Ludwik R. Papaj

Ludwik R. Papaj „Związkowcy vs Lobbyści – a sędziuje Lewiatan”

Jeden z moich ostatnich artykułów był cytowany na pardon.pl i odpowiedział na niego mój serdeczny znajomy Przemysław Ziemichód w swoim texcie Dyktatura kapitału – polemika. Autor próbował bronić zasadności związków zawodowych, twierdząc, że Polska odbiega od europejskich standardów uzwiązkowienia, a pozycja i liczebność organizacji walczących o prawa pracownicze nieustannie spada, w przeciwieństwie na przykład do siły przebicia lobbystów. Strajki stanowią pewną manifestację siły, zaś związki zawodowe są istotą obywatelskiej demokracji deliberatywnej.

Nie tylko ja uważam, że przedstawiona powyżej wizja „walczących o swoje” związkowców jest wyraźnie idealizowana. W dzisiejszej „Wyborczej”, gazecie uważanej powszechnie za mniej lub bardziej lewicującą można przeczytać artykuł Leszka Kostrzewskiego i Piotra Miączyńskiego „Co się stało ze związkami zawodowymi?” Jest on wyjątkowo pouczający.

„Solidarność” do której w latach osiemdziesiątych należała duża część społeczeństwa przede wszystkim nie była klasycznym związkiem zawodowym. Cel do którego dążyła organizacja znikł w zasadzie po 1989, a do organizacji przychodziło coraz więcej ludzi traktujących „S” jako pewien rodzaj biznesu – a przecież nie o to chodziło związkowcom, których działające w okresie podziemia kierownictwo będąc na własnym garnuszku ograniczało nawet ilość etatów związkowych – z dzisiejszej perspektywy wręcz nie do uwierzenia! Kiedyś faktycznie ludziom zależało na walce, dziś raczej na wyżebraniu konkretnych sum – podczas gdy reforma powinna być proceduralna i systemowa.

Jeśli ktoś nie wie jak ten biznes działa to zaraz go opiszę. Idzie sobie obrotny związkowiec do pracowników i krzyczy, że należą im się premie, związkowy klub piłkarski, wyższe wynagrodzenia. Ludzie oczywiście przyznają mu rację bo trudno odmówić sobie przywilejów. Następnie związkowiec idzie do szefa na spotkanie i twierdzi, że „na zakładzie ludzie szumią”. Prezes boi się, bo może za sprawą związku stracić pracę – więc daje to, co wymyślił sobie obrotny działacz. Cała awantura jedynie uwiarygodnia związek, pokazuje, że jest on potrzebny. Jest to proces samonapędzający się, którego jedyny koniec to dziura w budżecie. W normalnych warunkach firma by upadła – nie dzieje się tak, gdyż jej straty pokrywa państwo.

GDZIE LEŻY PROBLEM?
Problemem nie są związkowcy, którzy walczą o swoje – każdy ma do tego prawo. Porównywanie ich siły przebicia z siłą przebicia lobbystów jest niewskazane, gdyż nie rozwiązuje a jedynie zaciemnia problem tworząc wizję konfliktu klasowego.

Kluczowym błędem są bezzasadne przywileje jakie prawo rozdaje obu grupom. LEWIATAN gwarantuje stałość zatrudnienia, opiekę i premie pracownikom uginając się przed roszczeniami organizacji zawodowych. Nie zwraca uwagi, że za częścią jak najbardziej rozsądnych roszczeń idą kolejne będące coraz to mniej uzasadnione. Gwarantując silną pozycję związków państwo nie gwarantuje pracownikom wysokiego standardu pracy a funduje sobie jedynie trudny do odwrócenia problem społeczny. Tak powstaje neokorporacjonizm.

Lobbyści nie są konkurencją dla związkowców lecz analogicznie – ich braćmi w walce. W tym wypadku lobbyści chcą mieć wpływ na ustawy. I znów: tak jak poprzednicy mają do tego prawo będąc obywatelami. Tak właśnie powstaje neomerkantylizm. Oczywiście można nazwać to wszystko demokracją uzgodnieniową lub deliberatywną…

Konflikty pracownicze są domeną budżetówki i spółek skarbu państwa. W układach racjonalnych, jakie dominują w prywatnych firmach sprawa jest prosta: wynagrodzenie jest wynikiem wypadkowej propozycji pracownika i oferty pracodawcy. To samo tyczy się innych przywilejów, jakie mogą dostać pracownicy najemni. Firmom wielokrotnie zależy na aktywności swoich ludzi. Aby nie pozostać gołosłownym podam przykład z jakim spotkałem się w mojej rodzinie, gdzie firma ufundowała najwyższej jakości odzież sportową pracownikom startującym w zawodach sportowych (maratony rowerowe). Inicjatywa wyszła oddolnie nie stanowiła prostej decyzji działu marketingu. Jak widać da się załatwić wiele także bez pomocy związku.

Uderzyć w lewiatana
Problemy pracownicze są właśnie bezpośrednio tworzone przez Lewiatana. Coś co bezpośrednio tworzy sam konflikt nie może być odniesieniem dla tych, którzy chcą go rozwiązać. Droga, którą należy podążać, aby trwale usunąć absurd nie unikniony w demokracjach deliberatywnych jest prosta. Jedynie zmniejszenie i maksymalne ograniczenia budżetu może spowodować, że lobby nie będzie miało możliwości wpływania na kurs polityczny i na zabijanie konkurencji. Konieczność stanowi także prywatyzacja kolejnych sektorów gospodarki w wyniku czego zracjonalizuje się mechanikę działania dzisiejszych „przedsiębiorstw państwowych”. Niestety większość szeregowych pracowników doceni tę zmianę jedynie wtedy jeśli wcześniej państwowe przedsiębiorstwo zbankrutuje zostawiając prostego człowieka ze złamanym sercem w jego miłości do lewiatana.

Zajmijmy się podstawami wolności zamiast pisać bajki o „ledwie zipiących związkowcach”.

Artykuł został wcześniej opublikowany na stronie autora.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *