Materiał archiwalny. Tekst opublikowano w 2007 r. i nie został ponownie zweryfikowany redakcyjnie. Przedstawia poglądy autora.
Dziś bodajże w Poznaniu odbył się tzw. „Marsz równości”. Od razu się przyznam, że nie mam pojęcia, czy coś się działo, czy też nie, głowę mogę jednak dać, że w poniedziałek Wyborcza, czy inna szmira zamieści tekścik, jaki to w Polsce ciemnogród, jak to „depczemy” prawa gejów, lesbijek, czy może nawet pedofiów. Proszę źle nie zrozumieć – nie chodzi mi o jakieś porównanie, zresztą nie uważam, by pedofilów można było stawiać na równi z homosiami. Co to – to nie, chodzi mi tylko o zasadę. Oczywiście będą jakieś utyskiwania, jak to jesteśmy gdzieś w trzecim świecie (tak ze sto lat, za Murzynami – o, znowu dyskryminacja!), jeśli chodzi o równouprawnienie obywateli. Że tak będzie toż absolutnie absolutna oczywista oczywistość.
Pewnie nawet bym się tym nie przejął i nie zawracał sobie głowy wpisem, gdyby nie to, że w czwartek na uczelni też usłyszałem, że w Polsce „geje są dyskryminowane”. Na szczęście nie był to pogląd wykładowcy, a studenta (głowę jednak daję, że 3/4 wykładowców podpisałaby się pod nim). Jeżeli dodam do tego słowa wypowiedziane przez pewnego studenta z mojego kierunku („tylko ludzie mało inteligentni i mało świadomi głosują na prawicę” – a tyczyło się to wyborów w 1919 roku, żeby nie było), to widzimy oto, jaki poziom ma ta nasza hm… tolerancja.
Czasami wydaje mi się, że marzeniem dla pewnych autorytetów oralnych byłaby sytuacja, gdzie dwóch gejów wychowywałoby dziewczynkę – na lesbijkę, a dwie panie – chłopca na geja. Ja tam nie wiem, biologia nigdy mnie nie interesowała, ale nie stawiałbym zbyt wiele, że rodzaj ludzki by wytrwał wieki. Ale – może to metoda na to osławione globalne ocieplenie (wszak im mniej ludzi, tym mniej będziemy produkować tego niehumanitarnego CO2, czy co to tam nas grzeje). Wypadałoby jeszcze pozwolić wszystkim uciśnionym pałętać się gromadnie po ulicach i zapewniać PRZYWILEJE (bo do tego sprowadza się lewacki slogan „emancypatii”). Co prawda nie za bardzo jest to w zgodzie z filozofią równości, ale nic to. Ważne, że swoim zrobimy dobrze! Mam też takie pytanie – czy gdyby jakiś oenerowiec postanowił sobie pomanifestować, a władze miasta by mu tego zabroniły, to czy stałby się nagle pupilkiem Wyborczej i męczennikiem w walce z dyskryminacją… Śmiem wątpić.
However, jak to mawiają te królewskie gęby. Zająć się mialem rozwiązaniem kwestii nietolerancji, więc powyższy fragment przyjmijcie za niekrótki wstęp. Dodam jeszcze tylko, że nie wierzę w coś takiego, jak „tradycyjna, polska nietolerancja”, czy co tam jeszcze, co odnosi się do społeczeństwa jako takiego. Mało tego – wynika to stąd, że ja nie wierzę w coś takiego, jak społeczeństwo. „Społeczeństwo” to martwy, abstrakcyjny byt, stworzony w celu realizacji kolektywizacyjnych zapędów różnych socjalistycznych idiotów.
W zasadzie istnieje tylko jedno rozwiązanie problemu dyskryminacji. Jest nim prawo własności. (de facto wszystko sprowadza się do kilku praw naturalnych: własności, wolności i takich tam). Najpełniejsze rozwiązanie problemu dyskryminacji znajdziemy w systemie anarchokapitalistyczny. Nie będę tu o nim pisał, bo to nie miejsce. Kto chce, ten sobie poszuka czegoś więcej. Po krótce tylko opiszę, o co mi chodzi. Gdy ktoś wchodzi do Twojego domu, masz prawo poprosić go o zdjęcie butów. To jest Twój dom, Twoje zasady i albo gość się dostosuje, albo poszuka sobie innego domu do wchodzenia w butach. Proste? Proste. Prawdziwe? Prawdziwe. Ta zasada odnosi się do wszystkiego. Gdy aptekarz jest gorliwym katolikiem i postanowi, że nie będzie sprzedawać prezerwatyw – ma prawo. Jego apteka i jego sprawa, co w niej sprzedaje. Jak Ci się to nie podoba – możesz więcej u niego nic nie kupić. Twój wybór. Jeżeli wbija Ci się świadek Jehowy (z całym szacunkiem) do domu, masz prawo go nie wpuścić. Twój dom – Twoja twierdza.
Anarchokapitalizm zakłada przeniesienie tego prawa na wszystkie możliwe pola. Wiąże się to z zanikiem własności publicznej (co należy do wszystkich – należy do nikogo, więc nikt o to nie dba i każdy ciągnie do siebie). Własność prywatna jest najbardziej efektywna, najbardziej naturalna i logiczna. Cała ziemia ma przejść w ręce prywatne. Wszystkie drogi, parki, chodniki, budynki – mają wejśc w ręce prywatne. Gdy to już nastąpi – a wcale nie musi trwać długo – problem nietolerancji przestaje istnieć. Na Twój teren wejdzie tylko ktoś, kogo chcesz tam zobaczyć. Jeżeli wejdzie – akceptuje Twoje zasady. Jeżeli się do nich nie stosuje – masz prawo go wyrzucić. Problem nietolerancji występuje tylko w przypadku istnienia państwa, a co za tym idzie – własności publicznej. Jedna spółdzielnia mieszkaniowa bedzie chciała mieć samych homosiów na swoim terenie, inna samych niebieskookich, a jeszcze inna tylko zielonookich facetów powyzej 197 cm. wzrostu, ale poniżej 2 metrów. Czy to znaczy, że inni są dyskryminowani? Nie – to znaczy, że PRAWO WŁASNOŚCI ROZWIĄZUJE PROBLEM NIETOLERANCJI. Prawo własności i rynek.
Filip Paszko
17 listopad 2007 r.
***
Tekst został wcześniej opublikowany na blogu Ostry, k…a, jak brzytwa
Autor artykułu prowadzi bloga Ostry, k…a, jak brzytwa