Znowu! Uff… Europejska wolność słowa po raz kolejny odniosła wspaniałe zwycięstwo – zdelegalizowano brzeski ONR. Właściwie tytuł zalinkowanego artykułu z wyborczej sugeruje – co zresztą nie jest żadną tam niespodziewanką – że przed nami kolejne triumfy demokracji, gdyż ONR nie jest scentralizowaną organizacją ogólnopolską i poszczególne brygady zarejestrowane są jako osobne organizacje.
Właściwie poza wskazaniem po raz kolejny z uśmieszkiem politowania, że wolność w socjaldemokracji niekoniecznie przeznaczona jest dla wszystkich (a proletariat łatwo to kupuje jako wolność prawdziwą) nie ma zbyt dużych możliwości komentowania tego faktu. Wszystko już dawno zostało powiedziane – na temat rewelacji serwowanych przez Dariusza Libionkę (którego cała „kariera naukowa” polega na wyszukiwaniu „antysemityzmu” gdzie tylko się da) można od dawna przeczytać w tekście Adama Danka, a na temat „antyfaszystowskiej” organizacji Nigdy Więcej (jak zwykle odgrywającej rolę naczelnego eksperta przy takich okazjach) – w świetnym artykule Remigiusza Okraski.
Jest jednak jak w życiu codziennym – jeżeli ktoś zaczyna w towarzystwie opowiadać niestworzone historie, a większość z zebranych zaczyna szczerze przytakiwać i patrzeć z podziwem, to trzeźwy człowiek ma naturalną chęć zaprotestować bądź przynajmniej powiedzieć „sprawdzam”. Za każdym razem trudno się powstrzymać – i teraz inaczej nie jest.
Z opowieści zawodowych „antyfaszystów” (tzn. czerpiących majątkowe korzyści z uprawiania „antyfaszyzmu”, a zatem bardzo do samego faszyzmu przywiązanych, czy byłby on realny czy jednak może nie) wysnuć można wniosek, że największym i właściwie jedynym problemem zagrażającym ludzkości jest powrót totalitaryzmu w wersji hitlerowskiej. Ale kiedy dochodzi do pytania o uzasadnienie takiego twierdzenia, to pojawia się problem.
Nie mam serca, żeby znęcać się po raz kolejny nad osławioną „brunatną księgą” Nigdy Więcej i wymieniać przypadków tam opisanych jako groźne (m.in. napisy na murach czy okrzyki grupek młodzieży na ulicy). Z moich rozmów z „antyfaszystami” wynika, że ludzie ci naprawdę wierzą w to co robią, a więc są osobami ułomnymi pod względem trzeźwej oceny rzeczywistości.Chodzi w tym miejscu o – powiedzmy – poważniejsze zdarzenia, nad którymi rozpętuje się „antyfaszystowską” histerię. W żaden sposób nie świadczą one bowiem o groźbie powrotu hitleryzmu, co może być powodem zignorowania w momencie, gdy podawane są przez studencików chcących łatwo zrobić karierę np. na socjologii – kiedy jednak w sprawę wmieszane są instytucje państwowe, to zaczyna się robić groźnie.
Partie odwołujące się do nacjonalizmu, narodowego radykalizmu, czy – zwłaszcza – narodowego socjalizmu i faszyzmu nie otrzymują dziś dokładnie żadnego poparcia, a więc przejęcie przez nie władzy legalną drogą jest niemożliwe. Podobnie – biorąc pod uwagę liczebność takich organizacji – drogą nielegalną.”Antyfaszyści” rzecz jasna mogą tłumaczyć ten fakt w sposób podobny, jak Al Gore na obrazku obok tłumaczy dlaczego mimo wszystko marznę ostatnimi czasy na ulicy. Tzn. – tylko i wyłącznie dlatego, że takie przepisy działają faktyczni i mianowani faszyści poparcia nie otrzymują. Uzasadnienie idealne.
Tyle tylko, że przyczyna jest nieco głębsza, a jej podstawy opisane zostały już dawno przez Nietzschego, Daniela Bella czy Francisa Fukuyamę w sposób dużo bardziej przekonujący – społeczeństwo socjaldemokratycznego dobrobytu nie będzie głosować na partie odwołujące się do „skrajnych” (w cudzysłowie, bo nie wiadomo cóż ta skrajność miałaby tak naprawdę oznaczać) ideologii, czy inaczej – do „wielkich narracji”. Kolokwialnie rzecz ujmując większości jest dobrze tak jak jest i pełnego brzucha na niepewne jutro w imię idei zmieniać nie będzie. I poświadczają to za każdym razem demokratyczne wybory.
„Zagrożenie faszystowskie” nie może być więc postrzegane jako realne przez czołowych polityków czy prawników, dążących do ustanawiania „antyfaszystowskiego” prawa – trudno przynajmniej w to uwierzyć. O co więc chodzi? Jako się rzekło, robi się groźnie. Zagrożenie takie to wygodny sposób terroryzowania obywateli po to, aby coraz mocniej przywiązywali się do socjaldemokratycznego państwa, wierzyli w jego cudowną moc i wyłączną słuszność. I tutaj tkwi prawdziwy problem.
Kształtując taką świadomość pozostawia się praktycznie poza wszelką krytyką instytucje, które właśnie są największym zagrożeniem – bo totalitaryzm nie płynie z samej ideologii, ale z mocy sprawczej państwa. Państwo może więc w takiej sytuacji rosnąć sobie spokojnie, zyskiwać coraz to nowe moce i ewoluować tym samym w nową formę totalitaryzmu, a wszyscy będą się z tego jeszcze cieszyć. Jest to genialny pomysł socjaldemokracji.
Bo odpowiedzmy sobie na pytanie – kto dzisiaj jest faszystą?
Olgierd Sroczyński
13.10.2009
***
Tekst był wcześniej opublikowany na blogu autora