedzmy 😉 ) ma co do tego zgodę większości społeczeństwa, czy większości głosujących, czy większości posłów w sejmie, czy jakiegoś wyimaginowanego stworzenia, które rzekomo udzieliło mu do tego praw, czy też Tradycji, tudzież niedostępnych mi Zasad Moralnych. Tak samo, jeśli ktoś to ciemiężenie ogranicza, urasta w moich oczach do rangi postaci choć trochę pozytywnej, choćby robił to z nadania Boga czy junty wojskowej.

    Dyskusja powinna więc dotyczyć sprawy, który system rządów ma większe skłonności do zamordyzmu i częstotliwość jego pojawiania się jest większa. Dyskusja ta byłaby jednak trudna, bowiem nawet, gdyby ustalić na podstawie jakichś badań średni zamordyzm poszczególnych systemów w poszczególnych sprawach, to wyszłoby, że demokracja jest bardziej zamordystyczna w jednych sprawach, a monarchia w innych, a kryteria dotyczące oceny, które sprawy są ważniejsze są wysoce subiektywne.
    Jeden bardziej ceni możliwość prowadzenia swobodnej działalności gospodarczej, a inny możliwość zdemaskowania na łamach prasy lokalnej kliki rekrutujących się spośród znajomych monarchy itd.

    Myślę więc, że większość z nas nie lubi demokracji, nie dlatego, że jesteśmy jakimiś wielkimi monarchistami, ale że wolimy anarchię 🙂

    Zresztą gdyby ktoś przekonał mnie, że monarchia czy oligarchia byłyby mniej zamordystyczne w niemal każdym aspekcie, chętnie sprzeciwiłbym się demokracji także z tego powodu.

    Z drugiej strony, jeśli naprawdę anarchię wykluczymy to chętnie widziałbym miast demokracji coś w rodzaju „dyktatury praw naturalnych”, w której byłyby wybory demokratyczne, ale wybrani mogliby decydować jedynie o pomniejszych sprawach w ścisłym obrębie pewnych ścisłych, nieprzekraczalnych i jasno określonej konstytucji libertariańskiej, a każda próba wprowadzenia nowych prawbyłaby bardzo utrudniona, np. co do każdego nowego prawa miałoby być wprowadzane ogólne referendum i wchodziłoby jedynie przy poparciu powyżej 66%. Czy coś takiego.
    To w każdym razie tylko hipoteza i sam zauważam ogromne trudności przy wprowadzaniu czegoś takiego. Przede wszystkim musimy założyć, że ta konstytucja będzie zupełnie zgodna z prawem naturalnym, a to samo w sobie jest śmiałe założenie.

    Dlatego łatwiej i lepiej od razu Anarchia! Agora! Akcja!

  7. Pingback: Urny dla naiwnych « GAZETA LIBERTARIAŃSKA

  8. Maciej Dudek

    Ech… to ci malowani „anarchiści” którzy chcą zdaje się jakichś „fedracji wspólnot” czy czegoś tam. Szkoda, że nie ma autentycznych anarchistów.

    A co do wyborów – skrobnąłem drobną pyskówkę u siebie. I jeden ciekawy przykład z USA. Jak swoją kartką wyborczą uda Ci się uniknąć np. ZUS-u to uznam, że możesz mieć szczyptę racji 🙂

    pozdrawiam również

  9. qatryk

    a ja pozwoliłem sobie tam odpisać. Równolegle jednak co do tego ZUSu: widzisz ja podchodzę do rzeczy tak, jeżeli chce być wolnościowcem to nie mogę sobie od tak narzucać tej wolności innym. Czyli de facto musze skoro tu żyje tkwić w tym bagnie (jak bym chciał se żyć z ideami to bym sobie pojechał albo do jakiejś puszczy, albo w Bieszczady – tam o ZUS bym się nie musiał martwić – czyli jednak jakiś wybór mam).
    Kolejny karnawał postów to dobry temat na rozwinięcie tego – jaką drogę obierać przy propagowaniu wolności? Rewolucje i walenie młotem w łeb reszty nieświadomych choćby właśnie przez pozwolenie im na dokonywanie głupich wyborów w demokracji, czy może posługiwanie się demokracją do stopniowego obalania stanu rzeczy. Ale o tym we wrześniu:>

  10. Faer

    Wprowadzanie wolności „na siłę” oczywiście mija się z celem. Lecz jeśli potraktujemy państwo jako gang, który objął we władanie pewien obszar i wymusza haracz w zamian za swe wątpliwej jakości usługi, to rozmowa z etatystą będzie miała następujący przebieg:

    – No dobrze, może i dla ciebie ten gang jest zły. Mi jednak bardzo się podoba i nadal chcę korzystać z jego usług; jest wiele osób podobnie myślących!
    – Nie mam zamiaru odbierać ci tego gangu, skoro ci odpowiada. Nie chcę tylko, aby zmuszani byli do podporządkowywania się mu ludzie, którzy tego nie chcą.
    – Ale przecież gdyby każdy mógł zrezygnować z jego usług, gang nie mógłby dobrze prosperować.
    – NO WŁAŚNIE!

    Dlatego myślę, że mimo, iż demokracja może być jedną z dróg do wolności, to gdy państwowy świat znajdzie się w opałach rozwiązaniem mogą być konkretne obszary miast lub całe miasta i wsie lub zgrupowania wsi na których zdecydowana większość byłaby za oderwaniem się od państwa, co też by uczyniła. Gdyby takich obszarów było wystarczająco dużo, państwu trudno byłoby się z nimi uporać, a inni zobaczyliby jak to tam świetnie działa. Nie byłaby to rewolucja, bo jest ona: jakimkolwiek i każdym przypadkiem, w którym państwo lub polityczny reżim jest obalony i tym samym przekształcony przez powszechny ruch w gwałtowny, niezgodny z zasadami sposób, przy użyciu środków pozaprawnych (z Wikipedii).
    1. Przede wszystkim reżim nie jest obalany jako taki, ale przestaje się z niego korzystać na pewnym obszarze.
    2. Wcale nie musi być to powszechny ruch, wystarczy, że będzie powszechny w obrębie danej wspólnoty, a nie w całym państwie.
    3. Nie widzę w takim rozwiązaniu żadnego gwałtownego sposobu. Po prostu przestaje się korzystać z usług organów państwa i przestaje się słuchać jego poleceń. Można nawet zostawić organy rządowe jak urząd miasta czy policja w spokoju, tylko co mieliby tam ludzie robić? 😉

  11. Staszek27

    Jeśli nie zagłosuję ponieważ uważam demokrację za system zły? Skoro ktoś tak uważa, to dlaczego ma głosować nawet na antydemokratów? Uważam, że cel nie uświęca środków!

  12. Faer

    Korzystałem z państwowej opieki zdrowotnej, chociaż uważam ją za system zły. Tak samo byłem zmuszony uczyć się w państwowej szkole. Raz nawet skorzystałem z usług państwowej policji, choć wolałbym opłacać prywatną. I oglądałem oczywiście państwowe media. Do żadnej z tych czynności nie byłem zmuszany, a jednak uważam, że korzystałem wtedy z możliwości oferowanej mi przez zły system.

    A dlaczego? Bo w takim systemie ŻYJEMY i chociaż jest zły to jakoś musimy (no, możemy: ale zawsze przecież będziemy chodzić po państwowych ulicach) funkcjonować.

    Chodzenie do wyborów jest jedynym sposobem zapewnienia sobie jakiegoś wpływu na decyzje dotyczące sfer zmonopolizowanych przez państwo (nawet jeśli ten wpływ wynosiłby jedną pietnastomiliardową). Niektórzy chcą mieć tak nikły wpływ a innym na tym nie zależy. Ja tam wolę mieć.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *