Społeczeństwo, kultura i wartości

Igor Belczewski: Państwowa tresura pożytecznych idiotów

 

Problem szkolnictwa wielokrotnie był poruszany przez różnej maści wolnościowców. Zasadnicze pytanie, na które szukają oni odpowiedzi brzmi: w jaki sposób uczynić edukację naprawdę wolną i pożyteczną?
Najczęściej dochodzą do wniosku, że szkolnictwo i wszystko, co z nim się wiąże należy po prostu sprywatyzować, co da rodzicom możliwość decydowania o kształceniu swoich pociech. Jest to przekonanie jak najbardziej prawidłowe. Tylko pełna prywatyzacja tej branży mogłaby wprowadzić do niej normalność. Oczywiście z czasem, a nie od razu.

Dwoma podstawowymi chorobami nękającymi system edukacyjny w Polsce są jego upaństwowienie oraz przymus edukacji. Jeżeli chodzi o państwowość edukacji to jest to problem olbrzymi. Przede wszystkim państwo, a nie jak to być powinno, rodzice, ma pełen wpływ na wychowanie i rozwój młodych ludzi. Daje mu to niezwykłe pole do popisu. Już sam fakt, że w każdej szkole realizowany jest program ustalony przez grupę państwowych urzędników dowodzi, iż rodzice nie mają tutaj nic do gadania. Państwo może kształtować umysły młodych ludzi według własnego widzimisię. I tak właśnie robi. O ile nie byłoby to tak bardzo szkodliwe, gdyby do głów uczniów wpajano umiłowanie prawdziwej wolności, o tyle jest bardzo szkodliwym, gdy młodzież uczy się myśleć „po państwowemu”. Cóż to oznacza? Ano tyle, że karmi się młodych ludzi bajeczkami o kochanej Unii Europejskiej, wspaniałości demokracji, podatków i tego typu bzdurami. W dodatku bezczelnie mówi się, że symbolizują one prawdziwą „wolność”. Nic dziwnego, że później wychodzą ze szkół takie bandy pożytecznych idiotów z papką zamiast mózgu. Państwo kształci sobie idealnych poddanych, którzy nigdy nie pojmą skali, na jaką są wyzyskiwani.

Drugim problemem jest przymus edukacji. Kiedyś już o tym pisałem, ale pozwolę sobie trochę rozszerzyć zagadnienie. Pierwszym mankamentem wywołanym przez przymus edukacji jest ograniczenie ludzkiej wolności, konkretnie wolności rodziców. Nikt bowiem nie ma równego prawa do decydowania o losie ich dzieci(w skrajnych przypadkach jak np. śmierć rodziców, lub niezdolność do opieki na dziećmi prawo to uzyskuje najbliższa rodzina). Rodzice powinni mieć możliwość decydowania, czy dziecko pójdzie do szkoły, czy też podąży inną drogą. Przymus edukacji im ją odbiera. Nawet, jeżeli spróbują stawić opór i nie posłać dziecka do szkoły, państwo i tak dopnie swego za pomocą aparatu przymusu. Ponadto przymus edukacji wywołuje efekt „niewłaściwego człowieka na niewłaściwym miejscu”. Chodzi tutaj o to, że Bóg, wbrew przekonaniu filozofów nowożytnych, nie wszystkich obdarzył takim samym rozumem. Tak też nie wszyscy nadają się do chodzenia do szkoły. Nie oznacza to wcale, że ci którzy się do tego nie nadają, bez niej nie znajdą dla siebie pracy. Wręcz przeciwnie. Zamiast chodzić do szkoły, od najmłodszych lat będą mogli kształcić się zawodowo. To chyba lepiej, aniżeli gdyby mieli oni niepotrzebnie tracić czas w szkole, po czym robić to samo, co robiliby i bez niej? Da im to lepsze przygotowanie zawodowe w znaczący sposób wpływając na fachowość i poziom wykonywania pracy, a tym samym na ich zarobki w przyszłości. Taki stan przyniesie również wymierną korzyść dla uczących się w szkołach, którzy nie będą rozwijali się w towarzystwie osób intelektualnie opóźnionych, czy nieprzystosowanych. Tak więc, również ich edukacja będzie przebiegała szybciej i efektywniej. Oczywiście pisząc „intelektualnie nieprzystosowani” mam na myśli osoby, których przeznaczeniem nie jest edukacja, lecz praca fizyczna i nie mam zamiaru nikogo obrażać, tylko stwierdzić fakt. Nie mam na myśli skrajnych przypadków, eufemistycznie określanych mianem „trudnej młodzieży”. W ich wypadku nie ma, co się łudzić – albo dostosują się do wymagań stawianych przez szkoły, albo zgodnie z wolą rodziców, trafią do specjalnych placówek lub na ulicę. Chyba, że jakieś osoby prywatne zechcą im pomóc, co przecież też się zdarza.

Zapewne są tacy, którzy stwierdzą, że w Polsce istnieją szkoły prywatne, więc jeżeli ktoś ma takową wolę, może posłać tam swoje dzieci. Tzw. szkoły prywatne w rzeczywistości nie mają pełnej autonomii. Chociażby ze względu na fakt, że mimo wszystko mają one na celu przygotować ucznia do egzaminów państwowych i w mniejszym lub większym stopniu realizują państwowy program. Poza tym na szkoły publiczne składają się wszyscy w postaci podatków: kawalerowie, panny, rodziny dzietne i bezdzietne oraz klienci szkół prywatnych. Z tego wynika, że rodzice posyłający dzieci do szkół prywatnych płacą podwójnie. Podobnie jest zresztą, jeżeli chodzi np. o służbę zdrowia. Szkoły prywatne muszą poza tym uzyskać zgodę na działalność. Oczywiście wydawcą takiej „zgody” nie jest rynek, lecz państwo. Z kolei w tym miejscu podobne jest to m. in. działalności radiowej – aby uzyskać licencję na “nadawanie”, szkoła musi spełnić szereg warunków stawianych przez państwo.

Podstawowe wątpliwości, które rodzą się, gdy mowa o prywatyzacji szkolnictwa to lęk przed cenami oraz przed tym, że gdy ktoś będzie chciał się uczyć pomimo braku funduszy, nie będzie mu to dane. Co do pierwszej z nich lęk jest nieuzasadniony. Wynika on bowiem z obserwacji obecnych cen w szkołach prywatnych, które są często bardzo wysokie. Jednakże, tak jak i w innych gałęziach, tak i tutaj, wraz ze otwarciem rynku pojawi się konkurencja(większa ilość szkół prywatnych), co doprowadzi do poprawy jakość i usług i obniżki cen. Wreszcie edukacja stanie się rzeczywistą inwestycją na przyszłość. Co do lęku przed „marnowaniem” zdolnych uczniów: ważne jest, aby zrozumieć, że szkoła nie jest bynajmniej czymś, co się każdemu samo przez się należy. Jest ona takim samym „towarem” jak chleb, czy przedstawienie teatralne – tak jak w ich przypadku jacyś ludzie wkładają mnóstwo pracy i wysiłku w proces powstawania finalnego produktu(w tym przypadku wykształconego człowieka). To, że chleb czy przedstawienie teatralne możemy zaliczyć do dóbr konsumpcyjnych, zaś edukację do dóbr kapitałowych, nie ma dla nas żadnego znaczenia. Stąd też nie możemy zmusić wszystkich do płacenia na czyjąś edukację, tylko, dlatego że jego talent się zmarnuje. Taką decyzję każdy może podjąć dobrowolnie, bez żadnego przymusu. Stypendia powinny być fundowane przez osoby prywatne a nie przez państwo. Tak jak nikt nie może być przymuszony do płacenia nam za chleb, gdy jesteśmy głodni, czy za bilet na przedstawienie teatralne, gdy mamy olbrzymią wrażliwość na sztukę, tak też nikt nie może być przymuszony do płacenia za naszą edukację, choćbyśmy nie wiem jak ogromne mieli zdolności.

Lekarstwem na chory system państwowej edukacji może być tylko wolny rynek. Zamiast, więc walczyć z trudną młodzieżą i reformować edukację wystarczy jedynie zlikwidować ministerstwo tejże, całkowicie ją sprywatyzować i znieść przymus edukacji. Dzieła dopełni „niewidzialna ręka” rynku, zaś szkolnictwo przestanie być fabryką pożytecznych dla państwa idiotów i zacznie spełniać swoją należytą funkcję.

Igor Belczewski

8 maja 2007 r.

***

Tekst został wcześniej opublikowany na blogu Libertarianizm i Szkoła Austriacka

Autor artykułu prowadzi bloga Libertarianizm i Szkoła Austriacka