Od czasu wydania w Polsce książki amerykańskiego ekonomisty i filozofa Hansa-Hermanna Hoppego Demokracja – bóg, który zawiódł , w tzw. środowisku libertariańskim nie milknie od dyskusji na jej temat. Kontrowersje związane z myślą Hoppego dotyczą zwłaszcza jednego tematu, który ogólnie możemy oznaczyć nalepką z napisem „anarchokonserwatyzm” i wszystkim, co z tym terminem jest związane – przeciwstawianiem demokracji monarchii na korzyść tego drugiego systemu rządów, moralnym konserwatyzmem i stanowczym opowiedzeniem się po (tradycyjnie, nie współcześnie rozumianej) prawej stronie sceny politycznej.
W gruncie rzeczy nie ma u Hoppego niczego, co byłoby w jakikolwiek sprzeczne z podstawami libertariańskiej filozofii politycznej – o ile przysługuje libertarianizmowi takie miano, jednak o tym za chwilę. Wychodząc od aksjomatów libertariańskich (a. samoposiadania i wynikającego zeń bezpośrednio a. nieagresji) amerykański ekonomista dokonuje jedynie rewizji historycznej, ostrze swojej krytyki kierując zwłaszcza przeciwko dość powszechnemu mitowi demokracji, przedstawiającemu system ów jako spełnienie ideału wolności. Idzie tutaj Hoppe niejako za klasycznie liberalną tradycją myślenia o polityce – nazywaną niekiedy liberalizmem arystokratycznym – w której ostrzeżenia przed zagrożeniami płynącymi z demokracji sformułowane były niejednokrotnie bardziej dosadnie, niż te przed innymi formami ustrojowymi – żeby wymienić w tym miejscu choćby nazwiska Alexisa de Toqueville’a, Benjamina Constanta, lorda Actona, Jakuba Bachofena czy Wiliama Gladstone’a.
Kwestia rozprawienia się z mitem demokratycznym była dla liberałów klasycznych problemem pierwszorzędnym przede wszystkim dlatego, że był to ustrój, który stając się po rewolucji 1789 roku rzeczywistością w większości europejskich krajów, faktycznie zmieniał zakres pojęcia wolności, tym samym poddając je zafałszowaniu. Profesor Hoppe idzie dokładnie tym samym tropem, stając w radykalnej opozycji do propagowanej demokratycznej wizji świata, w której miano wolności przysługuje kontrkulturowym zjawiskom napędzanym przez instytucje państwowe (emancypacja tzw. mniejszości, feminizm, tolerancjonizm itd.). I to właśnie stanowi podstawę krytyki Hoppego rozpętywanej co jakiś czas przez środowiska tzw. lewicowo-libertariańskie. Mimo, że nie ma w myśleniu amerykańskiego autora niczego, co godziłoby w formalistyczną etykę libertariańską – występuje tutaj potępienie państwa jako agresora łamiącego prawo własności – to niektórzy za wszelką cenę chcą dowieść tego, że Hoppe się myli.
I tutaj przechodzimy do problemu głównego. We wspomnianym sporze nie chodzi bowiem o libertariańską etykę praw własności, ale o kwestię stricte demokratycznej – i zarazem rzecz jasna antyliberalnej – retoryki upatrującej przymusu poza bezpośrednią przemocą fizyczną. Myślenie to reprezentowane jest dziś przede wszystkim przez feministki i aktywistów homoseksualnych, analizujących historię kultury pod kątem panowania w niej „zniewalających” wzorców i dążących do ich wyeliminowania. Każdy system wartości, wiążący się z preferowaniem jednych dóbr i zarazem odrzucaniem drugich, jest tutaj postrzegane jako zalążek faszyzmu i próba narzucenia wszystkim dookoła swojego obrazu świata.
Jest to oczywiście podejście nie tyle niespójne, co wewnętrznie sprzeczne, gdyż przeciwstawianie się każdej całościowej wizji świata jest zarazem przedstawianiem wizji pozytywnej. W momencie zaistnienia sporu pomiędzy – na przykład – konserwatystą a kontrkulturowcem, zarzuty tego drugiego w stosunku do absolutystycznego myślenia konserwatysty jest takim samym narzucaniem własnej wizji świata (np. tolerancji czy tzw. relatywizmu moralnego) jak argumentacja strony przeciwnej. Twierdzenie, że nie ma wartości absolutnych i należy wszystkie uznawać jako równouprawne jest tak samo absolutystyczne jak twierdzenie przeciwne, w innym wypadku relatywista nie ma podstaw aby je wypowiadać.
Wróćmy zatem do problemu głównego. Stefan Blankertz pisze w podsumowaniu swojego krytykującego Hoppego artykułu: „Po lekturze Hoppego trzeba się zdecydować pomiędzy konserwatyzmem i libertarianizmem, dokładnie tak samo, jak po lekturze Kropotkina trzeba dokonać wyboru pomiędzy komunizmem i anarchizmem. Albowiem oba naraz nie są możliwe.” W jaki sposób można dojść do takiego wniosku? Blankertz argumentuje to w ten sposób: Hoppe posługuje się tezami powinnościowymi, zatem przekracza czysto proceduralną etykę libertariańską, gdyż ta pozostawia ludziom wolność w dążeniu do indywidualnie wyznaczanych celów. Jest to twierdzenie błędne, a to z kilku powodów.
Po pierwsze Hoppe twierdząc na przykład, że prywatna armia będzie z pewnością dyskryminowała przy naborze kobiety i homoseksualistów niekoniecznie musi posługiwać się postulatem normatywnym (to znaczy narzucać czytelnikowi tradycyjną wizję kultury) ale zwykłą obserwacją, niezgodną jedynie z całkowicie – jak na razie – nieuprawnionymi wnioskami teorii feministycznej, upatrującymi historyczną przewagę liczebną żołnierzy-mężczyzn nad żołnierzami-kobietami jedynie w uwarunkowaniach kulturowych. Twierdzenie o istnieniu tzw. „płci kulturowej” (gender) jest twierdzeniem dobrym jak każde inne i można je jak na razie przyjąć jedynie na wiarę. Istnieją oczywiście ludzie uważający, że kobieta przebrana w mundur wygląda tak samo naturalnie jak żołnierz czy policjant, a mężczyzna pracujący jako gospodyni domowa jest właściwą osobą na właściwym miejscu, ale wypada to uznać w tym momencie za kwestię gustu i to gustu – mimo usilnych starań feministek – wciąż mało popularnego. Dlatego stwierdzenie, że prywatna armia, nie będąc zmuszoną przez egzekwowaną prawnie polityczną poprawność, będzie raczej preferowała żołnierzy niż kobiety jest tak samo uprawnione jak to mówiące, że szef budowy zatrudni raczej do pracy barczystego mężczyznę niż drobną kobietę, a projektant mody kobiecej szukał będzie modelki a nie transwestyty.
Po drugie, nawet gdyby Hoppe istotnie posługiwał się w tym miejscu postulatami normatywnymi o charakterze moralnym czy też kulturowym, w żaden sposób nie narusza tym etyki libertariańskich praw własności, gdyż nie postuluje ich łamania – jak jasno sugeruje Blankertz. Oczywiście penalizacja pewnych zachowań np. seksualnych zakłada istnienie prawa, ale prawa prywatnego – skoro więc tak, to dyskryminacja osób niepożądanych nie jest z tego punktu widzenia żadnym problemem. Światopogląd konserwatywny może współistnieć ze światopoglądem kontrkulturowym w ramach teorii libertariańskiej, gdyż stanowiąc treść wypełniającą formalną ramę obydwa są równouprawnione, a libertarianizm żadnej z nich nie może zakładać – w innym wypadku popadnie w sprzeczność.
Każda teoria moralna, zakładająca zawsze jakiś system wartości, jest zarazem pewną koncepcją wychowania i co za tym idzie – pytaniem stricte politycznym, które dotyczy organizowania się ludzi we wspólnoty zgodnie z naturą człowieka jako zwierzęcia społecznego. Człowiek nie może rozwijać się zupełnie sam i przejmuje – najpierw mimowolnie, następnie świadomie – wzorce go otaczające. Twierdzeniu temu nie sposób zaprzeczyć, gdyż nawet przypadki „dzikich dzieci” czy osób rozwijających się poza społeczeństwem (Kacper Hauser) pokazują, że uczyły się one zachowań, które obserwowały. W ten sposób rodzi się kultura: system norm obowiązujących wewnątrz danej zbiorowości ludzkiej, a także efekty zachowań podporządkowanych tym normom. Współpraca społeczna te normy koniecznie zakłada, gdyż zapewniają one sprawny jej przebieg. Niekoniecznie musi w grę wchodzić obowiązujące we wspólnocie prawo – czyli przymus – egzekwujące dane normy, aby zapewnić jej stabilność. Towarzyskie czy zawodowe wykluczenie, bojkot, można zaliczyć do „bezinwazyjnych” praktyk, równie skutecznie piętnujących zachowania niepożądane.
Rzeczą jednak w tym miejscu najważniejszą jest stwierdzenie, że organizacja ludzi w społeczną współpracę, której wynikiem jest powstawanie wspólnot opiera się na pewnym systemie wartości, który każdy członek wspólnoty musi zaakceptować, gdyż w innym wypadku zostanie z niej wykluczony. To z kolei, obalając zresztą mrzonki co poniektórych o możliwości utrzymania się stanu anarchii bez stosowania przemocy, stanowi podstawę stwierdzenia – wyakcentowanego przez Monteskiusza w Duchu praw – że każdy system polityczny z konieczności musi opierać się na pewnym systemie wychowania, w ramach którego dokonuje się proces socjalizacji młodego człowieka. Innymi słowy, nie istnieje coś takiego jak neutralny światopoglądowo system wychowawczy, gdyż każdy – niezależnie od tego czy opiera się na własności prywatnej, czy też jest prowadzony przez państwo – ma na celu wpojenie pewnego wzorca zachowań i wartości uznawanych w danej wspólnocie.
Z tego też powodu libertarianizm nie jest filozofią polityczną we właściwym sensie, gdyż nie wartościując indywidualnych celów jednostki nie może również zakładać żadnego wzorca osobowego ani opartego na tym modelu wychowania. Aby zachować spójność, libertarianizm musi pozostać swoistą metafilozofią, wewnątrz której możliwe jest funkcjonowanie różnych stanowisk moralnych i pedagogicznych (politycznych).
Hoppe, opowiadając się za konserwatyzmem, uznaje jednocześnie ten fakt, co wcale nie sprowadza na niego obowiązku rezygnacji z jego własnych przekonań moralnych. Konserwatyzm posiada pewną wizję funkcjonowania wspólnoty społecznej (politycznej), podobnie jak posiada ją lewica, za którą opowadają się przeciwnicy Hoppego. W ramach metafilozofii libertarianizmu nie można ocenić które stanowisko jest lepsze. Nie ma i nie może być czegoś takiego jak „ściśle libertariańska wizja kultury”, usytuowana „poza lewicą i prawicą”. Postulowanie wykluczenia jakiegoś systemu wartości z ram libertarianizmu jest niczym innym, jak próbą stworzenia takiego wzorca, co wprowadza go w nieuchronną sprzeczność.
Olgierd Sroczyński
28.05.2009
***
Tekst był wcześniej opublikowany na blogu autora