Igor Belczewski

Igor Belczewski „W jaki sposób współczesna kultura konsumpcyjna wiąże się z zasadami wolnego rynku?”

Przedmiotem tej pracy będzie próba analizy semantycznej pojęcia wolnego rynku oraz konsumpcji, a także próba wykazania zależności pomiędzy wolnym rynkiem a szeroko pojętą konsumpcją. Skupię się również na, moim zdaniem, bardzo istotnym zagadnieniu, mianowicie kwestii preferencji czasowej, bez której znajomości bardzo ciężko zrozumieć i opisać temat. Poboczną kwestie stanowić będzie zagadnienie globalizacji, pomocne przy opracowywaniu wątku. Mam świadomość, że praca powinna być bardziej wywodem myślowym o charakterze filozoficznym, aniżeli ekonomicznym, jednakże temat, którego dotyczy jest stricte związany z ekonomią, dlatego podstawowe kwestie trzeba będzie omówić z jej punktu widzenia. Postaram się jednak ograniczyć tego typu dywagacje i skoncentrować się na filozoficznej stronie zagadnienia.

Krótka historia wolnego rynku

Na początek zajmijmy się zagadnieniem wolnego rynku. Niezbędnym będzie w tym miejscu wspomnieć o szkole, która stworzyła podwaliny ideologiczne pod ów rynek, a więc o Szkole Austriackiej. Początki tej szkoły sięgają XV wieku, kiedy to uczniowie św. Tomasza z Akwinu, piszący i wykładający na Uniwersytecie w Salamance, dostrzegli istnienie praw ekonomicznych m. in. prawa popytu i podaży, głoszącego zależność pomiędzy popytem i podażą a poziomem ceny towaru. Joseph Schumpetera określa ich nawet mianem pierwszych ekonomistów.[1] Przez szereg stuleci, w kwestii wolnego rynku, nie wymyślono nic wartego odnotowania, aż do XVIII wieku, kiedy to zaczęło tworzyć dwóch wybitnych ekonomistów tj. Jean-Baptiste Say i Frederik Bastiat. Ten pierwszy znany jest przede wszystkim ze sformułowania prawa, od jego nazwiska nazwanego prawem Saya, które brzmi następująco „pod nieobecność sztucznych mechanizmów ograniczających rynek, coś takiego jak nadprodukcja, czy zbyt niska konsumpcja nie może istnieć”.[2] Jest to o tyle istotne, że po raz pierwszy dostrzeżono władzę, jako czynnik negatywnie wpływający na popyt i podaż. Drugi wybitny ekonomista, Frederik Bastiat, stworzył m. in. teorię a zarazem wskazówkę dotycząca krótko- i długofalowych skutków reform gospodarczych, znaną inaczej pod pojęciem sofizmatu rozbitego okna[3], który w prosty sposób obrazował długoterminowe skutki działania. Ponadto znany jest z ostrych polemik z tymi, którzy formułowali prawa i stwierdzenia ekonomiczne, będące w niezgodzie z logiką.

W XVIII i XIX wieku nastąpiło stopniowe odchodzenie od szkoły preaustriackiej do szkoły brytyjskiej, co w ostateczności doprowadziło do powstania marksistowskiej teorii wyzysku kapitalistycznego. Wydawać by się mogło, że efektem owych meandrów będzie odejście od tradycyjnego liberalizmu, i zapewne tak by się stało, gdyby nie twórca teorii pieniądza i cen, uważany za ojca austriackiej szkoły ekonomii, Carl Menger,. Mengera można śmiało uznać za ideologicznego ojca Ludwiga von Misesa, który to mówił o jego twórczości, jako „o tym, co uczyniło z niego ekonomistę”.[4] Mówi się nawet, że każdy przedstawiciel Szkoły Austriackiej jest w jakimś stopniu studentem Mengera. Jeden z jego rzeczywistych uczniów, Eugen von Boehm-Bawerk głosił, że „ludzka preferencja czasowa – zakładając niezmienność wszystkich innych czynników – przebiega tylko w jednym kierunki; zawsze wolimy osiągnąć satysfakcję wcześniej niż później”.[5] Stwierdzenie to będzie dla nas niezwykle istotne w dalszej części pracy.

Jednym z tych[6], który rozwinął ową teorię był kolejny wybitny ekonomista, wspomniany już Ludwig von Mises. Jego największym osiągnięciem jest stworzenie teorii cyklów koniunkturalnych, a także przewidzenie zgubnych skutków socjalizmu już na początku lat 20. XX wieku. Poprosił on socjalistów o wytłumaczenie, jak ich system ma funkcjonować, a więc zrobił coś, czego do tej pory unikali oni jak ognia. Marksiści określali takie pytania jako „nienaukowe”, oczywiście nie udzielając wytłumaczenia, dlaczego. Wskutek powstałej w ten sposób dysputy wielu socjalistów (m. in. Friedrich August von Hayek) zmieniło front i stało się zwolennikami misesowskiej argumentacji. Mises stworzył również metodę dedukcyjną w ekonomii, później nazwaną przez niego prakseologią. Wraz za Hayekiem przeprowadzili szereg badań nad cyklem koniunkturalnym, przestrzegając przed zgubnymi skutkami ekspansji monetarnej i przewidując kryzys gospodarczy, jako skutek etatyzmu gospodarczego. Hayekowi zawdzięczamy odnowienie w USA myśli klasycznego liberalizmu i przestrogę daną światu, dotyczącą socjalizmu jako nieuchronnej drogi do totalitaryzmu, którą zawarł w swoim dziele „Droga do zniewolenia”[7].

Zarówno Hayek jak i Mises (choć ten drugi w większym stopniu) mogą być uznani za duchowych ojców Murraya Newtona Rothbarda – człowieka, który przyczynił się do zdefiniowania współczesnego libertarianizmu, niestrudzonego propagatora wolnego rynku. Rothbard podjął się rozwinięcia i rozbudowania teorii monopolu, zagadnienia ekonomii dobrobytu, oraz teorii państwa. W jego dziełach największą rolę odgrywa teoria własności, będąca prawem naturalnym, gwarantowanym każdemu człowiekowi. Rothbard sądził, że wolność i własność są dobrami najwyższymi, które są w znacznym stopniu ograniczane przez państwo. Ze względu na rozległe zainteresowania i posiadaną wiedzę[8], często mówi się o nim jako o ostatnim przedstawicielu Renesansu.

Osobą, która rozwinęła myśli Rothbarda, Misesa i innych Austriaków jest tworzący współcześnie Hans Herman Hoppe, którego książka „Demokracja – bóg, który zawiódł”[9] miała niedawno swoją premierę w Polsce. Uwspółcześnił i usystematyzował teorie Rothbarda i Misesa, samemu wprowadzając wiele nowych, ciekawych myśli i rozwijając niektóre wątki, szczególnie te dotyczące konserwatyzmu, socjalizmu oraz demokracji i ich wpływu na wolny rynek.

Historia wolnego rynku i jego twórców jest oczywiście o wiele bardziej bogata i rozbudowana, aniżeli ta zamieszczona powyżej, jednakże zaprezentowanie tych kilku postaci jest wystarczająco pomocne w zrozumieniu, na czym polega jego działanie oraz jak kształtowała się myśl wolnościowa. Istnieją oczywiście inne szkoły wolnorynkowe, jak choćby Szkoła Chicagowska, której przedstawicielem był m .in. zmarły niedawno Milton Friedman[10], jednakże tą najbardziej wolnorynkową jest właśnie Szkoła Austriacka. Pokazuje ona, że wolny rynek to nie tylko brak państwowego interwencjonizmu w gospodarkę, jako realna droga do szybkiego wzrostu gospodarczego i dobrobytu, ale także sposób na świadome kierowanie własnym życiem. Stanowi on również czynnik, który zmusza ludzi do wzięcia odpowiedzialności tylko za swoje czyny, oraz jest bodźcem do walki o, jakby to powiedział Murray Rothbard, „nową wolność”. W rozumieniu Austriaków, wolność wiąże się z odpowiedzialnością, i tylko jej pełne zrozumienie i docenienie może prowadzić do lepszego wykorzystania. Bez tych dwóch czynników wolność jest wolnością bezsensowną, można nawet powiedzieć, że zmarnowaną. Ów bezsens polega głównie na tym, iż mając wiele opcji jak żyć i, co w naszym życiu robić, wybieramy te najmniej właściwe. Nie chodzi mi tu bynajmniej o to, że ktoś, kto może zostać szefem wielkiej firmy, wybiera pracę listonosza, ale o to, iż przyjemność jest w jego hierarchii wartości, tą, usytuowaną na pierwszym miejscu.

Bezpośrednio z wolnością i przyjemnością związany jest kolejny ważny element tej pracy – kultura konsumpcyjna. We wstępie napisałem, że jest to pojęcie szerokie, zatem może ona przybierać zarówno pozytywne, jak i negatywne postaci. Odbijmy trochę od tematu wolnego rynku i przejdźmy do jej omówienia.

Kultura konsumpcyjna i preferencja czasowa

Jak już powiedzieliśmy, istnieje wiele wariantów i znaczeń konsumpcji. Jednakże tym, co dla wszystkich wspólne, jest fakt, iż do stanu konsumpcji możemy dojść tylko kosztem teraźniejszych lub przyszłych wyrzeczeń. Oznacza to, że jeżeli dzisiaj zjem jabłko, nie będę mógł zjeść go jutro, zaś, jeżeli nie zjem go dziś, będę mógł zrobić to w przyszłości. Stwierdzenie Heraklita z Efezu, że „nie można dwa razy wejść do tej samej rzeki”, zdaje się potwierdzać również w przypadku innych przedmiotów. Jest to bezpośrednio związane z ulotnością i niepowtarzalnością dóbr i skłania nas w kierunku omówienia być może najistotniejszej dla nas kwestii, mianowicie kwestii preferencji czasowej.

Możemy przyjąć założenie, że każdy dąży do tego, żeby polepszać swój stan materialny, dlatego preferuje większą, niż mniejszą ilość dóbr. Ponadto, dla naszego podmiotu będzie lepiej, gdy wyższą ilość dóbr uda mu się uzyskać w jak najkrótszym czasie, i dobra te będą trwałe tzn. ich eksploatacja będzie mogła trwać jak najdłużej. Dobra trwalsze i osiągnięte szybciej mają dla podmiotu wartość wyższą, niż dobra mniej trwała i osiągnięte później. Tak w skrócie można opisać zjawisko, jakim jest preferencja czasowa. Stopa preferencji czasowej cechuje się tym, iż nigdy nie może osiągnąć wartości równej zero, ani nieskończoności. W pierwszym przypadku oznaczałoby to, że nie konsumowalibyśmy, ale jedynie oszczędzali, co na dłuższą metę musiałoby się skończyć śmiercią głodową. W drugim przypadku nasza konsumpcja nie miałaby końca – każde dobro należące do nas byłoby natychmiast konsumowane, a nasza moralność zamieniłaby się w instynkt zwierzęcy. Kolejną cechą stopy preferencji czasowej jest to, iż zawsze przyjmuje ona wartość dodatnią. To, jak wysoką, zależy tylko od charakteru danej osoby, oraz od tego, czy bardziej ceni ona dobra przyszłe, czy teraźniejsze, czy może na owe dobra trochę poczekać, czy musi mieć je od razu.

Kiedy inwestujemy pieniądze w nowo powstającą fabrykę zakładamy, że koszt jej wybudowania będzie dla nas niższy, aniżeli dochód jaki otrzymamy, gdy będzie ona funkcjonować w przyszłości. W tym przypadku jesteśmy w stanie wymienić dobra teraźniejsze na dobra przyszłe, ograniczając bieżącą konsumpcję, przy jednoczesnym założeniu, iż dzięki temu będziemy mogli więcej skonsumować w przyszłości. Osobnik, który postępuje w ten sposób cechuje się większą cierpliwością, niż ten, który zamiast inwestować licząc na większy zysk, woli konsumować swoje dobra w teraźniejszości. Wielu ekonomistów zapewne uznałoby tego pierwszego za „postępującego mądrze”. Ekonomista austriacki, przy takiej ocenie, będzie patrzył na cele, jakie dany osobnik sobie postawił i na to, czy udało mu się owe cele osiągnąć. Na tej podstawie ekonomista powinien oceniać, czy dane działanie było „dobre”, czy „złe”. Jeżeli ktoś bardziej ceni dobra przyszłe niż teraźniejsze, ale pomimo tego konsumuje więcej niż może wyprodukować, Austriak określi jego działanie jako złe z ekonomicznego punktu widzenia. Ekonomia jest bowiem nauką o ludzkim działaniu i, w przeciwieństwie do etyki, nie ma w niej żadnych stałych, określających, czy dany czyn jest „dobry”, czy jest „zły”. Jeżeli dla kogoś priorytetem jest zbieranie znaczków i temu zajęciu poświęca największą ilość czasu i większość swoich sił, dla ekonomisty austriackiego jego działanie będzie jak najbardziej zrozumiałe. Można się oczywiście spierać, czy to rozsądnie żeby zaniedbywać swoją pracę kosztem zbieranie znaczków, ale nie może to być spór ekonomiczny.

Wielu współczesnych ekonomistów rości sobie prawo do oceny, ba, nawet do wpływania na ludzkie działanie siłą, dlatego, że uważają, iż dla danego człowieka tak będzie lepiej. Pogląd taki dominuje zwłaszcza wśród socjalistów, chcących kosztem czyichś wyrzeczeń zbudować lepszy świat. Oczywiście byłoby to założenie szczytne i godne pochwały, gdyby nie fakt, że w ten sposób ograniczają wolność jednostki, która, jak już napisałem, jest prawem naturalnym każdego z nas. Nie mam tu bynajmniej na myśli wolności nieograniczonej, ale wolność, którą ograniczają jedynie prawa własności oraz wolność innych jednostek.

Bastionem współczesnych socjalistów i wszystkich dążących do ograniczenia wolności jednostki, w celu „zbudowania razem lepszego jutra”, stały się rządy większości państw. W ich skład udało im się wejść, najczęściej na fali populistycznych haseł, które na krótką metę wydawać by się mogły rozsądne, jednakże, co udowadnia Frederik Bastiat, nie zawsze będące rozsądnymi w perspektywie długofalowej. Realizacja tych haseł ma wpływ na preferencję czasową każdego z nas oraz na nasze działania. Kiedy dla przykładu, rządzący zapowiadają zwiększenie przywilejów socjalnych np. dla górników, najczęściej musi się to wiązać z podniesieniem podatków. Efektem takich zapowiedzi jest głos górnika, który otrzyma więcej. Jest nim także zwiększone prawdopodobieństwo załamania się rynku, bowiem inwestycję, z powodu wysokich podatków, przestaną być opłacalne. Tym samym zwiększy się konsumpcja dóbr teraźniejszych, bo ich wartość względem dóbr przyszłych, okrojonych przez państwowe podatki, będzie większa. Stopa preferencji czasowej wzrośnie, co wpłynie również na ogólny wzrost stopy procentowej, która, jak pisze Hoppe: „wyraża zagregowaną sumę wszystkich stóp preferencji czasowych poszczególnych jednostek”[11]. Ekonomiści, którzy odnotują ten fakt i ogłoszą go publiczne, sprawią, że ogólna ilość inwestycji zmaleje, co w przypadku poważnej podwyżki podatków, może doprowadzić do kryzysu gospodarczego. Świadomość społeczna na temat zbliżającego się kryzysu, zmusza jednostki do czynów znanych chociażby z lat Wielkiego Kryzysu, kiedy to masowo zaczęto wypłacać pieniądze z banków, doprowadzając do ich bankructwa. Działo się tak m. in. dlatego, że banki inwestowały pieniądze klientów, nie mogąc zagwarantować ich zwrotu. Analogicznie spadła również wartość dóbr przyszłych, co wzmogło bieżącą konsumpcję, doprowadzając ją do skrajnej postaci, czyli do tzw. konsumpcjonizmu.

Jak widzimy, preferencja czasowa jednostek ulega zmianie w zależności od zakresu państwowych interwencji w gospodarkę. Gdy jest on szeroki, preferencja czasowa rośnie, zwiększając tym samym konsumpcję. W odwrotnym przypadku, jednostki, mające rokowania na przyszły zysk, wolą inwestować, niż konsumować. Fakt ten sprawia, że rodzaje kultury konsumpcyjnej na różnych obszarach, mogą być skrajnie odmienne.

Po omówieniu zagadnienia preferencji czasowej, jako czynnika istotnie wpływającego na konsumpcję, pozostaje nam zająć się jej rodzajami, do czego teraz przejdę.

Rodzaje kultury konsumpcyjnej

Kultura konsumpcyjna jest pojęciem na tyle rozległym, że w zasadzie bardzo trudno je zdefiniować. Jak pisze Zygmunt Bauman, „nasze społeczeństwo jest społeczeństwem konsumpcyjnym”[12]. Oznacza to, że nieubłaganym skutkiem jego istnienia musi być po prostu konsumpcja. Konsumujemy po to, żeby żyć, codziennie odżywiając się produktami spożywczymi, po to żeby normalnie funkcjonować i rozwijać się. Konsumpcja może istnieć również w wymiarze duchowym. Kiedy przykładowo, czytamy książki, chodzimy do teatru, czy nawet oglądamy telewizję, konsumujemy w sposób inny od tradycyjnego, który można określić mianem „duchowego”. Istnieją, więc dwa zasadnicze rodzaje konsumpcji: konsumpcja „duchowa” i konsumpcja „cielesna”.

Każdy przyjmuję obecnie rolę konsumenta, i konsumpcja jest dziś wszechobecna, czy zdajemy sobie z tego sprawę, czy nie. Konsumujemy od momentu urodzenia, aż do śmierci. W ujęciu Baumana każda konsumpcja zdaje się być konsumpcjonizmem. „Współcześnie najczęściej roztrząsanym dylematem jest to, czy musimy konsumować żeby żyć, czy też żyjemy, żeby konsumować”[13] – pisze Bauman. Oczywistym jest, że bez konsumpcji nie ma życia, dlatego w tym przypadku nie jest to chyba dylemat „najczęściej roztrząsany”. Ów dylemat stanowi pytanie, czy konsumpcja równa się konsumpcjonizmowi, i czy celem naszego życia jest tylko ona. W tym miejscu trzeba odwołać się do wybitnego starożytnego filozofa – Epikura, który powiedział kiedyś, że „przyjemność jest początkiem i celem życia szczęśliwego”. Dziś, ze zjawiskiem przyjemności nierozerwalnie związane jest właśnie zjawisko konsumpcji, jednakże przyjemność w znaczeniu epikurejskim, oznaczała coś, co człowiek osiąga z rozumem. Dlatego przyjemnością nie byłaby dla Epikura nieustanna konsumpcja „cielesna”, albowiem najczęściej wyklucza ona użycie rozumu. Konsumpcja „duchowa”, nawet w skrajnej postaci, mogłaby być uznaną za drogę do szczęścia, ponieważ wiąże się ona z naszym samodoskonaleniem i rozwojem duchowym. Dlatego w dzisiejszym rozumieniu, konsumpcja nazwana przez nas „duchową”, nie będzie konsumpcjonizmem, lecz po prostu rozwojem intelektualnym, związanym z chęcią poszerzania i pogłębiania swojej wiedzy. Cel takiego działania będzie odmienny dla każdego z nas, jednakże będzie prowadził do tego samego – naszego dobra i szczęścia. W zależności od danego człowieka może nim być spokój wewnętrzny, wiedza historyczna, czy gra na jakimś instrumencie.

Wszystkie te cechy nie będą mogły być osiągnięte tylko przez przyjemności ciała, ale również przez przyjemności ducha. W filozofii orientalnej to, co pożyteczne, na dłuższą metę musi być przyjemne. Odnosi się to głównie do sfery duchowej. Jeśli dokładnie przyjrzeć się temu zagadnieniu, to możemy wnioskować, że nasza konsumpcja „duchowa”, czy „intelektualna”, której celem jest samodoskonalenie, musi być przyjemna. Jeżeli chcemy doświadczyć stanu „duchowej” konsumpcji, musimy zatem być obdarzeni pełną wolnością robienia tego, co pozwoli osiągnąć upragniony cel. Taką wolność gwarantuje właśnie wolny rynek, który nierozerwalnie związany jest z wolnym wyborem. W jego warunkach wszystkie jednostki, wzajemnie na siebie oddziałując, dążą do szczęścia. Jednakże w przypadku, gdy jakaś jednostka chce podążać drogą inną niż wszyscy, ma do tego prawo. Oczywiście, o ile nie łamie praw wolności i własności innych jednostek. Taki system pozwala na dodatkowo uzasadnioną konsumpcję. Uzasadnioną faktem, że dany podmiot chce konsumować to, na co ma ochotę i, że robi to na własną odpowiedzialność. Tylko mając prawo wyboru możemy odnaleźć taki sposób konsumowania, który będzie dla nas najlepszy. Jeżeli jest on narzucony odgórnie, jak w społeczeństwach socjalistycznych, tak naprawdę nigdy nie zapewni nam szczęścia. Pomimo tego socjaliści głęboko wierzą, że za pomocą państwa, mogą uszczęśliwić każdego na siłę. Błąd ich rozumowania polega na nie dostrzeżeniu faktu, że skoro często my sami nie wiemy, co jest dla nas najlepsze, to tym bardziej nie mogą wiedzieć o tym osoby trzecie. Gdyby ten fakt do nich dotarł z pewnością zaprzestaliby prób sterowania życiem innych ludzi i pozwolili im działać na własny rachunek oraz tak jak tego rzeczywiście pragną. Konsumpcja byłaby wtedy elementem drogi do szczęścia, nie zaś, jak jest obecnie, drogi do szczęścia pozornego, czyli osiąganego przez przyjmowanie narzuconych wzorców.

Dzisiejsza konsumpcja zdaje się przybierać formę zgoła odmienną od tej, którą moim zdaniem powinna mieć – formę, wspomnianego już, konsumpcjonizmu. Jak ustaliliśmy, ekonomia zajmuje się nie etyczną, lecz prakseologiczną oceną działań i ich efektów. Dlatego nie można mówić o konsumpcjonizmie jako zjawisku niedobrym ekonomicznie. Za przykład może tutaj chociażby posłużyć fakt, iż konsumpcjonizm prowadzi do wzmożonej produkcji, dając tym samym więcej miejsc pracy i tworząc nowe rynki zbytu[14]. Warto zaznaczyć, że konsumpcjonizm jest zjawiskiem coraz bardziej powszechnym, choć polityce gospodarczej większości państw daleko do wolnego rynku. Niektórzy, zwłaszcza ci, którzy przeżyli komunizm, wierzą, w coś zgoła odmiennego, mianowicie w dominację wolnego rynku. Jak sądzę, jest to skutek szoku, jaki przeżyli wraz z upadkiem komunizmu. Nie są w stanie wyobrazić sobie jeszcze większej ilości dóbr na rynku, co powoduje wspomniany efekt.

Wróćmy jednak do dzisiejszego kształtu konsumpcjonizmu. Konsumpcjonizm jest to z definicji „postawa polegająca na nieusprawiedliwionej rzeczywistymi potrzebami konsumpcji dóbr i usług”[15]. Potocznie jest nią nadmierna konsumpcja, osiągająca często abstrakcyjne rozmiary. U jego przyczyn leży kilka czynników. Jednym z nich jest na pewno wspomniany szok, powstały w wyniku upadku komunizmu. Ludzie przez wiele dziesięcioleci zamknięci na zagraniczne produkty, lepsze i tańsze niż rodzime, zaczęli je kupować, gdy tylko nadarzyła się taka okazja. Jest to jak najbardziej naturalna reakcja – gdy długo chorujemy i po jakimś czasie wracamy do zdrowia, nie możemy się owym zdrowiem nacieszyć i zaczynamy korzystać z życia. Można by nawet sparafrazować słynne zdanie z „Pana Tadeusza” i napisać: „Wolności, ty jesteś jak zdrowie. Ile cię trzeba cenić, ten tylko się dowie, kto cię stracił”. Efekt w tym przypadku jest o tyle większy, że wielu ludzi żyjących w komunizmie nigdy owej wolności nie doświadczyło i w momencie jej uzyskania, nie wiedziało, jak się zachować. Sądzę, że w miarę upływu czasu, ludzie dostosują się do uzyskanej wolności i czynnik ten ulegnie marginalizacji. Będzie to związane z rozpoczęciem postrzegania wolności osobistej i gospodarczej jako czegoś oczywistego, co zapewne sprawi, że przestanie być ona świadomym źródłem szczęścia. Jest to nieodłącznie związane z tym, że naprawdę potrafimy coś docenić w momencie, w którym to utracimy. Sądzę również, że szok związany byłby również z wprowadzeniem prawdziwego wolnego rynku. Musiałby wystąpić okres przejściowy, po którego zakończeniu dostosowalibyśmy się do jego realiów. Gdybyśmy jednak powrócili do stanu wcześniejszego, wolny rynek wydałby się nam o wiele lepszym i rozsądniejszym rozwiązaniem.

Kolejnym czynnikiem wpływającym na wzmożoną konsumpcję są z pewnością media. Tysiące reklam, którymi jesteśmy każdego dnia zasypywani, utwierdza nas w przekonaniu, że konsumpcjonizm jest czymś modnym i naturalnym. Setki promocji, kuszących klientów, sprawia, że w ich głowach powstaje zamęt i sami nie wiedzą, na co się zdecydować. Niektóre z nich doprowadzają ludzi do zachowań o podłożu zwierzęcym, jak choćby rozbierania się, żeby dostać coś za darmo, czy zadeptywaniem ludzi na śmierć, pędząc by jako pierwszym zdobyć upragniony przedmiot. Oczywiście nie twierdzę, że promocje i różne tego typu akcje są czymś złym, wręcz przeciwnie. Uważam, że są dobre dla konkurencji i pozwalają ludziom kupić coś, za co musieliby zapłacić grube pieniądze, taniej. Jednakże w gąszczu owych promocji, człowiek zapomina, o tym, na co tak zwracają uwagę teologowie katoliccy, aby bardziej „być, a nie mieć”. Następuje stopniowe zatracanie podstawowych wartości i moralna degrengolada. Warto zastanowić się, czy ów proces występowałby w warunkach prawdziwie wolnorynkowych. Otóż moim zdaniem, proces konsumpcjonizmu, występowałby zawsze, niezależnie od panującego ustroju gospodarczego i politycznego, jednakże różne byłyby jego rozmiary. Socjalizm jako system oparty na niesprawiedliwości, znacznie owo zjawisko zwiększa, ponieważ w wielu przypadkach zmusza ludzi do porzucenia swoich pozytywnych wartości i czyni ich złymi[16]. Gdyby ci sami ludzie działali w warunkach wolnego rynku to nie musieliby wybierać pomiędzy koniunkturalizmem, jako drogą do własnej korzyści, a pozostaniu wiernym ideałom. Jednakże można chyba założyć, że szuja będąca szują w warunkach wolnego rynku, będzie szują również w socjalizmie. Dzieje się tak dlatego, że mając wolny wybór, wybiera drogą etycznie złą, którą będzie zmuszona podążać w warunkach braku wyboru. W wolnym rynku taka osoba zginęłaby z głodu, zaś w socjalizmie ma szansę zaistnieć.

Gdyby wolny rynek udało się wprowadzić, konsumpcja uległaby znacznemu zmniejszeniu, ponieważ szansa, że dobro zainwestowane teraz zwróci się z procentem w przyszłości, byłaby wielokrotnie większa. Stąd płynie prosty wniosek, że konsumpcja w warunkach wolnorynkowych zmaleje, zaś w momencie, państwowego nadzoru nad gospodarką, wzrośnie. Oczywiście ilość dóbr konsumowanych w warunkach wolnorynkowych jest zapewne większa niż w socjalizmie, jednakże w porównaniu do przychodów danej osoby ma ona wartość dużo mniejszą. Ludzie żyjący w socjalizmie przejadali swoje pieniądze, często wydając mniej niż powinni, zaś ludziom w warunkach wolnorynkowych pozostawiony byłby wybór: czy przejeść wszystko, czy może część pieniędzy zainwestować, licząc na zysk. Nawet socjaliści nie mogą zaprzeczyć, że w warunkach wolnego rynku zdolne jednostki zarabiają więcej niż w socjalizmie. Czynią oni z tego zarzut pokazując takie osoby jako wstrętnych kapitalistów i malują fałszywy obraz samego kapitalizmu, często określają go epitetami w stylu „wilczy” i „krwiożerczy”. Nie dostrzegają ilości wysiłku jaki jednostki musiały włożyć w swoją pracę, za którą ktoś chciał im zapłacić. Dlatego proponują wprowadzenie płac minimalnych i innych tego typu rozwiązań, które uważają za „sprawiedliwe społecznie”. Samemu kradnąc, pod postacią przymusowych podatków niezliczone kwoty, roszczą sobie prawo do definiowania tego, co jest sprawiedliwe, a co już takim nie jest.

Erich Fromm pisze: „Właściciel kapitału może kupić pracę i kierować nią tak, aby kapitał, jaki zainwestował, przynosił zyski. Natomiast właściciel pracy, jeżeli nie chce głodować, musi sprzedawać ją kapitalistom na warunkach rynkowych. Tę strukturę ekonomiczną odzwierciedla hierarchia wartości. Kapitał panuje przed pracą; nagromadzone przedmioty, to, co martwe, ma wyższą wartość niż praca, niż siły ludzkie, czyli to, co żywe”[17]. Czy tak rzeczywiście wygląda sprawiedliwość? – zapyta zapewne niejeden socjalista. Ja zapytuje się: jeżeli nie jest sprawiedliwością to, że płacimy za pracę tyle, ile chcemy, przy akceptacji jej wykonawcy, to co jest sprawiedliwością? Czy można w takim razie stworzyć uniwersalne ceny za pracę? W rozumieniu Szkoły Austriackiej praca jest warta tyle, ile chce za nią zapłacić kupujący. Rzeczywiście, jeżeli chcemy konsumować, musimy pracować, jednakże praca za grosze nie jest przymusem. To, że wolimy umrzeć z głodu, niż pracować za pieniądze, które nas nie satysfakcjonują, jest tylko naszym wyborem. Praca nie jest przymusem. Jakkolwiek nieludzko to brzmi, nie jest to niesprawiedliwością, lecz jedynym rozsądnym wyjściem z sytuacji. Niesprawiedliwym byłoby, gdyby rząd dyktował, że np. wykonanie nowego okna kosztuje 1000zł i każdy szklarz musiałby za taką cenę produkować okna. Wyeliminowałoby to konkurencję i ograniczyło prawo do wolności rozporządzania własną własnością, a przez to własną pracą. Bowiem tak naprawdę kapitał jest wynagrodzeniem za określoną pracę, zaś człowiek jest „siłą sprawczą” ów kapitał produkującą. Praca, lub to, co u Fromma określone jest mianem „sił ludzkich”, stoi na równi z kapitałem i tak naprawdę oznacza to samo, mianowicie wkład jaki człowiek musi włożyć w osiągnięcie jakiegoś celu. Z tego, co pisze Fromm wynika, że praca ludzka jest wartością samą w sobie, zaś jej efekty, są owej wartości pozbawione. Takie myślenie dominuje również u socjalistów, którzy, choć uważają pracę za coś dobrego, najchętniej zabraliby jej wykonawcom możliwość swobodnego dysponowania jej efektami. Stąd w znacznej mierze wynika nienawiść socjalistów do kapitału i konsumpcji jako takiej. Nie mówię tu o nienawiści do konsumpcjonizmu, bo niechęć do tego zjawiska jest zgoła odmienna. Opiera się ona na założeniu, że każdy powinien konsumować tylko tyle, żeby żyć, natomiast resztę powinien dobrowolnie, bądź pod przymusem oddać innym ludziom. W wyniku takiego rozumowania powstało zjawisko określane dziś mianem redystrybucji tzn. zabierania wszystkim części efektów ich pracy, najczęściej w postaci kapitału, aby potem rozdzielić zagarnięte dobra wedle własnego uznania. W tym wypadku konsumentami zostają osoby, które do owej konsumpcji po prostu prawa nie mają. Oczywiście według socjalistów tak właśnie wygląda „sprawiedliwość społeczna”, o której skutkach możemy się przekonać słysząc doniesienia o nieuchronnym bankructwie socjalistycznych instytucji, opartych na redystrybucji[18].

Jeśli już jesteśmy przy temacie wpływu państwa na konsumpcję, warto zastanowić się nad pewną analogią pomiędzy deficytem budżetowym a kredytami. Istnieje, bowiem możliwość konsumpcji, nie posiadając ku temu podstaw materialnych. Tą możliwość dają wszechobecne kredyty. W momencie, gdy jesteśmy wypłacalni, możemy taki kredyt zaciągnąć i konsumować rzeczywiście nie posiadając środków, aby to robić. Oczywiście warunkiem zaistnienia takiej sytuacji jest wypłacalność. Udzielenie kredytu przez bank zależy od stopy preferencji czasowej tegoż. Jeżeli przewiduje, że zysk z pieniędzy, które „zainwestuje” teraz, będzie większy w przyszłości, dostaniemy pożyczkę. Wydawać by się mogło, że takie działanie jest logicznie uzasadnione i nie sposób udzielać kredytów na innej podstawie, jednakże w przypadku państwa już tak nie jest.

Jak wiadomo, państwo aby istnieć musi pobierać pewne opłaty za swoje usługi(ale nie tylko), które to opłaty, są określane mianem podatków. W zależności od stopnia rozwoju państwowej aparatury, podatki mogą być większe lub mniejsze. Kiedy państwo występuje w roli „nocnego stróża”[19], nie posiadając ogromnej ilości ministerialnych urzędników do wyżywienia, podatki te są niskie. W przypadku odwrotnym, gdy państwo posiada rozległy aparat urzędniczy podatki muszą być wysokie, jeżeli państwo chce funkcjonować. Takie państwo dzisiaj nazywane jest państwem opiekuńczym. O ile w pierwszym przypadku państwo zajmuje się rzeczami, które można by uznać za nie mogące wynikać z prywatnej inicjatywy, to w drugim już tak nie jest[20]. Państwo opiekuńcze może być określane mianem państwa konsumpcyjnego, przy założeniu, że działa w takich rejonach, które funkcjonowałyby bez jego udziału. Dostrzeżenie tego faktu jest o tyle istotne, że większość osób zdaje się nie mieć o nim pojęcia.

Jakby tego było mało, większość państw opiekuńczych jest państwami konsumpcjonistycznymi. Dzieje się tak z powodu deficytu budżetowego, będącego efektem kredytu zaciągniętego przez państwo. Byłoby to poprawne, gdyby nie fakt, że państwo, w przeciwieństwie do szarego człowieka, nie jest wypłacalne, zaś jego deficyt najczęściej, z roku na rok, rośnie. Oczywiście w takiej sytuacji żaden bank nie powinien udzielić państwu kredytu, ponieważ przewidywany zysk jest mniejszy, lub nawet ujemny, niż bieżący wkład. Państwo potrafi z tej sytuacji sprytnie wybrnąć, nadając bankom liczne przywileje, które umożliwiają im chociażby tworzenie karteli. To, co w warunkach wolnego rynku byłoby nie do pomyślenia, w państwie socjalno-opiekuńczym, staje się realne. Jak to zwykle i co widać, nie traci na tym państwo i jego pracownicy, lecz my – zwykli obywatele. Mises pisze: „W istocie rzeczy historia gospodarki jest zapisem nieudanej polityki rządów, które ponosły porażkę, ponieważ w swoich planach całkowicie lekceważyły prawa ekonomii”. Państwowa konsumpcja nadzorowana przez polityków, ma na celu jak najdłużej pozwolić im utrzymać zajmowane stanowiska, nie zaś dbać o dobro obywateli. Choć oczywiście zdarzają się wyjątki, to większość rządzących dzisiaj polityków właśnie tak widzi swój udział w polityce.

Po przeanalizowaniu rodzajów kultury konsumpcyjnej warto zastanowić się, które z nich mają szansę się rozwinąć i dlaczego. Żeby zrozumieć tą kwestię należałoby napisać, co nieco o obecnej praktycznie w każdej dziedzinie życia globalizacji, co chyba nikogo dzisiaj nie dziwi.

Kultura konsumpcyjna w erze globalizacji

Globalizację można określić mianem „upowszechniacza”. Sprawia, że przedmioty, które ułatwiają życie w jednym regionie świata, stają się powszechnie dostępne. Dzieje się tak z powodu coraz szybszych, bezpieczniejszych i tańszych metod komunikacji i przemieszczania się. Jak pisze Jospeh Norberg: „Globalizacja składa się z naszych codziennych, prostych czynności. Jemy banany z Ekwadoru, pijemy wino z Francji, oglądamy amerykańskie filmy, zamawiamy książki z Wielkiej Brytanii, pracujemy dla niemieckich firm eksportujących do Rosji, wypoczywamy w Tajlandii i odkładamy na emeryturę w funduszach inwestujących w Ameryce Południowej czy Azji”[21]. Jak widzimy jej nieodłącznym elementem jest kultura konsumpcyjna. Globalizacja może zaistnieć, ponieważ ludzie dostrzegają korzyści z zastosowania technologii, rozwiązań i produktów dostępnych w innym miejscu globu. Jest to związane zarówno z zauważeniem, że to co „ichnie” jest lepsze od tego, co „nasze”. Tak naprawdę zależy to od wyboru poszczególnych jednostek a nie od jakiejś siły wyższej.

W warunkach chociażby w niewielkim stopniu wolnorynkowych oczywistym jest, że jednostka będzie szukała najlepszych dla siebie rozwiązań, przy okazji powodując powstanie konkurencji. Nie jest to nic złego, bowiem jeżeli taki wybór nie byłby możliwy świat, zamiast iść do przodu, zacząłby się cofać. Zabranie możliwości decydowania o przeznaczeniu własnego kapitału ma miejsce np. w krajach z gospodarką merkantylistyczną, gdzie poprzez różne cła i podatki, sztucznie podwyższa się ceny zagranicznych produktów, tak, aby konsument wspierał rodzimą produkcję. W rzeczywistości cierpi na tym sam konsument, ale co to obchodzi polityków, którzy w ten sposób zapewniają sobie głosy krajowych producentów. Jakby tego było mało, przy tym wszystkim mówi się, że takie działania są prowadzone dla dobra konsumentów, co zahacza o hipokryzję i, o czym już pisałem, sprawia, że państwo rości sobie prawo do decydowania o tym, co jest dla nas lepsze.

