Igor Belczewski

Igor Belczewski “O wizytach państwowych decydentów”

Ostatnio „cała Polska” (popularne określenie w mediach) wstrzymała oddech z powodu wizyty George’a Busha. Różnej maści służby specjalne i ochroniarskie zostały postawione na nogi tak naprawdę tylko po to by chronić dwóch ludzi. Również w celu zapewnienia tym ludziom bezpieczeństwa i komfortu, na potrzeby spotkania wynajęto liczne środki transportu i zablokowano niektóre odcinki dróg, bądź całe drogi. Ale przecież to nie są jacyś zwykli ludzie! Toż to głowy państw! A skoro głowy i w dodatku państw, wypadałoby w jak największym stopniu uprzykrzyć życie zwykłych mieszkańców/obywateli, byleby tylko na twarzach należących do tych dwóch głów zawitał uśmiech (pomijając fakt, że marketing polityczny wymaga by uśmiech nigdy nie schodził z owych twarzy).

 

Nie chcę rozwodzić się tutaj nad sensownością konkretnych wizyt dyplomatycznych i polityką zagraniczną, bo obie te kwestie związane są głównie z rządem (państwem) i uprzywilejowaną grupą, którą można określić mianem Wielkiego Biznesu. Prawda jest taka, że na międzypaństwowych ustaleniach zazwyczaj korzystają (czyli zmieniają swój stan posiadania lub zasób praw stanowionych na korzystniejszy) politycy oraz rynkowi potentaci, firmy giganty, które mają na tyle duży budżet i wpływ, żeby państwa musiały się z nimi liczyć.

 

Każdorazowo, gdy dochodzi do spotkań ważnych państwowych urzędników, są one finansowane z budżetu państwa (najczęściej państwa, w którym owo spotkanie ma miejsce). A budżet państwa jak wiadomo z powietrza się nie bierze (no, oczywiście poza „kreacjonizmem” monetarnym, ale to bardziej creatio ex nihilo i żerowanie na niewiedzy ludzi, niż realny budżet), lecz jest finansowany z przymusowo płaconych podatków.

 

Jeżeli przyjmiemy istnienie rządu i prowadzenie przez niego polityki zagranicznej za nieuniknione to, z punktu widzenia wolnego rynku, a więc interesu każdej jednostki (pomijając te, które dzięki państwu prowadzą żywot pasożyta), możemy wyróżnić dwa typy spotkań między przedstawicielami państw:

1. Sensowne (korzystne* dla wolnego handlu).

2. Bezsensowne (niekorzystne dla wolnego handlu).

 

Pierwszy typ spotkań wiązałby się z liberalizacją rynku, zniesieniem barier celnych między państwami oraz, ogólnie, ze zmniejszaniem wpływu państw na wolną wymianę. Oczywiście sama organizacja spotkania byłaby finansowana z budżetu państwa (kieszeni podatników), czyli musiałaby wiązać się z naruszeniem praw własności. Jednakże w naszym założeniu państwo musi istnieć (założenie jest związane ze stanem dzisiejszej opinii publicznej), więc spotkanie ukierunkowane na otworzenie nowych możliwości gospodarczych, byłoby dla uczestników rynku korzystne. Oczywiście w „systemie idealnym” (nie, nie w utopii, tylko raczej w stanie ładu naturalnego) możliwości gospodarcze, w sensie zawieranie dobrowolnych umów, byłyby ograniczane jedynie przez czynniki i prawo naturalne.

 

Drugi typ spotkań (dziś najbardziej rozpowszechniony) to spotkania bezsensowne. Ich celem jest zawarcie protekcjonistycznych umów między państwami, ingerowanie w rynek i zacieśnianie sojuszy militarnych. Oczywiście z punktu widzenia grup nacisku i polityków, takie spotkanie będą bardziej korzystnie niż te, których efektem jest otwarcie rynku (wszak preferencja czasowa rządzących i ich aktualnych sojuszników jest bardzo wysoka a konsumpcja nastawiona na chwilę bieżącą).

 

Generalnie rzecz biorąc, na każdym spotkaniu dyplomatycznym, którego skutkiem są realne działania, ktoś zyskuje a ktoś traci. Jeżeli działania zmierzają w kierunku otwierania rynku i jego liberalizacji, zyskują wszyscy oprócz grup, które do tej pory korzystały z państwowej protekcji, i polityków rządzących. Jeżeli zaś wskutek działań dyplomatycznych państwo przejmuje większą kontrolę nad jego mieszkańcami lub nadaje przedstawicielom biznesu specjalne przywileje, sytuacja jest odwrotna.

 

Głównym celem ostatniej wizyty George’a Busha w Polsce było dokonanie ustaleń odnośnie budowy tarczy antyrakietowej na terenie Polski. Tarcza miałaby na celu chronić przed atakami rakietowymi. Jednakże warto zauważyć, że potencjalny atak rakietowy mógłby być przeprowadzony przez wrogie państwo lub terrorystów z odpowiednim sprzętem. W przypadku wrogiego państwa sytuacja jest jasna: musiałby wystąpić konflikt pomiędzy państwami, a więc przymusowymi monopolistami, który nie wybuchłby gdyby owych państw nie było. Jeżeli zaś chodzi o terrorystów to ich ataki byłyby skierowane albo w konkretne państwo albo w obywateli konkretnego państwa i byłyby wywołane najczęściej przez politykę prowadzoną przez dane państwo (czyli byłyby wymierzone w przypadkowe, w trudny do zdefiniowania twór, nie zaś w konkretne osoby).

 

Pomijam fakt, że organizacja spotkań dyplomatycznych wiąże się z licznymi niedogodnościami dla mieszkających w pobliżu miejsca spotkania (chociażby ich prawo własności do dróg, opłacanych pod postacią przymusowych podatków). Bardzo często są oni również narażeni na ataki terrorystów i protesty utrudniające poruszanie się. Dlatego, dalej pamiętając o naszym wstępnym założeniu, dochodzę do wniosku, że najlepiej byłoby gdyby tego typu spotkania odbywały się na terytorium neutralnym bądź też w przestrzeni powietrznej.

 

Jednakże, nie biorąc pod uwagę naszego wstępnego założenia, najlepiej byłoby gdyby politycy rządzący nie podejmowali decyzji wiążących „w imieniu” obywateli (w rzeczywistości, gdybyśmy wzięli pod uwagę to założenie, politykom raz na zawsze odebrany zostałby przydomek rządzących, bo zniknąłby sam rząd). Bowiem ze spotkań dyplomatycznych najczęściej wynika więcej złego niż dobrego i w ich skutek, parafrazując słowa Stefana Kisielewskiego, państwo zaczyna bohaterską walkę z problemami, które samo sobie stwarza (czy też, tymi, które wynikają z samego faktu jego istnienia).

 

Igor Belczewski

15 czerwca 2007 r.

* Pisząc „korzystne” mam na myśli spotkania, za którymi idą realne działania rządu. Spotkania, z których nic nie wynika można zaliczyć do „bezsensownych”.

***

Tekst został wcześniej opublikowany na blogu Libertarianizm i Szkoła Austriacka

Autor artykułu prowadzi bloga Libertarianizm i Szkoła Austriacka

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *