Genialny ekonomista austriacki Ludwig von Mises określał rynek jako demokrację konsumentów, „gdzie każdy pens daje prawo głosu”. Twierdzenie to możemy również – a wręcz musimy – odwrócić, powtarzając za Platonem charakterystykę demokracji jako „bazaru ustrojów”, na którym demokrata wybiera sobie aktualnie pasujący mu styl życia, imając się jednocześnie wszystkiego i będąc w efekcie nikim.
Smutna rzeczywistość jest więc taka, że wyższą sprzedażą na tym obskurnym bazarze jest ta idea, której sprzedawca krzyczy głośniej niż pozostali i oferuje najniższe ceny, a nie ten, który oferuje najlepszą jakość. Co najważniejsze, każdemu postawiono stragan bez jego wiedzy i zgody, zmuszając do udziału w zabawie na którą nie ma najmniejszej ochoty. Wcześniej krzyczeć nie musiał, ponieważ renomę przekazywano z pokolenia na pokolenie, nie czując potrzeby wyjścia na targowisko a niejednokrotnie brzydząc się jego atmosferą.
Najbardziej wzniosłe i szlachetne idee zostały więc przymusem ustawione obok tych najniższych i najpodlejszych, a że jakość tych pierwszych pociągała za sobą wyższą cenę, to wpuszczony na plac handlowy lud rzucił się na promocyjne ceny idei konkurencyjnych, stopniowo pogrążając producentów markowych towarów w bankructwie.
Regulaminem targowiska ogłoszono zasadę wolności słowa, to znaczy prawo niemal każdego do jak najgłośniejszego zachwalania swoich towarów. Niemal, ponieważ co jakiś czas zdarzały się rozboje i kradzieże, które co prawda nie pogłębiały panującego na bazarze – pardon le mot – burdelu, ale budziły sprzeciw coraz bardziej wpływowych sprzedawców idei lewicowych. (Chociaż krążyły plotki że to wszystko ich sprawka, prowokacja mająca na celu pozbywanie się konkurencji, to i tak przecież nikt by tego głośno nie powiedział).
Jednak ta kwestia przestała być w pewnym momencie główną bolączką oligarchów. Oto okazało się, że spychani początkowo na skraj placu sprzedawcy artykułów tradycyjnych zaczęli w pewnym momencie akceptować reguły zatęchłego targowiska i – chcąc nie chcąc – zaczynali krzyczeć coraz głośniej, nie odnosząc co prawda większych sukcesów, ale mimo wszystko stopniowo powracając do świadomości klientów targowiska. Reklama powoli zaczynała działać.
Oligarchowie naradzając się ustalili, że bieg wypadków może spowodować utratę klientów, na co bez wątpienia nie mogli sobie pozwolić. Trzeba ogłosić, że mamy do czynienia z nieuczciwą konkurencją – powiedział Francisco Miñarro, jeden ze sprzedawców pawilonu ateistycznego. – Zapatero zgodzi się na pewno. – dodał szybko, mając na myśli kierownika hiszpańskiej części placu.
– Ale z ich strony była już taka próba – zauważył sprzedawca sklepu z częściami do roweru o wdzięcznej nazwie „Tęcza”. – Co chwila oskarżają mnie o wciskanie ludziom dodatkowych pedałów na siłę. Zebrani spojrzeli po sobie porozumiewawczo. Całe kierownictwo targowiska było na ich utrzymaniu, więc kierownicy poszczególnych części placu również nie powinni mieć oporów.
Lud przecież i tak wszystko kupi – od tego w końcu jest.
Olgierd A. Sroczyński
26.05.2008
***
Tekst został wcześniej opublikowane na blogu autora