Przestrzeganie przed zgubnymi skutkami globalizacji, co czynią np. alterglobaliści jest oczywiście dozwolone, ale tak naprawdę dążą oni do realnych działań – do podejmowania decyzji za konsumenta. Gdyby nie globalizacja, jak pisze Joseph Norberg, „życie mieszkańca ubogiego Trzeciego Świata, (…), byłoby nie do zniesienia. Dla ludzi żyjących w ubóstwie, oznacza ono nieustanne zmaganie się z głodem, brudem, ignorancją i niemocą. Każdy dzień to prawdziwa walka o przetrwanie; wysiłek w celu zdobycia kolejnego posiłku czy wielokilometrowy spacer w poszukiwaniu zdatnej do picia wody”[22]. Jak widzimy, istota globalizacji polega nie tylko na ulepszaniu, przy jednoczesnym spadku cen produktów, ale na stworzeniu możliwości „dobicia” państw biedniejszych do państw bogatszych, państw o słabszym rozwoju gospodarczym, do tych, których gospodarka jest ustabilizowana i nie ma większych kłopotów. Ograniczanie globalizacji wiąże się w tym wypadku ze skazaniem milionów ludzi na trwaniu w biedzie, głodzie i ubóstwie. Dlaczego tak się dzieje, dalej wyjaśnia Norberg: „Wiele autorytarnych krajów Trzeciego Świata, eurokratów, ruchów agrarnych, monopolistycznych przedsiębiorców, konserwatywnych intelektualistów czy ruchów tak zwanej Nowej Lewicy lęka się, że zglobalizowana ludzkość zyska więcej wolności, kosztem polityki. Wszyscy oni postrzegają globalizację jako potwora, którego nie da się w żaden sposób kontrolować. Potwora, którego trzeba ogłuszyć i trzymać w kagańcu”.[23] Sztandarowym przykładem jest tutaj Afryka, której mieszkańcy, zasilani przez miliardowe dotacje, przyzwyczajają się do nich i nie są w stanie sami o siebie zadbać. „Chodzi o to, żeby ludziom dać wędkę, a nie rybę” – chciałoby się powiedzieć. Globalizacja jest właśnie tą wędką daną ludziom w celu lepszego rozwoju.

Dzisiejsza globalizacja nie przenosi jednakże tylko pozytywnych elementów. W odniesieniu do konsumpcji, niesie za sobą wzrost znaczenia konsumpcjonizmu, przy którym swój udział mają media, o czym już wspominałem. Lekarstwem na ten stan mógłby być wolny rynek, w którym o tym, co gorsze, a co lepsze, decydują konsumenci. W jego warunkach konsumpcjonizm nie byłby lansowanym wzorcem, bo, jak pokazałoby życie, byłby szybką drogą do bankructwa i biedy. Dlatego przedstawianie globalizacji w negatywnym świetle, przy jednoczesnej „socjalizacji” gospodarki, jest kolejną hipokryzją głoszoną przez wymienione przez Norberga ruchy.

Kultura konsumpcyjna w warunkach wolnego rynku

Kultura konsumpcyjna posiada wiele oblicz i jest nieodłącznym składnikiem naszego życia. W rozumieniu wielu sama w sobie jest czymś negatywnym, nie mającym racji bytu. Czy tego chcemy, czy nie, nie możemy usunąć jej z naszego życia, ponieważ bez niej umarlibyśmy z głodu. Dzisiejszy, zmieniający się świat przekonuje nas o jej nieuchronnych przemianach, wskutek których osiąga często postać konsumpcjonizmu. Jednakże nasza konsumpcja, tak naprawdę, jest uzależniona tylko i wyłącznie od nas samych. To, czy wybierzemy drogę konsumpcji tylko niezbędnych do życia produktów, konsumpcjonizmu, czy też czegoś pośrodku, zależy od naszego charakteru i hierarchii wartości, którą w życiu przyjmujemy. Nic nie dadzą próby sztucznego ograniczania nadmiernej konsumpcji, przy jednoczesnym głoszeniu haseł wolności, bo właśnie owa wolność, daje ludziom możliwość konsumowania tyle, na ile mają ochotę i na ile ich stać. Taką wolność gwarantuje tylko wolny rynek, którego działanie kreowane jest przez jego uczestników, bez państwa w roli moderatora.

Szybki wzrost gospodarczy, co głosi wielu wolnorynkowych ekonomistów i pokazuje historia, może występować tylko przy istnieniu wolnego rynku. Cuda gospodarcze, jak choćby te z Chile i Estonii, pokazują, że wolność gospodarcza wywołuje likwidację biedy i wybicie się zdolnych i ambitnych jednostek, które w socjalizmie były ograniczane. Posunę się do stwierdzenia, że wolny rynek ogranicza konsumpcję, ponieważ wprowadza świadomość, że nie jest ona opłacalna. Opłacalną drogą do szczęścia jest konsumpcja, przy jednoczesnym oszczędzaniu i inwestowaniu nadmiaru środków. W socjalizmie oszczędzanie było głupotą, ponieważ brakowało pewności co do dnia jutrzejszego, co do tego za ile nastąpi nieuchronny kryzys. Dlatego naturalną reakcją jednostek była wzmożona konsumpcja. Współczesny konsumpcjonizm to ten sam, który panował w krajach komunistycznych w przeszłości, jednakże jego obraz jest bardziej rażący, ponieważ kraje, w których występuje obecnie, zdołały się wcześniej wzbogacić. Nie dostrzegają tego przeciwnicy wolnego rynku i właśnie z jego istnieniem wiążą wzmożoną konsumpcję. Gdyby na świecie naprawdę, a nie jak nam to się próbuje wmówić, istniał wolny rynek, konsumpcja nie byłaby tak duża, bo po prostu nie byłaby opłacalna. Chociaż dzisiejsze państwa opiekuńcze, pod względem gospodarczym wyglądają nie najgorzej, to okres ten nie będzie trwał wiecznie. Kiedyś skończą się pieniądze i system się zawali. Trzeba mieć nadzieję, że w tym momencie nastąpi zrozumienie przyczyn takiego stanu i powrót do kapitalizmu i wolnego rynku w czystej postaci. To, czy tak się stanie zależy od ekonomistów takich jak Austriaccy, czy Chicagowscy, którzy wytrwale propagują wolnorynkowe idee, często będąc mieszanymi z błotem. Propagują oni ideę wolności osobistej i ekonomicznej zwaną libertarianizmem. To, jaki będzie rodzaj naszej konsumpcji zależy tylko od nas, jednakże, jeśli ma to być konsumpcja zdroworozsądkowa, musimy stanąć po którejś stronie. Możemy tak jak inni koniunkturaliści włączyć się w nurt klasyczny, czyli notabene socjalistyczny, albo nurt libertariański. Trzeciej drogi nie ma. W tym miejscu należałoby zacytować twórcę nowoczesnego libertarianizmu – Murraya Newtona Rotbarda: „(…) Libertarianizm ostatecznie zwycięży, ponieważ tylko i wyłącznie on jest zgodny z naturą człowieka i świata. Tylko wolność jest w stanie zapewnić człowiekowi dobrobyt spełnienie i szczęście Libertarianizm zwycięży, ponieważ jest prawdziwy i proponuje właściwą strategię dla ludzkości, a prawda w końcu zwycięży.” Jeżeli rzeczywiście prawda zwycięży i człowiekowi zostanie dana wolność w ujęciu libertarian, to najważniejszym będzie, czy będziemy w stanie tą wolność wykorzystać. Jeżeli droga, którą wybierzemy będzie drogą właściwą, na pewno nie będzie ona drogą tylko i wyłącznie konsumpcji, lecz także drogą produkcji i oszczędzenia. Nawet, jeżeli wolny rynek nigdy nie zostanie wprowadzony i świat zdecyduje się podążyć odmienną drogą, warto, jak mówi Stanisław Michalkiewicz, „przynajmniej wiedzieć, o co chodzi”.

Zakończenie

Sądzę, że udało mi się przedstawić zależności występujące pomiędzy wolnym rynkiem, bądź jego brakiem, a kulturą konsumpcyjną oraz wykazać, iż tylko on gwarantuje konsumpcję zgodną ze zdrowym rozsądkiem. Zgodną, ponieważ jest ona świadomym wyborem każdego z nas. Jeśli nasz wybór padnie na konsumpcjonizm i będziemy mogli ów wybór logicznie uzasadnić to będzie on wyborem rozsądnym. Jednakże, moim zdaniem, w warunkach wolnego rynku wybór takiej drogi nie będzie zgodny z logiką. O ile w socjalizmie konsumpcjonizm uzasadniony byłby niepewnością, czy uda nam się skorzystać z dóbr teraźniejszych w przyszłości, o tyle w wolnym rynku łatwo jest przewidzieć, czy taką możliwość otrzymamy.

Kultura konsumpcyjna tylko wtedy będzie kształtowała się racjonalnie, jeżeli damy jej ku temu sposobność. Dlatego sądzę, że tylko wolny rynek jest w stanie zapewnić taką możliwość, bo tylko on zgodny jest z naturą człowieka. Wszystkie obecne systemy gospodarcze mają w sobie elementy sztucznie wpływające na konsumpcję, dlatego trudno powiedzieć, jak rzeczywiście wyglądałaby kultura konsumpcyjna w warunkach wolnego rynku. Tej wiedzy nie osiągniemy dopóki od etatyzmu nie przejdziemy do zasady propagowanej przez XIX-wiecznych ekonomistów, brzmiącej „laissez faire” – pozwólcie czynić.

PRZYPISY



 

[1] Gene Callahan, Ekonomia dla normalnych ludzi, Warszawa 2004

 

[2] Ibid.

 

[3] Głosi ona, iż zły ekonomista dostrzega tylko „to, co widać” – kiedy okno zostanie rozbite, szklarz będzie miał pracę, natomiast dobry dostrzega „to, czego nie widać” – jeżeli okno nie zostałoby rozbite jego właściciel mógłby przeznaczyć wydane w ten sposób pieniądze na bardziej pożyteczny dla niej cel.

 

[4] Gene Callahan, Ekonomia dla normalnych ludzi, Warszawa 2004

 

[5] Ibid.

 

[6] Prócz Misesa zajmowali się nią jeszcze Murray N. Rothbard i Frank Fetter.

 

[7] F.A. von Hayek, Droga do zniewolenia, Kraków 2005

 

[8] Rothbard posiadał szeroką wiedzę z zakresu teorii i historii państwa i prawa, dziejów myśli ekonomicznej, politologii, filozofii, kinematografii, a także niemieckich kościołów barakowych i jazzu.

 

[9] Hans H. Hoppe, Demokracja – bóg, który zawiódł, Warszawa 2006

 

[10] Do jego największych „praktycznych” zasług należy m. in. „chilijskiego cudu gospodarczego”. Ponadto był on propagatorem wolnego rynku i twórcą monetaryzmu za co otrzymał Nagrodę Nobla w 1976 roku.

 

[11] Ibid.

 

[12] Zygmunt Bauman, Globalizacja, Warszawa 2000

 

[13] Ibid.

 

[14] Oczywiście przy założeniu występowania przewagi liczby producentów nad konsumentami.

 

[15] www.wikipedia.pl

 

[16] Znane są z historii przypadki, gdy rzekome „pięknoduchy” szły na współpracę z systemem komunistycznym, będącym odmianą socjalizmu. Do takich osób należą między innymi: Wisława Szymborska, Stanisław Mrożek, czy Konstanty Ildefons Gałczyński.

 

[17] Erich Fromm, O sztuce miłości, Poznań 2004

 

[18] Chociażby niedawne doniesienia prezesa ZUSu, Roberta Gwiazdowskiego, o bankructwie tegoż w przeciągu 9 lat.

 

[19] Polega ona na państwowym nadzorze tylko nad takimi dziedzinami jak: wojsko, policja, środowisko, drogi i polityka zagraniczna. Taką wizję państwa uznają dziś nieliczne partie. W Polsce należy do nich UPR.

 

[20] Chodzi tutaj m. in. o edukację, zdrowie, budownictwo, oraz wszystkie te, które w warunkach wolnego rynku nie mogłyby należeć do państwa.

 

[21] Joseph Norberg, Spór o globalizację. Kto zyskuje, kto traci, ile i dlaczego?, Warszawa 2006

 

[22] Ibid.

 

[23] Ibid.

***

9 grudnia 2006

Moja praca na zeszłoroczną Olimpiadę Filozoficzną (06\07). Od razu zaznaczam, że dzisiaj trochę inaczej bym to napisał i w wielu kwestiach moje zdanie uległo zmianie.

IB

 

3 comments

  1. Joker

    No bo i po co? Dokonujesz refleksji nad każdym aktem konsumpcji tlenu pobieranego z atmosfery? :>

  2. Robelion

    Tekst opiera się na politycznie poprawnych sofizmatach, autor nawiązuje wciąż do modelowego wolnego rynku, który nijak ma się do obecnej rzeczywistości gdzie ów wolny rynek staję się niczym innym jak pięścią najsilniejszego na nim „gracza”. Żadnej wzmianki o globalnym korporacjonizmie, o eliminowaniu przezeń mniejszych lokalnych podmiotów gospodarczych , żadnej wzmianki o kreacji dłużnego pieniądza przez banki prywatne, żadnej wzmianki o wpływie i sile indoktrynującej reklamy na przeciętnego obywatela, nic o lobbingu i regulowaniu prawa gospodarczego przez najsilniejsze podmioty na globalnym rynku, dziwnego, że tego autor w ogóle nie zauważa.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *