Paweł Jurewicz

Paweł Jurewicz: Studia płatne czy “darmowe”? Czyli dlaczego należy sprywatyzować uczelnie (i inne przedsiębiorstwa edukacyjne)

Problem postawiony w pytaniu jest pozorny. Mimo panującej w Polsce propagandy „bezpłatnych” studiów w imię sprawiedliwości społecznej, wyrównywania szans itp., studia i studiowanie kosztuje i to dużo. Profesor, doktor czy jakikolwiek inny pracownik naukowy pobierają pensje, panie w dziekanacie też. Trzeba zapłacić za prąd, wodę, telefon i wiele innych rzeczy. Darmowe studia to fikcja. Skądś bowiem te pieniądze się biorą. Jak myślisz, kto opłaca rachunki Twojej uczelni? Oczywiście Twoi rodzice po społu z Twoimi sąsiadami. Czy zatem ma sens domaganie się „darmowych” uczelni? Miałoby, gdyby dzięki „darmowości” (czyli dysponowaniu pieniędzmi z podatków) utrzymanie uczelni było tańsze. A czy tak jest w rzeczywistości? Czy uczelnia rozsądnie gospodaruje naszą „kasą”?

Około 40% pieniędzy na oświatę pochłania „góra”, czyli ludzie którzy pobierają podatki, rozdysponowują je i kontrolują ich wydawanie (MEN, kuratoria oświatowe, urzędy skarbowe itd.). To niewiarygodne, ale tak działa tzw. redystrybucja dóbr w imię sprawiedliwości społecznej, równości dostępu do oświaty itp. „Góra” to pierwsze źródło marnotrawstwa. Czy wiesz, że na UMCS-ie więcej jest osób zatrudnionych w administracji niż pracowników naukowych? Pewnie nie raz odwiedziłeś dziekanat (otwarty 11:00-14:00, niezależnie od potrzeb studentów) i miałeś okazję przypatrzeć się „nawałowi” pracy z jaką muszą się borykać pracujące tam panie. (Wyobraź sobie kolejki w Leclercu lub Geant’ie, gdyby pracowały tam jako kasjerki!) Nasze pieniądze są po prostu marnotrawione. Jednak nie ma w tym nic dziwnego. Zupełnie normalne jest, że dbamy o WŁASNY rower, książkę czy komputer dużo bardziej niż o rzecz niczyją. Coś co należy do „wszystkich”, państwa lub innej nieokreślonej „osoby” w świadomości użytkownika nie należy do nikogo. Wystarczy jednak, żeby uwłaszczyć (sprywatyzować) „wspólną” własność, żeby to się zmieniło. Firmy państwowe zawsze działają mniej wydajnie i są droższe niż prywatne. Wynika to nie tylko z tego, że o swoje bardziej się dba. Wynika to też z tego, że tworząc firmę z własnych oszczędności zrobi się wszystko, żeby ta firma jak najlepiej funkcjonowała na rynku, czyli sprzedawała jak najtańsze i jak najlepsze produkty. Dyrektor państwowej firmy, która i tak otrzyma dofinansowanie z budżetu państwa (podatków) nie musi się martwić, czy remont budynku ma kosztować 10000 zl. czy 50000 zl., zwłaszcza jeśli droższa firma oferuje dyrektorowi „gratis” wycieczkę na Wyspy Kanaryjskie. I tak dostanie dofinansowanie z naszych podatków. Nawet jeśli rektor czy dziekan uczelni nie bierze łapówek, to niekoniecznie dopilnuje, żeby remont kosztował mniej czy żeby zwolnić niepotrzebnych pracowników administracji itp. Zresztą uniwersytet jest firmą usługową. Profesor slawistyki naprawdę nie musi się znać na jej prowadzeniu. Właściciel inwestujący własne pieniądze osiągnie maksimum efektów przy minimum kosztów.

Wróćmy jednak do profesorów. Dlaczego niektórzy biorą łapówki (co jest tajemnicą Poliszynela)? Dlaczego dorabiają na dodatkowych etatach poza uczelnią zamiast skupić się na pracy naukowej i dydaktycznej? Odpowiedź jest ciągle ta sama, bo uczelnie nie są prywatne i nie płacimy za nie bezpośrednio (ew. poprzez tzw. „bony oświatowe”). Choć to może dziwić, wiedza i umiejętności zdobywane w czasie studiów są towarem, tak samo jak samochód czy batonik. Gdy idziemy do sklepu kupić sobie chipsy, to każda firma bije się, żeby to właśnie ich wyrób został kupiony. Jedna daje gratis Pokemona, inna jakiś konkurs, trzecia oferuje chipsy, które nie brudzą dłoni, a czwarta oryginalne smaki itd. itp. Gdyby uczelnie walczyły o studentów (a tym samym ich pieniądze), to walczyłyby podobnie, oferując lepiej wyposażone pracownie, lepszych pracowników, lepszą bibliotekę itd. A pracownicy? Wreszcie byliby wynagradzani proporcjonalnie do swojej wartości. Im ktoś bardziej poważany, ceniony i znany, tym droższy. Im więcej studentów przyciągnie na wykłady, tym więcej zapłaciłaby uczelnia za ściągnięcie go do siebie, bo studenci są klientami uczelni. Skończyłyby się „układziki” i przyjmowanie po znajomości. Kapitalizm jest ślepy na kolor skóry, pochodzenie społeczne i płeć. Na rynku pracy wygrywa po prostu ten kto jest lepszy. Firmy tworzone przez „kolesi” nie mają szans na wolnym rynku, gdzie o tym kto zwycięży decyduje klient. Klientem uczelni powinni być studenci. Obecnie są cały czas traktowani jak natrętne muchy. A przyjrzyjmy się co się dzieje np. w prywatnej Wyższej Szkole Psychologii Społecznej w Warszawie. Kupuje ona najlepszych profesorów z Polski. I dzięki temu studenci są szczęśliwi i profesorowie. Ci pierwsi uczą się od elity polskiej nauki, drudzy nie muszą dorabiać i martwić się o utrzymanie rodziny.

To wolna konkurencja, prywatnych uczelni sprawia, że amerykańskie uczelnie przyciągają najlepszych naukowców, sponsorów i bogate przedsiębiorstwa. Ile USA zdobyło Nobli z chemii, fizyki, ekonomii i medycyny (pomijam literaturę i pokojową) w ciągu ostatnich 20 lat a ile Polska? Wynik obliczenia mówi sam za siebie. Amerykanie zdobyli w latach 1980-2000 – 60 Nobli, a Polacy 0!

Ile jeszcze będziemy się ciągnąć w ogonie – udając, że uprawiamy naukę?

[Lublin, marzec 2001]

***

Tekst został wcześniej opublikowany w serwisie Chrześcijańska Strona Wolnościowa

Autor artykułu prowadzi serwis Chrześcijańska Strona Wolnościowa

 

5 comments

  1. Timur

    Witajcie Drodzy Forumowicze!

    W zasadzie się zgadzam z autorem tego postu aczkolwiek znowu widzę nadmierną idealizację Wolnego Rynku.
    A może to wynika z tego, że realny Rynek NIGDZIE tak naprawdę wolnym nie jest.

    „Skończyłyby się “układziki” i przyjmowanie po znajomości. ”

    Tu śmiem wątpić. Szkoły prywatne też miewają trudności finansowe i póki one istnieją a także póki ludzie pragną arystokratycznego splendoru to przyjmowanie po znajomości przysłowiowych blondynek nie skończy się nigdy. Zwłaszcza gdy mamy do czynienia ze szkołą elitarną której absolwenci często zostają członkami ekstablishmentu politycznego. Wtedy dodadkowo mamy do czynienia z patologicznym stykiem Państwa i Kapitalizmu. Jeśli myślicie, że nigdy się nie zdarzyło, by w USA jakiś „Wielki Polityk” dofinansował z PAŃSTWOWEJ kasy jakiejśtam PRYWATNEJ szkoły czy choćby szkolnej drużyny football’u amerykańskiego to jesteście w błędzie. Oczywiscie takie finansowanie nie odbywało się wyłącznie z czystego sentymentu do swojej „starej budy” jak się domyslacie.

    „Kapitalizm jest ślepy na kolor skóry, pochodzenie społeczne i płeć.”

    Tu bym powątpiewał. Jeżeli społeczeństwo ma od stuleci wsiekiwane w wmawiane rasistowskie stereotypy to może istnieć kapitalizm „nie-ślepy”.

    „Na rynku pracy wygrywa po prostu ten kto jest lepszy.”

    Na razie to brzmi jak obietnica powszechnej szczęśliwości w marksistowskich broszurkach sprzed lat.

    „Firmy tworzone przez “kolesi” nie mają szans na wolnym rynku, gdzie o tym kto zwycięży decyduje klient. ”

    Być może tak będzie wtedy, gdy Rynek będzie PRAWDZIWIE wolny. Bo na razie nie jest wolny nawet w USA.

    „Ile USA zdobyło Nobli z chemii, fizyki, ekonomii i medycyny (pomijam literaturę i pokojową) w ciągu ostatnich 20 lat a ile Polska? Wynik obliczenia mówi sam za siebie. Amerykanie zdobyli w latach 1980-2000 – 60 Nobli, a Polacy 0!”

    Tylko autor pomija jeden fakt. Ilu spośród tych noblistów to rodowici Amerykanie a ilu to imigranci ściągnięci przez USA gdy już byli bliscy Nobla.

    Uważam, że nadmierna komercjalizacja nauki jest równie szkodliwa jak jej nacjonalizacja.
    Dlatego marzą mi się organizacje pozarządowe parające się działalnością naukową. Tylko czy takowe istnieją?

    Pozdro

  2. kuskowski

    Przede wszystkim przydałoby się ograniczenie różnego rodzaju koncesji, regulacji i przymusów, które sztucznie zaniżają „podaż edukacji” (nazwijmy to zbiorczo, bo nie ma sensu się wdawać w szczegóły) – wszystkie „ty jeszcze jesteś szkołą, ale ty już nie”.

  3. przemek

    > Uważam, że nadmierna komercjalizacja nauki jest równie szkodliwa jak jej nacjonalizacja.

    To, że gdzieś nie ma w pełni wolnego rynku nie znaczy, że nie może go być tutaj. Amerykanie zgarniają Noble właśnie dzięki temu, że ich edukacja nie jest państwowa, choć jest to zależność nie wprost. Dobra edukacja = duże inwestycje firm w tę = duże zyski firm = kasa na inwestycje (np. kupno naukowców z Europy).

    Autor dopuścił się kilku uproszczeń ale nie zmienia to postaci rzeczy – prywatne szkolnictwo z pewnością lepiej kształci, niż prywatne. I te odpowiedzi uważam za czepialstwo Timur, to niczego nie zmienia. 🙂

    Na rynku pracy zawsze zwycięża lepszy, choć niekoniecznie chodzi akurat o to, czego pracodawca wymaga. Cóż z tego, że ktoś ma 100% jakichś tam umiejętności jeżeli nie umie z nich skorzystać? W takim przypadku szybkouczący się posiadacz 50% tychże jest lepszy i koniec. A jeżeli ktoś chce zatrudnić po znajomości idiotę to ma do tego prawo, czyż nie?

    Oczywiście samo urynkowienie szkolnictwa to tylko połowa sukcesu, wolny rynek ponad wszystko, w każdej dziedzinie.

    Natomiast co do zacytowanej uwagi – moim zdaniem nie ma czegoś takiego jak „nadmierna komercjalizacja” – ideałem było 100%, czyli wolny rynek, i do tego należy dążyć.
    A tak w ogóle to osobiście jestem gorącym zwolennikiem zniesienia obowiązku szkolnego i uczenia domowego.

  4. elo

    elo dla wolności! świat nie jest doskonały, chyba znamy to, ale lepiej jak idiota wydaje na dziwki swoje pieniądze (cięzko, bądź nie) zarobione, niż robi to z publicznych hyhy uproszczenie, tak dla prywatn ych szkół

  5. young

    Studia medyczne kosztują około 100tys zł podatnika, a taki młody lekarz po studiach opuszcza nasz kraj i pracuje na PKB naszych sąsiadów 🙁
    Temat poruszany wiele razy, między innymi tutaj Płatne studia

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *